piątek, 26 marca 2021
GPS-O za progiem
środa, 24 marca 2021
Pieszy ZAW-OR
wtorek, 23 marca 2021
ZAW-ORowe dożynki
Nie dość mi było sobotniego biegania na treningu UNTS (tak, trasa D jak długa, razem z korytarzem /polecam – niezapomniane przeżycie gdy się wyleci z korytarza/ prawie 19 km, aż niecierpliwy organizator zajumał mi trochę lampionów), więc postanowiłem się dobiegać na ZAW-OR-ze. Jakoś marsze mnie ostatnio nie kręcą: TP za łatwe, TU nie wypada, a TZ to często nie sprawia radochy, bo za dużo trzeba się domyślać…
![]() |
Którą mapę wybrać? Oczywiście D! |
Oczywiście znowu trasa D jak dożynki;-)
Najpierw trzeba było znaleźć start. Jak wszyscy skierowałem się ku widocznemu lampionowi z niewielkim napisem „finisz”. Dopiero potem dojrzałem na mapie, że start jest ciut obok.
![]() |
Napis START idealnie nadaje się na tło selfie... |
Wystartowała mnie Renata i ruszyłem w zadymkę.
![]() |
I pobiegłem... |
Śnieżną zadymkę i teren oznaczony na mapie ciemnozielonym kolorem. Młodnik niedawno przecięty i nieoczyszczony. Bieganie zamieniło się w kicanie, kluczenie, skakanie i inne takie. Wreszcie wykicałem z tego terenu i zacząłem wspinać się na wydmę. Z oddali ciut po lewej świecił lampion, więc odruchowo skorygowałem kierunek. Dotarłszy na szczyt zorientowałem się, że niestety świecił lampion płaski;-( Popatrzyłem na mapę – mój powinien być na kopczyku na drugim zboczu wydmy. Nawet jakieś zielone widzę, więc gdzieś tam w lewo bardziej… ale nie, tam kończą się kopczyki. Wracam. O, coś jest. Podbiegam, sprawdzam kod i konsternacja. Ma być 32, a jest 31! Chwila wpatrywania się w papier i zostaje jedyna logiczna decyzja: sprawdzać na południe. JEST. I kod właściwy. Ale co się naszukałem, to moje!
Dwójkę trochę przebiegłem, bo był stowarzyszony grzbiecik, ale i tak poszło lepiej niż na jedynkę. Za to trójka już poszła całkiem ładnie, czwórka sprawnie (kogoś tam wyprzedziłem biegnąć na kreskę), a przed piątką zatrzymały mnie gałęzie i młode drzewka z czyszczenia lasu, ze zbyt dużego zagęszczenia drzew, które ostatnio leśnicy ćwiczą zawzięcie w podwarszawskich lasach. Ruszyłem w kierunku piątki, w dół, ostrożnie lawirując pomiędzy leżącymi gałęziami. Już widziałem drogę, za którą teren się poprawiał, jeszcze jeden skok i… trzask. Nie to nie gałąź. To był trzask z mojej prawej kostki! Złapałem się jakiegoś pnia i stanąłem zastanawiając się czy mam jeszcze nogę, czy została te dwa metry z tyłu. Rzut oka – noga się trzyma. Raczej boli. No, dobrze boli! Ale wiem, że skręcenia bolą, ale potem przechodzą (do czasu gdy opuchlizna zacznie boleć). Musiałem wyglądać niewyraźnie, bo dwie osoby przebiegając obok mnie przystawały i pytały się, czy nie potrzebuję pomocy. Jak na razie noga nie odpadła, ustać się na niej dawało (sprawdziłem), a ból powoli słabł, więc podziękowałem za pomoc.
