środa, 10 lipca 2019

Letni BePeK z problemami

Dawno nie było BePeKa. Znaczy miał być taki wypaśny, liczony w  dziesiątkach kilometrów, ale jakoś prawie nikomu nie pasowało i się przeniósł na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ale pojawił się nowy, miejski, letni BePek zrobiony przez zupełnie nowego budowniczego. I to całkiem niedaleko – na Gocławiu. Nie mogło nas na BePeku zabraknąć!
Przyszliśmy, zapłaciliśmy wpisowe 1zł (tak – istnieją imprezy BnO gdzie wpisowe wynosi 1 zł!!!), dostaliśmy mapę, naklejkę i  w drogę. Moja Druga Połowa ruszyła przodem, ja dłuższą chwilę później, by ją tradycyjnie dogonić gdzieś na trasie. Daleki PK1 po chwili radośnie zapykał w telefonie. Po PK 2 chwilę się motałem i oczywiście wybiegłem nieoptymalną bramką z placu zabaw;-) Wesoło i sprawnie pikały kolejne PK. Przed PK 9 spotkałem Renatę, która biegła już do PK 10. Przyspieszyłem i dogoniłem ją koło PK 12. Przyspieszyłem bardziej i pobiegłem na 13-tkę. Jak wiadomo 13-stki bywają pechowe. Ta także. Wiadomo -  albo bieganie, albo myślenie – oczywiście pokićkały mi się domy i… szukałem punktu gdzieś na sąsiednim podobnym bloku. W tym czasie Moja Druga Połowa wyprzedziła mnie znacznie. Oczywiście znowu przyspieszyłem i do PK 16 pobiegłem nie tą ulicą. Płot był ciężki do sforsowania, więc to doganianie wcale nie szło – trzeba było wracać spory kawałek. Dopiero zmiana mapy (tak mapa była wypasiona – dwustronna) pozwoliła mi dogonić Renatę gdzieś koło PK 36 i skutecznie wyprzedzić – na szczęście do mety zostało niewiele i nie zrobiłem kolejnego babola;-).
Szczęśliwi wreszcie na mecie;-)

A tu można sobie pooglądać przebiegi:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-584536&idmult%5B%5D=-584525&idmult%5B%5D=-584526&idmult%5B%5D=-584527&idmult%5B%5D=-584528&idmult%5B%5D=-584529&idmult%5B%5D=-584530&idmult%5B%5D=-584532&idmult%5B%5D=-584533&idmult%5B%5D=-584534&idmult%5B%5D=-584535


piątek, 5 lipca 2019

InO Świetojańskie

Za oknem zimno i pada deszcz, a ja jeszcze w gorących klimatach, bo wspominam InO Świętojańskie. Znowu powalający upał, a impreza niemal w samo południe. Wbiłam się w krótkie gacie, bez względu na ewentualne krzalowanie oraz leśne żyjątka. Trudno, jakoś trzeba przeżyć.
Liczyłam na to, że trasa będzie krótka i łatwa i... przeliczyłam się.

Jeszcze nie wiemy co nas czeka.

Okazało się, że do pokonania mieliśmy prawie 5 kilometrów, co w normalnych warunkach pewnie nie zrobiłoby na mnie wrażenia, no ale upał. Żeby nie było za łatwo, cała mapa była poszatkowana na kilkuelementowe kwadraty i prostokąty, które musieliśmy wpasować w schemat. Bohatersko postanowiliśmy nie ciąć mapy i ruszyliśmy na pierwszy element, żeby w terenie go zidentyfikować.
W zasadzie już od startu nic się nie zgadzało, szczególnie układ ścieżek, ale twardo szliśmy na wycinek. Kilka osób coś tam spisywało z pierwszego napotkanego lampionu, ale nam do niczego nie pasowało umiejscowienie punktu. Postanowiliśmy wrócić na metę i zacząć jeszcze raz.  W akcie desperacji zajrzeliśmy do mapy Beaty, którą spotkaliśmy idąc na ten start i jedynie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie należy brać tego, co inni wzięli. W końcu zdobyliśmy nasz pierwszy punkt i teraz trzeba było wydedukować jaki wycinek będzie następny. I następny. I następny. Oczywiście skończyło się na tym, że w końcu pocięliśmy cała mapę:-) Był tylko drobny problemik - nie mieliśmy kleju ani taśmy klejącej i co chwilę musieliśmy od nowa składać wycinki, żeby zobaczyć gdzie iść dalej.

Mamy już dwa punkty!

