poniedziałek, 27 listopada 2023

Za szybko dobiegłeś....

Miałam pisać relację z Nocnych Manewrów, ale wydarzyło się coś tak niespodziewanego, coś tak wręcz absurdalnego i nie do pojęcia, że wesoła relacja to ostatnia rzecz o jakiej myślę.
Dzisiaj zmarł Andrzej Krochmal. 
Ja dopuszczam myśl, że ludzie odchodzą - najbliżsi, znajomi, obcy... Ale akurat w przypadku Andrzeja jakoś wydawało mi się, że on jest takim stałym, niezmiennym i wiecznym fundamentem imprez na orientację. Jak to możliwe, że już Go nie spotkamy w lesie, że nie zorganizuje swoich imprez, że nie przyjedzie na nasze?
Nie umiem tego przyjąć do wiadomości.


wtorek, 21 listopada 2023

Trening ZAZU Tour na zbudowanie formy.

W sobotę zaczęliśmy budować formę na Nocne Manewry. Najwyższy czas, bo to już w najbliższą sobotę! 
Ja budowałam formę na trasie 2,7 km, a Tomek to już całkiem zaszalał, bo na trasie 6,9 km. Zasadniczo był to trening ZAZU Tour na Górkach Radzymińskich.
Rany, jak ja strasznie dawno w niczym nie startowałam. Nawet trening był dla mnie atrakcją.

 
Kierownik imprezy?

Udało się nam nie zapomnieć kompasów i czipów, znaleźliśmy start i mieliśmy nadzieję, że jeszcze pamiętamy jak poruszać się w lesie.  A las był wyjątkowo piękny - przyprószony świeżym śniegiem, niemal bajkowy. Co prawda trochę przerażała mnie wizja biegu na azymut pod tymi gałązeczkami, co to tylko tknąć, a już spada na głowę masa śniegu, ale mapa mówiła, że drogami to się nie nabiegamy za bardzo.

Przed startem.
 
I poszła...

Do jedynki prawie trafiłam, tylko ciut mnie zniosło w prawo. Na szczęście spotkałam Tomka  i nakierował mnie te parę metrów w bok. Gdybym od razu wiedziała, że mamy wspólny punkt, to w ogóle poczekałabym na niego:-)

Szukaj!

Po jedynce już odnalazłam kreskę łączącą punkty i twardo się jej trzymałam. No dobra, trochę pomagały wydeptane ścieżki oraz kilka osób przede mną, które ewidentnie robiły tę samą trasę. Ale oczywiście i tak pilnie śledziłam mapę i wskazania kompasu. Taka sielanka trwała aż do punktu piątego. Tak po prawdzie to niemal do samej szóstki szło dobrze i nagle kawałeczek przed punktem ciut odbiłam w lewo (no bo jak zawsze znosi w prawo, to trzeba skorygować, nie?) i rozminęłam się z lampionem. A jak się już rozminęłam to tak sobie szłam, szłam (bo biegać to już nie miałam siły) aż doszłam do drogi i skrzyżowania. Dopiero stamtąd namierzyłam się na nowo i już poszło dobrze.

Z szóstką rozminęłam się o mały kawałeczek.
 
Po szóstce znowu odnalazłam zagubioną wcześniej kreskę (oraz wydeptaną ścieżkę) i ruszyłam dalej. Problem pojawił się przy piętnastce. Byłam już blisko punktu, kiedy przebiegający inny zawodnik poinformował mnie, że  mam na azymucie punkt z kodem 101. W pierwszej chwili się ucieszyłam, że dobrze idę, ale po spojrzeniu na mapę przeszło mi - jak wół miałam 111. Kolega też szukał 111, więc jak to cielątko ruszyłam za nim. Po chwili spotkałam kolejne osoby szukające i jeszcze kolejne. Miałam nadzieję, że jak ktoś w końcu znajdzie, to da znać. W międzyczasie natknęłam się na kolejny punkt - szesnastkę, więc cóż prostszego jak namierzyć się od niego? A kiedy byłam już przy piętnastce ktoś rozkminił, że kod 101, to jest właśnie 111 (dopisane drobnym druczkiem) i zupełnie niepotrzebnie tyle czasu łaziliśmy po okolicy.