Po 5-ciu punktach głupio wracać, więc po kilku minutach ruszyłem dalej. Ostrożnym spacerkiem. Może i lepiej, bo szóstka była ukryta aż miło. Tak, że lekko przeszedłem, ale w miarę szybko zorientowałem się gdzie jej szukać. Na ósemkę już spróbowałem truchtać. Dawało się po równej drodze i twardym podłożu. Dlatego do PK 9, 10, 11 trochę naokoło, drogami, by znowu nie przedzierać się przez te leżące gałęzie. W drodze na PK 12 doganiam Renatę z Agatą i robimy sobie selfika na trasie;-)
Koło 14-stki przeganiała mnie gromada ścigantów z Marcinem na czele. Poczułem zew współzawodnictwa i próbowałem biec za Marcinem. Ale co z tego, skoro mistrz przeoczył lampion i pobiegł dalej? Wprawdzie zawrócił, ale chyba spod następnego PK;-)
![]() |
Nie zawsze należy biegać za Mistrzem... (fot. K.Galicz) |
Dalej trzymając się ścieżek na ile można było i omijając nierówności, zaliczałem kolejne punkty. Na dobiegu do mety nawet ścigałem się z jakimiś zawodnikami z trasy C. Grunt, że udało się zaliczyć całą trasę, ale z czasem „spacerowym”, choć i tak nie byłem wcale taki ostatni;-)
Pierwotnie miałem w planach spacer z resztą rodziny na drugim etapie TP, ale jak się okazało, TP etap pierwszy i drugi miały synchroniczne, a ja z moją kostką średnio nadawałem się do spacerów - zaliczyłem więc długie oczekiwanie w aucie. Na szczęście w nagrodę za dotarcie do mety dostaliśmy czekoladę z Wedlowskich zapasów, która pozwoliła smacznie wypełnić czas oczekiwania na Agatę z Renatą;-)
![]() |
Produkt ratujący życie... |
poniedziałek, 22 marca 2021
Dzienny trening UNTS w Czarnowcu
Bałam się, że organizatorzy znowu nie rozwieszą lampionów, tylko powtykają w ziemię jakieś patyczki, których nie będę umiała znaleźć, ale tym razem stanęli na wysokości zadania. Uspokojona, po znalezieniu nijak nie oznaczonego startu, ruszyłam w las.
Przy kolejnych punktach już nie wydziwiałam i korzystałam z kompasu jak Bóg przykazał, ale jeśli na azymucie była ścieżka, to oczywiście korzystałam z niej. Nie żyłowałam się z tempem i traktowałam pobyt w lesie raczej jako miły spacer niż trening.
piątek, 19 marca 2021
Trening UNTS w Lesie Lindego
środa, 17 marca 2021
Wyczerpujące pożegnanie z Dystansem.
poniedziałek, 15 marca 2021
WesolInO w duecie.
WesolInO zatrzymało się w drodze na Zielonkę, przypuszczam, że z powodu czynnego poligonu ciągnącego się od Wesołej prawie pod nasz dom. Tym razem biegaliśmy więc w Lesie Sobieskiego. W sumie też blisko, tylko trochę inaczej. Tym razem wyjątkowo byliśmy bez Agaty, która wolała niedzielny Dystans Stołeczny, a dwie imprezy w weekend to dla niej nadmiar szczęścia.
Moja trasa miała mieć tylko 13 punktów, ale aż 5,4 kilometra. Ponieważ zawsze robię minimum kilometr wiecej, więc zapowiadało się niezłe bieganie. Jeszcze przed ruszeniem w trasę Tomek straszył mnie moim piątym punktem - dołkiem w środku gęstwiny, bez punktów charakterystycznych w okolicy. Nooo, faktycznie. Nie wyglądało to dobrze.
czwartek, 11 marca 2021
GPS-O, a indeks dzieł zakazanych.
wtorek, 9 marca 2021
Pożegnanie z ZZK

W tym wszystkim tylko jednego żal - to był ostatni ZZK w tym sezonie. Szkoda.
poniedziałek, 8 marca 2021
WesolInO na rolkostradzie.
