Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlot Przodowników Imprez na Orientację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlot Przodowników Imprez na Orientację. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

Jak wyrobiłam 200% normy zwiedzania.

Przewodników po Chełmnie było trzech. Podzieliliśmy się więc na trzy grupy - teoretycznie według listy, praktycznie według własnego widzimisię. Szłam na czele mojej grupy i spijałam słowa z ust przewodnika, bo to niby historia, a słuchać się dało bez bólu. Po pierwszej godzinie mój entuzjazm nieco osłabł. Wciąż było ciekawie, ale nogi zaczynały wchodzić mi w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.  W końcu trzeci raz tego samego dnia oblatywałam miasto. Po drugiej godzinie zwiedzania, z czoła przesunęłam się do ogona grupy. Po trzeciej czołgałam się za oddalającą się grupą, i błagałam nielicznych przechodniów, żeby który mnie dobił.
Kiedy doszłam do kresu i planowałam położyć się gdzie stoję i zastosować bierny opór, okazało się, że właśnie doszliśmy do końca naszej wędrówki i wreszcie można będzie usiąść, zjeść, wypić. Ufff....
Nastąpiła najoficjalniejsza część zjazdu. Zarząd Główny i lokalni oficjele pod krawatem, a moja wyjściowa koszulka została w bazie, bo nie ogarnęłam. Wyglądałam jak siódme dziecko stróża, a tu trzeba było wyjść na środek po odbiór legitymacji przodownickiej. Ale ostatecznie - kto mnie tam znał? Wzięłam, co dali i chyłkiem umknęłam na swoje miejsce.  Zanim wszyscy, którzy mieli przemówić - przemówili, my spustoszyliśmy stoły z wszelakiego dobra, bo po zwiedzaniu każdy był wygłodzony. Przezornie w plecaku miałam dwie czekolady - te też zniknęły jak kamfora.
Po oficjalnej części i krótkiej przerwie, nastąpiła najciekawsza część - dyskusja o wojnie i pokoju między orientalistami i nadleśniczymi. Ponieważ o tym można w nieskończoność, a  w bazie czekała kolacja, zarządzono przeniesienie dyskusji do Grubna. Zgłosiłam się do pierwszej tury autobusowej, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Wyszliśmy przed bramę, a tam autobusu ani śladu. Po dziesięciu minutach wciąż nic, po dwudziestu bez zmian. W końcu jednak kierowca trafił do nas i po chwili ruszyliśmy.
W bazie, po kolacji, nastąpił ciąg dalszy dyskusji, omówiono jeszcze kilka innych spraw, chwilkę się pointegrowaliśmy, ale moim głównym planem na wieczór było zaszycie się w łóżku. Poszłam jeszcze na gościnne występy do łazienki z ciepłą wodą, co to jej szczęśliwym  lokatorem był P. R. i wypożyczał na godziny i w końcu padłam. Trochę dał mi ten zlot do wiwatu.
Oczywiście koniec zlotu nie oznaczał koniec wrażeń. Na niedzielę zaplanowaliśmy te dwa trina po Toruniu, co to się nie udało ich zrobić jadąc w piątek. Ponieważ każdy wyjeżdżał z bazy o wybranej przez siebie porze (czyli kiedy komu udało się zebrać), miejsce zbiórki (tradycyjnie kawiarnię) wybrali ci, którzy pierwsi dotarli do Torunia. My oczywiście dotarliśmy ostatni, bo pół dnia zajęło nam parkowanie.
Niektórzy mieli do zrobienia dwa trina, niektórzy tylko jedno, ale ponieważ trasy  niemal się pokrywały, poszliśmy całą stowarzyszoną grupą. My mieliśmy do zrobienia dwa i już po kilku początkowych PK dokonaliśmy specjalizacji - T. pilnował jednego, ja drugiego. Jednocześnie usiłowaliśmy być w kilku miejscach równocześnie. Z różnym powodzeniem - wiadomo. Drobnym utrudnieniem był brak niektórych PK, albo może ich złe umiejscowienie na mapie. Ponieważ bardzo nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości tego faktu, przez długie minuty krążyliśmy po okolicy zaznaczonych na mapie kółeczek, usiłując coś przypasować. Jedni z nas mieli większą cierpliwość, inni mniejszą - w efekcie nasza silna stowarzyszona grupa poszła w rozsypkę i rozproszyliśmy się po starym mieście mniejszymi oddziałami. Nasze poczynania w końcu wzbudziły zainteresowanie mieszkańców Torunia. No bo kto normalny biega rozpaczliwie z miejsca  do miejsca wpatrzony w kawałek papieru, nie zwracając uwagi na deszcz, wiatr i ogólnie ponurą aurę. Od jednej pani dowiedzieliśmy się, że trzynastego to w ogóle nie wypada robić takich rzeczy i powinniśmy się puknąć w głowę. No kto by przypuszczał, że w Toruniu trzynastego nie wolno zwiedzać?
W końcu jednak udało się zebrać wszystkie dostępne PK, nabyć pierniki w sklepiku przy muzeum, przepakować pasażera, któremu się znudziło w poprzednim samochodzie i impreza uległa samorozwiązaniu. Każdy już indywidualnie, we własnym tempie i własną trasą wracał do domu.
Szkoda, że do kolejnego zlotu trzeba czekać cały rok:-(