 
Trzeba czytać drobne druczki:-)

Z piętnastki po własnych śladach do szesnastki, a potem to już zostały tylko dwa punkty i meta. Łatwizna. 
No i jaką formę zbudowałam w międzyczasie. Fakt, głównie psychiczną, ale podobno wszystko siedzi w głowie.

Cała trasa.

poniedziałek, 20 listopada 2023

ZZK z urwaną nóżką

Bukowiec - teren tradycyjnie obiegiwany na treningach ZZK. Renata „znowu” odmówiła biegania po lesie, a ja postanowiłem sprawdzić jak tam czuje się moja noga po miesiącach odpoczynku. Pogoda iście wiosenna. Cieplutko, słonecznie…. 

Na starcie tradycyjne, jak na taką pogodę, zagęszczenie ludu wszelakiego.

 

Na starcie
Pik-pik i w las. Po kresce do PK 1. Lampion był dopiero w trzecim dołku, ale udało się trafić;-) Na PK 2 daleki przebieg ale prawie po kresce, bo na kresce były dołki, zagłębienia i inne charakterystyczne elementy. Zresztą sam lampion na górce i charakterystycznym drzewie, ciężki do przeoczenia. 

W takim lesie to aż chce się biegać...
Do PK 4 jak głupi przedzierałem się przez krzaki. Może nie aż tak gęste jak na mapie, ale zawsze to spore utrudnienie… a można było drogą. Zresztą zniosło mnie lekko, więc i tak trafiłem na drogę, ale już tuż obok lampionu. Kolejne kilka punktów bez historii – biegłem i punkt się znajdował. No, może PK 7 – ukryty w ukrytym rowie, ale tu nakierował mnie w ostatniej fazie widok osób wychodzących z punktu. 

Do PK 11 daleko i już zaczynałem czuć przetrąconą nóżkę. Przez to chyba mnie co nieco zniosło, ale zielony młodnik widoczny był z daleka i dawało się jakoś trafić rozglądając się w około. 

"Klubowy" PK 15 z kodem 44
Gdzieś tam koło PK 26 pojawiła się Sylwia. Co tu dużo mówić – dziewczyna biega szybciej niż potrafią moje kulawe nogi. Po PK 25 straciłem ją z oczu. Jakie było moje zdziwienie kiedy na mecie pojawiła się ładny kawałek czasu za mną! Niestety, w ogólnym wyniku i tak miała lepszy czas niż mój.


 

wtorek, 19 września 2023

Warszawska Mila, czyli powrót do lasu w stylu mistrzowskim.

Po szybkomózgowym rozruchu w mieście nadeszła pora, by po długiej przerwie zmierzyć się z lasem. Nie żałowaliśmy sobie i od razu stanęliśmy do konkurencji o tytuł Mistrza Mazowsza w biegu średniodystansowym. A co? Ja to w sumie najbardziej lubię wszelakie mistrzostwa, bo wtedy zawsze w bazie jest kibel i nie trzeba latać po krzakach. To znaczy latać po krzakach na ogół trzeba, ale  w innym celu.
 
Prawdziwe mistrzostwa.
 
Bieg odbywał się w Puszczy Białej w okolicy Tocznabieli (jak ktoś wie gdzie to jest). W mojej kategorii wiekowej startowały nas 4 sztuki, więc żeby załapać się na podium trzeba było ciut się wysilić. Trasa jak na bieg średniodystansowy krótka, bo tylko 3 km z hakiem, ale wiadomo - my już staruszki, więc dla nas wystarczy:-) Do tego całe 11 punktów.
 
W oczekiwaniu na start.
 
 
I ruszyłam.

