niedziela, 6 sierpnia 2017

25 to za mało?

Nie da się ukryć - wciągnęło mnie. Znaczy ta wielokilometrowa orientacja. Dlatego Orientiady już się nie mogłam doczekać. Oczywiście zapisałam się na 25 km, a Tomek tradycyjnie na 50. Ponieważ zawody miały być dość blisko domu, więc pojechaliśmy dopiero w sobotę rano, wychodząc z założenia, że lepiej jak we własnym łóżku, to się nie wyśpimy. Co prawda trochę szkoda tej piątkowej atmosfery, co to zawsze taka specyficzna przed zawodami, ale trudno.
Tym razem nie szłam z Krzysztofem, tylko z Kingą, z którą już jakiś czas temu ustalałyśmy, że kiedyś spróbujemy razem. No i nadarzyła się okazja. Podejrzewam, że Krzysztof naszą inicjatywę przyjął z ulgą, bo wreszcie trafiła mu się okazja rozwinięcia całej prędkości, bez hamulcowego za plecami. Ja go co prawda już na poprzednich zawodach namawiałam, żeby poszedł w swoim tempie, ale najwyraźniej ma jakiś imperatyw moralny, żeby się mną opiekować.

Fotka ze strony Organizatora.

Moja trasa ruszała o dziesiątej. Najpierw cyknęli nam grupową fotkę, a potem rozdali mapy żebyśmy mogli opracować wariant przejścia. W sumie nie było nad czym dumać, bo były tylko dwie logiczne możliwości, ale my - jak to kobiety - do ostatniej chwili nie byłyśmy stuprocentowo zdecydowane. W końcu postanowiłyśmy zacząć od "miasta", tylko dlatego, że Kinga wiedziała jak najłatwiej dostać się za tory. Znaczy się - znała drogę. Po odliczeniu: 5, 4, 3, 2, 1 wszyscy ruszyli biegiem, a my statecznym, acz zdecydowanym marszem. Od razu było widać, kto wybrał jaki wariant i kto jaki jest szybki. Po minucie od startu za nami został tylko ojciec z synem (Wito i Michał, jak się potem okazało), a reszta pognała przodem.
Już na pierwszym punkcie nastąpiła lekka konsternacja. W opisie było "płd strona GCK w Mrozach" i Mrozy owszem były, GCK było, południowa strona też - brakowało jedynie lampionu. Na wszelki wypadek obeszłyśmy budynek dookoła, ale lampionu ani śladu. I co się okazało? Był nie na południowej stronie budynku, tylko na południe od budynku - po drugiej stronie ulicy. Niby mała różnica, a jaka duża.
Do PK 2 poszliśmy już we czwórkę, bo podczas krążenia przy GCK dołączyli do nas Wito z Michałem. Tak po drodze zastanawiałyśmy się, czy łatwo znajdziemy dół z lampionem, chociaż z opisu wynikało, że raczej trudno będzie go przegapić przy rozmiarze 20x20 metrów. Dół rzeczywiście wzbudził nasz szacunek i respekt. Respekt, to szczególnie przy próbie zejścia na dół. Ja od razu przykucnęłam i lekkim dupozjazdem pomknęłam w dół, Kinga biegała dookoła szukając łagodnego zejścia, chłopaki jakoś sobie poradzili. Przy lampionie leżały obiecane przez Organizatora butle z wodą, ale jako, że to początek trasy, skorzystaliśmy bardzo oszczędnie. Na górę oczywiście wspięłam się po najbardziej stromej ścianie dołu, bo co sobie będę zawracać głowę wygodniejszym, ale dalszym wyjściem.
Do drogi wiodącej na PK 6 musieliśmy dojść na azymut. Chłopaki poszli przodem, ja poustawiałam sobie w kompasie co trzeba i uszłam może kilkanaście metrów, kiedy zatrzymał mnie okrzyk Kingi:
- Zgubiłam kartę startową!
Po czym zrobiła w tył zwrot i zniknęła w dole. Dobrze, że od razu się zorientowała. Nie wiem co to jest, że każdy kto ze mną idzie, gubi kartę startową. Naprawdę nie mam z tym nic wspólnego, ale w sumie jako urozmaicenie na trasie oraz temat do relacji to nawet całkiem fajne. Dlatego spokojnie czekałam na skraju największych chaszczy aż Kinga dołączy do mnie i nie miałam jej za złe.
Nad PK 6 zastanawiałyśmy się już na starcie - po co pisać, że lampion jest na południowej stronie ogrodzenia kapliczki, jak przecież kapliczkę można całą (wraz z ogrodzeniem) objąć jednym rzutem oka. Na miejscu okazało się, że wcale nie chodziło o kapliczkę, tylko o KAPLICĘ z hektarem terenu dookoła i faktycznie podpowiedź z której strony szukać miała sens.
Przy "kapliczce" dogoniłyśmy Michała z Witem, bo chociaż nie biegałyśmy, to tempo miałyśmy zacne. Tego tempa to się nauczyłam chodząc z Krzysztofem i ku przerażeniu Kingi parłam naprzód niczym Korzeniowski na olimpiadzie (ktoś go jeszcze pamięta?).
Do PK 4 prowadziły porządne drogi - chwilami aż za porządne, bo chodzenie po asfalcie nie jest naszym ulubionym sportem. Prułam więc niczym mały samochodzik, za mną bohatersko nadążała Kinga i Michał, a Wito z obłędem w oczach usiłował nie stracić nas z oczu.
Lampion umieszczony był wrednie - po tej stronie strumyka gdzie rosły największe pokrzywy. Być może Organizator podwiesił go wyżej i bardziej w zasięgu ręki, ale kiedy my tam dotarliśmy, leżał sponiewierany prawie w strumyku i trzeba było do niego zejść na dół. Oczywiście byłam pierwszą wyrywną do tych pokrzyw, bo wciąż w pamięci miałam słowa Marcina: liczę na fajna relację. Ale wiadomo, żeby była fajna relacja, to coś musi się dziać. Uznałam że jedno zgubienie karty startowej nie załatwia sprawy, więc może chociaż te pokrzywy podratują sytuację. Tyle tylko, że pokrzywy nie robią na mnie większego wrażenia (nawet jak są wyższe ode mnie) i zejście nad rzeczkę w sumie nie było żadnym wyzwaniem.
Do siódemki teoretycznie planowaliśmy iść najpierw ścieżką, potem kawałek na azymut, potem drogą i znowu ścieżką. Ale planuj tu sobie człowieku jak ścieżki takie niewyraźne, że łatwo je zgubić. W końcu zgubiłyśmy i ścieżkę i chłopaków, co bynajmniej nie znaczy, że zgubiłyśmy się. Po prostu poszłyśmy więcej na azymut niż było w planach. Chłopaków też znalazłyśmy jeszcze kawałek przed punktem. Podobno zamiast po zaroślach poszli drogą. My tam na łatwiznę nie idziemy.
Na siódemce zrobiliśmy krótki postój żywieniowo-poidłowy, a i mapę trzeba było ogarnąć, bo istotne było po której stronie strumyka mamy iść dalej. Ja co prawda byłam gotowa w razie potrzeby iść nawet strumykiem (bo czemu nie?) ale reszta wolała bardziej suchy wariant. I tak skończyło się na tym, że Kinga wpadła jedną nogą do strumyka, a ja byłam suchuteńka niczym przysłowiowy pieprz. Zupełnie nie wiedząc czemu, obydwie, niezależnie od siebie i samodzielnie uznałyśmy granicę gminy (czy co to tam się zaznacza takim czarnym szlaczkiem) za ścieżkę. Co ważne - za ścieżkę, która podprowadzi nas w okolice PK 5. Prawda wyszła na jaw, kiedy po prawej stronie pojawiło się jezioro, a żadnej drogi przed nim nie było. Ja tradycyjnie szukałam kolejnej okazji do samozagłady i od razu chciałam przedzierać się przez bagna wyraźnie zaznaczone na mapie, ale opór pozostałych członków naszej wesołej gromadki był zbyt wielki. Hmmm, wyglądało, że wobec tego oporu będziemy musieli nadłożyć kilka kilometrów żeby obejść jezioro. Bardzo, bardzo to się nam nie podobało. W końcu któreś z nas mocniej wytężyło wzrok i zauważyło, że jezioro nie jest monolitem, tylko składa się z kawałków. I jest szansa, że pomiędzy poszczególnymi elementami da się przejść. Mi się co prawda od razu przypomniały zielonkowskie glinianki z groblami, co to nikomu bym nie życzyła chodzić po takich groblach, tak więc nie robiłam sobie na wszelki wypadek większych nadziei. Atmosfera jakby troszkę podupadła. Szliśmy, szliśmy i szliśmy, a po prawej stronie wciąż były tylko szuwary i woda za nimi. Kiedy już traciliśmy nadzieję, w końcu ukazał się przesmyk między jeziorkami. I to taki konkretny. Byliśmy uratowani. Ale żeby nie było zbyt prosto, ścieżka na którą weszliśmy za jeziorem w pewnym momencie zaczęła zakręcać w złą stronę i trzeba było dalej iść na przełaj. Tyle tylko, że drogę zastąpiły nam jakieś leje po bombach, albo może po wybieraniu piachu, kto to wie?
 Nie przechodziliśmy przez tę dziurę, chociaż była bardzo miła i przytulna.
 I znowu Kinga odwodziła mnie od samozniszczenia, bo oczywiście chciałam ciąć prosto na azymut. Pod  sosną zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną, a tak w rzeczywistości zbieraliśmy siły przed dalszym marszem:-)
Z piątki na ósemkę droga była prosta jak drut, ale cały czas asfaltem. Darłam do przodu ile sił w nogach oglądając się tylko do tyłu czy nie gubię współtowarzyszy. Na ósemce uzupełniliśmy zapasy wody, a schodząc do głównego asfaltu spotkaliśmy Przemka na rowerze.
Na dziewiątkę planowaliśmy iść na azymut. Najpierw chcieliśmy się namierzyć od zakrętu ścieżki, ale jej nie znaleźliśmy, potem od strumyka, ale też go nie było, a potem to już doszliśmy do ścieżki, przy której (tyle, że dalej) miał stać punkt. W sumie to nawet dobrze, że nie mieliśmy się od czego namierzyć, bo las przez który planowaliśmy przejść wyglądał mocno niefajnie, a potem miały być mokradła. Mokradła co prawda i tak nas nie ominęły. W pewnym momencie droga rozmokła się szeroko i wcale, ale to wcale nie chciało mi się obchodzić wody, bo nie wiadomo było dokąd ona sięga. Nie patrząc co zrobi reszta zespołu wlazłam w środek bajorka i... poczułam miły chłód na stopach. O, tak! Tego mi było trzeba! Po chwili dotarłam do dębów i podbiłam punkt. Reszta grupy z oporami, ale przeszła przez wodę. Najwyraźniej przykład jest zaraźliwy.
 Bardzo przyjemna przeprawa.
Na dziesiątkę nie chciało nam się lecieć do większej drogi, zwłaszcza, że na mapie jak wół widniała ścieżka doprowadzająca w okolice dziesiątki. Jakoś umknęło naszej uwadze, że dookoła było pełno niebieskich znaczków standardowo oznaczających wodę - dużo wody. Ale czy to da się wszystko naraz ogarnąć? Nasza ścieżka już po kilku krokach zmieniła się w mały potoczek, ale ostatecznie i tak wszyscy mieliśmy już przemoczone buty. Szłam przodem, przezornie nie oglądałam się na resztę i udawałam, że nie słyszę krytycznych uwag dotyczących podłoża. Z każdym krokiem zawartość wody w trasie rosła. Zamiast coraz lepiej, robiło się coraz gorzej. Ja wciąż miałam nadzieje, że mokre zaraz się skończy i z uporem maniaka szłam przed siebie.  W pewnym momencie odwrót byłby już bez sensu i przynajmniej wyrzuty sumienia, że nie zawracam opuściły mnie. Do swojej wyobraźni wolałam nie dopuszczać podejrzeń, co na temat wybranej przeze mnie trasy sądzi reszta załogi. Roślinność składająca się z czegoś bardzo wysokiego, czegoś kłującego i czegoś parzącego zasłaniała mi widok na wszystko, szłam więc kierując się wyłącznie wskazaniami kompasu. Co jakiś czas pokrzykiwałam sprawdzając stan liczebny grupy, bo mimo wszystko nie chciałam nikogo potopić. Przy wysokiej temperaturze powietrza ten spacer w wodzie był w pewien sposób nawet przyjemny. No i przygoda! Wreszcie miałam swoją przygodę! Z każdej z dotychczasowych imprez Tomek wracał z opowieściami jak to utopili się tu i tam, wpadli do takiego, czy innego strumyka, a ja wciąż sucha i sucha. I czysta. W końcu swoją porcję podtopień otrzymałam z nawiązką, zwłaszcza w momencie kiedy nie widząc gdzie idę, wpadłam do jakiegoś rowu. Tak po pas. Jak to myśli w takim momencie płyną błyskawicznie. Nie, nie pomyślałam o tym, że mogę się utopić, bo przecież nie wiadomo jak dalej jest głęboko. Pierwsza myśl to inwentaryzacja plecaka - co w nim  mam takiego, czemu woda mogłaby zaszkodzić? W sumie nic takiego nie miałam, bo co ważniejsze przezornie zapakowałam w woreczki. Muszę powiedzieć, że takie zanurzenie po pas przyniosło zdecydowaną, miłą i konkretną ochłodę. Nawet kiedy w końcu udało mi się wyjść na suchy ląd wciąż było przyjemnie. Nieprzyjemna była tylko perspektywa zostania zabitą przez współuczestników mokrego przejścia. W sumie nawet nic nie miałabym na swoje usprawiedliwienie. Ale tak prawdę mówiąc moim większym zmartwieniem był fakt, że nie miałam uwiecznionych na zdjęciach tych wszystkich atrakcji. Bałam się wyciągać telefon, bo szkoda byłoby go utopić. Moi towarzysze niedoli postanowili mnie jednak nie zabijać, wychodząc z założenia, że wcale nie musieli iść za mną i była to ich samodzielna niezawisła decyzja. Poza tym - z kim przeżyliby taką fascynującą przygodę? :-))) Po podbiciu dziesiątki rozłożyliśmy się na asfalcie (Wito to nawet dosłownie) - niektórzy się posilali, pili, Kinga zmieniała skarpetki na suche. W tym momencie muszę złożyć hołd moim butom - nic, ale to nic nie robiły sobie z tego, że są przemoczone - ani nie obcierały, ani nie odparzały, ani nic. Jak zwykle troskliwie otulały moje stopy i zapewniały im pełen komfort. Te buty to był normalnie zakup życia!
Do mety pozostał nam jeszcze tylko jeden punkt. Postanowiliśmy pójść już głównymi drogami, bo limit atrakcji chyba wyczerpaliśmy do cna. Wito poddał się i postanowił dalej iść swoim, troszkę wolniejszym tempem, więc nasza trójka, mimo obolałych nóg Kingi ostro ruszyła naprzód. PK 1 był łatwy i nie dostarczył nam żadnych atrakcji, a potem już tylko pozostał powrót do bazy. Wciąż rozpierała mnie energia i właściwie miałam ochotę pobiec do bazy, ale skoro umówiłyśmy się z Kingą na wspólną wędrówkę, to nie honor byłoby teraz ją zostawić, a jej poobcierane od mokrych skarpetek nogi nie pozwalały już na żadne wyczyny.
W bazie okazało się, że łapiemy się na trzecie miejsce w kategorii kobiet, ale przewidziano tylko jedno trzecie miejsce, więc kazano nam się dogadać, która z nas je otrzyma. Kinga zrezygnowała ze swoich zaszczytów, tłumacząc się tym, że rok temu na Orientiadzie była już na podium i że to ja nadawałam tempo.  Kinga - dzięki, ale tak w rzeczywistości to trzecie miejsce jest nasze wspólne.