wtorek, 15 grudnia 2015

Spacerkiem przez historię Chełmna

W sobotę wstałam rześka i kwitnąca, że tak sobie skłamię. Kontakt z lodowatą wodą szybko jednak doprowadził mnie do przytomności.
Po śniadaniu mieliśmy wybyć na calutki dzień do Chełmna. O tym całym dniu zorientowałam się  już na miejscu, w związku z czym byłam zupełnie nieprzygotowana moralnie i technicznie. Zwłaszcza moralnie.
Zaczęliśmy od dojściówki. Co prawda liczyliśmy na jakiś leśny etap, ale organizatorzy realnie ocenili szanse uczestników po piątkowej integracji i trasa wiodła głównymi drogami, mniej głównymi i ścieżkami utwardzanymi. Intelektualnie też nie wymagała cudów, chociaż były miejsca zdradliwe, na które niektórzy dali się nabrać. Już w drodze do drugiego punktu spotkaliśmy D. M., a przy końcu LOP-ki B. Sz. i D. W. Oczywiście dalej poszliśmy już razem. Na całej dojściówce najbardziej podobały mi się wystawy sklepowe na Grudziądzkiej, ale nie dali mi pooglądać, bo na rynek i na rynek. Rynek nie zając - nie ucieknie, ale przetłumacz to takim... Oczywiście na rynku okazało się, że jesteśmy sporo przed czasem, ale zamiast wrócić do tych wystaw, poszliśmy do cukierni. Siłom i godnościom powstrzymałam się od nabycia i zjedzenia ciastka, ale kawy sobie nie żałowałam.
W końcu nadeszła właściwa pora, żeby ruszyć na "spacerek przez historię Chełmna". Takie trino w zasadzie. Poszliśmy zestawem ukonstytuowanym na dojściówce. Aura do żadnych spacerków nie zachęcała, ale byliśmy twardzi i zaliczyliśmy wszystkie punkty. Chełmno okazało się ładniejsze niż się spodziewałam i nie mówię tu tylko o wystawach sklepowych:-)


Na trasie spotykaliśmy innych inowców, którzy podejrzanie wolno przemieszczali się między punktami, wnikliwie studiowali wszystkie tablice informacyjne, naradzali się w grupach i wyglądali jakby mieli jakieś trudności z przebyciem trasy. Nam poszło raz, dwa i jako pierwsi zameldowaliśmy się na mecie. Organizatorzy od razu wykierowali nas do muzeum, gdzie oprócz zwiedzania, mogliśmy się też zagrzać po spacerze. Ja i T. weszliśmy niezwłocznie, po nas B. i D., a po chwili dołączył drugi D. z wiadomością, że źle wypełniliśmy kartę startową. No jak źle???!!! Okazało się, że oprócz zidentyfikowania zdjęć, trzeba było jeszcze dopasować daty i ten drobny szczegół jakoś umknął naszej uwadze. Na szczęście D. zdążył wyszarpnąć naszą kartę z powrotem i mogliśmy uzupełnić braki. Po szybkim zwiedzeniu muzeum zaszyliśmy się w kąciku i w ruch poszły internety, bo oczywiście nikomu się nie chciało drugi raz iść na trasę. Przy innej pogodzie - tak, ale nie na deszcz i wiatr.  Zwiedzanie muzeum wykończyło mnie intelektualnie, bo historia wiała z każdego kątka, a ja - wiadomo - uczulona na nią, toteż specjalnego wkładu nie wniosłam w uzupełnianie karty. Dogorywałam sobie cichutko na krzesełku.
Po ostatecznym oddaniu karty przeszliśmy się jeszcze dookoła rynku (pozwolili mi wejść do kilku sklepów!) i w końcu poszliśmy na obiad. Po takich przeżyciach trzeba było się wzmocnić. Decyzja: "co jemy?" była trudna, bo to osiołkowi w żłoby dano..., ostatecznie jednak każdy zasiadł nad swoim talerzem. Nie spieszyliśmy się, bo do kolejnego punktu programu mieliśmy sporo czasu, ale w końcu ile można siedzieć nad pustymi już talerzami.  Uradziliśmy, że pójdziemy na kawę. D. M.  chciał jeszcze do sklepu, więc umówiliśmy się w kawiarni.  Wybrana przez nas okazała się w całości zarezerwowana, no to poszliśmy szukać innej. Po obejściu całego Chełmna, przemarznięciu, zmoknięciu, zmęczeniu się wylądowaliśmy z powrotem na rynku, w kawiarni, którą cały czas mieliśmy pod nosem. Trzeba było się tylko zorientować:-) Na szczęście zapas czasu jeszcze się nie wyczerpał, więc mogliśmy na chwilę przysiąść. Musieliśmy się zregenerować, bo czekało nas jeszcze wiele atrakcji, aż do późnego wieczora.
Pierwszą z nich miało być zwiedzanie Chełmna z przewodnikiem.