Największy problem mieliśmy z wycinkiem z PK 1 i 2, bo jakoś wmówiliśmy sobie, że jedynka musi być zlustrowana. Oczywiście nie była, ale zanim się zorientowaliśmy, trochę musieliśmy połazić tam i z powrotem i posprawdzać całą okolicę.
Z czasem jakoś układ wycinków ułożył się nam w głowach i doszliśmy do wniosku, że w sumie to trasa jest łatwa i zupełnie niepotrzebnie traciliśmy czas na wycinanki. Ale z drugiej strony... bo ja wiem...

PK 10

Na drogę wzięliśmy ze sobą tylko jedną małą butelkę wody i pod koniec trasy lecieliśmy już o suchym pysku. Czułam się jak wyschnięty wiórek i w końcu zakręciło mi się w głowie, aż musiałam usiąść. Na szczęście byliśmy już przy przedostatnim punkcie i do mety było blisko.

 Podbijam ostatni punkt!

Wizja dostępu do wody tak mnie zmotywowała, że ostatni odcinek pokonaliśmy biegiem, mimo że dopiero co przewracałam się na trasie:-) A jak już dopadłam butli z wodą.... Ania mi tylko dolewała i dolewała.
Znowu zabrakło nam podstawowego czasu i na metę dotarliśmy po pierwszym limicie. To na pewno przez ten PK 1! Teraz czekamy na wyniki i jak znam życie, to chwilę zejdzie.
A tak w ogóle, to strasznie męczący jest ten relaks i wypoczynek:-)


środa, 3 lipca 2019

Letni śnieg na Polu Mokotowskim

Upały już się wszystkim rzucają na mózg, więc chyba dla ochłody Barbara zaserwowała nam na ostatnim OrtInO śnieżynki na mapie. Co prawda tylko 6, ale dobre i to. Niestety, po przeczytaniu opisu okazało się, że wcale nie dla ochłody, tylko żeby jeszcze bardziej zlasować nam mózgi. Musieliśmy te śnieżynki jakimś cudem dopasować do reszty mapy i znaleźć w terenie punkty zaznaczone na skraweczkach śnieżynkowych ramion. Ta "reszta mapy" dla urozmaicenia była zlustrowana. Na szczęście tym razem druk był porządny i mapa była dobrze czytelna, więc nawet przy mojej ślepocie udało się znaleźć kilka miejsc wspólnych i udało nam się złożyć mapę bez wycinania wszystkiego. No dobra, jedną śnieżynkę wycięliśmy, ale to z przyzwyczajenia:-)


Zaczęliśmy od zachodniej strony mapy i już po chwili znaleźliśmy się nad jeziorkiem, a tam setki plażowiczów wylegujących się na trawie. Aż mi się smutno zrobiło, że oni sobie tak leżą i nic nie muszą, a ja jak głupia latam po krzakach w poszukiwaniu karteczek na drzewach. Jak idiotka normalnie. Ale cóż, taki już los inoka...

Na trasie.

Oprócz dopasowania śnieżynek, musieliśmy także umiejscowić foto-panoramki i to w sumie była najfajniejsza zabawa. Tak się nam spodobała, że zebraliśmy o dwa punkty  zdjęciowe za dużo i zostały one potraktowane jako punkty mylne. Buuuu...  Znowu nie doczytaliśmy opisu mapy dokładnie, bo było jawnie napisane, że z panoram trzeba wziąć dokładnie 7 punktów, a nie 9. Oprócz nas jeszcze Tomek G. nabrał się na ten numer - widocznie Tomki tak mają:-)

Meta! Meta!

Tak w ogóle to nie przypuszczałam, że za Biblioteką Narodową to ciągnie się jeszcze taki kawał pól, lasów i stadionów.
I znowu poznałam jakiś kawałeczek Warszawy:-)

piątek, 28 czerwca 2019

10xSolo

Tak sobie przeplatamy biegi marszami, więc 10xSolo akurat nam bardzo przypasowało i terminem i formułą. I miejscem, bo po naszej stronie Wisły, w sumie niedaleko, bo na Marysinie. Zastanawialiśmy się gdzie my tam będziemy chodzić, bo przecież nie po rezerwacie, ale okazało się, że jest też kawał "cywilnego" lasu.

