czwartek, 29 czerwca 2023

Wawel Cup - Model Event z gradobiciem i innymi klęskami.

Tradycyjnie każdy Wawel Cup zaczynamy od udziału w Model Event, więc i tym razem pojechaliśmy potrenować. Nie wiem tylko co mną kierowało, żeby wybrać trasę długą, znając swoje wszystkie ograniczenia. Szczególnie, że 4,4 km na Mazowszu nijak mają się do 4,4 km w Krakowie, zwłaszcza jeśli organizatorzy bardzo zadbali o umożliwienie nam potrenowania podbiegów. Stromych podbiegów. I długich.
Wystartowałam pierwsza, Tomek chwilę po mnie. Już na pierwszym zboczu przegonił mnie i tyle go widziałam.
 
Dynamiczny start:-)
 
Punkt pierwszy był kawałek od startu i nie pokonałam jeszcze nawet połowy tej odległości, a już musiałam przysiąść na zwalonym pniu, żeby złapać oddech. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wrócić na start i nie poczekać na Tomka w samochodzie, ale jakoś pozbierałam się. Punkt znalazłam bez większych problemów, szczególnie, że prowadził mnie jar, od którego było wygodnie namierzyć się dalej. Dwójka blisko i łatwo i wyglądało, że z trójką będzie podobnie. Niestety, tradycyjnie zniosło mnie w prawo i zaczęłam szukać za bardzo na wschód. Co prawda szybko zorientowałam się, że coś mi się nie zgadza, ale teren był tam tak trudny, że każdy nadłożony metr się liczył. Lampion był sprytnie ukryty w zagłębieniu i nie był widoczny z daleka. Cud, że udało mi się na niego natrafić.
 
PK 3
 
Czwórka była strasznie daleko, nawet nie próbowałam na azymut, tylko zeszłam na południe i skrajem lasu doszłam do drogi, za którą kawałek dalej wisiał lampion. W sumie długo, ale stosunkowo łatwo.
Do piątki jeszcze dłuższy przelot, a ponieważ koniecznie chciałam drogami i ścieżkami, to jeszcze sobie dołożyłam odległości. Ale myślę, że idąc na azymut zmęczyłabym się znacznie bardziej, że już nie wspomnę o możliwości (graniczącej z pewnością) zgubienia się. Już blisko piątki zmyliła mnie ścieżka zaznaczona na mapie jako granica kultur. Tym sposobem zamiast ze ścieżki namierzałam się z granicy i jeszcze wciągnęłam w to Bartka spotkanego chwilę wcześniej. Chociaż mam wrażenie, że na tę granicę wlazł na takiej samej zasadzie jak i ja. Zaczęliśmy czesać, potem dołączyli inni zawodnicy, a  piątka najwyraźniej nie chciała dać się znaleźć. W końcu poszłam po rozum do głowy, podeszłam do rogu ogrodzenia kawałek dalej i stamtąd na azymut udało się trafić. Za to w międzyczasie zgubiłam Bartka, ale to duży chłopiec, więc nie miałam wyrzutów sumienia.
 
Kłopotliwy PK 5.
 
Szóstka weszła w miarę, w miarę, za to wydostać się z powrotem na ścieżkę za cholerę nie mogłam. Kompas uparcie prowadził mnie azymutem w stronę siódemki, rozum podpowiadał, żeby ostro skręcić w stronę lasu. W tym rozdwojeniu jaźni szłam przez trawska i pokrzywy niemal wyższe ode mnie i nie mogłam podjąć decyzji co do wariantu. Człowiek ze zmęczenia to już i myśleć przestaje. W końcu jednak wylazłam na ścieżkę, ale co się umęczyłam, to moje. Na ścieżce spotkałam Andrzeja i dzięki niemu mam fotkę z trasy.

W drodze na siódemkę.
 
Z siódemki w pierwszym odruchu ruszyłam w stronę dziesiątki, ale szybko  zorientowałam się, że warto by jednak zajść po ósemkę i dziewiątkę. Co prawda wcale już nie miałam siły i ochoty, ale głupio tak opuścić dwa punkty.
Ósemka, dziewiątka i dziesiątka poszły dobrze, po czym dotarłam do jeziorka w okolicach jedenastki. Najpierw źle sobie popatrzyłam i sądziłam, że punkt ma być przy samym jeziorku, dopiero po chwili zorientowałam się, że kawałek na północ. Nie dane mi było jednak spokojnie znaleźć sobie lampionu, bo nagle lunęło, zagrzmiało, po czym zaczęło się gradobicie. Oczywiście gdzie mu tam do gradobicia na Pustyni Błędowskiej. Zresztą po chwili było już po wszystkim. 
Do mety zostało jeszcze pięć punktów. Byłam już totalnie umordowana, przemoknięta i zaczynałam szczękać zębami. Niby ruszyłam w kierunku dwunastki, ale po kilku metrach podjęłam decyzję o powrocie na metę. Los usiłował jeszcze ze mną powalczyć i skierował mnie w stronę szesnastki, ale zawróciłam. W sumie przez szesnastkę może by nawet i było bliżej, ale uparłam się zrealizować swój plan, a nie losu. Gdybym wiedziała jak los pokarze mnie za tę niesubordynację, to leciałabym na szesnastkę w podskokach.
Dotarłam na metę marząc o szybkim przebraniu się w suche ciuchy i ogrzaniu w samochodzie, a tam okazało się, że Tomek wziął kluczyki i poszedł w las mnie szukać.  Efekt był taki, że Tomek czekał na mnie przy PK 16, a ja na niego przy samochodzie tuląc się do nagrzanej karoserii, żeby złapać trochę ciepła. Nie zabiłam chłopa tylko dlatego, że miałam świadomość, że chciał dobrze i wyszedł mi naprzeciw w trosce o mnie. Szkoda tylko, że nie wziął telefonu... W końcu jednak udało nam się spotkać i mogliśmy wrócić na kwaterę. Chyba musimy sobie opracować procedury postępowania po powrocie na metę, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Cały przebieg.
 

wtorek, 27 czerwca 2023

Korona Mazowsze - do 4 razy sztuka

W tym roku wyraźnie groźny wirus jest w zaniku, bo przewidziano tylko jeden bieg z cyklu Korona(wirus) Mazowsza. Las Buchnik, tuż koło pracy, więc zamiast wracać do domu, ruszyłem w stronę Jabłonnej. Z nieba kapie, może nie za bardzo, ale wszędzie mokro. Jestem jednym z pierwszych startujących. Mapa w dłoń i… w mokre krzaki. 

Biuro zawodów pod mokrym drzewem na końcu ulicy do nikąd

Zaczyna się w miarę dobrze, choć omijam gęstwiny, w których woda z liści leje się za kołnierz. PK 2, 3, 4, 5 także bez problemu. Problem zaczyna się przy PK 6. Chwila nieuwagi i… nie wiem, gdzie jestem. Znaczy wiem, że na azymucie i wydaje mi się, że w obniżeniu gdzie powinien być lampion. Sęk w tym, że lampionu nie ma. Miotam się we wszystkie strony. Dopiero po kilku minutach znajduję lampion niedbale leżący w dołku.

Przy PK 6 zmyliła mnie skala i szukałem lampionu jedno obniżenie za wcześnie

Rozeźlony lecę na PK 7. Zamiast drogą, widząc polankę, skręcam na azymut. I to jest błąd, a właściwie WIELBłąd. Taki wielbłąd dwugarbny. Niby skala mapy 1:5 000 daje bardzo dokładny obraz, ale przy tej skali łatwo w lesie przebiec jakiś punkt orientacyjny. Co tu dużo pisać, PK 7 znowu szukałem kolejne kilka minut.

Nie zawsze bieganie na azymut po zielonym popłaca...

Gdzieś koło PK 13 przeganiam Gosię Krochmal z innej trasy. Widzę, że ona także biegnie na mój kolejny PK 14. Wyrywam do przodu i… znowu wtopa, bo przekręciłem sobie mapę lub kompas o 90 stopni... To już trzecia. Taki drobiazg, lekkie przekręcenie mapy i szukam nie w tym wgłębieniu górki…

Zamiast w muldzie na zachodzie szukałem lampionu w tej na północy, a wystarczyło biec rowem...

Wk-ny ścigam się z jakimś młodzieńcem (wiadomo, młodzieńcy biegają szybciej), więc wkrótce niknie mi z oczu. 

Znowu seria punktów idzie mi podejrzanie dobrze. Tak aż do PK 20. Kolejny PK 21 dość daleko, trzeba biec wzdłuż zabudowań. Biegnę wzdłuż zabudowań, ale oczywiście nie w tę stronę. Wbiegam na jakieś podwórko… Dobrze, że nie ma psa… 

Ostatnia wtopa na dziś

Wracam na właściwy szlak, ale przeganiają mnie Przemek i Jurek. Drepczę za nimi, ale bez szans na wyprzedzenie. Mając ich w zasięgu wzroku dobiegam do mety. Wynikiem nie ma co się chwalić. Cztery wpadki, każda po kilka minut.. po prostu wstyd. Ciekawe czy podobny numer odwalę na Wawel Cup, który już za trochę ponad tydzień… 

Z czasu nie ma co się cieszyć, ale grunt, że pobiegane

 


 

10 x SOLO, choć częściowo w duecie.

Na drugi dzień po "morderczym" biegu Władysławiaka pojechaliśmy na 10 x SOLO - takie zakapiory jesteśmy (he,he). Już na dzień dobry, zanim zdążyłam czegokolwiek dokonać, dostałam puchar. Fajnie jak ktoś tak mocno we mnie wierzy, że najpierw daje nagrodę, a dopiero potem ruszam w trasę. Oczywiście puchar był za zaległości, gdzie zresztą też nic wielkiego nie pokazałam, ale jak widać wystarczyło, że w ogóle byłam i dotarłam do mety.

Wręczanie pucharu.

 Puchar pucharem, ale do lasu trzeba iść, więc ruszyliśmy w stronę startu.

Znaleźliśmy start.

Ruszam

Zaczęłam na azymut mając w planach przecięcie dwóch ścieżek i szybkie znalezienie lampionu. Po pierwszej ścieżce dogonił mnie Tomek, który miał ten sam punkt na swojej trasie. Po przecięciu drugiej ścieżki chciałam zacząć szukać, ale Tomek przekonał mnie, że tamta pierwsza ścieżka to się nie liczy, nie ma jej na mapie i trzeba lecieć dalej.

 
Są ścieżki i ŚCIEŻKI.

Był bardzo przekonujący, więc pobiegliśmy do kolejnej ścieżki. zaczęliśmy szukać. Dłuuugo i namiętnie. Długo, namiętnie i niestety bezskutecznie. Okazało się, że "moja" ścieżka jednak się liczy, jesteśmy za daleko i trzeba wrócić. Po tej korekcie trafiliśmy już bezbłędnie.

PK 1 zdobyty!

Kolejny raz potwierdza się, że najlepiej biegać samemu i liczyć tylko na własne umiejętności.  Dwie osoby popełniają dwa razy więcej błędów i całe szczęście, że nie było z nami nikogo dodatkowego.

O jedną drogę za daleko.

Po jedynce rozstaliśmy się, bo dalsze punkty już nam się nie pokrywały. Dwójka, trójka i czwórka weszły gładko. Do czwórki nie pchałam się na azymut, tylko obiegłam sobie drogą. Przed piątką trochę mnie zniosło w prawo, a ponieważ na mapie nie było wrysowanej drogi, na którą wyszłam, stanęłam zdezorientowana i już się zaczęłam zastanawiać, czy może z czwórki nie poleciałam w przeciwnym kierunku niż powinnam. Ale nie, poza drogą reszta mniej więcej się zgadzała. Namierzyłam się dopiero ze skrzyżowania, które na mapie nie było skrzyżowaniem, tylko zakrętem drogi.

Podchwytliwy PK 5

Kolejne dwa punkty poszły dobrze i znowu przed ósemką odbiłam za bardzo w prawo. Na szczęście wyszłam na charakterystyczne skrzyżowanie, więc było się od czego odbić.

Dramatu nie było, ale sukcesem tego nie nazwę.

Po ósemce trochę oklapłam - i fizycznie, i mentalnie. Nie dość, że ze zmęczenia praktycznie większość trasy szlam, to jeszcze ta nawigacja strasznie szwankowała. Czułam się jak totalny cienias i ofiara lasu. Na szczęście ostatnie dwa punkty nie sprawiły większych problemów, bo już chyba bym się całkiem załamała.

I wreszcie meta.
 
Powiedzmy sobie szczerze - jest słabo i chyba trzeba się trochę ogarnąć. Biegowo to niekoniecznie da radę, ale walić takie błędy nawigacyjne to już obciach.  A dawniej tak mi pięknie azymuty wychodziły. i w ogóle... A może trzeba zmienić kompas na lepszy model?


poniedziałek, 26 czerwca 2023

Bieg Władysławiaka - dobiegnę, albo nie dobiegnę....

Jedna córka wciągnęła nas w imprezy na orientację, po czym cichcem wymiksowała się z nich niemal całkiem, druga wszczepiła nam Bieg Władysławiaka i nie pojawiła się na nim nawet jako kibic. A my biedni musimy i biegać i orientować się.
Tego Władysławiaka to niewiele brakowało, a i ja bym odpuściła, bo mi jakaś boleść weszła w krzyż i ledwo łaziłam. Na szczęście moja siostra porobiła mi różne cuda w plecy i może nie byłam jak nowa, ale na jako takim chodzie. 
Decyzja była więc taka - pobiegnę, albo nie pobiegnę. Jeśli pobiegnę, to albo dobiegnę, albo nie dobiegnę. Jeśli nie dobiegnę, to albo dojdę, albo nie dojdę. Jak nie dojdę, to albo mnie kto przyniesie, albo zostanę w lesie. Proste.

W oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy.
 
Nie wiem jak organizatorzy to robią, ale zawsze na Bieg Władysławiaka jest gorąco i nigdy nie pada deszcz. Jakąś umowę mają z siłą wyższą? Mi jednak ta piękna pogoda wcale, ale to wcale nie pomaga i wolałabym, żeby było zimno i brzydko.
Na starcie ustawiłam się lekko z tyłu, żeby mnie szybkobiegacze nie stratowali, a Tomek planował szybko przesunąć się do przodu. Ruszyliśmy.

Start.
 
Trochę bałam się, że zostanę samiuteńka na szarym końcu, ale gdzie tam. Spora grupa młodzieży nawet nie próbowała biec, tylko szli sobie spacerowym krokiem, uskuteczniając pogaduszki. Nooo, takie bieganie to mi się podoba. Przy nich to ja pędziłam jak rącza łania, a nawet udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób. Po dwóch kilometrach był pierwszy wodopój ratujący życie. Co prawda na odprawie mówili, że kto nie musi, niech nie pije, żeby starczyło na drugi przebieg, ale w moim przypadku był mus - bez wody ani kroku dalej. 
Udało mi się przebiec jakieś trzy kilometry zanim opadłam z sił i musiałam przejść do marszu. Gdzie te czasy kiedy dwa, trzy razy tyle dawałam radę:-( Takich maszerowców jak ja było bardzo dużo, więc w sumie nie odstawałam od reszty "biegaczy". Oczywiście było też sporo takich, co pędzili na rekord i podium, żeby ktoś nie myślał, że to taki bieg-zabawa. Po prostu - każdy miał określone możliwości i cele. Moim było przeżycie do mety.
Tomek po skończeniu swojego biegu, wrócił po mnie, bo pewnie bał się, że leżę gdzieś w formie zwłok i przy jego eskorcie i zachętach do zwiększenia tempa jakoś dotarłam do mety.

Tu już nie dawałam rady biec.

Ale przed metą sprężyłam się i przyspieszyłam.

Chwila regeneracji
 
W tym roku nie zostaliśmy na ogłoszeniu wyników i wręczaniu dyplomów, więc nawet nie wiem jaki mam czas i ile gorszy od tych z poprzednich lat. Niestety - wzywały nas obowiązki. Ale tradycja uczestnictwa w biegu została zachowana i to się liczy.

środa, 21 czerwca 2023

Szybki Mózg - Gocław

My to tak od Szybkiego Mózgu do Szybkiego Mózgu. Tym razem blisko, bo na Gocławiu, w miejscu sto razy obieganym, co oczywiście w moim przypadku nie ma żadnego znaczenia, bo jak będę chciała się zgubić, to potrafię wszędzie.
Startowałam za kilkoma osobami z mojej trasy, więc na dzień dobry wiedziałam, w którą stronę ruszyć.

No to lecę...

Rzut okiem na mapę przekonał mnie, że nie powinno być trudno i trasa wygląda na przewidywalną. I w zasadzie tak było, poza punktami w okolicach Balatonu.  Nie żeby nie było wiadomo jak trafić. Problemem była decyzja, z której strony obiegać jezioro i którymi mostkami pokonywać kanałek.Nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała najmniej optymalnych przebiegów, szczególnie z PK 2 do PK 3. A wydawało mi się, że tak sprytnie wybrałam wariant...

Można było krócej.

Te obiegania jeziora, to oprócz tego, że łatwo było wybrać mniej optymalny przebieg, to jeszcze były dłuuugie i między punktami można było umrzeć z nudów. Albo z wyczerpania, jak ktoś biegł za szybko. Ponieważ ja jednak wolę z nudów, więc dreptałam sobie powoli, ale skutecznie.
W sumie to na trasie nie było żadnych atrakcji, które warto by opisywać. Na przedostatnim punkcie czyhał z kamerą Tomek, bo oczywiście swoją dłuższą trasę przebiegł szybciej niż ja krótszą.

PK 16
 
 
 Ostatni punkt
 
Na metę aż się prosiło wbiegać sprintem, bo od ostatniego punktu był bieg po bieżni, jednakowoż nie skorzystałam. Jakoś ostatnio strasznie kręci mnie trucht:-)
 
Meta


Moje mniej i bardziej optymalne przebiegi

sobota, 10 czerwca 2023

Szybki Mózg na Starówce

Nadelektowaliśmy się Jagą Korą, to pora wrócić do BnO. Co prawda ruchu w interesie nie ma nadzwyczajnego, żeby nie powiedzieć, że wręcz posucha, ale Szybki Mózg się odbył i byliśmy. Fajnie czasem dla odmiany pobiegać po mieście, a już szczególnie po Starówce w Warszawie. Nie dość, że trudno się zgubić, to i pozwiedzać można:-) Zwłaszcza przy moim tempie biegu.

Idziemy do biura zawodów.

Biuro zawodów na bulwarach wiślanych, a start tuż przy przejściu podziemnym, bo cała zabawa  po drugiej stronie ulicy.

Start.
 
Zasadniczo było lekko, łatwo i przyjemnie - aż do PK 10, bo po nim zaczęły się schody. Niby schody były też po jedynce, ale wtedy jeszcze byłam pełna sił. Po kolejnych schodach już nie wbiegałam, nie wchodziłam, tylko pełzłam siłą woli, a na rynku byłam gotowa już się położyć i czekać na swój kres. Czułam jednak, że to taki trochę obciachowy kres, więc poczołgałam się dalej, do PK 11. Potem na szczęście było po płaskim, a kolejne schody prowadziły w dół i to uratowało mi życie. Dwa ostatnie punkty już były nad Wisłą i oczywiście Tomek czyhał z kamerką.

PK 15

Meta.

Tak się starałam ambitnie przyspieszyć na końcówce i w efekcie po podbiciu mety padłam bezsilnie i na tle innych zawodników wyglądałam jak bym ukończyła co najmniej maraton. A to tylko 4 km z małym hakiem mi wyszły.

Siedzę i nie wstanę i co mi kto zrobi?

Ten etap Szybkiego Mózgu był zdecydowanie biegowy, a nie nawigacyjny, bo w zasadzie każdy biegł tym samym wariantem wymuszonym układem ulic i tylko czasem zdarzały się jakieś drobne odstępstwa. Ale i tak było fajnie, niezależnie od wyniku. Bo w sumie już się pogodziłam z tym, że biegowo jest coraz gorzej, za to rozrywkowo - wciąż OK.
A tak wygląda mój przebieg:

sobota, 27 maja 2023

Jaga Kora czyli tłuczenie miski.

Już w grudniu zeszłego roku wiedziałam, że w Jadze Korze nie pobiegnę. Nie żebym miała jakieś objawienie, to raczej mój ortopeda je miał. Uznawszy więc, że zdrowe nogi będą mi potrzebne na Wawel Cup, Jagę odpuściłam. Tymczasem Tomek poszedł na całość i zapisał się na najdłuższą trasę - 100 km. Od razu sobie pomyślałam: Chłopie, przecież tego nie ukończysz!, ale co mu tam będę mówić - niech sobie pomarzy. W międzyczasie kombinowałam jak zagospodarować siebie podczas tych kilku dni w Rymanowie i w końcu wykoncypowałam - zgłoszę się jako wolontariuszka. Moja propozycja pomocy została przyjęta wręcz z entuzjazmem, więc i ja miałam widoki na swoją Jagę Korę. Do kompletu jeszcze zwerbowałam Anię, która przyjeżdżała z Barbarą (kolejna fanka setki), ale nie biegła żadnej trasy.
Najpierw Kamil wysondował stan mojego układu ruchu, po czym przydzielił znakowanie trasy w czwartek. Pełen entuzjazm, bo w czwartek i tak planowaliśmy połazić po okolicy. Kolejna propozycja to dyżur w biurze zawodów w piątek do północy. Jasne, że przyjdę! Za jakiś czas padło hasło: sobota od 5.30 - biuro, a potem Polany Surowiczne. Tu skakałam pod sufit z radości. Nie, nie na tę 5.30, tylko na Polany. Przez długi czas byłam pewna, że propozycja piątkowa i sobotnia są rozłączne, no bo kiedy spanie??? Zupełnie zapomniałam, że organizatorzy przecież nie sypiają... i pomagam zarówno w piątek, jak i w sobotę. No, ale spoko. Zaniepokoiłam się dopiero przy kociołku. Kociołkowy miał w tym roku nie dotrzeć i ktoś musiał tę zupę ugotować. Niby na Polanach już gotowałam na 60 osób, ale 30 lat temu i na piecu, a nie na ognisku. Aż mi oczy wyszły z orbit z przerażenia na tę propozycję, no ale co? Ja? Ja nie dam rady? Panie, nie takie rzeczy my ze szwagrem po pijaku... Na szczęście po kilku dniach okazało się, że kociołek jednak zostanie ogarnięty i mogłam odetchnąć z ulgą.
Do Rymanowa przyjechaliśmy we środę wieczorem. Pogoda była taka sobie, żeby nie powiedzieć wręcz. Zimno i mokro. Niby w czwartek miało się ciut przejaśnić po jedenastej, ale wiadomo jak to z prognozami. Wpół do jedenastej w czwartek spotkaliśmy się z Kamilem w Moszczańcu, skąd wywiózł nas do Puław, obdarował taśmami, sprejem, patyczkami i instrukcjami co i jak. A potem wziął i odjechał. 
Ruszyliśmy. 
 
Pełni entuzjazmu idziemy spełnić swoją powinność.
 
Deszcz, który miał ustać po jedenastej, chyba zapomniał obejrzeć prognozy pogody i wciąż padał - raz mocniej, raz słabiej. Wcale nas to nie zniechęcało. Po wejściu w las było trochę lepiej, oczywiście jeśli nie trąciło się gałęzi, bo wtedy zimny prysznic.
Zgodnie z prikazem gęsto wieszaliśmy taśmy, nawet tam, gdzie z jednej strony drogi był elektryczny pastuch, a z drugiej... też elektryczny pastuch. Ale bo to wiadomo, gdzie się komu zechce zboczyć z drogi:-)
Wszędzie tam, gdzie trasa zmieniała kierunek, zgodnie z zaleceniem Kamila, obwieszaliśmy okolicę jak choinkę bożonarodzeniową, dodatkowo szprejując strzałki na ziemi. Mam nadzieję, że wyszło dobrze i nikt nie miał problemów. W kilku miejscach z powodu zwalonych drzew wytyczyliśmy małe obejścia, a jeden to nawet duży.
 
Pasmo Bukowicy.
 
Tak sobie szliśmy, wieszaliśmy, podziwialiśmy okolicę i w końcu naszła mnie refleksja, że znakowanie trasy jest dużo, dużo lepsze od samego biegu - wreszcie jest czas żeby podelektować się pobytem w lesie, nawąchać czosnku niedźwiedziego, popatrzeć na widoczki, a jak się człowiek zmęczy, to i przysiąść można (no dobra - mokro, to nie można, ale teoretycznie).
 
Musieliśmy uważać na niedźwiedzie.
 
Kiedy dotarliśmy do Darowa i czekało nas forsowanie Wisłoka, byłam już dobrze zmarznięta i trochę obawiałam się tej przeprawy, choć z drugiej strony z niecierpliwością na nią czekałam. Woda w rzece była dość wysoka jak na bród, a mocny nurt nieco utrudniał utrzymanie równowagi. Za to wcale nie była taka lodowata jak się spodziewałam. 
 
Chwila ochłody.
 
W końcu pokonaliśmy wszystkie wodne przeszkody i niedługo potem wyszliśmy na asfalt w Moszczańcu. Jeszcze tylko dojście do samochodu i fajrant - można wracać grzać się i suszyć.

W piątek już przed dwudziestą stawiłyśmy się z Anią w biurze zawodów, a Tomek i Barbara zostali zbierać siły przed startem. Wcześniejsza ekipa przekazała nam swoje obowiązki, po czym oddaliła się i zostałyśmy same. Same jak same - obok rozsiadły się BYTYJANA, w razie gdyby ktoś boso zjawił się na biegu, a co jakiś czas pojawiali się biegacze po pakiety startowe. W sumie to nie miałyśmy dużo roboty, bo przecież kontakt z zawodnikami był przyjemnością, a nie pracą. 
 
Wydajemy pakiety startowe.
 
Przed północą zjawił się Tomek z Barbarą. Bardzo ich wypatrywałyśmy, głównie z tego powodu, że obydwoje mieli klucze od pokojów, a nie chciałyśmy spać  byle gdzie. Chociaż w sumie - ileż to tego spania nas czekało, jak o 5.30 miałyśmy być z powrotem.
Noc z piątku na sobotę rzeczywiście okazała się za krótka i rano (rano? w środku nocy!) wstałam w formie zombi. Czas miałam wyliczony niemal co do sekundy, a tu jak na złość nie umiałam wyłączyć alarmu w telefonie. Piszczał i piszczał, ja nerwowo naciskałam, przesuwałam, dotykałam i wszystko co tylko przyszło mi do głowy, a tu nic. Co gorsza - usłyszałam ruch za ścianą - znaczy się : obudziłam sąsiadów:-( Dopiero po dwóch minutach udało mi się uciszyć gadzinę. No, ale te dwie minuty byłam w plecy. Zagęściłam więc ruchy, żeby zdążyć wypić kawę, bo bez tego ani rusz i jakoś udało się, a nawet na dole byłam kilka sekund przed Anią. 
Teraz następowała gorsza część imprezy - jazda samochodem, co zawsze jest dla mnie stresem, kiedy występuję w roli kierowcy, a nie pasażera. Na szczęście o tak nieludzkiej porze większość ludzi śpi, więc drogi miałam puste. Przed wyjazdem na Polany Surowiczne jeszcze półtorej godziny wydawałyśmy pakiety i wypatrywały "naszych", którzy powinni lada moment zjawić się na przepaku. Kiedy w końcu dotarli, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu oznajmili, że schodzą z trasy, nóżki im się zepsuły i odpadły i w ogóle. To, że nie ukończą, to ja wiedziałam, ale że poddadzą się tak szybko??? I teraz co? Oni pójdą spać, a my jak głupie pojedziemy na Polany? W końcu krakowskim targiem ustaliliśmy, że jak odpoczną, to spacerkiem przyjdą do nas, a potem razem wrócimy. Tak uspokojone mogłyśmy już jechać.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce część ekipy, która wyjechała wcześniej, uwijała się już przy stole, Tomek (nie nasz) przy ognisku szykował kociołek, a Bartek robił nastrój. Na zawodników natomiast  musieliśmy jeszcze trochę poczekać. 
Jako pierwsi pojawili się ci z najkrótszej trasy. Ku naszemu zawodowi cała czołówka ominęła punkt żywieniowy i od razu pognali na Polańską machając nam tylko z daleka. A my tak się staraliśmy:-( W końcu jednak znaleźli się tacy, którzy do nas zajrzeli i wreszcie mogliśmy się wykazać.
 
 W pełnej gotowości.
 
Ale zaraz, zaraz! Nasze wątłe oklaski (no bo ile hałasu zrobi kilka par rąk?) to trochę za mało na entuzjastyczne powitanie. Hałas! Potrzeba nam hałasu! Wpadłam do chałupy z okrzykiem: Gaaarneeek! I coś do walenia! Staszek (chatkowy) ze stoickim spokojem wskazał kuchnię, a tam od razu wypatrzyłam idealną miskę i nie mniej idealną (aczkolwiek z lekka nadgryzioną) chochelkę. Tak uzbrojona mogłam już witać przybywających. Waliłam w michę bez opamiętania i czułam, że właśnie odkrywam swoje powołanie życiowe. Znalazłam swoją małą niszę i zostałam miskową. Początkowo moje walenie w michę wzbudzało powszechny aplauz, jednak z czasem zauważyłam, że we wzroku niektórych osób z ekipy pojawia się coraz silniejsza żądza mordu. Tak dla bezpieczeństwa (własnego) oddalałam się z tym bębnieniem coraz dalej, ale też nie mogłam za daleko, żeby zdążyć dobiec do stołu z napojami, które pomagałam zawodnikom wlewać do butelek i bukłaków. 
Po jakimś czasie do chałupy dotarła żona jednego z zawodników zaopatrzona w dzieci, bębenek i duży dzwonek. O, jaki udawało nam się razem robić piękny hałas... Co tu dużo dyskutować - każdy jeden zawodnik zasługuje na oklaski, obębnienie i obdzwonienie i taka była nasza misja.
 
Full service.
 
Kiedy dotarł do nas Tomek z Barbarą byłam już mistrzem świata walenia w miskę, a ponieważ skądś wzięły się cztery mniejsze dzwonki, zatrudniłam Tomka jako dzwonkowego. 
 
 
 
Tak dla bezpieczeństwa ustawialiśmy się coraz dalej od centrum punktu (ta żądza mordu), w końcu przy samym ogrodzeniu, ale dzięki temu mogłam walić wbiegającym uczestnikom prosto w uszy. Chyba nikt nie może złożyć skargi, że był witany na punkcie bez należnego entuzjazmu. 
Jest natomiast od niektórych uczestników postulat rozszerzenia kadry o duchownego, bo były osoby, które wczołgując się na punkt błagały o ostatnie namaszczenie. Niestety, z rzeczy ostatecznych mieliśmy tylko cmentarz łemkowski po sąsiedzku. Jakoś nikt nie skorzystał.
Ogólnie na punkcie było bardzo wesoło. Część rozrywek organizowaliśmy sobie sami, część dostarczali uczestnicy, a część fotografowie, których w szczytowym momencie było w Polanach aż czworo (wliczając w to "naszą" Kasię). Teraz już wiem dlaczego za każdym razem w poprzednich latach, kiedy docierałam na Polany jako uczestnik wcale, ale to wcale nie chciałam ruszać dalej. Na Polanach jest po prostu najlepiej!
 
Bawimy się równie dobrze jak zawodnicy.
 
Wszystko co dobre szybko się kończy, nadszedł więc czas, kiedy na punkt dotarł ostatni zawodnik i nasz dalszy pobyt w tym cudownym miejscu nie był już niczym uzasadniony. Spakowaliśmy manatki, ogarnęli teren, żeby gospodarzom nie zostawiać syfu, pożegnaliśmy Staszka i ruszyliśmy w stronę Rymanowa.

Nawet taśmy z trasy już sprzątnięte.
 
Szkoda, że już po wszystkim. Choć kolejna edycja dopiero za rok, to już zaczynam zastanawiać się czy pobiec, czy jednak ponownie realizować się w tłuczeniu miski. Jak myślicie?

środa, 24 maja 2023

Falenickie robale czyli INSeKT

Dawno nie byliśmy na marszach na orientację. Znaczy byliśmy niedawno na BazInO, ale to i tak wyjątek po długim okresie uczestniczenia tylko w orientacji sportowej. Jednak INSeKT jako "sztandarowa impreza klubowa", dodatkowo bez kolizji z terminem BnO i jeszcze w Falenicy, i w ramach OTInO… no, musieliśmy się na nią wybrać! 

Ludzcy organizatorzy pozwolili się wyspać wyznaczając start od godziny trzynastej. Zaczęliśmy od dojściówki, czy może bardziej dojazdówki, bo większość trasy przebyliśmy pojazdem dwuśladowym.


Po zameldowaniu się na miejscu, czyli w wiatach przy SP 124, zaliczeniu rytualnej wymiany fantów, pobraliśmy mapy i poszliśmy w las. Na początek dostaliśmy kartkę papieru z dwoma sieciami i kilkoma pająkami. I o dziwo, kartka była zatytułowana "Etap 2". Co do rysunków na kartce - o ile mapa topograficzna była dość oczywista (jednak w Falenicy trochę mieszkałem), oczywiste były także dwa pająki bazujące na mapie BnO (po coś biega się regularnie FallInO i mapę BnO zna się na pamięć), już wycinki lidarowe były zagadką. No dobra, na kilku widać wydmę, wydma - więc wiadomo, że trzeba ich szukać na wydmie (wydma ciągnie się dobre 5 km), ale pozostałe dwa pajączki mogły być wszędzie. Powiedzmy, że Renata brzydząc się pająków nie paliła się do dokładnego oglądania i dopasowywania wycinków, więc spadło to na moje barki. Szybko wyznaczyłem kawałek wydmy, gdzie były rozpoznane fragmenty i zakładałem, że reszta elementów dopasuje się gdzieś "pomiędzy".

Mapa z insektami w dłoń i ruszamy do boju!

Zamiast żmudnie dopasowywać ruszyliśmy w las. Zaczęliśmy od PK A, do którego musieliśmy przebić się przez innych uczestników okupujących ścieżkę w celu rozkminienia zagadek mapy.

Ścieżka to dobre miejsce do rozkminiania mapy

Punkt podbijaliśmy razem z Przemkiem, który zaraz ruszył szybkim krokiem na wydmę. My powolutku wędrowaliśmy wydmą, przedzierając się przez krajobraz niczym po jakimś huraganie - leśnicy zabrali się za przerzedzanie lasu i wszędzie leżały pościnane sosny. 

Podbijamy pierwszy PK

Na wydmie szybko zlokalizowałem dołki znane z FalInO, więc bez problemów zaliczyliśmy PK D, J, K. 

PK D - niczym na jakimś wiatrołomie

PK J w malowniczym dołku na wydmie

 Po chwili udało się dopasować duży lidar, więc naszym łupem padł punkt G, B i F. Tu zaczynaliśmy spotykać Marka, który używał psa do tropienia lampionów, ale chyba z marnym skutkiem, bo jakoś nie udało mu się dopasować dużego kawałka lidaru do wydmy. 

 
Podobno Punt G nie istnieje... a my go znaleźliśmy!

 

PK R

 Zaliczając pająka z punktami O, P i R udało się dostrzec podobieństwo terenu do kolejnego pająka L, M, N. Ale zmyliła mnie skala. PK L podbiliśmy dobrze, ale PK N… wyglądał na jakiś dołek (czy inne odkształcenie terenu) w okolicach PK P. Dołek był, lampion był… ale dołka z PK M już nie było. 

Tu powinien być lampion z PK N

Wszystko przez tę skalę! Po chwili wpadłem, że PK N jest tożsamy z PK P i po poprawce poszliśmy szukać właściwego PK N. Znaleźliśmy kopczyki, ale bez lampionu. Obszukaliśmy teren w koło, wszystkie okoliczne odkształcenia terenu i nic. Lampion był dopiero kawałek dalej – niby także na kopczyku i przy skrzyżowaniu ścieżek… Aby się lampion nie marnował postanowiliśmy wbić stowarzysza, zamiast wytykać budowniczemu BPK;-) 

Końcówka to już bułka z masłem - miejsca gdzie jako dziecko bawiłem się w lesie. Przy okazji odwiedziliśmy nasz były domek… wspomnień czar:-) 

Tu kiedyś mieszkaliśmy

 
PK C - tuż przy naszym byłym domu

Po krótkim odpoczynku etap drugi (czy raczej pierwszy w/g oznaczeń na mapie). Żuk wiosenny. O ile schemat drożni z kilkoma PK był w do ogarnięcia, to żuczki do wpasowania już tak sobie. Te z mapą BnO i Morskim Okiem dawało się wpasować, ale reszta? Znaleźliśmy PK B, potem PK D, wdrapaliśmy się na wydmę i… przysiedliśmy by pomyśleć. Siedzenie dobrze wpływa na myślenie – bo rozglądając się wkoło nagle dostrzegłem podobieństwo do lidaru. Okazało się, że siedzieliśmy.. dokładnie pod lampionem;-) Schemat dróg był takiej sobie dokładności, więc nie do końca widzieliśmy gdzie się na nim znajdujemy, ale nagle widzimy lampion na skrzyżowaniu "gwiaździstym" wielu dróg, a takie jest na schemacie z PK F. Więc mamy kolejny PK!

PK C na ul. Bonapartego

Kierunek ul. Napoleona Bonapartego - tam jest PK C. Po drodze dostrzegam charakterystyczny dołek i mamy dopasowanego kolejnego żuczka! 

Wydma tuż przy Morskim Oku - PK K

Czas na Morskie Oko i tu udaje się dopasować przedostatniego żuczka z lidarem. Zostaje już końcówka, PK E, PK M i… poprawka PK F. Obchodząc wydmę od północy stało się jasne, że to co wpisaliśmy jako F, było bardziej na południe. Renata ma już dość chodzenia, więc puszczam ja skrótem do PK A, a sam lecę na wydmę przebić ten nieszczęsny PK F. Wracając do PK A zahaczam o ostatniego żuczka i zgarniam PK J. Docieram do PK A, spisuję długość niebieskiego szlaku do Falenicy, ale nie widzę Renaty. Może jest na mecie? Lecę do wiat.. ale Renaty nie widać. Mam już złe przeczucia, że nie miała siły dojść i gdzieś tam w krzakach leży jej truchło konsumowane przez jakieś padlinożerne zwierzęta… Na szczęście zza zakrętu wychodzi zaginiona. Oczywiście "źle jej wytłumaczyłem jak dojść" i zwiedziła pół Falenicy zanim dotarła na metę;-). Grunt że się znalazła;-) 

Na mecie - wreszcie można usiąść i coś przekąsić

 Na mecie ciasteczka, picie i… przemówienia Pani Prezes, dyplomy za zasługi i nagrody;-) 

Dostajemy dyplomy i inne takie za zasługi....

A na takich mapach chodziliśmy