Startowałam jako ostatnia w swojej kategorii, zaraz za Becią. Już od startu trzeba było biec na azymut, no to tak zrobiłam i poleciałam po kresce, bo las był przebieżny. Przed punktem dogoniłam Beatkę i razem podbiłyśmy jedynkę. W drodze na dwójkę coś ją straciłam z zasięgu wzroku, ale spotkałyśmy się znowu przy dwójce. Do trójki już ruszyłyśmy razem i po chwili dogoniłyśmy Paulinę, która startowała jako pierwsza. 
- No fajnie, fajnie tak doganiać konkurencję - pomyślałam i od razu los mnie pokarał - zaczęły się wydmy, a ja po niepłaskim, to tak średnio. Jeszcze do piątego punktu nadążałam za dziewczynami, ale między piątką a szóstką zaczęłam zostawać w tyle. A potem one poleciały i tyle je widziałam. 
Moja rezerwa siłowa się wyczerpała i zaczęłam przemyśliwać, czy sobie nie przycupnąć na jakimś pniu i nie odpocząć. Wlekłam się dalej tylko dlatego, że nie znalazłam odpowiedniego siedziska. Dobrze przynajmniej, że nawigacyjnie szło mi świetnie i poruszałam się niemal po liniach prostych od punktu do punktu, bo gdybym się jeszcze do kompletu zgubiła, to już w ogóle przekichane. Do mety to już ledwo doszłam, nawet nie próbując biec i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że tak całkiem ostatnia to nie byłam. Nie żeby była w tym jakaś moja szczególna zasługa, ale zawsze miło.
Wieczorem odbywał się etap nocny, ale my już odpuściliśmy. Po ciemku nie lubię, zresztą dwa biegi w jeden dzień, to nie na moje możliwości. Powrót trzeba sobie rozsądnie dawkować.
 
 
Cały przebieg, nie ukrywam - dumna jestem:-)
 

wtorek, 12 września 2023

Szybki Mózg na Grochowie

Lato minęło, pokończyły się wszystkie mistrzostwa wszystkiego i zaczęły wracać lokalne imprezy. Jako pierwszy wystartował Szybki Mózg. Tomek wciąż nie powinien biegać, ale miałam nadzieję, że przynajmniej zawiezie mnie na zawody, zwłaszcza że miały być stosunkowo blisko. Ale Tomek jak to Tomek - od razu zapisał się na najdłuższą trasę, bo co tam noga, najwyżej będzie boleć. Ja za to obniżyłam loty i zamiast tradycyjnie na zuchwałych, zapisałam się na odważnych. Po tak długiej przerwie jakoś nie miałam ochoty się zbytnio męczyć.
 
 Przed startem.
 
Trochę bałam się czy jeszcze pamiętam co się robi z mapą, czipem i kompasem, ale próba nie strzelba.
Moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne - od razu po wzięciu mapy w rękę wiedziałam co robić i nie miałam ani chwili zawahania.
 
 Start.
 
Po mieście w sumie biega się łatwo, wystarczy mieć dobry wzrok i szybkie nogi i sukces murowany. Ja akurat nie mam ani jednego, ani drugiego, więc zamiast sukcesu miałam radochę i satysfakcję. 
Jeszcze przed startem myślałam, że pewnie część trasy przejdę, a nie przebiegnę, ale o dziwo, udało się przetruchtać całość. Nawigacyjnie też było spoko. No, może przebieg z siódemki na ósemkę był trochę idiotyczny, ale jakiś błąd w końcu trzeba popełnić.

Nie wiem po co leciałam tak naokoło.

A po biegu nadrabianie zaległości towarzyskich z całego lata. Fajnie znowu zobaczyć te biegackie gęby:-)

I koniecznie pamiątkowa foteczka!


Cały przebieg.

wtorek, 29 sierpnia 2023

Żyjemy...

Żyjemy, jak by się kto pytał. 
Tomek przeleczył boreliozę, a teraz walczy z rozcięgnem i jest nadzieja, że jeszcze pobiega. Jak on zacznie, to ja pewnie też. Na razie samej to mi się nie chce, poza tym w upałach nie biegam, prawie nie chodzę i nawet leżenie mnie męczy. No, ale jesień idzie... 
Muszę sprawdzić gdzie są moje buty od biegania...