Zapisy - Tomek udaje, że płaci:-)

Mapa w pierwszej chwili niespecjalnie mi się spodobała, bo prawie cała była lidarowa, ale okazało się, że to tylko taki straszak, bo w sumie była łatwa do odczytania.
Bez problemu zebraliśmy PK 1 i 2 i bylibyśmy poszli dalej bez dwunastki, bo tak zasugerowaliśmy się opisem na mapie - "fragmenty mapy mogą być obrócone lub (i) zlustrowane", że w ogóle nie braliśmy pod uwagę, że nie są na swoich miejscach. Dopiero specyficzny układ dołków na mapie głównej i wycinku oraz sugestie spotkanego Kazika uzmysłowiły nam, że wycinki to jednak trzeba dopasować, a nie tylko obracać czy lustrować.
PK o nazwie AK był punktem specjalnym i w ogóle nie był liczony do ogólnej puli, ale oczywiście nikt nam o tym nie powiedział i myśleliśmy, że trzeba go normalnie zaliczyć, jak inne. Jako jedni z nielicznych polecieliśmy więc na cmentarz, jak się okazało na grób zmarłego dwa lata temu Andrzeja Kędziorka. No i w sumie to był najlepszy punkt na całej trasie, bo inaczej pewnie nigdy byśmy tam nie trafili.

Pokazaliśmy Andrzejowi mapę i naszą kartę startową.

Trójka i czwórka weszły bezproblemowo, a kolejny punkt - B, w pobliżu oczka wodnego był przeuroczy. I mokry, co przy panującym upale miało znaczący walor. W sumie to najchętniej zostałabym tam na trawce na brzegu, co jakiś czas tylko schładzając się wodą. Ale gdzie tam - Tomek pozwolił jedynie na krótką przerwę na cyknięcie selfika i zmoczenie czapeczki.

Szybka fota ...

... i rytualne moczenie czapeczki.

Punkty 7, 8, 9 i 5 nie były trudne i już cieszyliśmy się, że jeszcze weźmiemy tylko dziesiątkę i pędzimy na metę. Szóstkę planowaliśmy odpuścić, bo jeden punkt był nadmiarowy. Nieźle byśmy się wpakowali. PK 10 leżał na terenie rezerwatu, a na mapie jak wół było napisane, że wchodzenie na  teren rezerwatu będzie karane 90 punktami. Na szczęście znowu spotkaliśmy Kazia, który właśnie zorientował się, że nie może wziąć dziesiątki i wracał po któryś odpuszczony wcześniej punkt i nie omieszkał podzielić się z nami tą informacją. Najwyraźniej Kazio przynosił nam tego dnia szczęście:-) My nie musieliśmy nigdzie wracać, bo szóstka, którą mieliśmy w zapasie leżała niedaleko dziesiątki i była prawie po drodze. Wydawało się, że raz dwa ją weźmiemy i koniec. Tymczasem na mapie były zaznaczone trzy dołki, a w terenie było ich ze trzydzieści. Do tego w żadnym nie było lampionu, nawet jednego. Po chwili zebrało się już kilka  osób i rozpoczęliśmy ogólnopolskie czesanie lasu. Ostatecznie znaleźliśmy jakiś lampion, ale w całkiem innym miejscu i nawet już nie dociekaliśmy - dobry, czy nie - grunt, że w ogóle był. O dziwo, lampion okazał się być tym właściwym, ale czesanie lasu zajęło nam dużo czasu i na metę już musieliśmy biec. No i nie dobiegliśmy - zabrakło nam czterech minut i w ten sposób zajęliśmy ostatnie miejsce, chlip, chlip.



wtorek, 25 czerwca 2019

Średni dystans w samo południe.

Ponieważ bieganie przy 30 stopniach nie jest specjalnie zalecane, dlatego odpuściliśmy Rajd Czterech Żywiołów, ale żeby tak nie zostać z niczym, postanowiliśmy spróbować swoich sił w biegu średniodystansowym. Takie tam Mistrzostwa Mazowsza, gdzie w swoich kategoriach byliśmy pewniakami do medali ze względu na frekwencję:-)

Przy listach startowych z Anią.