Puchar jest dość trudno podzielny niestety.

Na Orientiadzie doszło też do pewnego przełomu - dojrzałam do pięćdziesiątek. No bo skoro po przejściu 30 km (jak pokazał track) wciąż miałam siłę, energię i chęć iść dalej, to czemu by nie spróbować dłuższego dystansu. Że umierałam po poprzednich dwudziestkach piątkach? Szłam z Krzysztofem i tempo nadawane przez niego było dla mnie stanowczo za duże. Wystarczy ciut wolniej i MOŻE dam radę. A jak nie, to najwyżej opuszczę jakieś punkty, ale spróbować warto.

A tak wyglądała nasza trasa:

piątek, 4 sierpnia 2017

Treningowa warstwicówka

Kolejny trening ZPK, tym razem w ramach treningu przed Orientiadą. Bez Orientiady też bym wzięła udział, ale tak lepiej brzmi, no nie? Ponieważ Tomek powiedział, że teren będzie przebieżny, a poza tym da się dużo ścieżkami, więc ubrałam nie do końca długie gacie, bo ciepło. I co się okazało? Na mapie nie było ani jednej ścieżki, bo Barbara przygotowała warstwicówkę. Aż mnie zmroziło kiedy to odkryłam ciut przed startem. Owszem, parę razy w życiu chodziłam na takiej mapie, ale nigdy sama - zawsze z kimś. Od razu przed oczami stanęła mi wizja mnie zagubionej w ciemnym lesie, błąkającej się kilka dni bez jedzenia i picia i co najgorsze bez telefonu, bo został w domu. Na szczęście miałam kompas, więc była nadzieja, że idąc wciąż w jednym kierunku dojdę do jakiejś cywilizacji.  Wobec takiego pocieszenia wzięłam mapę i ruszyłam. Wybrałam wariant przeciwny do ruchu wskazówek zegara, bo jakoś sam mi się narzucił. No i Zuzka pobiegła w tamtą stronę, więc była nadzieja, że nie będę samiutka w lesie.
Na pierwszą górkę prowadziły... schody. Skorzystałam, bo to dość ciekawa opcja, jak na las. 401 znalazłam bez problemu i grzbietem pobiegłam na 402. Przy punkcie spotkałam Zuzę nadchodzącą z przeciwnej strony. Albo się pogubiła, albo jakiś inny wariant. Tym niemniej spotkanie żywego człowieka podniosło mnie na duchu. Dalej nie pozostawało mi nic innego jak lecieć na azymut. O dziwo, udawało mi się wychodzić niemal idealnie na punkty, tyle tylko, że słabo było z bieganiem, bo jednak starałam się mniej więcej liczyć kroki, żeby wiedzieć kiedy zacząć się rozglądać. Poza tym pierwsza próba biegania po nierównym i zakrzaczonym podłożu zakończyła się wbiciem jakiegoś patyka w udo i pięciocentymetrową krwawiącą szramą. Sięgnęłam więc do zbioru mądrości ludowych i powiedziałam sobie: spiesz się powoli. I tak powolutku - trochę idąc, trochę podbiegając, licząc parokroki i patrząc  nieustannie na kompas zaliczyłam PK 102, 103, 400, 105, 104, 99, 100, 97, 95, 86, 84 i 83. Zaliczyłam bezbłędnie i bezproblemowo. No dobra, na 86 znowu spotkałam Zuzę nadchodzącą z przeciwległej strony i ponieważ ona pierwsza zauważyła słupek, wykorzystałam to i podbiłam się "na pasożyta". Za to  od 104 do 97 naprowadzałam na punkty Armina z jego towarzyszką i miałam dziką satysfakcję, że wiem gdzie iść. Oni za to odwdzięczyli mi się opowieścią co widać na mapie, bo ja ślepota zupełnie nie mogłam dojrzeć na czym stoi PK 100.

Na 88 dobra passa mi zdechła. Idąc od 83 jakoś się rozkojarzyłam i w pewnym momencie nie wiedziałam - przeszłam sto, czy dwieście metrów? Postanowiłam przeszukać teren biorąc pod uwagę obie opcje, ale dołu ze słupkiem nie znalazłam. Fakt, że robiłam to nieco chaotycznie i bezplanowo. Pomiotawszy się trochę po lesie postanowiłam podejść do pobliskiej posesji i namierzyć się z rogu ogrodzenia. Poskutkowało. Przechodząc koło domostw w drodze na 77 zostałam postraszona lochą z młodymi, które według trzech panów regularnie pojawiają się koło 21-szej. Na szczęście do 21-szej miałam jeszcze chwilę czasu, więc poleciałam dalej. Kolejne problemy dopadły mnie przy PK 75. Najpierw dosłownie wlazłam na ogrodzenie, które było druciane, bardzo ażurowe i w ogóle niewidoczne. Tak - to samo ogrodzenie, które sprawiło mi kłopot na Wakacyjnym Sercu z Lampionem. No i niby dopiero co byłam w tej okolicy, a słupka za nic nie mogłam znaleźć. Znowu musiałam podejść do ogrodzenia i namierzać się od niego. Na 72 dopadł mnie już lekki zmierzch i nie bardzo widziałam na mapie czego szukam. Ustawiłam azymut, liczyłam parokroki i miałam nadzieje, że po prostu wlezę na słupek. A jednak nie. Co prawda odległości to całą drogę mi wychodziły większe niż wynikało z mapy, postanowiłam więc przeczesać trochę większy teren. Ale czesz po ciemaku i bez okularów. W końcu poddałam się i zaczęłam strategiczny odwrót. Wtedy w krzakach coś zaszurało i sadząc po dochodzących odgłosach, nie były to dziki. No, chyba, że Tomek z Barbarą nagle zdziczeli. Podpięłam się do nich i razem znaleźliśmy punkt. A potem już tylko bieg do mety.
Byłam pewna, że z moim dość wolnym tempem będę gdzieś w ogonie wyników, a tu okazało się, że sporo osób spędziło w lesie więcej czasu, a ci, którzy mniej, po prostu nie wzięli wszystkich punktów. Tym sposobem jestem dziś dumna i blada i pełna podziwu dla samej siebie, że poradziłam sobie bez pełnej mapy i poszło mi to dość sprawnie.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Rodzinne MnO

Rodzinne odpracowane. Powoli wpadamy w rutynę, ale jak by nie patrzeć, trochę tych rund już zrobiliśmy. Tym razem zaplanowaliśmy sobie wygodnie blisko domu, ale tak ogólnie to zaczynają nam się kończyć miejsca, bo ile można w kółko robić na tym samym terenie. Nie mam pojęcia gdzie robić w przyszłym roku (jeśli oczywiście będziemy robić, ale mam nadzieję, że tak).
Uczestników było tak umiarkowanie, ale wiadomo - sezon urlopowy i nawet kilka zespołów dało znać, że są na wyjeździe. Mimo wszystko zebrało się ponad pięćdziesiąt osób.
Rano oczywiście nie wyspaliśmy się, bo trzeba było rozwiesić lampiony. Niby nie jakoś bardzo dużo tych lampionów, ale chwilę zeszło. Prawie w ostatniej chwili okazało się też, że nie mamy stolika i zegara startowego, bo nie przejęliśmy po ostatniej imprezie klubowej i musieliśmy robić wielką improwizację. Ale co to dla nas - w niedzielę mieliśmy i na czym stawiać rzeczy i czym mierzyć czas.
Jako główną atrakcję na czekanie na wyniki tym razem wymyśliłam chodzenie po linie i muszę przyznać, że lina bardzo się sprawdziła - jako siedzisko dla dzieci:-) Ale prawda jest taka, że chodzenie po linie jest strasznie trudne. Bez podtrzymywania udało mi się zrobić tylko pół kroku. Lina wciąż jest u nas i może jeszcze poćwiczę. A potem zgłoszę się do cyrku:-)
A same zawody? Jak to zawody z punktu widzenia organizatora - najpierw wszyscy chcą naraz wyjść, potem nuda, bo nikogo nie ma, a potem nie wiadomo w co ręce włożyć. A jak człowiek już zupełnie pada na pysk, to idzie w las zbierać lampiony:-) I mówi sobie: nigdy więcej!!! A na drugi dzień budzi się i kombinuje co wymyślić na kolejne zawody:-)
Bo InO jest po prostu fajne!

Jak ktoś ma ochotę fotki obejrzeć to są tutaj.

czwartek, 27 lipca 2017

Połówkowy ZetPeK

W pierwotnej wersji treningów na ZPK-ach miało być 44. Takie Klubowe 44 (dla niezorientowanych KInO Stowarzysze to koło nr 44 przy OM PTTK). Bo sztuką wydawało się 44 razy pobiegać po właściwie niezbyt wielkim terenie osłupkowanym przez stałe trasy na orientację.
Pierwsze spotkania były z założenia nocne – słupki nie świecą się z daleka, nie wystają ponad dołki – trzeba dokładnie było znaleźć miejsce wskazane na mapie, a nie wyglądać pomarańczowo białego elementu z daleka. Do tego sławetne dziki płoszące uczestników, śnieg i mróz. Teraz mamy pełnię lata, upał i pomimo startu po 19-stej biegamy za dnia.
ZPK44#22 zgromadził na starcie 10 osób. Miało być 12, ale jedna zaspała, a drugą wchłonęły macki korporacji. Z „nowych” pojawił się Tomek G. oraz po raz pierwszy udało się dotrzeć Zuzannie.
Ostatnio straty są bardzo „rozgadane”. Wszyscy stoją z mapami i zamiast ruszać do lasu gadają i plotkują. A potem wracają o zmroku – czyżby tęsknota za bieganiem nocnym?
Pierwszy w las poszedł chyba Krzysztof, potem pobiegł Andrzej, a najdłużej na starcie plotkował Tomek. Większość wybrała wariant północny, nie zdając sobie sprawy, że ścieżka na mapie nie istnieje i trzeba przedzierać się przez krzaki, ciernie i zwały gałęzi, a potem w drodze na następny punkt pokonać całkiem szeroki kanałek. I sprawę utrudniała mapa niepełna z wyciętymi paskami ukrywającymi newralgiczne miejsca, takie jak przeprawy. My jak zwykle ruszyliśmy ostatni. Wkrótce łyknęliśmy Zuzię, która skręciła za wcześnie w ślepą uliczkę. Może skręciła nie w tą drogę co trzeba, ale wyglądała świetnie – muszę sobie kupić kiedyś takie buty jak jej i schudnąć, by wyglądać jak rasowy biegacz!
Przedzierając się przez krzaki w kierunku PK 401 (nawigowała Barbara, bo ja stawiałem punkty, więc znałem „lepsze dojścia” i robiłem tylko za balast biegowy)  zobaczyliśmy niezapomniany obrazek, jak to „dupoślizgiem” po brzozie przerzuconej nad kanałkiem prześlizguje się Ula - niczym na jakiś rajdzie przygodowym;-) Także Bosy szykował się do sforsowania tu kanałku. Po podbiciu punktu Barbara poprowadziła jednak wzdłuż kanałku (słusznie) wnioskując z przebiegu dróg „wyciętych” z mapy, że na jakiś mostek przed kolejnym PK 125 natrafimy.  I to była słuszna decyzja – komfortowo przeszliśmy po niewielkiej kładce, a chwilę dalej był już całkiem porządny mostek. Dobiegając do słupka 125 widzieliśmy grupkę czeszącą las stanowczo za wcześnie. Słupek ma być przy ścieżce, a nie „nie wiadomo gdzie”, więc minęliśmy ich i dopadliśmy pierwsi perforatora. Gdy biegliśmy do PK 115 usłyszeliśmy zbliżające się do nas Sapanie. Takie przez wielkie „S” , mniej więcej odgłos jak rozpędzona lokomotywa. Na szczęście był to tylko Bosy, który trenował sprint. Chcieliśmy z nim pokonwersować (bo my biegamy takim tempem „na 50 km”, aby spokojnie rozmawiać w czasie biegu), ale coś Bosemu nie szło formułowanie zrozumiałych zdań. Wkrótce pobiegł przodem. Oczywiście do słupka ostatni kawałek skróciliśmy na azymut przez doskonale przebieżny las i po chwili znowu z tyłu słyszeliśmy doganiające nas sapanie. Sytuacja z sapaniem powtarzała się co punkt – podbijaliśmy pierwsi, ruszaliśmy, a po krótszym lub dłuższym czasie doganiał na Bartek. Tak do PK 400. Tu spotkaliśmy Krzysztofa podbiegającego w przeciwnym kierunku, a Bartek zaplątał się gdzieś poważniej w krzakach szukając lampionu. Utraciliśmy z konkurencją na dłużej kontakt wzrokowy i dźwiękowy, na chwilę spotykając się przy dołku z lampionem 402, ale PK 403 podbijając w samotności. Drogę na przedostatni PK 39 przebiegliśmy i musieliśmy się cofnąć – tu znowu usłyszeliśmy Bartka, który niezrażony pobiegł dalej (chyba także myślał, że to za wcześnie albo szukał zupełnie innego PK). Widomo, że przy naszym tempie spokojnie mamy siły na finisz, więc z ostatniego PK 39 spieszyliśmy się na metę, by nie przekroczyć 60 minut i Bosy nie miał szans nas dogonić.
Na mecie już ktoś był, dobiegł niedługo po nas Mariusz i Ula, ale my szybko zwinęliśmy się na imprezę imieninowa  naszej klubowej Anny - ja wskoczyłem w Malusia, a Barbara tradycyjnie na rower i ruszyliśmy w drogę do miejsca gdzie rowerzystom serwują wysokoprocentową laktozę;-). Z auta widziałam dobiegającego Bosego – długo mu zeszło na ostatnich PK.
Kolejny ZPK, pewnie za tydzień (trening przed Orientiadą) może już będzie pierwszym tego lata, który dla biegających skończy się „po zmroku”.
A tak biegaliśmy link do tracka