środa, 12 lipca 2023

Wawel Cup - Kopiec Piłsudskiego i zaginiona ósemka.

W ostatni dzień zawodów pogoda wróciła do normy i znowu było słonecznie i gorąco. Tym razem  mieliśmy biegać w Lesie Wolskim, a baza zawodów zainstalowała się u podnóża Kopca Piłsudskiego. Oczywiście na samo miejsce nie dawało się dojechać, więc z całym niezbędnym oprzyrządowaniem musieliśmy dojść kawał od parkingu. Pod górę, gdyby ktoś miał wątpliwości. Żeby się za bardzo nie zmęczyć przed startem, po drodze zakładaliśmy obozy przejściowe i aklimatyzowaliśmy się.
 
Odpoczynek w drodze do bazy zawodów.
 
A na miejscu zupełnie zapomnieliśmy o oszczędzaniu sił i beztrosko weszliśmy sobie na szczyt Kopca. Ale w sumie to nawet nie było tak bardzo męczące, jak się wydawało. Zresztą mieliśmy dość czasu, żeby ponownie zebrać siły.
 
Na Kopcu Piłsudskiego.
 
Pierwszy znowu startował Tomek, więc nagrałam jego poczynania i jeszcze miałam w zapasie ze 20 minut do swojego startu.
 
Biegnij Tomek! Biegnij!
 
W końcu nadeszła moja kolej. Zaczęło się niewinnie - banalnie prosty punkt przy samej ścieżce. Na upartego można sobie było utrudnić i próbować na azymut, ale po co, jak można wygodnie obiec.
Dwójka w odnodze wąwozu, ale dojście wygodne, łatwe, a i wąwóz nienachalny. Nawet się nie zmęczyłam. Trójka była dość daleko. Najpierw trzeba było wspiąć się do drogi (i tu już się trochę zasapałam), potem na drugą stronę górki, do ścieżki i dalej ścieżkami już prawie na miejsce, znowu do niewielkiej odnogi jaru. Do czwórki to już poleciałam całkiem na azymut, bo mi się kompas zaczął marnować, ale było lekko, łatwo i przyjemnie. Piątka zdobyta metodą kombinowaną - ścieżkowo-azymutową, ale na samiutkiej końcówce trochę się zakręciłam, zanim znalazłam kamyczek.
Na szóstkę jak ruszyłam azymutem, to jakby mnie kto przykleił do kreski. Dopiero kiedy dotarłam do ścieżek, skorzystałam z tego udogodnienia. Siódemka blisko i łatwa, a ósemka daleko, ale też nie wyglądała groźnie. Było co prawda daleko, ale ścieżką, po poziomnicy, w sumie można było po drodze nawet wypocząć. No i chyba za bardzo zajęłam się tym wypoczywaniem, bo zupełnie straciłam czujność i na końcówce koncertowo skrewiłam. Poszłam ho, ho jak daleko w krzaki, w zupełnie abstrakcyjnym kierunku. Inna sprawa, że wydawało mi się, że skałkę to z daleka wypatrzę, tymczasem to taka skałka typu większy kamyk. Przede wszystkim szukałam za wysoko, niepotrzebnie męcząc się podchodzeniem pod górę. W pewnym momencie to już całkiem straciłam nadzieję, że w ogóle znajdę nie tyle skałkę, co jakikolwiek punkt orientacyjny. Na szczęście usłyszałam jakieś głosy (nie, nie w głowie) i szybko pognałam w ich kierunku. A potem padło sakramentalne pytanie - "gdzie ja jestem?" Nooo, nieźle mnie zniosło. Ruszyłam w kierunku ósemki pilnie wpatrując się w kompas i zgarniając po drodze jakąś obcojęzyczną koleżankę, która też szukała tego punktu. Im bliżej miejsca docelowego, tym więcej poszukujących, ale to dobrze, bo wspólnym wysiłkiem udało nam się trafić. Przy punkcie spotkałam Becię i dalej ruszyłyśmy już razem.
 
 Poniosło mnie trochę.
 