c. d. n.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Zimno, mokro i do domu daleko, czyli zlot PInO.

Na nasz pierwszy Zlot Przodowników InO wybieraliśmy się dumni i bladzi. No bo wreszcie i my też możemy poprzodować. W piątek wyszłam z pracy znacząco wcześniej, bo daleka droga przed nami, a zresztą przecież i tak bym nie wysiedziała. Po drodze zgarnęliśmy B. T., co to mieszka za miedzą, a prawie się nie znaliśmy i była wreszcie okazja pogadać.  Pół drogi ciągnęliśmy go za język i teraz już znamy wszystkie kontakty, adresy, hasła do kont, imiona przodków do siódmego pokolenia wstecz włącznie. Drugie pół drogi przebiegło w sennej atmosferze, bo za oknem zrobiło się ciemno i mokro. Wstępnie to nawet planowaliśmy jakieś trino w Toruniu zaliczyć, ale aura skutecznie nas zniechęciła. W związku z tym zniechęceniem do Grubna dotarliśmy jako jedni z pierwszych i mieliśmy możliwość wybrać sobie pokoje. I jaki wybrałam? Oczywiście bez ciepłej wody! Niestety, przekonaliśmy się o tym dopiero znacznie później, kiedy pokoju nie dało się już zmienić:-(
Po rozlokowaniu się, wspólnie z D. M., który dotarł jeszcze wcześniej, robiliśmy za komitet powitalny, czyli staliśmy w pobliżu drzwi wejściowych, bo nie bardzo było jeszcze co robić. Ponieważ blisko drzwi była stołówka, wyglądało jak byśmy tam więdli z głodu i czekali na kolację i... kolację zaczęto wydawać wcześniej:-)
Po kolacji Stowarzysze stowarzyszyli się w naszym pokoju w celu integracji. Na stoliku pojawiały się coraz to nowe produkty służące integracji, a spora część z nich okazała się przechodnia, wędrująca z imprezy na imprezę. Ekonomiczni jesteśmy. W ramach integracji pochłonęliśmy milion kalorii (na łebka) w postaci stałej i płynnej, ustaliliśmy (niektórzy bardzo szczegółowo) imprezowy inowy plan uczestnictwa na przyszły rok, złożyliśmy i zszyli najnowszy numer "Tramwaju", przeczytali go z rozpędu i przegapili oficjalną część programu: "prezentacje i wymiana doświadczeń w temacie".

Tramwajarze.

Potem, żeby jednak być "w temacie" zeszliśmy do jadalni, gdzie przy śpiewach trwała integracja ogólna. Śpiewów nie mogłam przegapić! Tyle tylko, że jakoś opornie to szło i miałam wrażenie jakby gitara parzyła grajków w dłonie - tak szybko usiłowali przekazać ją dalej. Dopiero kiedy w akcie desperacji wzięłam ją do ręki żeby zagrać te trzy chwyty, co to jeszcze pamiętam, wszystko się wyjaśniło. Metalowe struny w twardej gitarze wbijały się boleśnie w palce, usiłując przeciąć skórę. Teraz to już z podziwem patrzyłam na tych, którzy mimo wszystko próbowali grać.
Kiedy poczułam się już odpowiednio zintegrowana, a nie chcąc z kolei doprowadzić do dezintegracji, zebrałam się w sobie (fizycznie i moralnie) i poszłam pod prysznic. No przecież nie w całości! Polewałam sobie tą lodowatą wodą palec wskazujący i tym palcem, sekundowymi muśnięciami usiłowałam się umyć. Powiedzmy szczerze - efekt taki sobie, ale jak by kto pytał, to mogłam z czystym (sic!) sumieniem powiedzieć, że nie poszłam spać bez mycia:-)

c. d. n.