Kurde, Igor chyba na serio planuje finał WesolInO w moim ogródku, bo w sobotę znowu znacząco przybliżył się do mojego domu. No, ale przynajmniej miałam blisko. Tym razem pojechałyśmy tylko z Agatą, bo Tomek pojechał upodlić się na Prymulkę. Ja uznałam, że 50 km to jednak za dużo po tej pandemicznej przerwie i wybrałam dystans dziesięć razy krótszy. Start zawodów był przewidziany w bardzo fajnym miejscu - na rolkostradzie.
niedziela, 7 marca 2021
Prymulek 2021 (Pięćdziesiątka sponsorowana przez 80 km)
Ostatni raz na 50-tce byliśmy we wrześniu 2020. Czyli prawie pół roku temu! Od tego czasu znany wszystkim wichrzyciel w koronie utrudnia organizację na tyle, że zostają tylko jakieś imprezy lokalne – w szczególności rogainingi, na które jedzie się bez noclegu. Tyle, że żadnych w okolicy jakoś nie było, aż wreszcie Barbara zirytowana brakiem imprez coś wymyśliła. Lobbowałem by zrobiła Prymulka tuż za moim płotem, ale się nie udało i musiałem jechać na drugi koniec miasta – gdzieś tam do Zalesia Górnego. Jak widomo, w czasach pandemii imprez na orientację jest nadurodzaj: w sobotę oprócz Prymulka były jeszcze dwie, a w niedzielę ostatni w tym cyklu trening ZZK. Renata z Agatą obstawiły sobotnie WesolInO, a na niedzielę planowaliśmy razem pobiec na ZZK.
Zimne Doły – miejsce znane nam dwóch czy trzech imprez – w tym chyba pierwszej edycji EsKaPeBol InO kilka lat temu. Udało się trafić bez trudu i nawet nie urywając zawieszenia. Bez zbędnego zwlekania dostałem mapę, nawet jej nie zdążyłem spakować w torebkę gdy dostałem sygnał do startu. No cóż spakuje ją w drodze. Ruszyłem do najbliższego punktu. Skala ludzka, niewiele gorzej niż 1:25000 i od razu po wybiegu na główną drogę znalazłem miejsce gdzie wbiec w las, by znaleźć lampion. Rozpędzony wpadam w zarośla i nagle mnie zastopowało. Można powiedzieć, że „zawisłem” powbijany w gąszcz królujących w tym terenie jeżyn, czy innych kolczastych roślin. Właśnie przypomniałem sobie czemu to nie lubię tych okolic!
Udało się jakoś wyszarpać z pułapki i ostrożnie ruszyłem na poszukiwanie lampionu. Patrzę na lidarowe rozświetlenie i widzę dziwne czerwone strumienie zalewające mapę. Chwila strachu i zdziwienia, macam siebie dokładnie, oglądam zakrwawione ręce i wreszcie mam – jeżyna rozorała mi wargę, która krwawi i wszystko zabarwia na czerwono! Chwila na doprowadzenie siebie do porządku i znajduję lampion. Zastanawiam się jak wytłumaczę Renacie, że to naprawdę jeżyna, a nie że ktoś mnie pogryzł….
Powoli wydostaję się z krzaków i drogą ruszam na kolejny punkt. Jakoś daleko do skrzyżowania – wyraźnie odwykłem od 50-tek. Ale jest kolejny punkt – miejsce gdzie właśnie na EsKaPeBol InO był punkt;-)
Nauczony bolesnym doświadczenie, twardo trzymając się dróg, lecę na PK 3. Znowu jakoś tak czas się dłuży. Podobnie na PK 4. Przy PK 4 spotykam konkurencję, przedzieram się brzegiem rowu z wodą po ściętych gałęziach do lampionu. Ciężki teren;-( Na szczęście dalej kawałek porządnej asfaltowej drogi. Z naprzeciwka widzę przebiegającego Krzyśka Lisaka (ciekawe czy zaliczy wszystko w 5 godzin, bo biegnie całkiem żwawo), potem spotykam Marusza „Dzidka”, który stara się gonić Krzysztofa.