Dziewiątka była tuż, tuż, a w drodze na dziesiątkę spotkałyśmy Olenę, która już zakończyła swój start i wracała do domu. Do tej dziesiątki znowu weszłam trochę za wysoko (a za mną kilka osób), ale ktoś z dołu zawołał, że to tam. Potem została jeszcze łatwa jedenastka na paśniku. Ponieważ była łatwa, to utrudniłam sobie przedzieraniem się przez krzaki, zamiast jak reszta pobiec ścieżką. Ja to potrafię... 
Do ostatniego punktu to tak trochę się wlokłam, bo było pod górę, a ja po tych poszukiwaniach ósemki miałam już wszystkiego dość.

Ostatni punkt!
 
Od ostatniego punktu, a nawet już ciut wcześniej Tomek gorliwie mi kibicował, zachęcając do dogonienia Beci, która pod górę jest szybsza ode mnie.  Jak tylko zrobiło się płasko to tak przyspieszyłam, że przegoniłam nie tylko Becię, ale i jeszcze jakąś inną zawodniczkę biegnącą przede mną. O, tak to zrobiłam:


Za to za linią mety padłam i nie byłam w stanie nawet doczołgać się do punktu sczytywania. Dopiero reanimacja wodą pomogła.

Zmęczyłam się troszkę:-)
 
Jak już wstałam to cyknęliśmy sobie pamiątkową fotkę.
 
To już był ostatni etap zawodów. Niby fajnie, bo więcej nie trzeba się męczyć, ale i smutno, że to już koniec. Sukcesów nie odnieśliśmy, ale jak zawsze bawiliśmy się dobrze, nawet jeśli mówiłam, że mam dość:-)
I teraz cały rok czekania na kolejną edycję...

Ostatni etap.

sobota, 8 lipca 2023

Wawel Cup - Bronaczowa Południe - deszczowa i ujarana.

Czwartego dnia zawodów pogoda zmieniła się diametralnie. Już w nocy ciut się ochłodziło i zaczęło padać. Niby prognozy ostrzegały przed deszczem, ale ostrzegały już od dawna, a potem odwoływały, więc przestałam im wierzyć.
Jeju, jak mi się nie chciało wstawać rano i wychodzić za próg. A gdzie tam tym bardziej biegać. No ale pojechaliśmy, bo co? Etap odpuszczę?

Miny ciut nietęgie.
 
Mieliśmy wczesne minuty startowe, więc nie było opcji, że deszcz przejdzie, więc tylko pocieszaliśmy się, że przynajmniej się nie spocimy:-) Dobrze, że start był z polany i nie trzeba było daleko iść. Najpierw wystartował Tomek, ja kilka minut po nim.

Tomek rusza na trasę.
 
Przez ten deszcz, to byłam tak dość mało zmotywowana, a spora zieloność na mapie tuż za startem demotywowała mnie jeszcze bardziej. Przelazłam przez to zielone zbierając na grzbiet wszystkie krople osiadłe na gałęziach, ale miało to i tę dobrą stronę, że mogłam przestać przejmować się deszczem, bo bardziej i tak nie dało się zmoknąć.
Zanim trafiłam do jedynki, zaliczyłam jedenastkę, bo jakoś tak mi było po drodze, a dopiero potem wlazłam we właściwy jar z jedynką, leżący kawałek dalej. Może nie wyszłam idealnie na punkt, ale znalazłam co trzeba.

Do jedynki przez jedenastkę.
 
