piątek, 9 października 2020

O! GPS!

Właściwie to lubię GPS. Konkretniej BePeKa, czy jak to zwał. W dowolnym czasie (no prawie dowolnym) lata człowiek z mapą i czeka aż coś mu piknie. Lepsze to niż latanie z mapą typowe w TNCZ, gdy szukamy czegoś, czego często nie ma. A tak - pik - namiastka prawdziwego podbicia punktu i pewność, że go się podbiło.

Dodajmy do tego mapę znaną ze Street-O i mamy… GPS-O.

Na starcie (fot A. Krochmal)

Na GPS-O dotarłem po raz pierwszy. Zawsze coś nie odpowiadało, termin, lokalizacja…. Tym razem blisko, bez deszczu i w czasie, gdy mogłem. Renata nie przepada za mapami typu Street-O, gdzie królują kreski, więc ostatecznie „stanowczo odmówiła” mówiąc dyplomatycznie;-) Michał zapowiadał pod regulaminem, że zaliczenie wszystkich punktów to jakieś 8 km. Krótka kalkulacja, że przy limicie 30 minut jest to kilkanaście minut spóźnienia. I że się opłaca spóźnić. Z takim przeświadczeniem udałem się na start. Pobrałem mapę, włączyłem telefon, wetknąłem słuchawki do uszu, by słyszeć pikanie (telefon do kieszeni, by nie przeszkadzał) i poszedłem nasłuchiwać startu. Start zapipczał i pobiegłem żwawym truchtem gdzieś tam w prawo. O dziwo, dawało się ułożyć jakieś sensowne przebiegi pomiędzy punktami. Popatrzyłem sobie na numery PK i troszkę dziwiłem się, że takie mało wartościowe PK są gdzieś na samych obrzeżach mapy. Ale co tam, skoro brać wszystkie, to i tak muszę je zaliczyć;-)

Chyba moja marszruta była dość egzotyczna, bo na początku spotykałem jakąś konkurencję wyraźnie omijającą te najdalsze punkty (np. PK 1). Szło całkiem nieźle. Na pipczenie czekałem chwilę, tylko na PK 1 i PK 32, którego szukałem kilka metrów za blisko (GPS Orienteering mam ustawiony na minimalną tolerancję punktu, by nie było). Właściwie ostatni raz konkurencję widziałem po dziesięciu minutach biegu i byłem zupełnie sam w ciemnościach właśnie zapadłej nocy (jak to poetycko zabrzmiało, ale lubię właśnie takie całkowicie samodzielne bieganie po nocy).

Gdy zbliżał się limit czasu (30 minut) została mi jeszcze jakaś 1/4 dystansu, a może mniej. Punkty z numerami 7, 8 zapowiadały duży uzysku punktów przeliczeniowych, więc powinno być dobrze – kalkulowałem i cieszyłem się, że punkty małowartościowe podbiłem na początku. 

45 minuta od startu, podbijam PK 28 (teraz wiem, że mógłbym go podbić wcześniej i oszczędziłbym kilka metrów), źle się okręcam (nie mam kompasu) i zamiast na PK 24 lecę na PK 31, gdzie już wcześniej byłem. Gdzieś przy punkcie dopada mnie deja vu – widzę, że ulica się kończy (a nie powinna) i odnajduję się w miejscu, gdzie mnie być nie powinno. Chwila konsternacji i odwrót po własnych śladach. Jak pokazują wyniki ponad dwie minuty w plecy:-( 

Na mecie nie ma już nikogo (no tak, 22 minuty spóźnienia). Wracam do auta i sprawdzam wyniki – jestem na 2 miejscu ze stratą 30 punktów do zwycięzcy. Patrzę na te wyniki i coś mi się nie zgadza. Odkładam telefon, zatrudniam palce do liczenia i po chwili … wiem! Wszystkie PK miały tę samą wagę – 20 pp! A ja głupi myślałem, że waga jak w rogainigu zależy od numeru punktu:-)! 

Zwycięzca ma 520 pp, ja 490 (po uwzględnieniu kar czasowych). Ja jako jedyny mam wszystkie PK i spóźnienie 22 minuty i 6 sekund. Porównując czas przebiegu z PK 28 na PK 24 widzę, że straciłem tam ponad dwie minuty, czyli 30 pp. Czyli miałbym taki sam dorobek punktowy jak zwycięzca, gdyby nie ten głupi błąd;-(. No cóż nie zawsze się wygrywa, odkuję się następnym razem;-) 


 

poniedziałek, 5 października 2020

Przemoczone Warsaw Orient Races

Po ubiegłosobotnim Orient Races organizatorzy poszli za ciosem i już następnego dnia zaserwowali kolejny odcinek zabawy. Tym razem mieliśmy biegać w Parku Arkadia. W niedzielę od rana padało, mniej, bardziej, ale nie wyglądało, żeby chciało przestać. Co prawda prognozy uparcie twierdziły, że koło południa ma się przejaśnić, ale pogoda najwyraźniej nie czyta prognoz.
Tym razem wybraliśmy się we trójkę, z Agatą. Tradycyjnie na miejsce dotarliśmy za wcześnie, siedzieliśmy więc w samochodzie i obserwowali deszcz. Powoli zaczynałam mieć wątpliwości, czy bieganie w takich warunkach ma sens, ale skoro już przyjechałam... 
Tym razem mieliśmy minuty startowe w miarę na początku stawki, więc nie było potrzeby kombinować. Jedynym naszym problemem było: co z siebie zdjąć żeby się nie zgrzać w biegu, albo co założyć, żeby nie zmoknąć. Wybrałam wariant pośredni - kurtkę przeciwdeszczową zdjęłam, ale kamizelkę i rękawki zostawiłam.
Z naszej trójki ja ruszałam jako pierwsza.

Trzy, cztery, staaaart!!!

Nawet dość szybko udało mi się znaleźć trójkącik i ustalić kierunek biegu. Biegłam wzdłuż skarpy i musiałam jakoś znaleźć się u jej podnóża. W pierwszej chwili optymistycznie pomyślałam, że zejdę sobie od razu na dół i dalej, na punkt pobiegnę ścieżką. Spojrzałam w dół: trochę stromo. No nic, może dalej będzie lepiej. Co prawda mapa sugerowała, że nie będzie, ale człowiek to się zawsze łudzi. Kilkakrotnie sprawdzałam nachylenie stoku i wciąż było tak samo. Dopiero pod koniec, już za punktem, który był gdzieś tam w dole, udało mi się nawet bezstratnie ześlizgnąć do niższej alejki i stamtąd pomknąć na punkt.
Od jedynki, alejkami, dobiegłam do ulicy i już chciałam ładować się w krzaki żeby do dwójki pobiec przy samym stadionie, ale przystopował mnie widok Małgosi, która dalej pobiegła ulicą. Spojrzałam na mapę. Nooo, w sumie to lepszy wariant. Wiele się nie nadkłada, a jak wygodnie. Pobiegłam i ja ulicą. Za dwójką dopadła mnie jakaś kobitka z tradycyjnym orientalistycznym zawołaniem: "Ale gdzie ja właściwie jestem???" No jak tu nie pomóc? Zatrzymałam się i pokazałam na mapie.
Trójka, czwórka i piątka były w plątaninie kortów (czy co to tam było za ogrodzeniem), a piątka była tak sprytnie powieszona, ,że przebiegłam obok niej, nie zauważając lampionu. Musiałam kawałek wrócić i dokładnie obejrzeć każde podejrzane miejsce. Znalazłam.
Szóstka była na szczycie kolejnej skarpy - stromo i ślisko. Sapiąc niczym mała lokomotywa jakoś wdrapałam się na górę. Siódemka była tuż obok, tylko trzeba było dobrze popatrzeć na mapie jak tam dobiec, żeby się nie zgubić w plątaninie ogrodzeń.
Ósemka była w połowie wysokości skarpy (miałam w dół, hurra!) i prowadziła do niej ścieżka - naokoło i przez PK 9, ale co tam. Przy okazji od razu wiedziałam, gdzie jest dziewiątka. Do dziesiątki był trochę dłuższy przebieg, bo trzeba było ominąć teren ogrodzony, ale nawigacyjnie - bułka z masłem.
A potem zaczęły się schody... A nawet nie tak. Bo gdybym faktycznie z dziesiątki pobiegła na schody, zeszła nimi na dół i pobiegła za narożnik ogrodzenia, gdzie wisiał lampion to wszystko byłoby ok. Ja oczywiście aż tak dokładnie mapy nie obejrzałam, schodów nie zauważyłam, pobiegłam wzdłuż stadionu, zobaczyłam drzewka co to na jednym z nich spodziewałam się lampionu i stanęłam przed dylematem - jak się tam dostać?? Ponieważ stadion w praktyce jest opuszczoną i mocno zarośniętą ruiną, więc nie było co liczyć na cywilizowane zejście. Próbowałam kilka razy przedrzeć się na rympał przez krzaki, ale kiedy mało nie wpadłam do pierońskiego rowu, który nagle i niespodziewanie pojawił się tuż pod moimi nogami, odpuściłam. Dopiero kiedy skarpa zrobiła się niższa, już kawał za punktem udało mi się sforsować krzaki, rów i już przy ogrodzeniu wróciłam do drzewek z lampionem.

Zabawa z jedenastką.

Żeby dostać się do dwunastki po raz drugi musiałam pokonać rów, tym razem w innym miejscu, jak się okazało trudniejszym. Jakoś dałam radę. Dobrze, że dwunastka była przy źródełku, bo po tych okołojedenastkowych przeprawach cała byłam w błocie, mogłam więc umyć chipa i kompas.
Do trzynastki nie chciało mi się biec naokoło. Stwierdziłam, że jak dałam radę z jedenastką, to wdrapanie się na skarpę będzie drobnym spacerkiem. Taka zadziorna się zrobiłam. Niestety, nie doceniłam roślinności - krzaków, powalonych drzew, gałęzi pod nogami. Omijałam i omijałam te przeszkody coraz bardziej oddalając się od celu... Ale na szczęście wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija, więc i skarpa w końcu się skończyła i wyszłam do cywilizacji. Punkty od 13 do 16 były już w terenie typowo miejskim - proste, łatwe i przyjemne.
Siedemnastka była w połowie skarpy, przy alejce. Można było polecieć na azymut, ale schodzić ze skarpy po niewiadomoczym, albo polecieć naokoło - na dół schodami, a potem pod górę, ale alejkami. Miałam już dość łażenia po skarpowych krzakach, więc wybrałam wariant dłuższy. Okazało się, że kompletnie bezsensownie, bo po tej skarpie schodziła bym kawałeczek i bez żadnych krzaczastych problemów. No szkoda, szkoda...
Osiemnastka była już na płaskim, przy placu zabaw chyba, blisko bloku, więc znowu wyszliśmy do cywilizacji. Fajna była dziewiętnastka i dwudziestka - w żywopłotach pozakręcanych tak fikuśnie, że punkt był na wyciągnięcie ręki, tylko żywopłot nie wpuszczał.
 
Przy PK 19 (fot. z FB organizatora)
 
Jak widać na fotce, do mety dobiegłam w postaci zmokłej kury i praktycznie można mnie było wykręcać. Dobrze, że część ubrań zostawiłam w namiocie i mogłam się chociaż od góry przebrać w suche. Dłuższą chwilę czekałam na powrót Tomka, a potem oboje wypatrywaliśmy Agaty. Byłam pewna, że Agata odpuści część punktów, a ta skubana przyniosła wszystkie i jeszcze na jedenastkę poszła inteligentniej niż ja. Za to ja byłam szybsza:-)
I co? Myślicie, że mi się nie podobało, bo ciężko i pogoda do d....? Ha! Wręcz przeciwnie! To były jedne z fajniejszych zawodów, w jakich brałam udział.

piątek, 2 października 2020

Intensywna sobota - WesolInO i Warsaw Orient Races

 Jak nie było imprez, to nie było, a jak się zaczęły to od razu hurtem. W weekend mieliśmy kumulację: w sobotę WesolInO i Warsaw Orient Races 5, a w niedzielę WOR 6. Nieźle, co?
Żeby nie odpaść już po pierwszym biegu, na WesolInO zapisałam się na krótką trasę BK, a nie jak zawsze na CK. Trochę było mi żal, ale rozsądek zwyciężył.
Clear, check, zegarek, start i... pobiegła!
 
 I pobiegła.... pobiegła.... pobiegła!!!!
 
Na pierwszy punkt nie mogłam się zdecydować jak biec, chociaż w sumie tylko jedna opcja była rozsądna - do dużego skrzyżowania i potem wzdłuż wydmy. Nawet tak zaczęłam, ale potem z niewiadomych przyczyn skręciłam w boczną ścieżkę, a potem to nawet i biegłam wzdłuż wydmy, tylko nie z tej strony co trzeba, Tym sposobem jako pierwszy zaliczyłam PK 2. Poza stratą czasu i dyshonorem nie był to żadem dramat, bo z dwójki łatwo było trafić na jedynkę, a potem wystarczyło wrócić po śladach.
Kolejne punkty wchodziły już jak po maśle, niemal po liniach prostych. Przed szóstką straciłam rachubę  w mijanych ścieżkach i zaczęłam szukać o jedną za wcześnie, ale szybko zorientowałam się, że to nie tam.
Przed dziewiątką zauważyłam na górce lampion. Nie był na moim azymucie i do tego ciut za wcześnie, ale dla pewności podeszłam i sprawdziłam. No, faktycznie nie mój. Lubię mieć jasność sytuacji:-) Przy dziesiątce spotkałam Chrumkającą Ciemność i do mety biegliśmy już razem. Krótkie to strasznie było. I łatwe. Fakt, trochę się zmachałam, ale miałam uczucie niedosytu. Zresztą może to i dobrze, bo przecież czekała nas druga trasa.
 
Poza jedynką to całkiem przyzwoicie to wygląda chyba.
 
Bez wstępowania do domu pojechaliśmy od razu do Parku Moczydło. Czasu mieliśmy w pieron, ale Tomek martwił się o parkowanie. Zupełnie niepotrzebnie, jak się okazało. Na szczęście na tej imprezie minuty startowe są mocno umowne i praktycznie można wystartować kiedy kto chce, jeśli tylko jest luka między zawodnikami. Ustawiliśmy się w okolicy startu jeszcze zanim organizatorzy zaczęli wypuszczać pierwszych zawodników i tym sposobem na trasę ruszyliśmy ponad godzinę wcześniej niż wskazywała rozpiska.
Oczywiście najpierw musiałam zlokalizować na mapie trójkącik startowy i północ, więc ruszyłam z takim samym rozpędem jak na WesolInO:-)  
 
W boksie startowym.
 
Do czwórki szło bezbłędnie. Dalej też, ale mam wątpliwości czy na piątkę nie byłoby bliżej obiec jeziorko z drugiej strony, zamiast wracać przez trójkę. Szóstka była dramatyczna. Nie, nie nawigacyjnie, bo widziałam lampion z daleka. Stał na Kopcu Moczydłowskim. Dla mnie każde pod górkę jest straszne, więc pełzłam niczym gąsienica, ale udało się wejść bez zatrzymywania się. Czyli - sukces:-) Do siódemki z górki na pazurki, a potem wyhamowały mnie gęste zarośla przy serpentynkach. Pamiętałam z poprzednich imprez, że nie ma co z nimi walczyć i lepiej obejść, więc grzecznie poleciałam alejką. Zresztą ile tam było do ścięcia, kot więcej napłacze. Ósemka spoko, na dziewiątkę ciut naokoło, po schodkach, bo mój słaby wzrok nie był w stanie ustalić, czy murek na azymucie jest do przejścia, czy nie. W sensie prawnym, bo fizycznie to bez problemu. Dziesiątka i jedenastka bez przygód, a  dwunastka znowu  była w serpentynach. Na tym kawałku akurat dawało się ścinać, więc leciałam po roślinności, dość przyjaznej w tym miejscu. Trzynastka na dole, przy ulicy, ciąg dalszy serpentyn, ale już z krzaczorami i trzeba było przeprosić się z alejką. Do czternastki pobiegłam głupio. Nie wiem dlaczego mi się ubzdurało, że punkt będzie po drugiej stronie przyalejkowych krzaków i zamiast krócej i wygodniej po ścieżce, to ja naokoło, po trawniku, z dwoma przedzieraniami się przez zarośla, na szczęście wąskie. Do piętnastki pobiegłam jeszcze bardziej głupio (a myślałam, że już się nie da głupiej) bo zamiast po płaskim i alejkami, to ja przez górkę, na azymut. Przy szesnastce też nie błysnęłam intelektem i zamiast brać punkt od wschodniej strony, bo bliżej, to oczywiście ja naokoło przez PK 18. Ale najważniejsze w sumie, że po pierwsze zauważyłam notatkę na mapie, że punkt jest w innym miejscu, bo coś tam i po drugie, że trafiłam. Zmieniona była też pobliska siedemnastka. Osiemnastka to już wiedziałam gdzie jest, więc wystarczyło tylko podbić i na koniec dziewiętnastka blisko mety. Potem meta, fanfary i te sprawy:-) I oczekiwanie na Tomka, który wystartował po mnie i na dłuższą trasę.

Pomimo górki - super trasa!

poniedziałek, 28 września 2020

Szybki Mózg na Zamku Ujazdowskim

Przez cały sierpień i połowę września była straszna posucha w BnO i w końcu niczym promyk słońca w pochmurny dzień, niczym łyk wody na pustyni, niczym bita śmietana dla łakomczucha pojawił się SZYBKI MÓZG.
We środę na miejsce startu pojechaliśmy dość wcześnie, bo wiadomo - zaparkować w Warszawie to sztuka nad sztukami. Do naszych minut startowych było jeszcze sporo czasu, postanowiliśmy więc poszukać toalety, bo im człowiek mniej waży, tym szybciej biegnie - stara prawda. Najpierw szukaliśmy niebieskiej budki w parku, potem bezskutecznie usiłowaliśmy sforsować wszelakie wejścia do budynku przy stadionie Agrykoli, w końcu Tomek zarządził bieg do budek przy Torwarze. W sumie zrobiliśmy chyba z pięćdziesiąt kilometrów i kiedy stanęłam na starcie miałam już dość i trochę i marzyłam jedynie o położeniu się na chwilę. 
Jeszcze w domu Tomek straszył mnie morderczą skarpą, którą pewnie będziemy musieli pokonywać w te i we wte, ale mi i tak było już wszystko jedno. Na jedynkę ruszyłam z pewnych zawahaniem, bo po ciemku, to tak trudno się zorientować gdzie co jest i w którą stronę lecieć. Dobrze, że ktoś wynalazł kompas! Jedynka, dwójka i trójka były litościwie u podnóża skarpy i zasadniczo nie nastręczały żadnych trudności. Czwórka, niestety, była już u góry skarpy i ruszyłam po nią schodami, jak cywilizowany człowiek. Schody, mimo że wygodne, wyssały ze mnie całą energię, a i tak miałam jej malutko. Piątka i szóstka miały za zadanie bezpiecznie przeprowadzić nas kładką nad ulicą Górnośląska (a może to jeszcze była Myśliwiecka) i poza tym nie wnosiły do trasy żadnej wartości. Do siódemki w dół skarpy, ale alejką, do ósemki już na azymut, ale bezproblemowo no i wciąż w dół. Dziewiątka była na drugim końcu mapy i na domiar złego najpierw musiałam z powrotem wleźć na skarpę, żeby dostać się do alejki. To jednak prawda, że przed śmiercią człowiekowi całe życie przelatuje przed oczami. Kiedy podchodząc w górę myślałam, że już wyzionę ducha, to przed oczami pojawił mi się start i początek trasy, pierwsze punkty i... wtedy uświadomiłam sobie, że zapomniałam włączyć zapisywanie trasy. No tak się zdenerwowałam, że musiałam przerwać to umieranie i uruchomić zegarek, a złość dodała mi sił do wspinaczki. Ponad siedem minut zajęła mi wyprawa z ósemki do dziewiątki! Przy dziewiątce i dziesiątce trochę przekombinowałam, bo nie mogłam się zdecydować czy lepiej po ścieżkach, czy na krechę. Ale w sumie to tylko takie drobne zawahania.

Trudne decyzje.

 Z dwunastki na trzynastkę trzeba było znowu przebiec pół mapy, z czego część alejkami, a część przez pokrzywy po uszy. Ale i tak wolę najgęstsze pokrzywy od najniższej skarpy:-) Czternastka i piętnastka (tożsame z szóstką i piątka) znowu służyły tylko do przejścia nad ulicą, a ostatnie trzy punkty były już banalnie proste i nawigacyjnie i biegowo.
Tomek startował tuż przede mną i choć miał dłuższą trasę, już czekał na mecie i oczywiście uwiecznił mój finisz.
Szczęśliwa na mecie.

Cała trasa miała ledwo 3 km z małym hakiem, a wykończyła mnie totalnie. A może to te kilometry przed startem tak podziałały? Tak czy siak coś muszę zrobić z tą swoją "kondycją".

Niepoślipka od kuchni

W ramach wstępu…

Niepoślipka ma już 6 lat. To troszkę zobowiązuje. Wiosenna edycja uległa powszechnemu lockdownowi. Niby teraz więcej zachorowań, ale ograniczeń prawie nie ma więc, więc wróciła.
Nie mam parcia by Niepoślipka była jakąś wielką imprezą – dwie edycje ogólnopolskie wystarczą. Ale tradycyjnie pod każde wydanie robię nowe mapy – od podstaw. Jest to sporo pracy: narysować, sprawdzić, poprawić… Niestety w okolicach zurbanizowanych las zmienia się co chwila. Trochę z lenistwa i ekonomii od pewnego czasu robię kategorie łączone - np. dla TT ta sama mapa co dla TP plus kilka punktów trudniejszych – nie muszę drukować wielu rodzajów map, a zawsze trafia się kilka osób zapominalskich w sprawie zapisów lub niezdecydowanych na jaką iść kategorię;-)
Tegoroczna Niepoślipka – prawie pod domem. Pod samym domem się nie dało, bo przecinają las, a las zresztą wojskowy i wszelakie formalności by go załatwić to droga przez mękę. Każdy inny las – bez problemu.   Nadleśnictwo zna hasło „Niepoślipka”, wie że zawsze jest OK, zgoda to formalność, a dodatkowo życzliwy Burmistrz…

Problemem jest czas. Niby trwa pandemia, niby nie chodzi się po galeriach handlowych czy kinach, ale czasu jakoś mało. Po prostu nie ma kiedy wszystkiego ogarnąć;-(
Mapy powstawały, kilka razy przebiegłem wszystkie ścieżki w lesie robiąc po kilkanaście kilometrów treningu biegowego. Sęk w tym, że są miejsca gdzie GPS się pogubił. Ścieżki wrysowałem ale…
Mapy robiłem przez ostatni tydzień – najpierw duży etap 1+2 (rozpatrywałem wariant posadzenia Zuzi na śródmecie, ale jednak brakowało rąk do pracy i śródmeta została samoobsługowa), potem E3. Postanowiłem oszczędzić uczestników, choć są fajne tereny, gdzie trasy nie doszły, tereny gdzie zwykle spotykam łosie, gdzie fajnie można się zakręcić w rowkach. Ale byłyby to za długie etapy, szczególnie dla głównej grupy uczestników TP/TT przyzwyczajonej do krótkich tras z RMnO. 

Piątek – dzień wolny od pracy, by wszystko zapiąć na ostatni guzik. Rano – tworzenie lampionówki. Pogoda zapowiada się dobrze – nie trzeba załatwiać namiotu z Urzędu Miasta. 12:00 koniec zapisów. I oczywiście wtedy się zaczyna – telefony i e-maile od spóźnialskich;-) Jak zwykle;-) Publikuję minuty startowe i idę do drukarni wydrukować mapy. Na szczęście drukarnię mam 300 m od domu. Na szczęście - bo chodzę 3 razy – raz źle wydrukowali mapy, drugi – po przeliczeniu ilości kart startowych i zespołów trzeba było je dodrukować. W międzyczasie sklep: antycovidowe przyłbice i psikacze z płynem dezynfekującym, napoje, coś na ząb – wszystkie te drobiazgi, których ilość wynika z zapisanej ilości uczestników. Lista pod wieczór wydłuża się do ponad 50 osób.
Oprócz normalnych obowiązków domowych wieczorem idziemy powiesić trochę lampionów z E3. Wyrabiamy się akurat na zachód słońca, więc wieszamy przy czołówkach. Od razu na pierwszym punkcie mamy wątpliwości czy to dobry dołek – po ciemku ciężko stuprocentowo ogarnąć wszystko w gęstym lesie. Wieszamy lampiony przy ścieżkach – te, co do których mamy pewność, że nie zrobimy błędu. Zostawiamy na jutro te, które trudno powiesić nawet za dnia;-) Kończymy o 21-szej, jeszcze uzupełnienie listy startowej, zgromadzenie wszystkiego na rano, podzielenie pozostałych lampionów na dwie kupki i koło północy spać.

Lampionów w lesie prawie 100
Sobota – budzik dzwoni gdy ciemno za oknem jakaś 5:20. Po zwleczeniu się z łózek śniadanko i do lasu. Renata wywozi mnie do Rembertowa, a sama jedzie na drugą stronę lasu. Ja mam do powieszenia więcej i te trudniejsze miejsca. Schodzi mi prawie dwie godziny i jakieś 7 km. Stawianie lampionów trwa stanowczo dłużej nich ich zbieranie;-) Ale za to zawsze rankiem można w lesie  spotkać troszkę fauny. Akurat tym razem głównie grzybiarzy…
Chwila odpoczynku i jedziemy na start. Stoliki, bannery, zegar, sekretariat. Zaraz zjawiają się pierwsi uczestnicy, a tu zegar klubowy odmawia posłuszeństwa. Co chwila dzwoni Kazik z pytaniami typu czy w Zielonce jest ksero, bo sobie dojściówki nie wydrukował, czy na pewno postawiliśmy punkt na dojściówce (hmm, na dojściówce są tylko zdjęcia;-). Zegar zastępujemy tabletem. Dzięki rozpisanym wcześniej minutom startowym nie ma tradycyjnego tłoku gdy wszyscy przychodzą na minutę zero;-)

Plakat - logo Niepoślipki w tym roku z obowiązkową maseczką;-)

Pojawiają się znajomi klubowi, pokolenie wychowane na RMnO, a także nowe twarze. Jedni ruszają na trasę , inni wkrótce wracają. Sprawdzanie kart, tłumaczenie co gdzie było… typowe sekretariatowe zamieszanie. Widzę, że kilka etapów okazało się trudnych – niektóre zespoły na starcie spędzają godzinę zanim wszystko ze sobą połączą;-(  Choć z drugiej strony, inne zespoły z RMnO, te z dzieciakami, biorą mapy a dzieciaki mówią „ to proste – to z tym łączy się tu, a tamto tam” i idą od razu na trasą;-)

Ubiegłoroczni zwycięzcy TZ walczą ze zlustrowaną mapą

 Pojawiają się pierwsze zastrzeżenia że coś źle stało. Wychodzi, że źle wrysowałem na mapę kilka ścieżek ze śladu GPS. Inaczej przebiegają niż na mapie. Że w jednym miejscu lampion powiesiłem na rowie zamiast kilka metrów dalej na dołku – bo tak miałem na lampionówce. Ot typowe problemy.
 

Niektórzy musieli aż przysiąść nad mapami;-)
 
Mija godzina 16-ta, czekamy na ostatnich uczestników. Wreszcie wraca ostatni i możemy iść do domu. Albo lepiej – zbierać lampiony! Dobra idziemy w las. Ponad godzinny spacer i zebrany E1+E2. E3 zostawiamy na niedzielę. Bądź co bądź na nogach jesteśmy już 12 godzin. W sekretariacie jednak ciągle drepcze się tu czy tam i czuć zmęczenie;-) 
 
Tak to wygląda z punktu widzenia organizatora

Wieczorem udaje mi się jeszcze uporządkować kary startowe zanim zasnę, sporo jest sprawdzonych ale nie wszystkie. Niedziela – od rana spacer po lesie, potem sprawdzanie wyników. W poniedziałek jeszcze protokół i powoli można zacząć wynosić na strych lampiony, stoliki i inne rzeczy, które będą czekać na następną imprezę klubową;-) 

Czasami zastanawiam się czemu robimy Niepoślipkę czy RMnO. Ja organizując InO zawsze wspominam pierwsze Nocne Manewry Stowarzyszy, na które poszliśmy kilka lat temu. To było coś co odmieniło nasz styl życia. Zamiast telewizora (telewizor w efekcie trafił na elektrozłom) co tydzień lub częściej jakieś MnO, potem także BnO, potem także PMnO, biegi liniowe…. Po prostu aktywność. I to widzę u naszych uczestników – dzieciaki co zaczynały w wózkach teraz bez wózków same prowadzą rodziców na punkty. Nieustannie mnie cieszy, gdy zespoły które widziałem na Niepoślipce, widzę potem na innych, coraz bardziej zaawansowanych imprezach;-)

czwartek, 17 września 2020

Rajd Źródeł Chodelki, tylko po co?

Po dwutygodniowych zmaganiach z zapaleniem gardła miałam tylko tydzień na regenerację i udawanie, że buduję formę na rogaining. Formy to ja nie widziałam już chyba z półtora roku, zresztą w moim przypadku pojęcie formy to i tak praktycznie nie istnieje. Mimo wszystko dzień przed zawodami czułam, że mogę góry przenosić, a w te osiem godzin to cały świat przebiegnę. Na szczęście samopoczucie to jedno, a rozsądek to drugie i od razu ustaliliśmy z Tomkiem, że ruszamy razem, a jak padnę to on poleci na dalsze punkty, a ja będę pełznąć w stronę bazy, ewentualnie zbierając coś po drodze.
Tym razem postanowiliśmy wyspać się we własnym łóżku i na start pojechać rano. W końcu to tylko dwie godziny jazdy. W bazie niewielu znajomych, bo większość wybrała Mordownik, ale był Hubert i Staszek, więc Tomka aż podrywało do rywalizacji.
Mapy dostaliśmy prawie pół godziny przed startem, był więc czas na ustalenie wariantu, ale oczywiście do ostatniej chwili nie mogliśmy się zdecydować.

Udana próba złożenia mapy:-)

W końcu postanowiliśmy pobiec na zachód. Jako nieliczni za bramką skręciliśmy w prawo, bo większość wybrała wariant "na północ". Zupełnie nie wiem po co, Tomek koniecznie chciał na początek brać PK 11, zamiast od razu lecieć na 34 i dopiero widok coraz bardziej oddalającego się Staszka wybił mu z głowy tracenie czasu na taki marny punkt.
Do 34 biegło się wygodnie drogami i dopiero końcówkę skracaliśmy przez pola. Lampion zgodnie z opisem wisiał na ogrodzeniu hydroforni. Tomek co kilka kroków dopytywał się, czy mam siłę i jak się czuję i był wyraźnie zawiedziony, że wciąż chce mi się biec. Wiadomo - beze mnie poleciałby szybciej.
Do rozwidlenia rowu z PK 22 najpierw polnymi drogami, potem asfaltem i w końcu polami - łatwy punkt bez kombinowania i stosunkowo blisko od poprzedniego. Dałam radę. Gdybym szła sama na kolejny PK 42 oczywiście poleciałabym naokoło asfaltem, bo zawsze wybieram drogę najmniej optymalną i zupełnie nie wiem dlaczego tak robię. Jakoś z automatu to się dzieje. Na szczęście Tomek poprowadził nas logiczniej, krócej i bezasfaltowo - polnymi drogami. I bynajmniej wcale nie był to jakiś skomplikowany nawigacyjnie wariant, zwykła logika.
Z 42 na 52 czekał nas długi przelot asfaltem poza mapą, ale na odprawie organizator potwierdził, że faktycznie najlepiej tak biec i po drodze nie ma żadnych zmyłek. Po drodze zatrzymaliśmy się przy sklepie i zaserwowaliśmy sobie zimne piwo - smakowe i bezalkoholowe.

 Dobre, bo zimne!

No, nie posłużyło mi. Najpierw poczułam się jak balon i nawet iść było mi trudno, a potem mój żołądek poległ całkowicie. Po podbiciu PK 52 wiedziałam, że nadszedł koniec moich wyczynów. Ponieważ Tomek aż się rwał do dalszego biegu, bo przed nami były punkty o wysokiej wartości, nadeszła pora na rozdzielenie się. On pognał dalej, a ja przycupnęłam na przydrożnym słupku, bo nie byłam pewna czy mogę oddalić się od krzaczków, czy lepiej nie. Ponieważ nie mogłam tak siedzieć do końca świata, musiałam podjąć decyzję - co dalej? Z PK 71 i 80, na które planowaliśmy iść, od razu zrezygnowałam. PK 60 brałam pod uwagę - w końcu to tylko drobne zboczenie z asfaltu, którym planowałam dojść do PK 44.
Szłam tym asfaltem, szłam, szłam i szłam - do Chodeli, przez całe miasto, potem na północ (na Lublin jak informowały drogowskazy), po odkrytym terenie, a słońce grzało i grzało i końca wędrówki nie było widać. Co gorsza, przy każdym przyłożeniu kompasu do mapy, miałam wrażenie, że droga biegnie inaczej niż na mapie, bardziej na północ niż północny wschód. Noż kurna, jeśli ona faktycznie biegnie inaczej, to przecież nawet nie wiem czy ten PK 60 nie wyląduje mi czasem wręcz po prawej stronie drogi, a nie lewej... Rozglądanie się żeby wypatrzyć odpowiedni lasek (co to na jego skraju miał wisieć lampion) oczywiście nie miało najmniejszego sensu, bo mapa sprzed kilkudziesięciu lat  przedstawiała zupełnie inny krajobraz niż ten obecny.
- A na wuja mi w sumie ta sześćdziesiątka? - pomyślałam w końcu rozsądnie i pomaszerowałam dalej. Wydawało mi się, że przeszłam już ze sto kilometrów i jestem nie wiadomo gdzie, kiedy nagle ujrzałam tabliczkę z nazwą miejscowości: Trzciniec. Zaraz, zaraz - w Trzcińcu to chyba jakiś krzyż miał być.  No tak - PK 43. Umknęło mojej uwadze, że jeśli, jak sądziłam, zniosło mnie na lewo to nie mam prawa być w Trzcińcu, a skoro jestem, to jednak nie zniosło, a jak nie zniosło, to jestem nie na tym krańcu miejscowości, co poszukiwany krzyż. No zaćmiło mnie całkowicie i opętana punktem 43 szukałam krzyża. Nooo, dwa nawet znalazłam, tyle, że przy żadnym nie wisiał lampion. Może gdybym wyciągnęła obie mapy z koszulki i złożyła je razem, doszłabym w czym tkwi błąd, ale zwyczajnie mi się nie chciało. Nie ma, to nie ma - trudno. Ostatecznie przecież nie umrę bez tego punktu. Tylko co dalej? Samotne uklepywanie kolejnych asfaltów było po prostu nudne, postanowiłam więc kierować się w stronę bazy. W pierwszym przybliżeniu ruszyłam na południe z lekką odchyłką na wschód.  Ponieważ zakładałam, że jestem gdzieś przy PK 43, miałam nadzieję wylądować w okolicy PK 51. Jakież było moje zdziwienie, gdy po półgodzinnym spacerze przed oczami zobaczyłam tabliczkę:  Huta Borów. Nie zupełnie tu spodziewałam się być, ale przynajmniej byłam  zlokalizowana. Stanęłam przed strasznym dylematem - lecieć po 43 co to już wiedziałam gdzie jest, czy odpuścić. Sił już nie miałam prawie wcale, ale z drugiej strony nachodzić się tyle kilometrów i żadnego punktu nie zgarnąć, to trochę szkoda. Polazłam. Krok za krokiem, powolutku, jeszcze wolniej i w końcu - jest! Nooo, to był uczciwy krzyż, a nie takie byle co, które przy "poprzednim" Trzcińcu znalazłam.

PK 43

Na 51 mogłam pójść dość wygodnie drogami, przez wieś, ale ja oczywiście wybrałam wariant przez pola, łąki i chabazie, czyli pod linią wysokiego napięcia i dopiero potem drogą. Ale za to na jednej z plantacji malin spotkałam sympatyczne tambylczynie, którym musiałam dokładnie wyjaśnić o co w naszej zabawie chodzi i tylko nie wiedziałam co im odpowiedzieć na pytanie: a po co? Sama za cholerę nie wiem: po co??? PK 51 to źródełko przy skrzyżowaniu. Organizator na odprawie mówił, że ze źródełek można pić, więc nachyliłam się nad nim żeby zaczerpnąć wody, a tam... dwa szczurze ścierwa.  Jakoś mnie natychmiast przestało męczyć pragnienie. Tylko dłonie pomoczyłam chwilę w Chodelce, co obok płynęła, bo miałam już spuchnięte jak balony.
Sił już nie miałam prawie wcale i ciągnęło mnie do bazy, ale patrząc na zegarek tak optymistycznie sobie pomyślałam, że może uda się po drodze wziąć 40, 33, 32 i 10. No dobra, nie przeliczyłam ile to kilometrów. Na mapie wyglądało to wszystko tak blisko siebie. Kiedy doszłam do skrzyżowania, co to jedna droga leci na Wierzchowiska, a druga na Kłodnicę, oczywiście, że skręciłam na Kłodnicę.
- Co mi w sumie przyjdzie z tych PK 40, 33, 32? - pomyślałam. No bo w sumie - co?
Do Borzechowa myślałam, że już nie dojdę. Oprócz tego, że nie miałam sił, moje plecy przypomniały sobie o ukrytej gdzieś tam w nich dyskopatii i dalej zaczęły nawalać mnie po całości. Zaliczyłam każdy przystanek autobusowy, na którym była ławka (uff, na wszystkich była), więc moje tempo chwilami spadało do zera. A czas leciał. Gdzieś tam po drugiej stronie Chodelki był punkt 31, ale był mi już całkowicie obojętny. Tak tylko teoretycznie pomyślałam, że jest do wzięcia, na zasadzie stwierdzenia faktu.
Musiałam przedstawiać sobą dość żałosny widok, bo kilka samochodów zwolniło przy mnie, a zatroskani kierowcy pytali, czy gdzieś mnie podwieźć. Z bólem serca konsekwentnie odmawiałam, na szczęście nikt nie pytał dlaczego, bo głupio by mi było powiedzieć, że biorę udział w zawodach. Jakoś to nie korespondowało z moim wyglądem.
Ostatni punkt miał być na drodze, którą i tak miałam wracać do bazy, więc cieszyłam się, że chociaż ten jeden jeszcze zgarnę. Kawałek przed miejscem gdzie miałam zejść z asfaltu w polną drogę spotkałam rowerzystę, który radośnie oznajmił, że punktu nie znalazł. No ale jak to? Przecież musi być! Szłam noga za nogą i co jakiś czas zerkałam na drzewa po prawej i po lewej stronie. Kurła, no faktycznie nie ma! A pies z nim tańcował! Nie ma, to nie ma. Jak potem pokazał mi Tomek na filmie, punkt wisiał, nawet nie schowany, tyle, że najwyraźniej powyżej linii mojego wzroku, bo przecież nie miałam już siły głowy podnosić.
Rajd Chodelki upewnił mnie, że najwyższa pora na dłuższą regenerację, a potem wzięcie się za siebie - odtłuszczenie i wyhodowanie jakichś mięśni. Bo na razie to totalny dramat kondycyjny.
Przewlokłam się 40 kilometrów, zajęło mi to niemal cały limit czasu, przyniosłam tylko 23 punkty przeliczeniowe i jeszcze puchar dostałam. Normalnie śmiech na sali i żenada. I tak poza wszystkim, żeby sobie pobiegać po asfalcie cały dzień, to wcale nie musiałam jechać aż na rajd, pod domem też mam asfalt.

sobota, 29 sierpnia 2020

Łapiguz... za rok?

Zrobiłam poważny błąd. Pozwoliłam zapisać się na Łapuguza przed przeczytaniem ubiegłorocznej relacji, a potem było już za późno. No zapomniałam, po prostu zapomniałam, jak cholernie ciężko było poprzednio. Tomek najwyraźniej pamiętał moje zmagania z górkami, bo tym razem zapakował dla mnie kijki, szczególnie, że na Jadze Korze bardzo mi pomogły. No to od razu powiem – orientacja i kijki nie dają się połączyć – albo człowiek wie gdzie idzie, bo trzyma przed oczami mapę, ale iść nie może, bo nie ma się na czym wesprzeć (brak wolnych rąk do trzymania kijów), albo kroczy dziarsko wspomagając się kijami, ale za to nie ma pojęcia gdzie idzie, bo nawet jeśli mapę niesie w zębach, to nie ma jak na nią patrzeć. Czyli jedna wielka chała:-) Ponieważ w naszym przypadku najważniejsze było żebym się w ogóle przemieszczała, więc na Tomka spadło zadanie nawigowania. Co jakiś czas zerkałam na mapę, ale nie mogłam na bieżąco śledzić jak idziemy. Na początku strasznie mnie to frustrowało, ale kiedy zaczęłam walczyć o przetrwanie, stało się obojętne.
„Podjęli monotonną wędrówkę w górę. Kilka kroków, potem przerwa. Martin postanowił trzymać się schematu: pięć kroków pomiędzy każdą przerwą. (…) Szli teraz nieco szybciej. Martin robił osiem długich kroków, potem zatrzymywał się i liczył do trzydziestu. (…) Po chwili stracił poczucie czasu, koncentrował się wyłącznie na tych ośmiu trudnych krokach, przerwie, podczas której liczył do trzydziestu, i kolejnych ośmiu krokach.”
Martin z thrilleru „Everest” wspinał się na Mount Everest, a ja na pomniejsze sudeckie górki, ale w tempie i metodzie pokonywania trasy właściwie nie było żadnej różnicy. No dobra, ja szłam trochę wolniej. Od Martina miałam lepiej tylko pod jednym względem – u niego było tylko w górę, u mnie raz w górę, raz w dół, chwilami po równym.
Uczciwie powiem – z trasy pamiętam niewiele, właściwie to tylko start, bufet, tęczę i metę. Po tej pandemicznej przerwie, kiedy większość imprez poodwoływano, moja kondycja jest jak Pszczółka Maja – gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie…
Na dokładkę na mecie okazało się, że mam trzecie miejsce wśród kobiet (i to nie na trzy uczestniczki) i to jest strasznie głupie, bo zombie dowleczone siłą powinno w ogóle być zdyskwalifikowane. Ale gdyby były nagrody za największą wolę przetrwania, nooo to już inna rozmowa…
Na mecie podjęłam twarde postanowienie, że na górską pięćdziesiątkę to ja już nie idę, a potem pożegnałam się z organizatorami słowami: do zobaczenia za rok!
Pogięło mnie????


wtorek, 4 sierpnia 2020

Jaga-Kora 2020

Jaga-Kora w tym roku wypadła nam dokładnie w 28 rocznicę ślubu. Nie stałyby się tak, gdyby nie wirus, bo normalnie bieg miał się odbyć w maju. I tak wszystkie inne imprezy poodwoływane albo poprzekładane i nie wiadomo czy nowy termin nam z czymś koliduje, czy nie, więc zapada decyzja - jedziemy. Pani Jola, u której wynajmujemy pokój, trzyma dla nas kwaterę i tak lawiruje swoimi innym gośćmi, żebyśmy mieli swój pokój w czasie imprezy. Przyjeżdżamy już w czwartek, żeby się zaaklimatyzować i zrelaksować. W piątek zaliczamy drobny spacer na Mogiłę, a po drodze spotykamy znajomego harcerza - Damiana, a potem Bartka z ekipą. Świat jest mały, bardzo mały.

Dobrze zamieszkać tuż przy szlaku:-)

Wieczorem idziemy odebrać nasze pakiety startowe. Zastanawiamy się co będzie tegorocznym gadżetem i ja stawiam na maseczkę z logo Jagi-Kory. W końcu w regulaminie co akapit przypominają gdzie i kiedy trzeba się zamaskować, a wiadomo, że niektórzy zapomną wziąć, albo uznają to za zbędne, więc w sumie powinniśmy otrzymać maseczki od organizatora. Dostajemy numery startowe, żel, napój i tajemnicze drewniane pudełko. Maseczka w szkatułce??? Niestety, rozczarowuję się bardzo, bo w pudelku tylko bransoletka  jago-korowa i wizytówki-reklamy. Nie ma maseczki:-((( A ja już oczami wyobraźni widziałam jak śmigam w niej po Warszawie... I robię reklamę imprezie...

Co my tu mamy?

Jak przystało na stare małżeństwo rocznicę ślubu świętujemy razem, ale osobno - jak to w życiu:-) Tomek biegnie trasę 70 km, ja 40km. Ale przynajmniej na tej samej imprezie:-))
W sobotę Tomek startuje już o 7.30 więc w piątek idziemy wcześnie spać, zresztą nie ma co robić, bo nie ma się ani z kim integrować, ani wirus nie pozwala. Nie to co w zeszłym roku...
Rankiem odprowadzam Tomka na start, filmuję, robię zdjęcia, wreszcie ruszają, a ja wracam do pokoju. My mamy się zebrać dopiero o godzinie jedenastej.
Siedzę w pokoju (a właściwie to głównie w toalecie) i coraz bardziej popadam w nastrój: i po co mi to było, przecież nie dam rady, nie chcę, nigdzie nie pójdę, ja taka biedna samotna zostałam, nikt mnie nie kocha nikt mnie nie lubi, mamusiu zabierz mnie stąd! W międzyczasie szykuję plecak i wyposażenie. W końcu nadchodzi pora wyjścia i... wychodzę. Do autobusu, którym pojedziemy na start pakuje się tłum ludzi, ja jedna jak idiotka w maseczce. Po chwili podjeżdżają jeszcze dwa autobusy, ale już nie chce mi się przesiadać do luźniejszego. Odgradzam się mentalnie od tłumu, może pomoże. W Moszczańcu robię przegląd konkurencji - młode, zdrowe i piękne wszystko, no może kilku starszych facetów, ale facetów. Czyli jestem bez szans. Proszę stojącą najbliżej dziewczynę o zrobienie mi zdjęcia, ona stresuje się, że nie ma rękawiczek, ale faktycznie nie wiadomo co siedzi na moim telefonie, a ja nie wiem co siedzi na jej rękach. Jak mnie nie dobije wirus to zrobi to Polańska, więc mi w sumie wszystko jedno. Fotka dla potomności jest.

Wyglądam... profesjonalnie:-))))

Stoję skromnie gdzieś pod koniec tłumu, bo luźniej, w końcu odliczanie, pada strzał i ruszamy. Powoli kolejne osoby mnie wyprzedzają, aż w końcu już nie ma kto. Nie próbuję gnać na siłę, bo wiem jak by się to skończyło. Za to bardzo długo, dłużej niż rok wcześniej, utrzymuję kontakt wzrokowy z oddalającą się grupą. Praktycznie widzę ich aż do wejścia w las. W lesie odpalam kijki. Niedawno dowiedziałam się, że te "rękawiczki" od nich wcale nie są na stałe zespolone z kijami i można je bardzo łatwo i szybko wpiąć i wypiąć. Jakież to jest ułatwienie! Ile ja w zeszłym roku walczyłam z kijami, kiedy potrzebowałam wolnej ręki... Poza tym wiem już co w ogóle robić z kijami i nie wkładam ich sobie co chwilę między szprychy. W ubiegłym roku przez pierwsze pół trasy raczej mi utrudniały, niż ułatwiały marsz - teraz pomagają od razu. W lesie pierwsza konstatacja - nie ma błota! Ale jak to nie ma błota?? Przecież obiecywali! Z drugiej strony, jak oni to błoto zwieźli na maj, na pierwszy planowany termin, to przecież do sierpnia im wyschło. A tu kasa na błoto wydana, nowego nie będzie:-)
Na Kanasiówkę wchodzi mi się dużo łatwiej niż w zeszłym roku, idę wolno, ale nie zatrzymując się co parę kroków. Udaje mi się wyprzedzić kilku setkowiczów. Może nie jest to żaden wyczyn, ale pomaga mi świadomość, że za mną jeszcze ktoś idzie. Wszystkie moje poranne wątpliwości, żale i lamenty rozpływają się, czuję moc i zadowolenie. Jest super! Wreszcie kończy się pod górę i lecę granicą już mniej więcej po równym. Można trochę przyspieszyć. Potem robi się w dół i zbiegam do Jasiela. Kończy się las i słonko mocno daje się we znaki. Dobrze, że powietrze nie stoi w miejscu i chwilami lekko zawiewa. Przy drodze mijam cokoły bez krzyża. Jest pięknie. Z naprzeciwka idą dwie starsze panie i proszę je o zrobienie mi fotki. Pierwsza łapie mój telefon i stwierdziwszy, że nic nie widzi, zmienia okulary na inne, potem na kolejne i znowu na te pierwsze. A czas płynie. W końcu oddaje sprzęt koleżance. Uff, cyknie i polecę dalej. Ale gdzie tam - druga pani okazuje się być specjalistką od ustawień w telefonie i coś mi tam w nim grzebie, żeby zdjęcie nie wyszło za ciemne. Protestuję, że rozjaśnię sobie potem w komputerze, ale gdzie tam. A czas płynie. Głupio mi wyrywać telefon i uciekać, więc cierpliwie czekam. W końcu jest po wszystkim, dziękuję i gnam dalej usiłując nadrobić stratę.
Tyle starań, a ręka i tak ucięta:-)))

W tym roku pierwszy punkt odżywczy jest dopiero na 17-tym kilometrze, ale w sumie niczego mi wcześniej nie trzeba. Czekam na niego bardziej po to żeby łyknąć trochę izotoniku i wytrzepać śmieci z butów skoro i tak się na chwilkę zatrzymam. Przed wejściem na punkt dopadają mnie dyżurujące dzieci z butlą płynu dezynfekującego i psikają na ręce. Porządek i reżim sanitarny muszą być! :-)
Chwilę po mnie na punkt dociera ktoś z organizatorów (wtedy nie zwracam uwagi kto to) i raportuje:
- Na trasie jeszcze dwie osoby z siedemdziesiątki, jedna pani z czterdziestki (halo! już tu jestem!), kilka osób ze sto piątki i jedno zombie. Ledwo idzie, ale nie chce zejść z trasy.
Szybko zawiązuję buta, łykam napój i uciekam zanim i mnie zakwalifikują do kategorii: zombie:-))

Pierwszy punkt odżywczy.

Za 6 kilometrów w Woli Niżnej będzie kolejny punkt odżywczy oraz pomiar czasu. Tam muszę zdążyć w ciągu czterech godzin od startu. W ubiegłym roku dałam radę, chociaż z dość małym zapasem czasu. Wygląda na to, że i teraz nie powinno być problemu. Tylko ta niewielka górka między jednym, a drugim asfaltem... Jak ona mi poprzednio dała w kość! Sam asfalt też nie jest przyjemny. Po chwili czuję dyskomfort w stopach, ciepło bijące od czarnej nawierzchni też nie jest przyjemne. Nawet nie próbuję biec, ale z kijami idzie się dość szybko. Na asfalcie ucieka mi stopiątkowicz, z którym ścigałam się gdzieś od granicy. Raz ja z przodu, raz on, ale mimo, że on ma już za sobą 80 kilometrów, ostatecznie to ja muszę się poddać. Taki to ze mnie biegacz:-) Górka, której tak się bałam okazuje się w tym roku być jakoś mniejsza i wchodzę na nią bez przystanku, ale wiadomo - powolutku. Potem tylko zbieg do drogi, gdzie ruchem zawodników i samochodów kieruje straż pożarna i już wiata z posiłkiem i pomiar czasu. Z daleka słyszę głośny doping i choć nie mam sił, staram się dobiec, żeby to jakoś wyglądało. Wiem, że muszę coś zjeść bo od rana nic mi nie wchodziło i ścianki żołądka trawią już same siebie, ale udaje mi się wcisnąć tylko dwa kawałki pomarańczy.

Tyle pyszności przygotowane, a żołądek nie chce przyjąć:-(

 Znowu czekają mnie kolejne kilometry asfaltem - do Polan Surowicznych, do ważnego dla mnie i Tomka miejsca - to tam się poznaliśmy, w Chałupie Elektryków. W tym roku tylko przejdziemy obok chałupy, bo z powodu wirusa zamknięta dla turystów. Szkoda.
A potem nadchodzi najgorsze - Polańska. Boję się tej góry strasznie - ciągnie się i ciągnie, dla mnie jest stanowczo za wysoka, no i ten brak choćby skrawka cienia na długim podejściu. Zaczynam raźno, kijki pomagają, nawet na moment powiewa optymizmem, ale nie trwa to długo. Nogi przesuwają się coraz wolniej, coraz ciężej się oddycha, w głowie zaczyna pulsować. Najpierw mocno zwalniam, po chwili co kilka kroków muszę się zatrzymywać. Gdzieś tam wysoko nad sobą widzę kogoś z aparatem fotograficznym. Boszszsz, niech mi tylko nie robi zdjęć w tych dramatycznych pozach zwisu na kijkach! W końcu podchodzę bliżej. Szczerzę zęby w (jak mi się wydaje) uśmiechu, ale na zdjęciu pewnie będę wyglądała jak wściekły, warczący pies albo jakieś "ić stont". Ale wiadomo, że potem i tak każdy szuka swoich zdjęć we wszystkich dostępnych galeriach, więc nadstawiam tę umordowaną gębę. Będzie pamiątka, a może i przestroga w chwili decyzji o zapisywaniu się w przyszłym roku:-)

Jak będzie zdjęcie Pani Basi, to dołożę.

Mijam panią fotograf, która pociesza mnie, że już niedaleko i wspinam się dalej. W końcu nadchodzi moment, kiedy wiem, że nie zrobię już ani kroku więcej i muszę, absolutnie muszę usiąść na chwilę, a najlepiej się położyć. Tylko jak? W tym palącym słońcu? Przecież sobie zaszkodzę. No właśnie - gorzej umrzeć, czy sobie zaszkodzić? Wychodzi, że jednak gorzej sobie zaszkodzić i idę dalej, aż do skraju lasu gdzie jest cień. Wreszcie siadam w pierwszym centymetrze cienia, bo nie mam siły przesunąć się dalej. Pora taka trochę obiadowa, więc wyciągam co tam mam i co wiem, że nie wróci od razu i uzupełniam kalorie. I wtedy pojawia się ON - zamykający stawkę. W pierwszym odruchu cieszę się, że jeśli padnę na dalszym podejściu, to będzie miał kto przekazać moje szczątki rodzinie, ale zaraz przychodzi refleksja - zaraz, zaraz, to przecież oznacza, że jestem najostatniejsza ze swojej trasy i automatycznie staję się uczestnikiem specjalnej troski!
Zaczynamy gadać, Paweł sonduje jak trudno będzie miał ze mną. Ja wiem, że dojdę do mety z nim, czy bez niego, bo jestem zawzięta baba, ale nic nie mówię, bo zawsze może się zdarzyć ten pierwszy raz kiedy właśnie nie dojdę i wtedy chała. Jeszcze zanim ruszymy dalej, proszę o cyknięcie fotki z "bykiem", bo zawsze to dłużej odpoczynku. Sprytnie, co? :-)

Buhaj w czasie zawodów był nieczynny.

W końcu ruszamy, bo czasu coraz mniej, a mi naprawdę zależy na zmieszczeniu się w limicie. Paweł najpierw opowiada o co oporniejszych przypadkach podupadłych zawodników z poprzednich edycji, potem omawiamy kwestie rowerowe (jego działka), imprezy na orientację (dla odmiany moja), rodzaje i sposoby przyjmowania leków na nadciśnienie (tu obydwoje jesteśmy specjalistami), koronawirusa (tu każdy jest ekspertem) i jeszcze zanim pakiet tematów się skończył, jesteśmy na szczycie Polańskiej. I proszę jak świetnie odwrócił moją uwagę od trudów wspinaczki:-) Kiedy robi się w dół składam kijki i biegnę, żeby prześcignąć czas. Paweł dyskretnie zostaje z tyłu i nie narzuca się ze swoją osobą, dając mi poczucie samodzielności, ale kiedy zaczyna się kolejne podejście - na Jawornik - znowu wspiera rozmową.
Wreszcie docieramy na ostatni punkt żywieniowy, gdzie jestem zainteresowana wyłącznie wodą i już prawie czuję się jak na mecie. Bo co to jest te 5 kilometrów jakie jeszcze zostały? Zwłaszcza, że już tylko w dół. Trochę rozczarowana jestem, że w tym roku organizatorzy nie postawili lustra przed metą i boję się, że na metę wbiegnę rozczochrana, albo co gorsza z rozmazanym makijażem:-))) Nie było też na trasie innych, tradycyjnych niespodzianek:-( No hallo! Wirus i tu wsadził swoje macki???
Kończy się stromy zbieg i zaczyna asfalt. Już naprawdę niedaleko. Niestety, po kilkuset metrach asfaltu muszę przejść do marszu, bo nie daję rady, a muszę zachować resztkę sił na finisz. Przecież nie mogę się wczołgać na metę! W końcu jest park zdrojowy, znowu przyspieszam i wreszcie widzę upragniony cel i Tomka czekającego z kamerką w garści. Jeszcze przyspieszam, nie zatrzymuję się po przekroczeni linii mety tylko pędzę do najbliższej ławki. Zdecydowanie muszę usiąść!

Meta!!!! (Zdjęcie z galerii Stefanki)

 Dopiero po chwili odpoczynku idę odebrać swój medal. Dostaję do rąk drewniany prostopadłościan i usiłuję go otworzyć, no bo w środku medal. A tu niespodzianka - nic się nie otwiera, a to co trzymamw ręku jest właśnie medalem. Za to podobno idealnie się mieści do szkatułki, którą dostaliśmy w pakiecie startowym - taki komplet.

Nietypowy medal.

Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka z moimi bohaterami:

Tomek, ja i Paweł.

Jestem szczęśliwa. Podejrzewam, że jestem dużo bardziej szczęśliwsza z samego faktu ukończenia biegu i zmieszczenia się w limicie niż zwycięzca mojej trasy z zajęcia pierwszego miejsca. Dla niego stawanie na podium to rutyna i żadne wielkie ceregiele, dla mnie to zwycięstwo ducha nad materią. Że już nie wspomnę o tym, że jak zapłaciłam za 7,5 godziny zabawy, to nie ma powodu, żeby kończyć już po trzech:-)
Wieczorem, po kąpieli, wreszcie idziemy do restauracji Piccolo uczcić naszą rocznicę. Najpierw wcinamy po porcji ciasta, a po chwili uprzytamniamy sobie, że ciepły posiłek, który dostaliśmy na mecie to już mamy całkiem strawiony i właściwie to jesteśmy głodni. Bierzemy więc zestawy obiadowe i uzupełniamy utracone kalorie. Na koniec jeszcze zastanawiam się nad kolejnym ciastkiem, ale to już by była przesada. Z szampana rezygnujemy, bo na mecie wypiliśmy po przydziałowym piwie i wciąż jeszcze kręci nam się w głowach. No, może bardziej z wysiłku, ale kręci się i to wystarczy.

Może mało wykwintne danie jak na obiad rocznicowy, ale braliśmy co było.

Mimo całej frajdy z zawodów zastanawiam się, czy w przyszłym roku jednak nie pobiec już na krótszą trasę. No, chyba, że nastąpi jakiś cud kondycyjny. Albo zaćmienie umysłu przy zapisach. Zobaczymy... Ale pewne jest, że będziemy!