Na PK 5 tracę trochę czasu, bo lampionu szukam na innym szczyciku. Wkurzony ruszam na PK 7. Okolica znajoma, chyba także w tym rowie był punkt na jakiś zawodach. Tyle, że wtedy rów był suchy. Jest jakaś ścieżka, trochę za wcześnie i za blisko górki, ale skręcam, najwyżej przejdę przez krzaki troszkę dalej. Spotykam tu człowieka szukającego punktu. Tyle, że szuka na górce zamiast na rowie. Wskazuję kierunek i idziemy. Jest rów, szeroki, pełen wody i pokryty cienkim lodem. Czytam, że lampion ma być po drugiej stronie rowu. Ktoś przedziera się po drugiej stronie rowu. Idziemy szukać zakrętu z lampionem. Woda zaczyna się rozlewać (na mapie także ma się rozlewać), ale zakrętu ani śladu. Ktoś w oddali skacze z wysepki na wysepkę, starając się za bardzo nie wpaść w wodę. Robię odwrót do głównej drogi i zaczynam szukać po drugiej stronie rowu z wodą. Lampionu nie ma. Grupa szukających robi całkiem pokaźna i chlupocząc bada zalane tereny. Patrzę dokładniej na mapę – ten rów powinien być znacznie dalej od górki! Czyli przeczesujemy rów, którego wcale nie ma na mapie! Po cichu oddalam się w upatrzonym kierunku i znajduję właściwy rów (na szczęście do przeskoczenia) i lampion. Uff. Tylko że 20 minut w plecy!
Przekroczenie DK 79 to wyzwanie – aby znaleźć przerwę w sznurze pojazdów trzeba czekać kilka minut. Lecę wesoło na PK 9. Znowu jakoś tak daleko. Ale liczę przecinki i wreszcie docieram w pobliże punktu. Znowu rów, znowu jeżyny, znowu krzaki i przeskakiwanie cieku. Ile można???
Do PK 11 trzeba przebiec przez treny cywilizowane. Maska pod ręką, ale nikogo na horyzoncie nie widać. Dopiero koło lampionu tłum dzieciaków – wyglądają na zuchy bawiące się w jakąś grę terenową. PK 10 tuż obok, na tym samym rozjaśnieniu. Tu pojawia się tłum – dotarli chyba ci, którzy pluskali się w rozlewiskach przy PK 7.
Kierunek: prawy górny róg mapy. Gdzieś po drodze dopada mnie SMS od Renaty chwalącej się ukończeniem WesolInO. Zerkam na zegarek i na mapę - 18 km, zaliczone 9 z 30 punktów. Prosta matematyka – trasa będzie miała tak z 60 km. Dam radę – myślę.
PK 25 znany z jakiś Stowarzyszonych zawodów. Znajduje się szybko. Powrót na skuśkę z ominięciem rezerwatu – fajnie, że znakują granice rezerwatu na drzewach (podpatrzyłem to kiedyś w Ostrówku). I znowu jakiś zbyt długi przebieg w kierunki PK 19. Kończy się rezerwat – w/g mapy na zachód do pierwszej przecinki max 200 m i w lewo prawie do punktu. Skręcam na zachód - 200, 300 m i przecinki ani śladu. Teren mało przebieżny, więc wracam do drogi. Po chwili kolejna możliwość skrętu na zachód, znowu próbuję i znowu nie znajduję przecinki na południe! Zniechęcony wracam na główną drogę i gdy widzę skraj lasu wyznaczam azymut i idę szukać lampionu. Lampionu nie ma, teren coś mało się zgadza. Wreszcie dostrzegam konkurencję, która mnie dogoniła gdy bezskutecznie szukałem lampionu. Mówią, że jest jeszcze 200 m dalej! I że skala mapy jest inna. Aż sprawdzam. 1km - 28mm, czyli zgadza się - 1:28000! Chwilka! Na odwrót To wychodzi nie 1:28000 tylko jakieś 1:40000! Teraz zaczyna się zgadzać i wiem czemu coś mi nie pasowało z odległościami. I jeszcze jedno - typowa 40-tka ma mapę formatu A4 lub mniejszą, a tu przy podobnej skali mamy dobrze wypełnioną kartkę A3! Przyglądam się mapie, liczę kratki siatki kilometrowej i wychodzi mi tak ze 45 km do mety, a na liczniku mam już 25! Chyba nie jestem gotowy na 70-75km!