Teren zawodów okazał się strasznie "ujarany" i gdyby nie deszcz, to jeszcze ekscytowałabym się, że podmokły, ale w zaistniałej sytuacji nie robiło to różnicy.
Dwójka na nosku, ale tak praktycznie na zboczu jaru, podobnie trójka, czwórka, piątka... Z trójki na czwórkę praktycznie szłam dnem wąwozu, po wodzie, ale za to nie musiałam się jakoś specjalnie namierzać. 
Na trasie kilkakrotnie spotykałam zawodniczkę w pelerynie przeciwdeszczowej, z kijkami w ręku i wciąż przy moich punktach. Szła sobie statecznie, często odchodząc od punktu w inną stronę niż ja, a potem... znowu się spotykałyśmy. Ja usiłowałam podbiegać jak tylko był płaski kawałek lub w dół, kombinowałam jak by najmniej nadłożyć drogi, wysilałam się, sprężałam i jakoś nie mogłam tej konkurencji zgubić. W końcu stwierdziłam, że najwyraźniej jestem cienias nad cieniasy i przestałam się przejmować, bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Po jakimś czasie zorientowałam się, że konkurencji w pelerynie już nie spotykam, za to inna zawodniczka wciąż pojawia się przy "moich" punktach. Ale gdy była potrzebna kiedy nie mogłam znaleźć ósemki, to jakoś się nie ujawniała:-(

Tak obchodziłam i obchodziłam tę gęstwinkę....
 
W końcu spotkałyśmy się koło tej ósemki, może ciut za nią (nie pamiętam dokładnie), w każdym razie od słowa do słowa postanowiłyśmy iść razem, bo co dwie głowy to nie jedna, co cztery oczy, to szybciej lampion wypatrzą. Sprężałam się jak mogłam, żeby nadążyć za nią, zwłaszcza pod górę i błogosławiłam miły chłodzący deszcz, bo w upale pewnie nie dałabym rady.
Po dziesiątce obie byłyśmy tak wykończone (choć założę się, że ja bardziej), że do jedenastki postanowiłyśmy pójść naokoło, ścieżką.
Z jedenastki do ostatniego punktu znowu ścieżką, do drogi, ale za to po górę. Na tym podejściu straciłam co najmniej trzy życia i kilka razy musiałam siadać, bo inaczej i tak bym się przewróciła ze zmęczenia. Moja nowa koleżanka stwierdziła, że tak blisko mety to już jakoś dotrę i "pognała" przodem.  Kiedy już dotarłam do drogi mogłam trochę przyspieszyć, a ponieważ od dwunastki do mety było w dół, to nawet pobiegłam. Niestety, koleżanki nie dogoniłam - wpadłam na metę tuż za nią. Na mecie dopełniłyśmy wzajemnej prezentacji, bo na trasie jakoś nie było okazji i dowiedziałam się, że współpracowałam z Moniką.

Finisz.

Oczywiście kiedy już dotarłam na metę deszcz znacząco się zmniejszył i tylko trochę pokapywało. Ci co startowali później mieli już całkiem znośne warunki. Za to my mieliśmy już etap za sobą, mogliśmy przebrać się w suche ciuchy i jechać na kwaterę relaksować się.
 
Cały przebieg.

wtorek, 4 lipca 2023

Wawel Cup - Bronaczowa Wschód i mordercze przewyższenia.

Dzień trzeci to już taki prawdziwy leśny etap, gdzie nie ma zmiłuj i albo przeżyjesz, albo nie. Szczególnie, że upał zrobił się niemiłosierny, a przewyższenia znacznie przewyższały moje oczekiwania.
Biuro zawodów ulokowało się na wielkiej polanie, gdzie zmieścił się też parking, start, meta, kramiki z akcesoriami orienteeringowymi oraz coś na ząb. I wata. Była wata cukrowa.  Jednym słowem - pojawił się klimat imprezy.

Przy tablicy ogłoszeń.
 
Niby moja trasa nie była jakoś strasznie długa, bo nawet niecałe 3 kilometry, ale mieściło się w tym aż 160 metrów przewyższeń. Dla mnie to bardzo dużo, bo całe życie mam problem z poruszaniem się pod górę. Mój organizm tego nie toleruje i nie ma dyskusji. Ale przecież to nie powód, żeby nie ruszyć na trasę.
 
No to ruszyłam.