wtorek, 25 lipca 2017

Wakacyjne Serce z Lampionem i grzybami

Z Jatki wróciliśmy po północy, a rano wybieraliśmy się na dwuetapowe Serce z Lampionem. Na szczęście rano tym razem oznaczało godzinę jedenastą. Mimo, że był to TMWiM zdecydowałam się iść na TP, czyli do klasyfikacji nic mi się nie zaliczało. Na TU pewnie poszłabym z Darkiem, po drodze bardziej bym przeszkadzała niż pomagała i byłby przeze mnie bez szans, a z drugiej strony Agata nie miała z kim iść na TP, a samej to nudno. Jeszcze na Jatce odpytałam autora trasy (też brał udział) jakie będą etapy i zarzekał się, że łatwe, z pełną mapą. Zapomniał tylko dodać, że pioruńsko długie. Wymiękłam już na starcie czytając, że etap ma 5 km, co w praktyce oznacza jakieś 6-7. I do tego dwadzieścia PK. Dwadzieścia! Prawdą było jedynie to, że mapa pełna  i łatwa.
Zaczęłyśmy pod prąd, czyli od PK 20. Nawigowałyśmy obie, ale tylko do pierwszego grzyba. Od PK 19 ja szukałam punktów, Agata grzybów. Z PK 17 na PK 16 postanowiłam poprowadzić na azymut. Co prawda jak na azymut, to odległość była tak na granicy możliwości wyjścia na punkt, ale ostatnio zawsze mi się udawało, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej. A tymczasem chała. Wyszłyśmy nie wiadomo gdzie (to znaczy mniej więcej to wiadomo, ale nie tak szczegółowo jak chciałam) i po obleceniu najbliższej okolicy nie pozostało nic innego jak spaść do ścieżki i namierzyć się od nowa. Ale obciach. Tym razem wyszłyśmy idealnie na punkt.
PK 15 miał być koło ogrodzenia w lesie. Wypatrywałam jakichś żerdek albo betonowych słupów i gdyby nie Andrzej K., w życiu bym nie wymyśliła, że ogrodzenie jest tak ażurowe i delikatne, że zupełnie niewidzialne. Przeszłyśmy koło niego, nie zauważając go.
Na PK 12 lampion wisiał jakoś nie bardzo. Tezety wbiły bepeka, a ja odmierzyłam się jeszcze od drugiej ścieżki. Od tej stał dobrze. Najwyraźniej mapa w tym miejscu była coś źle narysowana, bo od jednej strony się zgadzało, od drugiej za nic w świecie.
Przy kolejnych punktach coraz mniejszą uwagę zwracałyśmy na mapę, a coraz większą na powiększającą się kolekcję grzybów i nie wiem jakim cudem odnajdowałyśmy kolejne PK. Nie wykluczam, że trafiły się i stowarzysze, bo dokładność stała się nagle jakby drugorzędna. Ponieważ nie miałyśmy do czego zbierać grzybów, wywaliłyśmy obie mapy z koszulek i cud, że przy okazji nie wywaliłyśmy map. Na metę wróciłyśmy z całkiem obfitym plonem, a ja dodatkowo ledwo żywa.
Drugi etap miał mieć "tylko" cztery kilometry i aż jeden wycinek do dopasowania. Znowu poszłyśmy pod prąd, bo nam już chyba weszło w nawyk, ale widziałyśmy, że kilka osób też tak zrobiło. Już przy trzecim z kolei punkcie miałam dosyć - zrobiło się gorąco i duszno. Taka Jatka bis. Przy PK 11 miałam ochotę wrócić na metę, bo wiodła na nią porządna prościutka droga. Z drugiej strony szkoda było wracać, bo grzyby. Co prawda na tym etapie było ich jakby trochę mniej, ale jednak wciąż były. I co? Miałyśmy je tak zostawić? W życiu! PK 7 nie mogłyśmy znaleźć. To znaczy miejsce znalazłyśmy, ale lampionu nie. I jak tylko wpisałam w kartę BPK, Agata wyczesała lampion. No co za złośliwość rzeczy martwych!

Z PK 4, 5, 6 zrezygnowałyśmy. Żadna z nas już nie miała siły, a do mety był kawał drogi. Na szczęście druga część trasy obfitowała w grzyby i wypatrywanie ich w poszyciu odwracało naszą uwagę od zmęczenia i bolących nóg.
Kiedy skończyłyśmy wreszcie etap, meta już się zwijała, ale Tomka tradycyjnie jeszcze nie było. Miałyśmy czas na uporządkowanie naszych zbiorów, czyli powyciąganie z koszulek po mapach i z plecaka oraz oszacowanie, które są jadalne, a które od razu nas zabiją:-)
Agata oddała swoją książeczkę do weryfikacji i od wczoraj może się chwalić małą srebrna odznaką InO.

Wściekle gorąca Jatka

Wyjazd na Jatkę odbył się w sposób ustalony tradycją: spotkanie pod Instytutem, TRInO i pizza. Tym razem z trin wybraliśmy Wąchock - tak żeby było śmieszniej jak może spotkamy sołtysa.

Pogoda co prawda początkowo była mało sprzyjająca zwiedzaniu, bo padało i po pierwsze punkty robiliśmy szybkie wypady z samochodu, ale prognozy mówiły, że po siedemnastej ma się przejaśnić. Postanowiliśmy więc najpierw zjeść, a potem robić resztę trasy (jak pogoda pozwoli) już pieszo.
Faktycznie przestało padać (prawie całkiem) i mogliśmy zaliczyć przyjemny spacer. Potem, w Jędrzejowie, zrobiliśmy zakupy spożywczo-rekreacyjne i pojechaliśmy już bezpośrednio do bazy.
Jak przystało na speców od orientacji, zgubiliśmy się u celu podróży i nie mogliśmy trafić do szkoły. Za to mieliśmy okazję zwiedzenia okolicy i nawet trochę rozglądaliśmy się za lampionami, żeby ewentualnie mieć łatwiej następnego dnia. Niestety, jakoś na żaden nie natrafiliśmy.
W bazie było już sporo uczestników, ale nie na tyle, żeby nie znaleźć porządnej miejscówki na sali gimnastycznej i nawet na dwa materace się załapaliśmy. Pobraliśmy nasze pakiety startowe, organizatorzy pokazali gdzie co jest i z czego można (i należy) korzystać  i tak się od razu poczułam zaopiekowana. Niby ci organizatorzy żadnych cudów nie robili, a jakoś tak biła od nich życzliwość i zaangażowanie w to, co robią. To mi tak bardzo kontrastowało z Jaszczurem, gdzie każdy radził sobie sam, pakietów nie było, a organizator sprawiał wrażenie wyluzowanego do maksimum.
Wieczór spędziliśmy na integracji i rozmowach o biegach, marszach i maratonach na orientację. Czyli bardzo fachowo i branżowo. Tak było sympatycznie, że mało nie zapomniałam pójść spać, a przecież następnego dnia trzeba było mieć siłę na długi spacer.
Sobota zapowiadała się gorąca, a przynajmniej wszystkie prognozy pogody tak straszyły. Ponieważ ja źle znoszę gorąco, a chodzenie pod górkę mnie dobija, więc od razu założyłam, że idę tylko tyle ile dam radę i ani kroku więcej. Choćby mnie organizatorzy mieli zwieźć samochodem (wiem, że obciach). Ustaliłam z Krzysztofem, że jak wymięknę to rozłączamy się i każde idzie w swoim tempie.
Start nie odbywał się z bazy, tylko jakieś dwieście metrów od niej. Najpierw odprowadziliśmy na start (ale tylko wzrokiem) naszych pięćdziesiątkowiczów, czyli Barbarę z Tomkiem i Agnieszkę z Michałem. My startowaliśmy godzinę po nich. Ponieważ nie mogliśmy już wysiedzieć w bazie, więc na miejsce startu wyszliśmy trochę wcześniej, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć start rowerzystów. W końcu nadeszła nasza kolej. Pobraliśmy mapy, ustaliliśmy kolejność zaliczania punktów, odbyło się wspólne odliczanie do startu i poooooszliiii....
Zaczęliśmy od PK 22. Na punkt szła nas spora grupa, ale zanim doszliśmy na miejsce utworzyły się podgrupy oraz jednostki atakujące w pojedynkę. Jeden taki jednostek zasuwał przed nami i przecierał szlak. Ponieważ nie znaliśmy zdolności nawigacyjnych jednostka,  na wszelki wypadek nie sugerowaliśmy się tym gdzie idzie, tylko pilnie patrzyliśmy w nasze mapy. Do punktu teoretycznie można było pójść skrótem od asfaltu, ale praktycznie po drodze najpierw było pole zboża, a potem pasy jakichś krzaków wyglądające na nieprzechodnie. Wszyscy karnie nadłożyli drogi i doszli drogami. Do PK 16 prawie cały czas asfaltem. U celu czekał piękny drewniany kościółek. Ja już byłam wykończona żarem lejącym się na moją głowę z góry i niestety bardziej byłam zainteresowana wodą, cieniem i możliwością przycupnięcia na chwilę niż podziwianiem zabytku. Rzuciłam tylko okiem do środka, ale obejść dookoła już mi się nie chciało. Teraz żałuję.
Do PK 19 wreszcie poszliśmy polami i przynajmniej nie biło żarem od spodu, a nawet chwilami były lekkie przeciągi. Ponieważ Krzysztof chciał potrenować bieganie pod górkę, miał wreszcie okazję się wykazać, bo po asfalcie jakoś nie chciał.  Już miałam nadzieję, że pobiegnie sobie i zapomni o mnie i będę mogła dalej wlec się krok za krokiem, ale nie. Czekał na mnie i nie zostało mi nic innego jak sprężyć się i zasuwać ile sił w nogach.  Bo wiecie - leźć samemu powoli, to jednak inaczej niż iść z kimś i mieć wyrzuty sumienia, że się opóźnia i psuje komuś wynik. Na dziewiętnastce czekały na nas baniaki z wodą, więc napiłam się ile wlazło, uzupełniłam wodą wszystkie posiadane pojemniki, nalałam do czapki i za koszulkę i poszliśmy dalej.


W drodze na osiemnastkę tak zasuwaliśmy, że udało nam się wyprzedzić męsko-męską ekipę, aczkolwiek - nie powiem - kosztowało mnie to trochę wysiłku. Ale za to jaka satysfakcja. Kiedy byliśmy już blisko osiemnastki, zauważyliśmy, że wzdłuż strumyka, na którym miał być punkt, błąka się grupa uczestników, w tym jednostek, którego od samego startu mieliśmy na horyzoncie. Punkt opisany był jako betonowa przegroda na rzece i wydawało mi się, że niemożliwością jest przegapienie czegoś takiego. A jednak. Minęliśmy przegrodę i choć czuliśmy, że już jesteśmy za daleko, jakoś tak ciągnęliśmy w stronę grupy, no bo skoro wszyscy szukają dalej, to może coś jest na rzeczy? W końcu postanowiliśmy wrócić do zakrętu ścieżki przeczesując po drodze zarośnięty strumyk, z tym, że Krzysztof przedarł się na drugą stronę i wypatrywał stamtąd. I faktycznie, po chwili, od drugiej strony zauważył lampion. Trochę czasu na tej przegrodzie straciliśmy, zmarnowało się nasze przeganianie konkurencji, ale z kolei my dogoniliśmy jednostka.
Z 18 do 24 było w pieron pod górę. Namówiłam Krzysztofa żeby znowu sobie pobiegł i znowu miałam nadzieję, że mnie zostawi i z rozpędu poleci dalej, na kolejne punkty. I znowu się zawiodłam. Szłam sobie powolutku, noga za nogą, a jak w końcu wylazłam na górę zobaczyłam, że wciąż stoi przy kurhanie. No co za uparty człowiek! Okazało się jednak, że to nie upór, tylko zgroza tak go wmurowała w miejsce. Krzysztof zgubił kartę startową! Ponieważ organizator brał taką opcję pod uwagę, było ustalone, żeby punkty odbijać na mapie, bo zagubioną kartę może znaleźć inny uczestnik i donieść na metę. Mimo to, zrobiło się trochę smętnie. Na pocieszenie przy punkcie znowu czekała na nas woda, więc zrobiliśmy krótki postój, żeby uzupełnić zapasy, coś przekąsić i mieć czas otrząsnąć się po stracie karty. Z tego wszystkiego Krzysztof nawet na mapie zapomniał się podbić i musiał wracać jak już uszliśmy trochę na kolejny punkt. Ja w tym czasie postanowiłam pognać do przodu, żeby nie robić za hamulcowego, a że droga prowadziła wyjątkowo w dół, więc fajnie się biegło. Na dole, już blisko asfaltu natknęłam się na ekipę organizatorską, która samochodowo robiła inspekcję trasy, w myśl zasady, że pańskie oko konia tuczy. Pocieszyli mnie, że do punktu żywieniowego już stosunkowo niedaleko, a tam czeka na nas basen z zimną wodą i kurtyna wodna. Wobec takiej perspektywy zdusiłam w sobie chęć zabrania się z organizatorami do bazy, choć było to bardzo kuszące, aczkolwiek nie wiem czy realne, bo bynajmniej nie proponowali podwózki:-)
PK 28 miał być na ogrodzeniu cegielni. Można było tam dojść asfaltem, albo próbować  wcześniej 
się jakoś przedostać wzdłuż ogrodzenia. Niby była jakaś droga w słusznym kierunku jeszcze przed asfaltem, ale bo to wiadomo czy nie kończyła się na stodole gospodarza? Po Jaszczurze miałam lęki przed skracaniem drogi. Zeszłam więc na asfalt i tam poczekałam na Krzysztofa. Okazało się, że aby dojść do punktu, trzeba było okrążyć pół wsi i nadłożyć najmarniej z kilometr, a jak potem się dowiedziałam, droga, którą beztrosko zlekceważyłam, dawała spory skrót. Za to w ramach rekompensaty spotkaliśmy Barbarę i Tomka, którzy też mieli ten sam punkt. Tomek twierdzi, że ledwo nas dogonili, bo tak zasuwaliśmy. No nie wiem - mi się wydawało, że lezę już ostatkiem, ale faktycznie wciąż usiłowałam nadążyć za Krzysztofem.
Kolejnym punktem miała już być upragniona remiza strażacka z wodą do picia, polewania i pływania - jak kto sobie życzy. Większość trasy od cegielni do remizy wiodła asfaltem i znowu pod górę. Ja nie wiem jak organizatorom udało się tak zbudować trasę, żeby ciągle było tylko pod górę, a jedynie raz w dół. Przecież to przeczy wszelkim prawom przyrody i zdrowemu rozsądkowi!
Jakoś doczłapałam. Na widok kurtyny wodnej nawet znacząco przyspieszyłam kroku i z rozkoszą stanęłam w strumieniu wody. Pełna ekstaza! Miałam jeszcze ochotę wskoczyć sobie do basenu, ale ponieważ wszystkie te atrakcje były w ramach ogólnego limitu czasu, więc szkoda było cennych minut. Gdyby był czas-stop, to na pewno w basenie byłoby pełno. Zdecydowaliśmy się za to na żurek i ciastka oraz kolejny natrysk pod wężem już przy wyjściu w dalszą trasę. Muszę powiedzieć, że wykorzystanie straży pożarnej było genialnym posunięciem, powiedziałabym wręcz - ratującym życie wielu uczestnikom, a już na pewno mi. Kiedy ruszyłam taka doszczętnie przemoczona i zawiał lekki wiaterek, pierwszy raz tego dnia poczułam prawdziwy chłód. Taki do gęsiej skórki. Cudowne uczucie!
Po punkcie żywieniowym mieliśmy do zrobienia jeszcze tylko trzy PK - 30, 29 i 26. To była bardzo komfortowa sytuacja i aż wykrzesałam z siebie nowe siły. Na trzydziestkę szliśmy polami, więc było bardzo przyjemnie. Trochę ścięliśmy drogę idąc przez łan pszenicy, ale tylko po śladach traktora i w ogóle staraliśmy się niemal lewitować nad kłosami. Do samego lampionu była już wydeptana szeroka autostrada i nawet nie trzeba było patrzeć w mapę, żeby trafić. Na 29 znowu sporo asfaltu i chyba to tam robiliśmy za gwiazdy filmowe, tzn, daliśmy się filmować organizatorom jak ładnie maszerujemy:-) A może to było w całkiem innym miejscu? Przed 29 już z daleka widzieliśmy z której kępki drzew wychodzi poprzedzający nas cała drogę jednostek, ale dla przyzwoitości zmierzyliśmy odległość od  odchodzącej w bok  ścieżki do punktu i zgodziło się idealnie. A kilkadziesiąt (albo może i więcej) metrów za punktem znowu zobaczyliśmy jednostka (jak się potem okazało jednostkiem był kolega Dariusz) zastygłego w pozie żony Lota. Był kolejną ofiarą zagubionej karty startowej. Potem dowiedzieliśmy się, że wrócił po nią i nawet znalazł, ale na metę dotarł już po nas. Nie da się jednak ukryć, że przez całą drogę nie byliśmy w stanie go dogonić, mimo, że nieustannie majaczył nam na horyzoncie.
Został nam jeszcze jeden jedyny punkt i niestety droga do niego wiodła nie dość, że asfaltem, to jeszcze pod górę. Gdyby nie wizja końca tej udręki, to chyba siadłabym na środku drogi i rozpłakała się. Parę drzew na krawędzi uskoku (jak głosił opis) zobaczyliśmy już z daleka. To znaczy drzew - tak, uskoku - nie. Najkrótszą drogę do drzew przegradzał nam łan pszenicy i tylko w jego części były ślady po traktorze. Wykorzystaliśmy je, ale dalej już wiódł ślad chyba po zającu albo innym jatkowiczu, bo taki ledwo widoczny był. W akcie desperacji przeszliśmy, starając się nie spowodować większych szkód. Z powrotem wyleźliśmy już miedzą, a przy asfalcie spotkaliśmy rowerzystów, którzy w swej naiwności planowali pod punkt podjechać rowerem. Powodzenia!
Do bazy, o dziwo, było w dół. No, ale w końcu skoro wciąż szliśmy pod górę, to gdzieś trzeba było wytracić tę wysokość. Ostatnie metry nawet przebiegliśmy, bo wiecie - w razie gdyby ktoś filmował, czy zdjęcia robił. Akurat chyba nikt nie filmował i zdjęć nie robił i bieg się nam zmarnował. Na mecie dostaliśmy medale i piwo domowej roboty o wdzięcznej nazwie: "Zasłużone".
Po ok. 30 kilometrach wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy:

Od razu po zdjęciu butów i plecaków poszliśmy na obiad, bo po drodze jakoś nie wchodziły nam zabrane ze sobą kanapki, ciastka i orzeszki, a teraz wreszcie poczuliśmy głód. Kąpiel musiała poczekać na swoją kolej dopiero po naleśnikach i przepysznym cieście. A potem nastąpił tradycyjny sms od Tomka, że cola pilnie potrzebna do podtrzymania życia, więc ruszyliśmy do sklepu. Na szczęście było blisko, a w lodówkach stały różne napoje do wyboru. Zdążyliśmy z zakupami w ostatniej chwili, bo kiedy wróciliśmy do bazy Barbara i Tomek wydawali już ostatnie tchnienie i tylko cola mogła ich uratować.
Potem załapaliśmy się jeszcze na dekorację zwycięzców, w tym także Barbary, która tym razem jako jedyna z nas zdobyła trofeum - drugie miejsce wśród kobiet na TP 50.
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka naszej wspaniałej czwórki (bo Chrumkający wciąż byli na trasie) i ruszyliśmy do domu. Za kilkanaście godzin wybieraliśmy się na kolejną imprezę - dwuetapowe "Wakacyjne Serce z Lampionem".



PS
Kartę Krzysztofa znalazłam po dwóch dniach w mojej mapie. Najwyraźniej podczas kilku akcji typu: "potrzymaj mi mapę" dokonaliśmy zamiany egzemplarzy i nie zwróciliśmy na to uwagi.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Nazwa zobowiązuje!

Powoli docieram do okresu, gdy powielam swój start w kolejnej pięćdziesiątce. Powielam oczywiście po roku, w edycji 2017. Cała przygoda z 50-tkami zaczęła się od Orientiady, a tu kolejna edycja już za 2 tygodnie! Druga w kolejności była Jurajska Jatka – niestety w tym roku termin mi koliduje z czymś innym i zostaje „jej siostra” czyli Świętokrzyska Jatka. Nazwa prawie taka sama, organizatorzy właściwie także, ciut przesunięta lokalizacja, ale z mojego punktu zamieszkania odległość i kierunek bardzo zbliżone.
Nasza ekipa
Jak zwykle przedstartowe zbieranie ekipy (ostatnio reprezentacja Stowarzyszy jest liczna na wszelakich długodystansowych imprezach), przesuwanie terminu Wakacyjnego Serca z Lampionem (skoro kierownik imprezy oraz budowniczy części tras jadą na Jatkę w sobotę, Serce przeniesiono na niedzielę) i wyznaczanie jakie TRInO zaliczyć po drodze. I oczywiście liczne przedstartowe „przepychanki” z Hubertem „kto wygra”. Jak się okazało wygrała pogoda.  Przynajmniej z nami – ja jeszcze w upale nie podbiegałem – teraz wiem, że po płaskim nawet się daje, tylko lepiej lżejsze buty założyć, ale Barbara z założenia odmówiła biegania w upale. Na szczęście mieliśmy ukrytego asa w rękawie (a nawet dwa asy), ale o tym później.
Jak zwykle udało wyjechać się z Warszawy przed największymi korkami, ale co z tego, skoro ekspresówka do Radomia z powodu rozbudowy gwałtownie zmniejsza swoją przepustowość? Swoje i tak odstaliśmy. A w planie TRInO – niestety czasu starczyło na tylko jedno – odwiedziny u Sołtysa w Wąchocku. Odwiedziny i tradycyjna pizza.
Oczywiście na dojeździe do bazy zgubiliśmy się, a właściwie przejechaliśmy zjazd do miejscowości i wylądowaliśmy na wzniesieniu na południe od Czarnocina. Dalej już udało się trafić i znaleźć jedno z ostatnich miejsc parkingowych bezpośrednio przy szkole.
Wkrótce poczuliśmy się niczym gwiazdy filmowe – za każdym zakrętem na uczestników czaił się obrotny operator z dłuuugim kierunkowym mikrofonem na aparacie i filmował z ukrycia.
Wkrótce do bazy dotarł główny konkurent – Hubert oraz reszta Stowarzyszonej ekipy. Na niebie gwiazdy i droga mleczna zapowiadały fajną pogodę na sobotę. Wręcz zbyt dobrze zapowiadały tę pogodę.
Sobota – tradycyjnie od rana rozdzwoniły się budziki. Nawet nie trzeba swojego nastawiać, zawsze jakąś godzinę przed świtem zadzwoni komórka jakiemuś rannemu ptaszkowi. Na zewnątrz Pogoda przez duże P. - pewnie ze 20 stopni już jest, a słonko świeci jak szalone. Trasa ma być po odkrytym i lekko pagórkowatym, więc szykuje się gorący dzień.
Odprawa i strat przy stawie w środku miasta. Tu zagaduje nas miejscowy kamerzysta. Bardzo chce coś podpowiedzieć i pomóc, więc wypytujemy go czy  PK 17 jest na terenie podmokłym, jak pokazuje mapa i czy liczne cieki to jakieś głębokie i szerokie rzeki. Okazuje się, że teren podmokły wysechł, a cieki mizerne – dobra nasza.
Na starcie - zdjęcie "pożyczone" z FB organizatora

Odliczanie do startu i ruszyliśmy.  Szybkobiegacze wyrwali od razu na starcie, a my wolno i spokojnie – wariant od północy. Lampion nr 26 ma stać tuż obok miejsca na górce, gdzie wczoraj zawracaliśmy. Zaczynając podejście pod górę w oddali widzimy Huberta, który już biegnie do następnego PK – ten to ma zdrowie! Pod górę wyprzedza nas PKŻ, para biegaczy  z Kielc „na krótko” (a wręcz na bardzo krótko) i dziewczyna w koszulce Biegu Rzeźnika, która się reflektuje, że pobiegła nie w tę stronę co chciała.
Do PK 29 podbiegamy z PKŻ. Para biegaczy nas wyprzedza stanowczo. Punkt opisany bardzo odkrywczo „brzeg strumienia”. Na mapie – punkt „na niczym” – gdzieś na cieku wodnym. Ponoć opisy doprecyzowują to, czego nie widać na mapie – tu „brzeg strumienia” nie wnosi czegoś odkrywczego. Choćby opis typu „kępa krzaków na N od strumienia” byłaby lepszy. Ja tam jestem przeciwny stawiania PK „na niczym”, a na pewno w okolicy kilkuset metrów można by znaleźć obiekt występujący na mapie, lub choćby do określenia w opisie!
Widzimy, że reszta biegnie dalej wzdłuż strumienia. Patrzymy na mapę, do PK 35 pasuje iść dokładnie na południe. Widzimy, że ktoś z tej strony nadchodzi, więc daje się przejść. Szybka decyzja i ruszamy samotnie w innym kierunku niż reszta.
Tu konieczne jest małe wtrącenie – widząc Huberta umykającego w siną dal, zastanawialiśmy się nad „wzięciem zakładnika” w postaci PKŻ i wykonaniem telefonu ze stanowczym żądaniem zwolnienia, ale po PK 29 PKŻ oddaliła się wzdłuż cieku szybkim biegiem  i nie mieliśmy szansy jej dogonić!
Szybko dochodzimy do lokalnego asfaltu, potem kolejne pole i jesteśmy przy przystanku zaznaczonym na mapie. Ktoś tam z lewej nadbiega (zdaje się, że był znacząco  przed nami na PK 26). Teraz pod górę, więc idziemy, ale z górki podbiegamy, pędem wyprzedza nas „Niebieski”. W Zięblicach skręt w lewo i szukamy kolejnego PK opisanego jako „brzeg strumienia”. Coś podejrzanie dużo w opisach tych „brzegów strumienia”. Szukamy lampionu nie na tym strumieniu – bo lampion stoi na rozwidleniu strumieni i taki być powinien opis. I to od strony, której mapa nie sugeruje. Ale co tam, wszystkie okoliczne krzaki przeczesaliśmy pomimo, że lampion wisiał „widokowo” przy głównej drodze.
Pierwotnie do PK 38 zastanawialiśmy się nad przebiegiem asfaltowym – okrążającym wzniesienie, ale zauważyliśmy, że „droga na skróty” wygląda całkiem porządnie.  Idziemy więc „na skróty”. Za nami podąża ten spotkany przed PK 35  „Niebieski” zawodnik (miał on jakieś problemy z mapą na skręcie w  Zięblicach, więc został za nami).
PK 38 to „brzeg stawu”. Idąc przez wieś widzimy grupkę  4 uczestników buszujących w jakimś zagłębieniu z roślinnością wodną po lewej. Ale stanowczo za blisko – staw miał być ze 300 m dalej, za ostatnimi zabudowaniami. Mijając ich dopytujemy się z uśmiecham czy znaleźli lampion:-) Ruszają za nami. I wyraźnie boją się nas wyprzedzić. A staw jest tam, gdzie miał być.
Do PK 37 jedyny kawałek przez las. Organizator coś mówił, że drogi w lesie się nie zgadzają. Na początku jest wyraźna droga, która zaczyna zanikać. Para biegaczy „ na krótko” wyraźnie puszcza nas przodem, a para chłopaków (także na krótko) próbuje lecieć gdzieś na azymut. My spokojnie idziemy/podbiegamy drogami – byle w dobrym kierunku i wkrótce wybiegamy na polanę przy leśniczówce. Wkrótce zza krzaków wypadają ci, co poszli na azymut. Teraz lecimy szukać drogi do PK 37. W założonej odległości jakoś nie widać nic zachęcającego. Ci „ na krótko” nie kwapią się wejść w krzaki. My wreszcie z Barbarą decydujemy się na desperacki krok i wchodzimy w pokrzywy. Musimy cofnąć się ze 200 m, a pokrzywy wyższe od nas. Ale co to za impreza bez pokrzyw? Dostrzegamy wreszcie staw i forsujemy strumyk – tradycyjnie jego brzeg postanawia wciągnąć mi buta – ale się nie daję! W okolicy, gdzie powinien być lampion docieramy razem z „krótkimi biegaczami”, ale w odróżnieniu od nich jesteśmy malowniczo poparzenia pokrzywami i oblepieni różnym zielonym świństwem. Chwilę trwa szukanie lampionu w miejscu opisanym „skraj mokradeł”.
PK 37 wymagał chwili szukania
Dalej prosta droga do punktu żywieniowego. Ciężko zabłądzić na asfalcie. Choć właściwie słonko tak dopieka, że udar słoneczny może się zdarzyć, a wtedy wszystko możliwe. Coś tam podbiegamy, choć idzie nam coraz gorzej.
Gdy dobiegamy do remizy wita nas… kurtyna wodna i basen. Barbara nagle ożywa i wpada w środek mgiełki rozpylanej przez strażaków, nie zważając na telefon, mapę i kartę startową. Ja ją w pełni rozumiem! Choć czemu ominęła basen?
Kurtyna wodna na PK 34

Żurek i woda!

Mokry buff trochę pomaga na upał
Żurek z kiełbaską wciągam ekspresowo,  bo trzeba jeszcze się ochłodzić, dolać wody do bidonu i żołądka. Ale trzeba ruszać dalej. Na liczniku coś koło 20 km, więc zostało jeszcze ze 30. A upał coraz gorszy. Za chwilę spotkamy idącego z naprzeciwka Marcina O. z trasy TP 25. Jakoś rześko nie biegnie wcale!
Przed nami PK 30 – znowu „brzeg strumienia” zamiast „rozwidlenia strumieni” – ech te opisy! Wracamy na PK 28 po drodze spotkamy Piotra K. z TP 50 idącego z naprzeciwka. Jest widać trochę przed nami, ale nie jakoś tak dużo i wcale szybko nie biegnie! Podpowiada nam, że Hubert „trochę nas wyprzedził”. My to wiemy i bez niego;-)
Doganiam Renatę z Krzysztofem
W Kolosach z daleka dostrzegam Moją Druga Połowę z Krzysztofem. Rzucam hasło „biegiem”. Udaje się ich dopaść, choć normalnie maszerują prędzej niż my! Razem idziemy na  PK 28. Okazuje się, że Krzysztof zgubił kartę startową gdzieś koło PK 18 – obiecujemy poszukać.
Krzysztof na PK 28 bez karty startowej

Renata na podejściu do PK 28
Na PK 24 pod górę i na skróty. Oj ciężko idzie! PK 24 to chyba najwyższy punkt na trasie z całkiem fajną panoramą. Przed kurhanem przygarniamy jakiś dwudziestopiątkowców wyraźnie ożywionych po wizycie w sklepie. Na PK 24 miała być woda,  ale  znajdujemy tylko puste butle.  Szkoda, bo izotonik  z plecaka zaczyna już nie smakować.
Widokowy PK 24
PK 27 widać w oddali. Zostaje do niego iść „na skróty” miedzami pomiędzy polami. Tu można zrobić ranking „po jakich polach najlepiej się chodzi”. Stanowczo odradzam ziemniaki (nierówno) i wysokie zboża (bo łapią za stopy).


Za to polecam cebulę (ale to będzie dopiero za chwilę). Wreszcie docieramy do PK 27. Rzut oka za plecy – ciągle widać kurhan z PK 24, ale gdyby iść w przeciwnym kierunku, pofałdowanie terenu skutecznie ukrywa przed wzorkiem granice pól – można łatwo się „wkopać” w jakieś mało przebieżne uprawy – my idąc z góry mieliśmy komfort oceny całej trasy i wyboru najlepszej drogi.
Kolej na PK 32 najbardziej oddalony na wschód. Pustostan. Tu także resztki wody – znaczy puste butelki z dwoma łykami wody. A szkoda, bo tu wyraźnie człowieka suszy. Na wyjściu z PK spotykamy znajomą parkę biegaczy „na krótko”.
Teraz przed nami najgorszy chyba przelot drogami (i pod górę) do PK 17 przy Wiślicy. Zero cienia, upał. Liczyliśmy na jakiś sklep w okolicy z zimną colą… a tu nic. Jakieś dwa zamknięte na głucho. I kolarze z trasy rowerowej przemykający tu i tam. Zastanawiałem się czy jakiegoś nie poprosić, by skoczył do sklepu po zimną colę. Przed PK 17 spotykamy jakąś dwójkę idącą z naprzeciwka, wyraźnie mająca już dość słońca. W takim tempie raczej w limicie się nie wyrobią!
PK 15 Jurków „Mostek nad drogą”. Mostek okazał się bardzo malowniczy i zaskakujący.
PK 15 - nad drogą "mostek" z lampionem


I oczywiście żadnego sklepu! A mi już zagotowały się podeszwy. Po Orientiadzie rok temu, gdzie totalnie odbiłem sobie podeszwy, zwykle tak koło 50 km zaczynam je czuć, a tu temperatura dołożyła, że dopadło mnie wcześniej. Dobra -  na Barbarę spadnie cała  odpowiedzialność za nawigację, a ja muszę chwilę powalczyć ze swoimi podeszwami.
Do PK 18 widzie jakaś droga niezaznaczona na mapie. Tzn. tylko do jakiegoś domu dokładnie na azymucie. W akcie desperacji idziemy do gospodarstwa z prośbą o „wiadro zimnej wody”. Dostajemy końcówkę węża z zimną wodą! Ile takiej wody można w siebie wlać? Hektolitry – aż chlupie w brzuchu! Także można polać głowę i wszystko, co się da!
Odświeżeni, przez pole cebuli (za pozwoleństwem właściciela) prosto do PK 18. Pola cebuli polecamy do szybkiego marszu!
Najwygodniejsza uprawa do przejścia to pole cebuli!


Selfie z cebulą - takiego zdjęcia nie może zabraknąć!
Tu chwilka poszukiwania ukrytego lampionu. Karty Krzysztofa nie znaleźliśmy.
PK 18 - miała być "betonowa przegroda na rzece", a jest metalowa!
Przed nami trzy ostatnie punkty. Niby powinno się ochładzać, a wrażenie takie jakby słońce przygrzewało coraz mocniej. W zasięg wzroku piechurów zero, ale co chwila pojawiają się jacyś rowerzyści. Na PK 19 znaleźliśmy zapasy wody! Szkoda, że nie było takiej ilości butli na PK 32.
Teraz długi przelot i ostatnie dwa PK. Żona sms-uje, że Hubert już na mecie na 2 miejscu. Odpytujemy Chrumkającą Ciemność jak im idzie w tym upale – są cztery PK za nami. Przed nami PK 20. Chwilę wcześniej drogowskaz „Czarnocin 2 km”. Niby tak blisko, a my musimy naokoło i jeszcze na jakąś górę iść. Takie drogowskazy są strasznie demotywujące! Do PK 20 idziemy troszkę naokoło od asfaltu i drogę przegradzają nam płoty i zabudowania. Na szczęście płot udaje się pokonać, ale musimy się cofnąć ze 100 metrów.
PK 21 widać z daleka. Znaczy widać górę, gdzie jest „drzewo pod szczytem”. Idziemy. Bo biegać to już nie idzie. Szczególnie pod górę. Wreszcie zdobywamy lampion. SMS do Żony żeby leciała do sklepu po zimną colę. Niby 2 km do mety, ale większość pod górę i z podbieganiem kiepsko. Gdyby nie było pod górę wyrobilibyśmy się przed 9-cioma godzinami, a tak finiszujemy z czasem 9:16. Oczywiście dopada nas kamera i inne takie. Ale marzymy tylko o chłodnym prysznicu. I obiedzie (jak to można się cieszyć, z niepodgrzanego obiadu!!!).
Medale i "Zasłużone" na mecie
Kobiece podium TP50
Barbara jak zwykle wskakuje na podium – miejsce 2 w K50. Wygrała ta dziewczyna z koszulką „Biegu Rzeźnika”, którą widzieliśmy na początku. PKŻ, z którą się ścigaliśmy na pierwszych PK, zaginęła – zanim wyjechaliśmy do domu dawała znać Hubertowi, że szuka PK18. Już bałem się, że zostaniemy posądzeni o jakieś likwidowanie konkurencji, czy co. Parki biegaczy „na krótko” także nie spotkaliśmy w bazie. Ogólnie 9 miejsce w open zajęliśmy. Jeszcze szybka dekoracja zwycięzców i uciekamy do domu – już za kilka godzin kolejna impreza przed nami! Wprawdzie  z Hubertem nie wygraliśmy, ale zrobił to nasz „as” ukryty w rękawie, czyli Mateusz :-). Miał jeszcze Robert wygrać, ale jemu coś nie poszło i jest niewiele przed nami.
Już w drodze powrotnej dostaliśmy informację, że Chrumkający zmieścili się w limicie bez 2 PK, a i PKŻ dotarła wreszcie na metę.
Jak widać „Jatka” w nazwie zobowiązuje i udało się jej mnie „zamęczyć”, a Barbarę „ugotować”. Liczyliśmy na czas poniżej 8 godzin, a  wyszło jak wyszło coś około 53 km.

Link do tracka:
 http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-438725&idmult%5B%5D=-438726

czwartek, 20 lipca 2017

Przedjatkowy trening.

Ostatni trening przed Jatką. Oczywiście stowarzyszony i na zetpekach. Trasa dość długa, bo trochę ponad 6 km, ale na Jatce i tak mam mieć jakieś 27 z hakiem, więc nic nie marudziłam. Ponieważ było trochę za ciepło jak na moje potrzeby, więc od razu założyłam, że żadnych rekordów nie biję i robię tyle, ile dam radę.
Zaczęłam od PK 40, choć logiczniej byłoby od 400, ale jakoś mi umknął przy pierwszym spojrzeniu na mapę. Już w połowie odległości do czterdziestki poczułam, że flaczki, co to je zjadłam przed wyjściem, toczą zaciekły pojedynek z moimi flakami i jak niebezpieczne to było, może mnie zrozumieć tylko Darek M.  Nie było zmiłuj, musiałam zwolnić, bo od potrząsania brzuchem przy biegu było tylko gorzej. Już przy CZD dogonił i wyprzedził mnie Andrzej K. i jeszcze tylko zdążyłam zauważyć, w którym miejscu zagłębia się w lesie. Tam gdzie zniknął powinna być ścieżka, ale ponieważ nie było (a przynajmniej ja jej nie widziałam), pobiegłam dalej. Oczywiście pierwsza napotkana ścieżka nie była tą, której szukałam, ale do punktu doszłam sobie rowem. Rzut oka na mapę przypomniał mi o opuszczonym PK 400 i musiałam po niego odbić. Trasa w ogóle zaczęła mi się układać zakosami, bo na 44 na wschód, na 46 na zachód, ale na szczęście punkty łatwe do znalezienia.
Z 46 do 47 dość długi przebieg, bo prawie kilometr, ale za to nie musiałam pilnować odległości, bo punkt miał być tuż przed jeziorkiem i jakbym przeleciała, to jeziorko trudno przeoczyć. PK 45 okazał się tym, o którym jeszcze po drodze opowiadał mi Tomek, że przecudnej urody, w wysokich trawach i faktycznie tak było.  Szłam na niego na azymut i wyszłam idealnie na słupek.
Po 45 musiałam przebić się na drugą stronę dużej ulicy, bo trasa składała się z dwóch połączonych map i jedna mi się właśnie skończyła. W drodze do asfaltu spotkałam Mariusza G., który trasę robił w odwrotnym kierunku.
Druga część trasy była gęściej upakowana punktami i nie było długich przebiegów poza powrotem na metę. Zaczęłam od 123 i od razu natrafiłam na trudności - za nic nie mogłam się wbić we właściwą ścieżkę. Inna sprawa, że na mapie była narysowana jedna, a w terenie były trzy. W końcu ogarnęłam, a na punkcie spotkałam Anię, Barbarę i Tomka. Cieniasy - boją się biegać samodzielnie i muszą grupą. Na następny punkt ewidentnie biegli tam gdzie i ja planowałam, tylko jakby ciut szybciej. Nie mogłam do nich dołączyć, ani się z nimi ścigać, bo flaczki:-( Dogoniłam ich przy 122, bo trzem osobom to chwilę schodzi podbicie kart.
121 był punktem bezproblemowym, za to 119 mnie zmylił. Biegałam w tym terenie już kilka razy i zawsze, ale to zawsze gubię się na 119. Może dlatego, że na mapie punkt jest zaznaczony dwadzieścia metrów od gęstwiny, a w rzeczywistości stoi w zagajniku? Ale żeby być tam tyle razy i nie zapamiętać tego? 120 to charakterystyczne drzewo i były takie trzy obok siebie, ale słupek tylko przy jednym, co wyjaśniało sprawę.  124 prosty, a z niego bliziutko do 125. Bliziutko na mapie, bo okazało się, że słupek stoi po drugiej stronie strumyka, a strumyk za szeroki na moje możliwości. Gdyby to były zawody, to bez zastanawiania się przeszłabym przez wodę, ale tak bez powodu to szkoda nowych butów. Szczególnie, że miałyby tylko dzień na porządne wyschnięcie. Postanowiłam lecieć na mostek, bo poza wszystkim dodatkowe metry to doskonała okazja do spalenia kalorii. Na ostatnim punkcie - 126 dogonił mnie Krzysztof i razem wróciliśmy na metę. Prawdę mówiąc planowałam raczej dojść na nią niż dobiec, ale co mnie będzie każdy wyprzedzał - sprężyłam się i dobiegłam. Pot lał się ze mnie obficie i od czubka głowy do stóp byłam cała mokra. I w sumie nic dziwnego, bo jak się potem okazało zrobiłam ponad 10 kilometrów! I nawet te legendarne endorfiny się pojawiły - przynajmniej z pięć ich było.
Do soboty już nie biegam - leżę do góry brzuchem i regeneruję człowieka.



poniedziałek, 17 lipca 2017

Wokół PeKiNu

TRInO. Zrobiliśmy sobie w niedzielę TRInO w Warszawie.
Nie byłoby to epokowym wydarzeniem, gdyby nie fakt, że akces do niego zgłosiła Agata. Bo wiecie, przypomniało się jej, że do małej srebrnej brakuje jej tylko 5 punktów, z czego 4 zdobędzie na Sercu z Lampionem w niedzielę. Żeby nie spłoszyć cudem odzyskanej inoczki zaproponowaliśmy najkrótsze z dostępnych trin, czyli wokół Pajaca Kultury. I to był strzał w dziesiątkę, bo trino nie dość, że krótkie, to fajne z tymi zdjęciami łebków z rzeźb. Polecam każdemu, kto z jakiegoś powodu musi chwilę poczekać w centrum - na kogoś, na pociąg, na jakieś wydarzenie w okolicy.

O, tak się bawiliśmy:


Chwalipięta

Nie mogę odmówić sobie przyjemności zachowania dla potomności zrzutu strony z wynikami PMnO. Nawet nie jest istotna cyfra 3 przy moim nazwisku, ale to jakie nazwiska są za mną!
Szkoda, że to nie na długo....