Mój dystans (czyli dla starszych pań) wynosił 3,8 km, więc kiedy zapisywałam się, wydawało mi się, że to bułka z masłem, mały pryszcz, pikuś. Niestety, zawody były rozgrywane w samo południe, a temperatura paliła mózg, mapy i i podeszwy butów. Nawet siedząc czułam się zmęczona i w końcu zdałam sobie sprawę, że lekko nie będzie. Ale ponieważ w kategorii wiekowej byłam tylko ja i Joanna, więc nie było gdzie się spieszyć. Poza tym, jak ja się zaczynam w lesie spieszyć, to nic dobrego z tego nie wynika.
Na pierwszy punkt ruszyłam jeszcze biegiem, ale już w drodze na drugi odpuściłam - za ciężko. Na trzeci PK nie weszłam dobrze i musiałam chwilkę pokręcić się po okolicy - tam przegoniła mnie Joanna, która biegła. Nooo, ja biegać nie zamierzałam i uznawszy, że drugie miejsce też jest fajne, ruszyłam dalej spacerkiem.
Ponieważ do tego lasu wystroiłam się w krótkie spodenki, pierwotnie zakładałam poruszanie się wyłącznie po ścieżkach, ale organizatorzy tak perfidnie poustawiali lampiony, że trzymanie się ścieżek nie miało większego sensu. Ruszyłam więc szlakiem świętego Azymuta. Nie wiem jak ja ustawiałam ten kompas, ale chyba na żaden punkt nie weszłam bezbłędnie - zawsze kilka, a czasem kilkanaście metrów obok. Niby nie dużo, ale jak lampion jest schowany w dołku, to trochę trzeba poczesać. Na szczęście ani razu nie zgubiłam się tak, żeby nie wiedzieć gdzie jestem i w którą stronę iść. Na metę wbiegłam delikatnym truchtem, bo Tomek stał z aparatem, to trzeba jakoś na fotce wyglądać, nie? :-)

Meta!!!

W wynikach, które były wywieszane na bieżąco, Tomek wyczytał, że na metę dotarłam ze stratą coś koło 30 minut do rywalki. Myślałam, że będzie więcej.
Ponieważ oboje łapaliśmy się na podium (w kategoriach oczywiście), zostaliśmy za zakończenie. Kiedy po kategorii K50 wyczytano od razu K60 poczułam się zbulwersowana.  No zaraz! A my to co? Niewidzialne??? Ponieważ jednak jestem spokojny człowiek, nie zaczęłam się awanturować, szczególnie, że nie dawali w nagrodę samochodów, wycieczek dookoła świata, ani nic takiego, o co warto by kruszyć kopie. Tomek swój medal dostał, więc tak bardzo stratni nie byliśmy.

Nie wygrał, ale medal jest!

Kiedy wieczorem, już w domu obejrzeliśmy oficjalne wyniki, okazało się, że i ja i Joanna mamy NKL-kę. Nooo, to tłumaczyło pominięcie nas przy medalach. Ja poległam na PK 8 - w jednym dołku stał lampion z kodem 65, w drugim 56. Oczywiście trafiłam do tego niewłaściwego, cyfry mi się zgodziły, a na ich kolejność nie zwróciłam uwagi. Jak się okazało, sporo osób zrobiło ten sam błąd. Trzeba przyznać, że ten haczyk udał się organizatorom. Spryciarze!

sobota, 22 czerwca 2019

Smok z OOP

Następny dzień (a w zasadzie wieczór) po Szybkim Mózgu również spędziliśmy na zawodach, ale dla odmiany chodzonych. I dobrze, bo w gorącu łatwiej spacerować niż biegać. A dodatkowo kolejna odsłona "Oswój Smoka" odbyła się nad Wisłą (w okolicach Centrum Nauki Kopernik) więc w razie czego było się gdzie ochłodzić. O, na przykład w knajpce z zimnym piwem:-)
Tym razem mapa była bardziej nietypowa, bo mieliśmy jedynie OOP czyli Obszar Obowiązkowego Przebycia, czyli mówiąc po ludzku zaznaczony teren zawodów, który trzeba było przeczesać, żeby potwierdzić 22 punkty kontrolne. Ale tu też nie było typowo, bo trzeba było w terenie odnaleźć najpierw miejsca ze zdjęć, a potem miejsca, z których te zdjęcia zostały zrobione. I dopiero w tych drugich miejscach były lampiony. Ale co ja gadam - nie lampiony, tylko mini lampioniki, których z lupą trzeba szukać. Darek to zawsze ma niesamowite pomysły:-)
Daliśmy radę, chociaż wydawało się, że kilku punktów w życiu nie znajdziemy. Niektóre zdjęcia były oczywiste, ale niektórych obiektów długo szukaliśmy. Dodatkowo, mimo trzykrotnego przeczytania opisu, nie zauważyliśmy wyróżnionego na czerwono tekstu, że część zdjęć jest zlustrowanych. Sami do tego musieliśmy dojść.
Złapaliśmy jednego stowarzysza, a w długości przebywania na trasie przebiły nas aż 3 osoby. Chyba za bardzo się spieszyliśmy, a szkoda, bo bardzo miło się spacerowało.