Zniechęcony ruszam dalej. Przy PK 21 ktoś szuka lampionu koło zabudowań (stanowczo za wcześnie). PK 30 – 30 km. PK 20 bardzo widowiskowy, ale na otwartej przestrzeni i zimny wiatr powoduje, że kostnieję i zastanawiam się czy nie wyjąć softhella. No, niby mamy jeszcze kalendarzową zimę.
PK 29 – granica kultur nad szerokim rowem z wodą. Na zachód w kierunku następnego PK bagna i ten rów do przebycia. Niby bliżej obejść od północy, ale po 100 metrach wzdłuż rowu teren się obniża i mapa mówi, że mają być poprzeczne rowy z wodą. Zawracam i idę naokoło od południa. Dodatkowe kilometry. Tu dogania mnie uczestnik, którego widuję często na 50-tkach. Tuptamy dalej razem. Wariantem bezpiecznym –asfaltowym do PK 26. Potem do PK 27 – tu spotykamy Łapki z trasy TP25. Postanawiam się oszczędzać by mieć siły na jutrzejsze biegi i daję się wyprzedzić. Znowu spotykam Mariusza „Dzidka”. Rozmawiamy o długości trasy – nie jest pewien czy da radę zrobić wszystko w limicie.
PK 13 zdobywam samotnie, ale potem sprytnym manewrem skracającym drogę wyprzedzam całą grupę. Spotykamy się na zamkniętym przejeździe kolejowym w Ustanówku.
Dalej idziemy w grupie. Przed PK 16, dokładnie na 44 kilometrze trasy spotykamy Leszka idącego z naprzeciwka. Pyta się ile mamy na liczniku, bo jest lekko zdziwiony odległością, jaką już pokonał. PK 16, potem PK 15. Tu dołącza kolejna ekipa z TP25 - Pinky&Brian. Tym zespołem przeplatając się na punktach idziemy w kierunku mety przez PK 14, PK 12 i PK 1. Odpuszczam PK 8 oraz sześć pozostałych punktów. Na metę docieramy po zmroku Dzięki temu robię „tylko” 57 km. I dobrze, bo trzeba mieć siłę, by jutro pobiegać na wydmach;-)
Na przyszłość będę uważniej sprawdzał skalę mapy przed wyruszeniem na trasę i zapamiętam, że jak kilometr na mapie ma 2,5cm to skala wynosi 1:40000, a nie 1:25000;-) - takie ćwiczenia matematyczne polecam także budowniczym tras i twórcom map;-)
piątek, 5 marca 2021
ZZK w Olszewnicy
środa, 3 marca 2021
(nie taka) Mała Przedwiosenna Hała
Jako że ostatnio ultra-wyryp jak na lekarstwo (wszystkie się odwołały z wiadomych powodów), to szansa wystartowania przez dwa dni w 4 imprezach kusiła. Dokładniej to w trzech imprezach w sobotę i jednej w niedzielę. W sobotę zaczynając od najkrótszego WesolIno, poprzez całkiem długi Dystans Stołeczny, aż wieczorem do naprawdę długiej Przedwiosennej Hały. Niestety, w ostatniej chwili Dystans Stołeczny padł – znaczy się odwołał/przeniósł na za tydzień, czy jakoś tak. Dzięki temu udało się ogarnąć wszystko logistycznie, zassać po drodze obiad i na start Hały dotrzeć jeszcze za dnia.