Już dobieg do lampionu startowego okazał się wyzwaniem, bo ścieżka skończyła się po kilku metrach, a potem lecieliśmy po krzakach kierując się rozwieszonymi taśmami.
Na azymucie do PK 1 stał spory płot, który trzeba było obejść, a potem z jego rogu namierzyć się na  mokradło. Tak prawdę mówiąc to nawet nie trzeba było się namierzać - wystarczyło lecieć za innymi i co najwyżej kontrolować, czy nie złażą gdzieś na manowce.
Przy jedynce praktycznie miałam już dość, ale pocieszałam się, że jeszcze tylko osiem punktów z czego kolejne trzy są blisko siebie. Jakoś dałam radę, ale lekko nie było. Upał i podbiegi (w moim przypadku podchody, albo wręcz podczołgi) dawały się mocno we znaki.
Do piątki w pierwszym odruchu chciałam iść na azymut, ale na szczęście przypomniałam sobie, że jary to lepiej obejść niż złazić na dół i włazić potem na górę, bo można się na śmierć zarżnąć.
Gdzieś w okolicach piątki (może wcześniej, może później) dogoniłam Becię, w każdym razie z szóstki szłyśmy już razem. I całe szczęście, bo po piątce i szóstce w jarach byłam już tak wykończona, że praktycznie nie kontaktowałam. Na podejściach co krok musiałam przystawać, a co kilka siadać.  Becia cierpliwie czekała na mnie, a to mobilizowało mnie do dalszego wysiłku. Kawałeczek za szóstką wyprzedziła nas Olena startująca chyba kilkanaście minut po mnie. Ta to ma kondycję! Z szóstki nie było łatwo się wydostać. Dookoła był taki gąszcz, że chcąc nie chcąc musiałyśmy iść ścieżkami wydeptanymi w bardziej przebieżnych miejscach, nawet jeśli znaczyło to, że idziemy w kierunku dokładnie przeciwnym niż nam pasuje. W końcu wydostałyśmy się na leśną drogę, która doprowadziła nas w pobliże siódemki. Na tym etapie szłam już za Becią jak zombi, nie mając pojęcia gdzie jestem i dokąd idę. Gdyby mnie wtedy zostawiła to chyba nawet na metę nie udało by mi się trafić. Jakoś wyczesałyśmy tę siódemkę, ale potem krótki odcinek od punktu do drogi, pod górę, pokonywałam metodą kroczek, usiąść, wstać, przytrzymać się drzewa, kroczek itd. Dopiero na drodze odzyskałam nieco animuszu i ruszyłam w pościg za Becią, która podejścia pokonywała w znacznie lepszym stylu.
 
Z PK 6 do PK 7.
 
Ósemka była już łatwiejsza do zdobycia, a i wyjście z niej nie było bardzo strome (obiektywnie, bo dla mnie to i owszem), a nade wszystko podtrzymywał mnie na duchu fakt, że był to już przedostatni punkt.

Coraz bliżej meta (uśmiechy dla fotografa).
 
Tradycyjnie na dobiegu do mety zebrałam się w sobie i pognałam ile sił, szczególnie, że było w dół. Nawet Becię udało mi się przegonić:-) Ponieważ ona wystartowała przede mną, więc w klasyfikacji uplasowałam się ciut wyżej, ale w sumie jest to  kompletna niesprawiedliwość, bo gdyby nie czekała na mnie kiedy padałam na pysk, byłaby na mecie dużo wcześniej. W sumie to należy się jej wielka czekolada albo dobre wino, bo co ja bym bez niej zrobiła?
Ja za to na pocieszenie po marnym etapie i dla wzmocnienia (cukier krzepi!) zażyczyłam sobie watę cukrową i bez wyrzutów sumienia opychałam się kaloriami.
 
Pycha!
 
Ten etap dał mi solidnie w kość i nawet trudno powiedzieć, że byłam zmęczona - ja byłam wyczerpana jak limit internetu albo nakład dobrej książki. A czasu na regenerację niewiele...
 
Raz lepiej, raz gorzej, ale do celu.

niedziela, 2 lipca 2023

Wawel Cup - Kopiec Krakusa i zmarnowany wysiłek.