Phi, takie małe te kamyczki... A na fotce to wyglądały...

Przemek w kręciołach.

No i gdzie ten lampion?


Na mecie.


 I tak to wyglądało.

wtorek, 18 czerwca 2019

Szybki Mózg na Dereniowej

Z tego gorąca to aż mi się pisać nie chce. Ale, że nie piszę, wcale nie znaczy, że leżymy odłogiem. O, nie! Tydzień temu, we środę, mimo, że mózg się lasował z gorąca, postanowiliśmy go trochę rozruszać. Jak zazwyczaj zastanawiam się: co na siebie włożyć?, tak tym razem kombinowałam: co z siebie zdjąć? Co zdjąć, żeby jeszcze trzymać się szeroko pojętych ram przyzwoitości, a nie upiec się na betonowej pustyni Ursynowa.
Biegaliśmy na malutkim skraweczku terenu ograniczonym ulicami Gandhi, Pileckiego, Ciszewskiego i Dereniowej, więc żeby wyrobić  odpowiednią ilość kilometrów, organizatorzy wykoncypowali, że po prostu pobiegniemy dwa razy z tą samą mapą, tylko za każdym razem punkty będą w innych miejscach. Ja i tak się nie zorientowałam, że dwa razy latam koło tych samych budynków i dopiero w domu, kiedy porównałam dwie kartki z mapami, dotarło to do mnie. Zawsze powtarzam, że mi można codziennie robić imprezę w tym samym miejscu i codziennie będzie to dla mnie zaskoczenie:-)
W sumie jedyną trudnością było rozpoczęcie od mapy numer 1, a nie numer 2 i chyba poza Tomkiem każdemu się to udało. Mi - tak! Początkowo planowałam wcale nie biegać, tylko przespacerować się statecznie, no bo gorąco, ale przecież mnie poniosło, jak zobaczyłam, że wszyscy biegną.
Udało się zaliczyć bezbłędnie wszystkie punkty, nigdzie się nie zgubiłam, nic się nie wydarzyło, więc w sumie trochę nudno. Znowu kilkanaście sekund wyprzedziłam Joannę - to już drugi raz! Ja tak się do niej przyrównuję, bo to moja kategoria wiekowa, więc niby mamy równe szanse. Ogólnie udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób, więc mimo obiektywnie marnego wyniku, ja jestem z siebie zadowolona. Najważniejsze, że przeżyłam!

Na mecie, ale chwilę po biegu.

Tomek udaje, że podbija metę. Kompasem:-)

niedziela, 16 czerwca 2019

DYMnO - suplement

Nie mogliśmy zostać na zakończeniu imprezy, bo spieszyliśmy się szykować Rodzinne, więc zakończenie przyszło do nas. Bo ja to tak niby młodzież, młodzież, ale jak dają coś w kategorii weterańskiej, to przecież też wezmę. Co się ma zmarnować? No bo okazało się, że zostałam Pierwszą Weteranką DYMnO! :-)

Wręczanie trofeum.

 Największy puchar w mojej kolekcji.

piątek, 14 czerwca 2019

Wiecznie młoda!

W ostatni weekend teoretycznie mogliśmy jechać na Mazurskie Tropy, ale byłaby to trzecia gruba impreza pod rząd, a poza tym mieliśmy rodzinne uroczystości, więc nie dało rady. Pewnie, że trochę żałowaliśmy, ale przecież nie zalegliśmy z książką i kawką na hamaku, tylko zorganizowaliśmy sobie trochę sportu bliżej miejsca zamieszkania.
W sobotę tradycyjnie zaliczyliśmy parkrun. Przy tym nieziemskim upale nawet nie myśleliśmy o żadnych rekordach - celem było przetrwanie. Starałam się jedynie, żeby mój wynik nie był zbyt haniebny, czyli żeby nie przekroczyć 30 minut. Udało się! Nawet z zapasem:-) Tomek poleciał tak, jak jest na stałe zaprogramowany - jego to nic nie rusza.
 

 Przed startem

W niedzielę wybraliśmy się wreszcie na orientację, na Warszawską Olimpiadę Młodzieży. Ja startowałam w kategorii młodzieżowej K55, a najstarsza młodzież w M85. Pamiętam jak w bardzo wczesnej młodości dziwiłam się, że według ZSMP młodzież to jest do 35-go roku życia, a tu proszę jaki postęp nastąpił - teraz młodzież jest do... skutku.
Biegaliśmy na Młocinach i na szczęście nie po lesie, tylko w cywilizacji. Na szczęście dlatego, że do lasu musiałabym ubrać długie spodnie, a w ten upał raczej myślałam tylko o tym, co z siebie zdjąć, a nie co założyć.
Trasa miała być krótka, bo tylko 2,3 km, ale za to naćkana punktami - aż 17 na takim niewielkim odcinku. Bałam się, czy w tym upale będę w ogóle w stanie myśleć, ale poszło nieźle. Sfrajerowałam się jedynie na przebiegu z czternastki na piętnastkę. Widziałam na mapie, że uliczka w którą wbiegam jest ślepa, ale założyłam, że punkt jest po mojej stronie ogrodzenia. Taka optymistka ze mnie. W połowie uliczki zawrócił mnie zawodnik, który już sprawdził naocznie, że jednak odbić się trzeba z drugiej strony, więc zrobiłam w tył zwrot i pognałam za nim. Nie, nie nakierował mnie na miejsce docelowe, bo po chwili znikł mi z oczu. Ja tak szybko nie biegam. Dalej poszło znowu bezproblemowo i po chwili ledwo żywa wpadłam na metę.

 Tak wyglądała meta, ale fotka zrobiona już po zawodach:-)

Trochę się zdziwiłam, kiedy na wydruku przeczytałam "1. place out of 1", bo w kategorii było nas aż trzy, w tym Joanna, z którą zawsze przegrywam. A jednak. Przegoniłam ją o 11 sekund:-)
Mieliśmy zaraz po biegu wracać do domu, no ale w tej sytuacji musiałam przecież zostać po przynależny mi medal. Bo to wiadomo czy się jeszcze jaki trafi? Zwłaszcza na młodzieżowej imprezie.
 
Trzy gracje.

 

wtorek, 11 czerwca 2019

Rodzinne - runda druga.

Nie mieliśmy kiedy odpocząć po DYMnO, bo już następnego dnia - w niedzielę - sami organizowaliśmy dużą imprezę: Rodzinne MnO. Bo "Rodzinne" to już nie jest mała lokalna imprezka, tylko spore przedsięwzięcie z frekwencją nieprzewidywalną, ale zbliżoną do stu osób.  Na szczęście, jak zawsze, mogliśmy liczyć na stowarzyszonych klubowiczów, którzy, pomimo że tak, jak i my brali udział w sobotnim rajdzie, dotarli do nas z odsieczą - Agnieszka, Michał i Barbara. Jedynie Darek był świeży i kwitnący, bo to poważny człowiek i nie szlaja się po bagnach jak kto głupi:-)
Nawet nie było tak źle. Rano Tomek zerwał się bladym świtem i rozstawił punkty, których przezornie nie stawialiśmy zbyt dużo, a już stowarzysze były w minimalnych i niezbędnych ilościach.
Bazę zawodów mieliśmy w Szkole Aktywności Twórczej i poza tym, że było bliziutko do lasu, to zadbano o nas w każdy możliwy sposób.
Ponieważ na każdą rundę staramy się wymyślić jakieś urozmaicenie, tym razem wymyśliłam ramkę do zdjęć. No dobra - podpatrzyłam na parkrunie, a że pomysł wydał mi się dobry, to podkradłam. Faktycznie, ramka okazała się hitem i każdy zespół zrobił sobie pamiątkową fotkę.
My też:


Mogliśmy trochę tło za ramką dopracować:-)

Tomkowa mapa dla TF B okazała się niezłym wyzwaniem i niektóre zespoły pracowicie wycinały i kleiły wycinki przed wyjściem na trasę. Podejrzewam, że pozostałe robiły to na trasie w mniej komfortowych warunkach:-) To była już trzecia wersja mapy, bo pierwsza wyszła Tomkowi taka TZ++, druga TZ, a przy trzeciej (takie TU) już nie miałam śmiałości nic mówić. Ale spokojnie - dali radę, jedni lepiej, inni ciut gorzej, ale nikt nie zaginał w akcji i wszyscy znaleźli metę.
Teraz mamy ponad dwa miesiące przerwy i na wrześniową rundę musimy wymyślić coś ekstra. Jakieś pomysły? Czekam na ciekawe propozycje.
A fotki z imprezy (jak ktoś jeszcze nie widział) można obejrzeć tutaj:
https://photos.app.goo.gl/yjqzt1VPLnvYbuqv5