Jakby ktoś nie pamiętał – Hała to zwykle taki produkt Jaszczuropodobny – pojawiają się lidary do dopasowania, nieoczywiste punkty, spory dystans, a każde wydanie sponsorują nietypowo okrągłe liczby. Ten sponsorowała liczba 333 (limit czasu) i 99 (limit spóźnień). Nominalna długość 13,6 km w liniach prostych, tyle że to okolice Kosewka. Takie kultowe okolice – jary, skarpa do pełzania na czworaka, super krzale, znowu jary, znowu skarpa, jeżyny…
Patrząc historycznie, to w tych okolicach wystartowaliśmy w pierwszym InO – Nocnych Manewrach Stowarzyszy w roku 2014 – więc taki mały „powrót do przeszłości”.
Do Pomiechówka dotarłem dobrze po godzinie 13:00 – czas, kiedy co niektórzy już wracali z trasy;-) Założenie było proste – 14 km – z błądzeniem jakieś 16, czyli ze trzy godziny i o 17stej wracam do domu. Dostałem połowę mapy, tajemniczy pakunek do plecaka z instrukcją słowną „otworzyć gdy skończy się mapa, wyłącznie na moście w Kosewku” i „poszedłem w las”.
![]() |
Hałobus jako baza |
Mam zdobyte 4 PK, czas 21 minut, ponad 2,5km. Dobrze idzie!
Dalej drogą prosto jak strzelił. Ciut zwalniam, bo robi się mokro, a szkoda od razu za bardzo się moczyć. Jest poprzeczna droga asfaltowa, powinienem pójść dalej na wskroś ale… coś mi się ta droga nie podoba. Ma inny kierunek!!!. Patrzę na mapę, myślę… czyżbym wyszedł gdzie indziej? Bardziej na południe? Jeśli droga, którą szedłem miała zły kierunek? Niby sprawdzałem ale…. Może ostatni PK to był jednak stowarzysz? Typuję gdzie jestem i lecę asfaltem pół kilometra na północ, aż asfalt nabiera właściwy kierunek. No, prawie słuszny, ale jest jakaś droga w lewo i w prawo jak być powinna. Skręcam w prawo, znajduje jakąś drogę, która zaraz zanika (strasznie ten teren się pozmieniał w stosunku do mapy - myślę) dochodzę do torów i widzę, że tory zaczają skręcać. Czyli już jestem przy PK 9, choć miało być dalej. Idę od torów na azymut, szukam charakterystycznych elementów z lidaru, ale trafiam na lampion i dziurę w ziemi. Dziura jest przy PK 10 – miał to być następny wycinek! Obszukuję dziurę dokładnie, jak nic - PK 10 i trzy lampiony do wyboru. Nie wyznaczyłem sobie skali mapy, więc muszę wybrać właściwy „na oko”, tylko po ukształtowaniu terenu – wybieram japońca;-)
Trafienie do kolejnego wycinka z PK 9 to już formalność. Przy okazji odkrywam w czym tkwił problem: droga oznaczona na mapie jako utwardzona (asfalt?) zmieniła przebieg – teraz auta jeżdżą przez to, co na mapie oznaczone jest jako ścieżka! Grunt że lampiony znalezione, choć trochę pokrążyłem po okolicy i straciłem czasu na rozmyślania nad mapą.