Dzień drugi - wciąż trzymamy się Krakowa, chociaż organizator do terenów zabudowanych dorzucił teren parkowy, leśny i wisienkę na torcie - Kopiec Krakusa. Dobry organizator - dawkuje nam trudność, powoli przygotowując nas na dalsze etapy.
Na start przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że mogliśmy spokojnym, spacerowym krokiem wejść na Kopiec, popodziwiać widoki, znaleźć kilka lampionów dookoła Kopca, po czym spacerkiem udać się na start oddalony ciut ponad pół kilometra od bazy zawodów.
 
Na Kopcu.
 
Start umiejscowiony był za torami, tuż przy starym, zabytkowym cmentarzu i oczywiście nie omieszkaliśmy go zwiedzić, przynajmniej część.

Za bramą wejściową.

Przed startem okazało się, że są jakieś zmiany na mapie związane ze stadionem. Zapamiętałam tylko, żeby nie pchać się tam od północnej strony, zresztą nawet nie wiedziałam, czy moja trasa ma tam punkty.
 
Studiujemy zmiany.
 
W końcu nadeszła chwila mojego startu i ruszyłam.

Najpierw trzeba znaleźć start na mapie.

Zaczęło się łatwo - dobieg do lampionu alejką, potem dalej prosto, lampion przy ścieżce. Do dwójki trzeba było przejść przez łąkę, a potem zejść w duże, długie, zakrzaczone i dość głębokie obniżenie. Dokładnie tak zrobiłam, tylko zapomniałam popatrzyć, że z dziury nie powinnam wychodzić, tylko w niej szukać. Dopiero kiedy doszłam do kolejnej alejki, zorientowałam się co jest grane. A taka miałam być czujna przy czytaniu mapy:-(

Nie jest dobrze - błąd na początku trasy...
 
Tak mnie ta dwójka zirytowała, że znowu nie pomyślałam logicznie i na trójkę pobiegłam dłuższym wariantem. Niby tak dużo nie nadłożyłam, ale ziarnko do ziarnka... Ale za to trafiłam bez niespodzianek. Czwórka, piątka, szóstka poszły dobrze, a potem miał być punkt przy stadionie. Te północne zakazy w sumie mnie nie dotyczyły. Chyba... Pobiegłam za ludźmi (tak na wszelki wypadek), bo jakoś tak raźniej popełniać przestępstwo grupowo niż indywidualnie. Ale chyba jednak biegliśmy legalnie. 
Ósemka była blisko i łatwa, a dziewiątkę to trafiłam tak trochę psim swędem, bo poszłam "na oko" zamiast na azymut. Chociaż może lepiej powiedzieć, że mam tak rozwinięty zmysł orientacji, że kompas mi wcale niepotrzebny?
Do dziesiątki pobiegłam za tłumem, ale potem już nie nadążałam. Zresztą nie miałam po co, bo przebieg był łatwy, koło miejsca gdzie parkowaliśmy. Jedenastka była ostatnim punktem po tej stronie torów, a kolejne były już w okolicy Kopca. Dwunastka jeszcze stała przy ścieżce, a cała reszta w trawach porastających wzgórze z Kopcem. W sumie dobrze się odnajdywałam w tych trawach, tylko do siedemnastki bezmyślnie pobiegłam za kimś, zamiast według zaleceń kompasu i elementarnej logiki.

To błąd z kategorii niewybaczalnych.

Potem jeszcze tylko łatwa osiemnastka i finisz. Finisz był pod górę i na metę dotarłam ledwo żywa. Zresztą ja zawsze docieram ledwo żywa, więc w sumie żadna nowina.

Nawet załapałam się na oficjalną fotkę.

Jak już złapałam oddech, poszłam uwieczniać powrót Tomka i taką ładną fotkę mu cyknęłam.

Ostatni punkt przed metą.

W tym biegu zajęłam całkiem przyzwoite szóste miejsce na dwanaście zawodniczek w kategorii, a na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że przez ten nieszczęsny stadion wyniki nie będą liczone do ogólnej klasyfikacji. A tyle wysiłku włożyłam w ten etap, buuuu....
O, tak ładnie biegałam: