niedziela, 22 grudnia 2024

Ostatnia 5-tka - czyli UrodzInO

UrodzInO to już taka Nowa Świecka Tradycja – zawsze 17 grudnia i już od wielu lat. Zawsze gdzieś koło Zielonki. Jak do tej pory, to „koło Zielonki” wiązało się z możliwością dojechania komunikacją miejską ZTM, co de facto Zielonkę wykluczało;-) 

Nawiązując do pierwszej edycji UrodzInO, gdzie mapy były serwowane w postaci kawałków tortu  znów chciałem zrobić mapy 3D. Niestety, przygotowanie takich map zajmuje strasznie dużo czasu, a tego jak zwykle w grudniu jest zawsze deficyt. Miały być i inne efekty specjalne – w pełni zautomatyzowany system potwierdzania i liczenia wyników, ale tu, pomimo prób, zabrakło czasu zupełnie. 

Odnowiłem starą mapę okolic Zielonki, właściwie na nowo ją narysowałem, uaktualniłem – zostało przygotować punkty i te sprawy. I oczywiście opanować technologię tworzenia map 3D. Drukarką 3D nie dysponuję, więc zostały sposoby raczej chałupnicze. Teraz wiem, że szeroko reklamowane w internecie klejownice na gorąco nie są wcale takie genialne – klej taki trzyma przez jakiś czas (godzinę?, dzień?), a potem wszystko się rozpada. W każdym razie przygotowałem mapy trójwymiarowe, a w ostatniej chwili zdobyłem jeszcze prawdziwy lampion, świecący - do powieszenia w lesie (zainspirowała mnie sowa z Warszawskiej Mili). 

tak wyglądała mapa
Nadszedł 17 grudnia. Zgłoszone 20 osób, czyli ciut mniej niż ostatnio - w tym roku wypadł środek tygodnia. Cały dzień padało i wiało, by wypogodzić się na wieczór. Lampiony powieszone, jeszcze ostatnie szlify – lampion na dojściówkę i ten świecący na stowarzyszu najbliższego PK. Gdy dotarłem na start już czekał tłumek spragnionych, by ruszyć w las. Szybki wypad w las by powiesić to coś świecące i dokładnie o 17:59 poprosiłem pierwsze zespoły do siebie.

Taki lampion wisiał przy najbliższym PK

Przy wydawaniu map okazało się, że ten klej o którym pisałem, nie trzyma jak powinien. Dwie mapy same „rozłożyły” mi się w pudełku. Odlatywały ogonki ze startem. W szczególności ktoś zgubił ogonek ze startem przed wyruszeniem i poszedł w las bez niego;-) 

Uczestnicy poszli w las....

 Efekt końcowy: 

  • Wszyscy wrócili z lasu. 
  • Ktoś w lesie spotkał sarnę. 
  • W czasie wieszania lampionów widziałem dwie pary fosforyzujących oczu… 
  • Ponad połowie zespołów udało się zdobyć wymagane 59 PP nie uwzględniając karnych odliczeń.
  • Jak zwykle masa życzeń i słodkości od których mi teraz rośnie waga. 
  • Protestów nie odnotowałem. 
  • Lampiony zbierałem do piątku – w jednym zginęła kredka ze sznurkiem, a jeden został zerwany i leżał na ziemi. 
Za rok trzeba będzie wymyślić jakieś specjalne UrodzInO z pierwszą 6-stką na przedzie…. Zastanawiam się czy będzie to 60 PK, 60 etapów czy może 60 km? Mam jeszcze ponad 60 dni na decyzję;-)

 
















sobota, 21 grudnia 2024

Grudzień to czas imprez z Mikołajem. Najpierw były mikołajkowe ZZK, przyszedł czas na romantycznie zorientowanego Mikołaja. Romantycznie, bo na plaży Romantycznej. Miejsce „sponsorowane” przez dzielnicę Warszawa Wawer. Sęk w tym, że mało nadające się do BnO. Zresztą mało nadające się do czegokolwiek w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Bywały tu już zawody w tym okresie (Jesień Idzie, Bąbelkowe) i w obu tych przypadkach wychodziło, że teren jest mało ciekawy. Zarośla, kilka ścieżek, błoto jak pada, wygwizdów gdy wieje i wszechobecne krzaki. Do tego teren zabawy stanowi wąski pas pomiędzy wałem i Wisłą – właściwie jak pójdziemy w lewo, czy w prawo – musimy wrócić po własnych śladach. Jedyna zaletą miejsca jest spory parking i ładne widoki na Wisłę z wysokiego brzegu. 

 

 Plaża Romantyczna pełna Mikołąjów

Koniec narzekania – czas na zawody. Parking (utwardzony) w dużej mierze zapełniony – zostały miejsca w błocie, pomimo że przyjeżdżam przed czasem. Droga do centrum błotnisto-śliska. W centrum – próbują urwać głowę nadwiślańskie podmuchy wiatru. Aż strach wybiec na trasę. 

Zdjęcie z Mikołajem musi być!

Pobieram kartę (retro, do dziurkowania - jak to u Janka), mapę i ruszam z kopyta. Najpierw w prawo do PK 1 i PK 15. Ciężko się rozpędzić, bo ślisko, a droga pofałdowana jest lepiej niż sławna „droga czołgowa” w rembertowskim lesie. Na szczęście wiatr jakoś mniej hula w krzakach. Po chwili odwrót i przez start lecę na lewa połowę mapy. Nie ma wyboru PK 2, 4, 3 biorę teraz, ale i tak będę koło nich wracał. Tu wychodzą pierwsze mankamenty mapy. Mapa jest rowerowa i wyraźnie rysowana na kolanie. Może dla rowerzystów 50 m w tę czy w tamtą nie gra roli, ale biegacz to wychwyci. Droga z PK 4 jest wyraźnie dalej niż na mapie. Przy PK 6 – ani resztek ogrodzenia, a i drzewo dalej jest od drogi niż na mapie. Skręcam w prawo i PK 5 także jest umowny – powinno być drzewo są krzaki. 

Pierwsze niezgodności z mapą. Widać także przebieg powrotny
Postanawiam zrobić pętelkę „od góry”. Drogami. Może ciut dłużej, ale pamiętam Bąbelkowe, gdy przedzieraliśmy się na azymut przez zarośla lub łąki, które porośnięte były jakimiś badylami wysokimi na półtora metra. Stanowczo szybciej musi być drogą.

Lampion stał "trochę" dalej, ale na żółtym;-)
PK 14 – lampion w innym miejscu niż na mapie. PK 13 także. Owszem, widać je z daleka, ale to zawsze chwila niepewności, gdy biegniesz na punkt, a lampion widzisz gdzie indziej. Dobiegam do końca mapy i zawracam. PK 12 widać z daleka, ale znowu nie na drzewie. 

Drogi się zgadzają, ale reszta już nie
Gdy trawy są wykoszone nawet dawało się biegać, ale nie zawsze tak było - okolice PK12
 
Próbuję skrócić trochę przebieg i wpadam na niezaznaczone na mapie jakieś obozowisko bezdomnych? Poletko uprawne? W efekcie ląduję w dole z krzakami – na mapie miała być jakaś ścieżek, ale oczywiście jej nie znalazłem, pewno w rzeczywistości była gdzie indziej. 

Ścieżki nie znalazłem i wpakowałem się zarośla...
Nie ma co rozpaczać – zostały ostatnie 4 punkty. Źle zinterpretowałem teren (zielony pasek na mapie) i zamiast na 10 trafiłem najpierw na PK 8 (bo tam coś było zielonego w odróżnieniu od PK 10). Ale odległości niewielkie, więc nie było to problemem. 

I teraz został „bezproduktywny”, ponad kilometrowy przebieg na metę. Bezproduktywny, bo przy punktach, które brałem na początku. Z nudów postanowiłem zoptymalizować trasę i trochę przedobrzyłem – ścieżka nad rzeką była bardziej nierówna, śliska, kręta i dodatkowo wbiegłem w niewłaściwe rozwidlenie. Pewno główną drogą na górze skarpy dobiegłbym szybciej. 

Meta, oddanie kary i szybko do domu. Nie mam czasu czekać na losowanie nagród i inne atrakcje. Zresztą ciepło nie jest, buty po tym błocie mokre, a czekania sporo. Czy było warto być na plaży romantycznej – mam mieszane uczucia. Trasa „szybka” – tu biega się tylko drogami. Trochę niesmaku z powodu mapy, większy niesmak z nieproduktywnych przebiegów. Ale za to ładne słoneczko i stracone kalorie- co ma spore znaczenie przed świętami;-) 


 

 

piątek, 20 grudnia 2024

ZAZU Tour prawie pod domem.

Tak mi się wciąż składa, że nie mam kiedy biegać, ale jeśli zawody już są w Zielonce, no to nie ma wyjścia, nawet przy braku czasu. Skoro już góra przyszła do Mahometa...
Myślałby kto, że mam fory, bo znam teren, ale jedyna korzyść ze znajomości okolicy to brak strachu, że zgubię się na amen.
 
Start.
 
Żeby się nie zgubić nawet troszeczkę, do pierwszego punktu pobiegłam wariantem drogowym, naokoło. No dobra, nie tylko dlatego - teren pomiędzy startem, a punktem był tak wredny, że na azymut na pewno zeszło by wiele dłużej. Do dwójki już nie było ścieżek tylko azymut, ale poszło bezbłędnie.
Zagwozdkę miałam jaki wariant wybrać do trójki, bo była daleko i o ile początek logicznie było pobiec ścieżką, to potem trzeba było zdecydować: na wprost przez bagienko, od wschodu albo od zachodu. Wybrałam wariant od wschodu, głównie dlatego, bo nie lubię w trakcie trasy przebiegać w pobliżu mety. Jakoś mnie to zawsze demotywuje.
Przy czwórce spotkałam Jacentego i razem ruszyliśmy w stronę piątki, ale na końcówce każde wybrało swój autorski wariant podejścia do punktu. Mój okazał się jakby ciut gorszy, bo dotarłam później.
Szóstka poszła dobrze, a do siódemki poleciałam kawałek ścieżką rowerową, bo nie chciało mi się po krzakach. Ósemkę w pierwszej chwili chciałam wziąć ścieżkami i nawet ruszyłam w stronę pierwszej, ale w trakcie mi się odwidziało i postanowiłam pomęczyć się trochę na przełaj. Taka fantazja ułańska mnie dopadła. Azymuty oczywiście już potraciłam przy tych zmianach i szłam tak bardziej na oko. Ponieważ oko kaprawe, to z punktem się ciut rozminęłam. Na szczęście trafiłam na duże doły, które zlokalizowałam na mapie i od nich namierzyłam się na swój dołek.
 
PK 8
 
 Dziewiątka była o tyle łatwa, że biegłam niemal tak samo jak  z dwójki na trójkę (oczywiście tylko na kawałku trasy). Za to dziesiątki nie mogłam znaleźć. Niby widziałam gdzie się kręcą inni zawodnicy, ale kiedy szukałam w tym miejscu, nic nie było. Teraz widzę, że szukałam za wcześnie, ale po co inni tam się pchali, to nie wiem. Oczywiście znalazłam lampion stojący na niczym, bo ten płaski teren trudno nazwać górką, choćby najmniejszą.
 
 
PK 10
 
Po dziesiątce został już tylko dobieg do mety. Przed sobą zobaczyłam Tomka, ale był za daleko, żeby go gonić, czy nawet wołać za nim. A chciałam, żeby mi cyknął fotkę, jak wbiegam na metę.  Trudno. Za to mamy wspólne zdjęcie po biegu..

I po zawodach:-)

Następne zawody też mi proszę robić w Zielonce, bo zarobiona jestem i nie mam czasu jeździć daleko. Czy Organizatorzy wszystkich imprez słyszą????


Mój przebieg.
 

wtorek, 17 grudnia 2024

ZZK, czyli trudna współpraca z kompasem.

Jakoś mi ostatnio nie po drodze z biegami, ale w końcu coś tam się trafiło. W niedzielę (jeszcze tę poprzednią) pojechaliśmy do Olszewnicy na ZZK. Tomek mi ciągle powtarzał, że już tam biegałam i że są tam śliczne kopczyki, więc mu wierzyłam, choć wcale nie pamiętałam. Więc w sumie dla mnie to jak nowy teren:-)
Ja wybrałam spokojną średnią trasę, za to Tomek jakąś taką fikuśną, co to na mapie prawie nic nie było, bo większość była wycięta i zostały tylko białe kształty. Ale co kto lubi.
Choć skala mapy była 1:5000, to wszystko i tak było jakoś tak drobnym druczkiem i za małe na moje niedowidzące oczy. Nic to. Wystartowałam.

Clear i te sprawy.

I ruszam w stronę lasu.
 
 Plan był taki, że na jedynkę biegnę ścieżką, a za zakrętem wchodzę w las. Już po kilku krokach zgubiłam ścieżkę, bo tak była zasypana liśćmi, że jakoś mi zniknęła. Pobiegłam więc na oko, ale po chwili  jakimś cudem ścieżka sama się znalazła, trochę na prawo ode mnie. Głupio byłoby zgubić się już na pierwszym punkcie.

 
Udało się.
 
Już przed jedynką przypomniało mi się, że faktycznie przynajmniej za dwa razy tu biegałam i aż się ucieszyłam, bo teren faktycznie bardzo widowiskowy.
Dwójka weszła bez problemu, podobnie trójka. Od jedynki biegłam z innym zawodnikiem (nie pamiętam jak ma na imię) i przez długi czas nie mogliśmy się oddalić od siebie, no bo te same punkty i zbliżone możliwości. Dopiero kiedy po piątce zniosło mnie z kursu i lekko pobłądziłam przy szóstce, zostałam z tyłu.

Zniosło.
 
Od samego początku zresztą miałam wrażenie, że ja biegam na innej mapie, a mój kompas na innej. W końcu przestałam mu wierzyć i bardziej kierowałam się ukształtowaniem niż jego wskazaniami, bo chwilowo były abstrakcyjne. Chociaż z drugiej strony, oglądając ślad, który pokazuje, że na niewielu punktach byłam, to może mapa jest do bani, albo punkty źle stały.
Siódemka, ósemka i dziewiątka poszły, o dziwo, niemal po kresce, ale przy dziesiątce schrzaniłam. Już nie pamiętam czy  odbicie w prawo za drogą to mój autorski pomysł, czy raczej mojego kompasu.
 
Trochę mnie zniosło przy dziesiątce.
 
Do czternastki znowu szło dobrze, choć ślad pokazuje, że na żadnym, z tych punktów nie byłam:-) Za to chwilę po ruszeniu z czternastki spadło na mnie jakieś zaćmienie i pobiegłam na dwójkę. Ale, żebym ja chociaż rzeczywiście planowała lecieć do tej dwójki. Ruszyłam na piętnastkę i naprawdę tego się trzymałam. Nie umiem wytłumaczyć co się stało i już się nawet zastanawiam, czy jakieś UFO mnie nie porwało, a po obejrzeniu porzuciło przy najbliższym lampionie i akurat to była dwójka. No bo jak inaczej?

Co tu się odwaliło?
 
 
Na szczęście kolejne punkty nie dostarczyły już żadnych atrakcji i bezproblemowo dotarłam do mety. Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka i do domciu.
 
 
Po biegu.
 
Wbrew temu co pokazuje poniższy ślad, mam zaliczone wszystkie punkty. Nawet jeśli teoretycznie nawet na nich nie byłam:-)

Cały przebieg.

 

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Samotny ZZK w Bukowcu

Renata znowu odmówiła biegania. Nie lubi biegać w sobotę, czy co? Ja w każdym razie dzielnie reprezentowałem naszą miejscowość na kolejnej odsłonie ZZK w Bukowcu. 

Dotarłem na start wcześnie. Pomimo tego już trochę ludzi biegało w lesie. Organizatorka zapewniła mnie, że lampiony stoją i są już sprawdzone (czyżbym awansował na wytykacza złego usytuowania lampionów???). Pobrałem mapę, włożyłem ulubioną smerfową czapeczkę i ruszyłem w las. Las w pełni jesienny, a nie zimowy jak by wskazywała data. 

Miała być już zima....
PK 1 za „główną drogą”, w jakimś dołku – łatwizna. PK 2 szukałem ciut za szybko – nie zauważyłem, że powinien być za ścieżką. Ogólnie szło nieźle. Błędy nieduże (a czasami wręcz bez błędów), widziałem wyrysowaną na podszyciu linię azymutu i co najwyżej omijałem jakieś mniej przebieżne fragmenty lasu;-)

Dość tego ściemniania – przy PK 6 zniosło mnie w lewo i chwilę szukałem właściwego dołka. 

Chyba największa wpadka to PK 9. Niby nic trudnego: azymut ustawiony, biec górką, ale jakoś mnie zniosło i spadłem z górki i chwilę orientowałem się gdzie jestem (bo miałem być gdzie indziej). Stąd moje wędrówki wzdłuż rowu nie w tę stronę co trzeba;-) 

Moje poszukiwanie PK9
PK 10, 11 i PK 12 to krzaki. Na mapie zielono, w terenie zielono, chodzenie, a nie bieganie. 

Potem kilka górek, których nie lubię, bo nigdy nie zgadzają mi się z mapą, ale tym razem nie dałem się zwieść na manowce mylnym ścieżkom i trafiłem tam gdzie trzeba. 

I tu można wrócić do opisu o narysowanych na podłożu liniach azymutu. Po prostu bieganie bez właściwie żadnych pomyłek (no, może poza niepotrzebnym, 10-ciometrowym zboczeniu ze ścieżki na dobiegu do PK 24). Tak powinny wyglądać wszystkie biegi na orientację – prosto i… nudno;-) Niestety, rzadko się zdarza, by wszystko było tak różowo i dlatego lubimy BnO i te dyskusje po każdych zawodach: gdzie kto się gubił;-) 



 

 

sobota, 7 grudnia 2024

Barbarina czyli górnicy w stolicy

Grudzień to okres InoImprez okazjonalnych. Pierwsza z nich to Barbarina. Jak mówi sama nazwa - święto górników (tych, co chodzą z czołówkami) i oczywiście Barbary, która tę imprezę organizuje. Na start wypada zjawić się z życzeniami/piwem/winem czy innym „prezentem” dla solenizantki. Jak tylko mogę, staram się na Barbarinę zjawić. W tym roku się udało. 

Niczym górnik gotowy do startu, w tle solenizantka

Na starcie dostałem mapę. Trochę czarnobiałych kresek, trochę starej mapy i sporo czerwonych kółeczek. Do tego opis (kto by czytał) do zrozumienia którego bez kalkulatora ani rusz. Trzeba zbierać punkty i kalkulować, by ich suma była odpowiednia. Oczywiście tych PK wychodzi zwykle więcej niż jest miejsc na karcie startowej. 

Pobrałem kartę i poszedłem w świat. Nie chciało mi się dopasowywać wycinków, więc poszedłem na najbliższy…. najmniej warty PK. PK znalazłem (opis) i zacząłem coś dopasowywać. Dało się łatwo znaleźć wycinek 2 i 4 z charakterystycznym superdługim blokiem. 

Wycinki X i druga czwórka miały charakterystyczne rozdwojenie pasów na jezdni – to także umiejscowiłem w terenie – na przeciwległej stronie mapy niż właśnie się znajdowałem. Jedno „I” także dało się dopasować w górnej części mapy. Tajemnicą została lokalizacja drugiego wycinka „I”. Miałem pewne podejrzenia, ale z mapy mi nic nie pasowało. 

Koniec myślenia – poszedłem na PK 4B. PK z pytaniem o mamę. Sęk w tym, że we wskazanym miejscu żadnej mamy nie widziałem. Świeciłem na blok i nic. Poszedłem trochę w prawo, trochę w lewo i nic. Już chciałem zaczepić jakąś mamę na ulicy i zadać jej pytanie: „Jaka będzie mama?”, ale jak na złość żadna w okolicy się nie pojawiła. Straciwszy całkiem sporo czasu na poszukiwania poszedłem dalej. 

Ciut za mocno świeciła mi latarka (na najniższym biegu, ale i tak za mocna) i co chwilę przeżywałem szok przenosząc wzrok z okolicy na mapę. W efekcie całe to dreptanie i szukanie lampionów szło wolno, bo niezbędny był spory czas do akomodacji oka po takiej zmianie oświetlenia. 

Wszystko szło w miarę dobrze do PK 4D. Nie dojrzałem, że ma być na złączeniu płotów i szukałem go na ścieżce. Na drzewie, na dziurze w płocie, za dziurą w płocie, przed dziurą w płocie, pod dziurą w płocie…. Taki to już los z starego niedowidzącego człowieka… 

Kolejna „wpadka” przy PK 1F. Lampionu nie było. Nie było w punkcie, obok punktu, a że PK podwójny…. Wpisałem ostatecznie BePek. Ponoć lampion był, ale nie na najbliższym, i drugim, i trzecim najbliższym drzewie, tylko na drzewku (które widziałem), ale było na tyle cienkie, że do niego nie podchodziłem zakładając, że lampion zobaczę z odległości, jeśli by tam był. Szczególnie, że było kilka bliższych miejsc, gdzie lampion można by zawiesić. Nie będę tu używał niecenzuralnych słów, ale co sobie myślałem szukając tego lampionu…. 

Jeszcze w ramach rozkojarzenia zapomniałem o PK 3G i musiałem wracać się tam, gdzie już byłem. 

Przez te wszystkie poszukiwania czas podstawowy już mi się skończył. Ale postanowiłem być twardy do końca i „na Leszka” znaleźć wszystko co trzeba nie patrząc na zegarek. Bo szkoda by się zmarnowały lampiony wieszane przez solenizantkę w dniu swoich imienin…. 

Na karcie zabrakło kratek...

Na imprezie imieninowej nie chodzi się dla wyniku, tylko traktuje się to jako specyficzne złożenie życzeń osobie świętującej;-) 


 


 

niedziela, 1 grudnia 2024

Biegowe uczczenie smutnej rocznicy

Rok temu odszedł od nas człowiek-instytucja Andrzej Krochmal. Niespodziewanie. W rocznicę jego śmierci było już spotkanie w Parku Skaryszewskim, gdzie był stałym bywalcem (organizator Biegu Wedla, uczestnik Parkrunów). Odsłonieto także tablice pamiątkową poświęconą jego dokonaniom. A dokładnie w rocznicę śmierci, Karol spontanicznie zorganizował nocne BnO na Młocinach. Las Młociński kojarzy mi się z Orientem, który kilka razy tam Andrzej organizował – więc miejsce wybrane bardzo dobrze. 

Kameralnie, bez pompy, ale wszyscy pamiętamy o Andrzeju

Środek tygodnia, środa, podeszczowo, ciemno i mokro – normalnie jak to na nocnym BnO o tej porze roku. Dostałem mapę jako jeden z pierwszych i ruszyłem w las. Na dobry początek przeoczyłem puszkę clear i musiałem się wracać;-) Dobra zapowiedź! 

Przed startem
Ruszyłem w las. PK 1 w dużym dole przy drodze – łatwizna. PK 2 także przy drodze – na górce – przestraszyłem jakiegoś wyprowadzacza psa, ale lampion znalazł się równie szybko jak przy PK 1. PK 3 wymagał wejścia w krzaki. Zniosło mnie w lewo, ale dobrze wytypowałem kierunek w końcówce i szybko dojrzałem odbłyśnik przy stacji SI.
Na PK 3 starałem się dokładniej patrzeć na kompas i korygować znoszenie w prawo – sukces osiągnięty!

Ustawiłem azymut na PK 4 i ruszyłem po krzakach. W dół, przeciąć ścieżkę i zaraz będzie w dół do lampionu. Za ścieżką niewielkie wzniesienie, ale może nie załapało się na mapę? Z góry niestety żadnego błysku lampionu nie widać. I wgłębienie jakieś zbyt duże. Cofam się do ścieżki, analizuję – chyba tym razem zniosło mnie w lewo. Po chwili znajduję lampion. 

PK6 i PK 7 bez historii – znaczy dobrze. PK 8 ma być na górce, w jakimś dołku, na zielonym. Jest górka, jest zielone, próbuje je lekko obejść – dołka chyba nie przeoczę? A jednak udało się przeoczyć właściwe miejsce – górka zaczęła mi się kończyć i musiałem się cofać;-) Oj dawno nie biegałem w nocy w lesie i zapomniałem jak łatwo jest przebiec punkt… 

Długie przebiegi na PK 9 i PK 10, PK 13 i PK 14 o dziwo wyszły całkiem dobrze. Na PK 11 minimalnie chybiłem, ale tak w granicach normy. 

Główna akcja tragedii rozegrała się na PK 17. Na PK 16 wyznaczyłem azymut i ruszyłem w krzaki. Jedna poprzeczna ścieżka, druga i powinno być zaraz obniżenie z PK 17. Obniżenie jest, lampionu nie ma. Najpierw szukam równolegle do ścieżki – nic nie ma. Wracam do ścieżki i lecę dalej wyglądając zakrętu i obniżenia po lewej (czuję, że już jestem za daleko). Ścieżka zakręca, ale jakoś tak niemrawo, jakieś obniżenia po lewej są, ale bez lampionu. Wdrapuję się na górkę – jest lampion, ale o nieznanym mi kodzie 34. Dalej nie wiedziałem gdzie jestem. Dopiero po chwili skojarzyłem, że muszę być na wydmie albo tej na północy, albo tej na południu. Teraz widzę, że moje myślenie w tamtej chwili poszło spać – jedyne miejsce na mapie odpowiadające takiej kombinacji dróg i górek było całkiem niedaleko PK 17. Pewno fakt że coś źle liczyłem ścieżki, przez które przebiegałem zafiksował mnie, że jestem po wschodniej stronie mapy. Wybrałem kierunek na wschód (do cywilizacji) i ruszyłem. W oddali zaczęły pojawiać się światełka – znaczy jestem jeszcze na terenie zawodów! Wreszcie znalazłem lampion z kodem 33 czyli PK 22 – wiedziałem gdzie jestem. Zdziwił mnie trochę kierunek gdzie ma być PK 17, ale tym razem udało mi się go znaleźć. 

Gdzieś tu pojawił się konkurent, z którym co chwila spotykałem się przy kolejnych punktach. Dalej już nie było większych problemów - więcej ludzi w lesie, więcej latarek, przy części PK już byłem. 

Co do biegu – fajny i wymagający czujności. Co do moich osiągnięć…. poniżej krytyki – już dawno tak jak na tym PK 17 nie zgubiłem się! Czas chyba przyłożyć się do nocnych treningów! 


 

 

13. Nocne Manewry SKPB ze zdradą w tle

Żona mnie zdradziła. Mnie i Nocne Manewry SKPB. Zamiast, jak przystoi dobrze prowadzącej się niewieście, pójść nocą do lasu w towarzystwie swojego ślubnego, wybrała młodszego, wyższego i przystojniejszego i w dodatku takiego, co ponoć potrafi lepiej śpiewać (w tym ostatnim to bym polemizował, bo mi słuchanie tego śpiewania wychodzi już drugim bokiem).
No cóż, na żonieńskie kaprysy nie ma rady. Zostało mi z rozpaczy zapisać się na trasę Himalajską. W ostatniej chwili udało mi się namówić na towarzystwo kolegę Marcina z poniedziałkowych truchtań z Rembertów Team. Świeżaka – pierwszy raz na zawodach na orientację. 

W sobotą ogłoszono bazę zawodów – ja stawiałem na lasy Otwocko-Celestynowskie, nawet godziny odjazdów pociągów się zgadzały na jednej ze stacji, ale okazało się że jedziemy za Wyszków do Leszczydołu-Nowin. 


Przyjechaliśmy jako pierwsi na parking przy bazie (nawigacja google kłamie co do czasu dojazdu!), ale mieliśmy początkową (dwunastą) minutę startową – a trzeba było wytłumaczyć Marcinowi co to jest kompas, mapa, lampion i inne takie orient-zagadnienia. 

Od wejścia do bazy organizatorzy starają się zmotywować uczestników

Bo jak widać co niektórych spotkanie z nocą rzuca na kolana...

Marcin i ja gotowi do wyjścia na autokar
W autobusie Leszek opowiadał jakiemuś „zielonemu” uczestnikowi mrożące krew w żyłach historie z poprzednich edycji. Po ciemku nie widziałem dokładnie wyrazu twarzy tego co pytał, ale oczy Marcina siedzącego tuż obok mnie robiły się coraz większe – zupełnie jak w bajce o Czerwonym Kapturku… 

Dojechaliśmy na start – można powiedzieć, że w „ostatniej chwili” - na zegarkach była już godzina 17-ta czyli minuta zerowa. 


Po kolei startowały zespoły i znikały w lesie. Leszek, który był bezpośrednio przed nami, zamiast jak inni wleźć w las, pobiegł asfaltem w przeciwną stronę… Hmm, dziwne. 

Start w Trzciance

Nadeszła nasza minuta startowa. Dostaliśmy wielkie mapy A3, a na mapach coś w rodzaju węża. Pierwsza część węża, ta do ogniska wydawała się całkiem ludzka – w większości przypadków pomiędzy PK były drogi, a elementy do dopasowania były malutkie i dość oczywiste. Ustawiłem mapę zgodnie z kompasem i… wyszło mi, że mamy iść asfaltem – tak jak Leszek przed nami! Krótki instruktarz dla Marcina w obsłudze naszej mapy, pokazanie jak dojść w okolice pierwszego wycinka i ruszyliśmy. Na mapie o dziwo wszystko się zgadzało - drogi, skrzyżowania, nawet trochę podbiegliśmy, bo temperatura jak to listopadową nocą miała tendencję spadkową. Wkrótce przed nami zamajaczyło w krzakach światełko. Leszek szukający pierwszego PK. Dopasowanie było raczej oczywiste, jeden jedyny lidar wpasowywał się w skrzyżowanie na środku ośmiokąta. Wtedy nawet nie doczytałem, że ośmiokątne lidary mogą być obrócone;-) Środek skrzyżowania, dołek na azymucie i w dobrej odległości, a kilka metrów dalej widać kolejne dołki. Leszek nie dowierzał i twardo szukał PK gdzieś po drugiej stronie ścieżki… My pobiegliśmy do drugiego PK z numerem 1. 

Najpierw drogą, potem planowaliśmy na azymut, ale na przeszkodzie stanął płot. Płot niby do sforsowania, ale tak od razu zaczynać od takich ekstrawagancji? Postanowiliśmy obiec zagrodzenie od północy. Płot się nie kończył formalnie tylko fizycznie – był coraz bardziej zdewastowany. Znaleźliśmy jakąś ścieżkę po wzniesieniu i parliśmy w kierunku lampionu. Las po pracach leśnych nie sprzyjał sprawnemu przemieszczaniu się. Drogi na mapie nijak nie zgadzały się z tymi w terenie. W pewnej chwili dojrzeliśmy światełko Leszka. Buszował po jakiejś górce, ale krzyknął, że nie ma tam żadnych lampionów. My szukaliśmy na innych wzniesieniach – pusto. W efekcie poszukiwań, nie spojrzałem dobrze na kompas, a Marcin jeszcze nie był w tym w sprawny – poszliśmy drogą na południe zamiast na wschód. Jeden plus tego, że zorientowaliśmy się na której drodze (jednej z dwóch) jesteśmy. Dalej już poszło łatwiej – trafiliśmy na teren z lampionami! (post factum wyszło, że wzięliśmy stowarzysza, ale to nie był prosty PK). 

Temperatura powoli spadała, wiec potruchtaliśmy na azymut (drogą, której nie było na mapie) w kierunku następnego lampionu. Zniosło nas ewidentnie na zachód (tu pojawiły się pierwsze podejrzenia o stowarzyszu na PK 1), ale w miejsce charakterystyczne. Dalej na azymut i w prawie odpowiedniej odległości trafiamy na poprzeczna drogę i wyraźnie gęściejszy las. Tyle, że w terenie są dwie drogi a na mapie jedna. Brak lampionów. I zaczyna się tradycyjna zabawa w czesanie terenu. Nie ma co tu dużo pisać w takich przypadkach, zostają czarne drogi na mapie – naokoło, ale udaje się zidentyfikować właściwe miejsce. Gorzej jest z samym lampionem, bo granice kultur mają się nijak do tego co jest na mapie. Z jednej strony nie dostrzegamy nic, co mogłoby być tą granicą, dopiero z drugiej strony idziemy już na kroki, a nie na granice kultur i znajdujemy lampion wiszący na niczym i ciut bliżej drogi niż powinien być. 

Lampion PK2 za znaczony zieloną kropką. Tak już bywa gdy budowniczy wybiera punkt, którego nie ma w terenie, a jest tylko na mapie....
Co ciekawe, ze śladu wynika, że idąc na azymut powinniśmy trafić na lampion, gdyby wisiał dokładnie tam gdzie powinien…. 

Nie ma co rozpaczać, podbiegamy dalej. Zakładaliśmy, że trasę uda się przebiec sprawnie, ale jak na razie co punkt to długotrwałe czesanie terenu w poszukiwaniu lampionu…. 

Czas na dopasowanie ortofotomapy. Niby znajdujemy coś podobnego w terenie, ale… zapominamy o tym, że może być to zlustrowane. Dochodzimy prawie do lampionu zakładając brak lustra. Ale lampionu nie ma. Cofam się, próbujemy. Dopiero po dłuższej chwili czesania odkrywamy gdzie co być powinno i znajdujemy lampion. To czesanie co chwila powoduje że dogonili/przegonili nas ci, co startowali zdecydowanie później niż my. 

Przy PK B dogonił nas zespół AP, który startował w 30 minucie
Kolejny PK 3 to już masakra. Idąc na azymut z ostatniego PK, przedzierając się przez mało przebieżny las trafiamy wreszcie na drogę północ-południe. Porządną drogę. Bo oczywiście innych dróg narysowanych na mapie, które miały być wcześniej nie było. Sęk w tym, że na naszej mapie tej drogi do której dotarliśmy nie ma. Jest taka jedna, ale ponad 300 m na zachód. I jest jeszcze jedna, może w naszych okolicach, ale ona powinna kończyć się na drodze poprzecznej i prowadzić tylko na północ. Zakładamy najpierw ten gorszy wariant, idziemy czterysta metrów na wschód i szukamy PK. Nie ma. Nie ma lampionu ani pofałdowania. 

Wracamy i próbujemy drugi wariant – bardziej obiecujący, bo jest jakieś pofałdowanie, ale bez lampionu. Wracamy na azymut trochę bardzie w prawo i znajdujemy wreszcie  lampion i pofałdowania. Jest nawet ślad po ścieżce. Uff, mamy PK, ale znowu straciliśmy czas. Na tym PK dobrze ponad 30 minut. Ogółem niecałe 9 km i prawie dwie i pół godziny! 

Po lewej wzorcówka, po prawej mapa która dostaliśmy. Znajdź różnice pomiędzy obrazkami. W pewnym momencie zakładaliśmy że jesteśmy na skrzyżowaniu wskazywanym przez pionową strzałką...

Podbiegamy na kolejny PK drogą, której nie ma na mapie. Wtedy jeszcze łudzimy się, że to jest ta droga, co nie ma przedłużenia na południe, ale okolice PK się nie zgadzają. Jedyny logiczny wniosek – droga którą ktoś wymazał z mapy. Trzeba by zgłosić gdzie trzeba, że w SKPB coś wymazuje drogi! (wymazanie wymazaniem, ale powinno być to opisane na mapie! – za ten brak duży minus dla budowniczego). Znajdujemy lampion (kolejny stowarzysz, ale byłem już zniesmaczony tym zagraniem budowniczego) i lecimy dalej, by się rozgrzać. 

PK 5 i PK 6 wchodzą wreszcie na czysto i odbudowują nasze morale. Przy PK 6 spotykamy Barbarę z Anią, które starowały 50 minut po nas! Dalej biegniemy razem. W grupie raźniej. Zresztą 4 latarki pozwalają sprawnie znaleźć właściwy lampion przy PK 7. 

Spotkanie przy PK 6

Problem zaczyna się po PK 7. Wycinek z orto. Kilka polan w lesie. Pytanie - która to ta właściwa. Chwila czesania – my bierzmy lampion, który nam się podoba, dziewczyny zostają dłużej i biorą inny. Okazuje się, że to one mają rację (jak zwykle w życiu). 

Przy kolejnym lidarze spotykamy Marcina. Marcin o tej porze to powinien być już na mecie, a nie w połowie trasy! Rzadko udaje się spotkać Marcina tak zdezorientowanego. Naprowadzamy go na szczegół, którego nie zauważył, czyli pas terenu bez lasu od którego szliśmy. Szukamy właściwego dołka, ale nie idzie. Oczywiście budowniczy ukrył kolejne dołki pod kółkiem z PK. Doganiają nas dziewczyny. Wreszcie wspólnymi siłami typujemy lampion zbliżony lokalizacją do tego właściwego, ale nikomu on nie pasuje do końca. 

Na kolejny wycinek biegniemy z Barbarą i Anią. Tu jest wszystko jasne: doły są na tyle charakterystyczne, że zaraz zyskujemy 100% pewności gdzie jest właściwy lampion. 

PK 8 - punkt wysokościowy. Niby oczywisty, ale … coś źle się odmierzamy i szukamy w lesie za wcześnie. Zresztą samego znaku wysokościowego w ternie nie dojrzeliśmy, ale z innej strony nadszedł Marcin i wszystko mu się zgadzało. 


 PK8

Przed nami ostatni lidar. Na lidarze masa dołów, ale jest charakterystyczna ścieżka i nie ma problemu ze znalezieniem właściwego. 

 Kolejny wycinek – przedostatnie orto. Wydaje się oczywisty: zakręt asfaltu i na azymut wbijamy się w las w poszukiwaniu rogu terenu bez drzew. Prowadzi chyba Ania. Coś mi się wydaje, że zbaczamy w lewo, ale to czego szukamy, ciężko przeoczyć. Jednak nam się udaje. Nie pamiętam, czy nikt nie spojrzał na kompas, ale docieramy do drogi, niby jest jakaś polana, ale lampionów brak. Konsternacja. Dopiero po chwili Barbara zerka na kompas i zauważa, że takiej drogi tu być nie powinno. Widok auta na asfalcie wszystko wyjaśnia – zamiast iść po prostej zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy na drogę z której wyruszyliśmy. Wniosek – nie ufaj kobietom! Coraz bliżej do ogniska. Ognisko wyraźnie nie jest w połowie trasy – na liczniku mamy 17 km z nominalnych 22, a do ogniska jeszcze 4 PK. 

Na drodze do PK 9 stanął nam płot. Od razu przypomniały mi się moje pierwsze nocne manewry, gdzie płot przed punktem przegradzał drogę i na tym płocie była strzałka „w lewo lub w prawo”. Tym razem podobnie wybraliśmy wariant w lewo. Płot dłużył się straszliwie. Ale doprowadził nas prawie pod punkt w wielkim dole. 

Na ostatnie dwa PK przed ogniskiem ruszyliśmy szybszym biegiem. Ziemia zamarza, jest zimno więc należy się rozgrzać. Z rozpędu z jednego prostego orto bierzemy stowarzysza. No cóż, pośpiech ma to do siebie, że lubi stowarzyszy. 

Ognisko i chwila, gdy czas się zatrzymuje
Wreszcie ognisko, ciepła herbata i kiełbaska. Nie ma co się rozsiadać – trzeba ruszać dalej – poganiam - planujemy jeszcze dzisiaj wracać do domu. Ogólnie robi się zimno. Marcinowi pożyczam swoje zapasowe rękawiczki, bo zaczyna przymarzać. 

PK 12 znowu z takich, na który się dobiega i nie ma lampionu. Albo zaznaczonej na mapie granicy kultur nie ma w terenie. Jest za to jakaś wyraźna ścieżka, której brak na mapie. Namierzamy się z drugiej strony – trafiamy w to samo miejsce i wreszcie jest lampion. Z granicą kultur to bym polemizował, ale zgadza się odległość, to bierzemy. 

PK 13 to formalność. Docieramy do końca wycinka i trzeba pomyśleć. Ta część trasy, krótsza, polega na „zaginaniu” kolejnych ogniw łańcuch pod bliżej nieznanym kontem. Doganiają nas dziewczyny – widać na ognisku były jeszcze krócej niż my!
Tu Marcin wykazuje się spostrzegawczością i pokazuje jak można przekręcić ogniwo łańcucha, by pasowały poziomnice. Ja się przyzwyczaiłem, że od takich dopasowywanek mam Renatę, ja nad tym zawsze spędzam zbyt dużo czasu. Ruszamy na PK 14, a potem na PK 15. W tym fragmencie trasy nie będzie podbiegania. PK są zbyt blisko siebie i tu dokładność jest najważniejsza. Idziemy dalej razem z dziewczynami. 

Kolejne ogniwo – tu nic nie dało się dopasować. Tylko logika i „przeczucie” Barbary spowodowało, że poszliśmy w dobrą stronę. Oczywiście można metodą prób i błędów testować wszystkie warianty, ale ile się wtedy traci czasu… 

Po PK 16 zakładamy wyjście poza mapę. Dochodzimy do jej brzegu i trafiamy na porządną asfaltową drogę. Jej ślad jednak powinien być na naszej mapie. W efekcie po prostu poszliśmy „na azymut”, licząc że dojdziemy do terenów podmokłych. Tu trochę pomogły światełka konkurencji, która naprowadziła nas na lampion w ostatniej fazie. 

Kolejne ogniwo łańcucha to kolejne wyzwanie. Drogi coś przestały się zgadzać, a potem czarnobiałe orto…. Wbrew pozorom pomysł na orto szybko się znalazł w postaci charakterystycznej drogi. Zostało tylko odszukanie lampionu, co nie było takie łatwe. Chaszcze. Samo dotarcie do lampionu wymagało sporo samozaparcia. 

Do mety zostały już ostanie punkty: PK 19 tuż za zabudowaniami, PK 20 i PK 21 na granicy kultur. Koło PK 20 znowu spotykamy Marcina, który nie znalazł PK 19. Dziwne, bo punkt raczej oczywisty. Nakierowujemy go na właściwe tory i biegniemy na metę. Jak nic Marcin jest podobnie jak i my w lekkich minutach. 


 

Na mecie żurek (pychota). Nie ma to jak coś ciepłego po powrocie z lasu;-) Marcin przeżył swoje pierwsze InO i wygląda nawet na zadowolonego. Zobaczymy co powie na poniedziałkowym truchtaniu;-) W tym roku wyniki organizatorzy publikują online w internecie. Niestety, ze sporym opóźnieniem. Nasz „uzysk” to 4 stowarzysze i 34 punkty kary za czas. Dwa czy trzy stowarzysze – zabrakło cierpliwości i dokładności. Marcin całkiem dobrze jak na pierwszy strat opanował chodzenie na azymut. Ale zabrakło lekkiego wspomagania, kilka razy się rozproszyłem, bo te 3 stowarzysze były do naprostowania. A czas… niestety te kilka wpadek w pierwszej części trasy spowodowały spóźnienie. Z nominalnych 22 km zrobiło się prawie 38… Następnym razem będzie lepiej;-) Ciekawe tylko, czy Marcin znowu da się namówić na kolejny start. 

PS. Na poniedziałkowym truchtaniu Marcin deklarował chęć startu w najbliższym czasie! Chyba mu się spodobało!