![]() |
Tak krążyłem po PK5 |
Nie dowierzając mapie poleciałem dalej. Znowu asfaltem, którego nie ma na mapie. Aż do wycinka z punktem G. Jak mówi sama nazwa, punkt G zawsze sprawia trudności. Tym razem punkt G zaznaczony na szczycie jakiegoś bunkra. Oczywiście wczołgałem się na górę i szukałem lampionu. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że literki oznaczają punkty opisowe. Doczytałem, że chodzi o liczenie wnęk z symbolami. Musiałem zejść i szukać tych wnęk. Jak to wnęki, były w środku. Czyli najpierw wejście do środka. Jest. Wchodzę – ciemno. Trzeba wyjąć latarkę. Świecę i rozglądam się – wnęka koło wnęki, a w każdej jakiś symbol – taki przypominający pisma dalekowschodnie. Czy chodzi o wszystkie wnęki, czy tylko te w pomieszczeniu zaznaczonym kropką? Liczę je jeden raz, potem drugi, trzeci. Wyszło mi ich 19. Podobno było 20 ale ja tylu nie znalazłem. Może w jakiejś wnęce było kilka znaków? Choć skoro znaki są nieznane, nie wiem czy dwa kolory w jednej wnęce to dwa znaki, czy kreski znaków muszą się stykać? Zresztą pytanie poniżej pasa – bez latarki nie miałbym szans w ogóle zbliżyć się do poprawnego wyniku. I na tyle nieprecyzyjne, że nie wiadomo co liczyć;-) Na pocieszenie fakt, że same umocnienia urokliwe;-) A samo liczenie – 20 minut;-)
![]() |
Znajdź tu te 20 punktów G... |
Kolejny wycinek – kolejny bunkier. Jeszcze ładniejszy. Znowu liczenie „wąskich okienek strzelniczych w całym obiekcie”. Problem w tym, że w środku jakaś zakrapiana imprezka. Brzęk tłuczonego szkła, jakieś podniesione głosy. Skoro jakieś otwory strzelnicze są przy wejściu mogą być i dalej w środku, ale wolę nie sprawdzać – ja jestem jeden, a ich kilku i w jakichś bojowych nastrojach. Wpisuję to co znalazłem z zewnątrz i spadam liczyć betonowe stanowiska strzelnicze.
![]() |
Ten bunkier obchodzę z daleka |
Opuszczam umocnienia i na azymut idę dalej do PK 2. Niestety, zaczynają się krzaki. Na szczęście dalej drogą – a wręcz szlakiem pieszym. Nawet spotykam jakichś turystów idących z naprzeciwka!
Po PK 3 ruszam biegiem na azymut w kierunku przedostatniego wycinka. Biegnę sobie biegnę i nagle łup… wpadam w ogrodzenie jakiejś uprawy leśnej. Dobrze, że teren nie pozwalał na rozwinięcie jakiejś zawrotnej prędkości…
Okrążam płoty drogami, liczę drogi w lewo i skręcam w drugą. Przyspieszam. Coś daleko i teren nie zgadza się z poszukiwanym lidarem. Ale na drodze są jakieś ślady „naszych”. Wreszcie docieram do asfaltu, choć jakoś „za daleko”. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w mapę dociera do mnie, że ta „utwardzana droga na mapie” to wcale nie asfalt, tylko taka leśna dróżka którą przecinałem wcześniej, tego asfaltu przy którym jestem w ogóle nie ma na mapie, a w dodatku nie spojrzałem na kompas i poleciałem drogą, którą na mapie wziąłem za siatkę kilometrową… Słowem dwa kilometry extra… Nic, lecę tam gdzie trzeba i znajduję to co trzeba.
![]() |
Tak bywa gdy człowiek nie patrzy na kompas... |
Został ostatni wycinek, w znanym mi miejscu z treningów ZZK –na górce pełnej jeżyn. Na szczęście łatwo tam dotrzeć drogami. No, prawie na miejsce, bo ostatnie 200m to walka z kolcami;-)
Jest wreszcie most w Kosewku. 15 km i trzy godziny. Niby wszystko znalazłem, tylko że to… połowa trasy! Otwieram drugą mapę. Tu ciut trudniej dopasować wycinki, ale udaje się. Pierwszy PK 17 w dobrze znanym z ZZK jarze. Tam na treningach zawsze był PK;-) Zwykle przedzierałem się tam jak głupi górą na czworaka, ale postanowiłem tym razem zaatakować od dołu. Nie wiem co lepsze, bo krzaki naprawdę są w tym miejscu nieprzebieżne! Gdy podrapany dotarłem do wąwozu, widzę lampion, zerkam na mapę – zgadza się, spisuję, wykreślam wycinek jako zaliczony i ruszam dalej w górę wąwozu. Wiem, że na górze jest ścieżka i na kolejny wycinek lepiej zejść z góry. Tym razem udaje się zaliczyć oba lampiony całkiem sprawnie.
Dalej w/g mapy powinna być jakaś ścieżka na dole skarpy. Idę więc. Trafiam na jakiś zagrodzony teren prywatny (ośrodek), ale zagrodzony zgodnie z przepisami. Można przejść brzegiem rzeki. Oczywiście ośrodek pusty, ale idę czujnie, bo zawsze mogą wypaść jakieś psy czy inne zwierzęta hodowlane…
Kolejny wycinek. PK 14 – trzeba się wczołgać na górę. Udaje się. PK 15 zostawiam na powrót - trzeba iść na kolejny wycinek bardziej na północ. Coś mi się nie zgadza. Czemu ten wycinek mam już wykreślony??? Krótka analiza i wiem – wykreśliłem go gdy brałem 17-stkę, bo obydwa jary podobne! Zresztą chyba wpisując PK 11 patrzyłem na zły wycinek, bo wziąłem stowarzysza, który stał w miejscu takim względem głównego wąwozu jak PK 11;-) A najgorsze jest to, że tam gdzie jest PK 17 jest także PK 18! Chyba powinienem się wrócić!
Lecę więc na 11-tkę – miejsce także znane z ZZK. I od 11-tki na skróty wracam się na pierwszy wycinek. Kolejne prawie 3 km extra;-) I właśnie zapadła ciemność, czyli czas na latarkę. Może nie pisałem, ale jak do tej pory wszystkie lampiony są „ukryte” – schowane po najbardziej nieoczywistej stronie drzewa i przez to zawieszone często nie w najbardziej oczywistym miejscu przy wskazanym obiekcie. Zobaczymy jak to będzie nocą…
PK 15 znajduję na szczęście bez problemu (ale wolniej, bo po krzakach w nocy w jarze idzie znacznie wolniej).
Za to z PK 16 zaczyna się zabawa. Przedzieram się po ciemku przez wszystkie zarośnięte wąwozy, aż jednoznacznie stwierdzam, który jest właściwy. „Tylko” 20 minut. Wracam na drogę – śnieg/woda zamarzła i robi się nieprzyjemnie ślisko. Zostały tylko jeden prosty punkt na górce i jeden wycinek przy mecie, tak ze 2,5 km. Znajduję właściwą przecinkę, podbiegam rozglądając się za PK 20. Staram się mierzyć odległość krokami, nie jestem pewien skali, ale nagle coś się nie zgadza. Jakieś spore skrzyżowanie, szlak pieszy skręca w lewo, a taki skręt miał być znacznie dalej. Może coś przebiegłem? Na mapie nic takiego nie ma! Trochę się wracam i wchodzę w las szukać górki. Coś znajduję, ale lampionu nie ma. Przechodzę górkę do końca – za blisko zabudowań, czyli jednak właściwa górka jest dalej. Tu już na azymut odnajduję właściwe wybrzuszenie terenu i lampion. Za dnia widziałbym co trzeba z drogi, a tak dodatkowy kilometr błądzenia. Na przyszłość trzeba zacząć od skali mapy, a nie zgadywać:-)
Ostatni wycinek. To już teren parku w Pomiechówku. Jest dół z lampionem. Jeszcze pytanie o rybki. Wcześniej dopada mnie telefon małżonki zaniepokojonej moją przedłużającą się nieobecnością. Bo to z planowanych 200 minut i 15 km zrobiło się prawie 330 minut i 26 km! Szkoda tylko tych lekko bezsensownych pytań na liczenie(gdy jest czegoś więcej niż 5, to naprawdę ciężko się liczy!) i tej pomyłki przy PK 17, gdzie spojrzałem na zły wycinek. Ale za to pochwała organizacyjna za przesmaczne Hałowe jabłka. Dla tych jabłek warto było się dać sponiewierać w tych jarach;-)