niedziela, 1 grudnia 2024

Biegowe uczczenie smutnej rocznicy

Rok temu odszedł od nas człowiek-instytucja Andrzej Krochmal. Niespodziewanie. W rocznicę jego śmierci było już spotkanie w Parku Skaryszewskim, gdzie był stałym bywalcem (organizator Biegu Wedla, uczestnik Parkrunów). Odsłonieto także tablice pamiątkową poświęconą jego dokonaniom. A dokładnie w rocznicę śmierci, Karol spontanicznie zorganizował nocne BnO na Młocinach. Las Młociński kojarzy mi się z Orientem, który kilka razy tam Andrzej organizował – więc miejsce wybrane bardzo dobrze. 

Kameralnie, bez pompy, ale wszyscy pamiętamy o Andrzeju

Środek tygodnia, środa, podeszczowo, ciemno i mokro – normalnie jak to na nocnym BnO o tej porze roku. Dostałem mapę jako jeden z pierwszych i ruszyłem w las. Na dobry początek przeoczyłem puszkę clear i musiałem się wracać;-) Dobra zapowiedź! 

Przed startem
Ruszyłem w las. PK 1 w dużym dole przy drodze – łatwizna. PK 2 także przy drodze – na górce – przestraszyłem jakiegoś wyprowadzacza psa, ale lampion znalazł się równie szybko jak przy PK 1. PK 3 wymagał wejścia w krzaki. Zniosło mnie w lewo, ale dobrze wytypowałem kierunek w końcówce i szybko dojrzałem odbłyśnik przy stacji SI.
Na PK 3 starałem się dokładniej patrzeć na kompas i korygować znoszenie w prawo – sukces osiągnięty!

Ustawiłem azymut na PK 4 i ruszyłem po krzakach. W dół, przeciąć ścieżkę i zaraz będzie w dół do lampionu. Za ścieżką niewielkie wzniesienie, ale może nie załapało się na mapę? Z góry niestety żadnego błysku lampionu nie widać. I wgłębienie jakieś zbyt duże. Cofam się do ścieżki, analizuję – chyba tym razem zniosło mnie w lewo. Po chwili znajduję lampion. 

PK6 i PK 7 bez historii – znaczy dobrze. PK 8 ma być na górce, w jakimś dołku, na zielonym. Jest górka, jest zielone, próbuje je lekko obejść – dołka chyba nie przeoczę? A jednak udało się przeoczyć właściwe miejsce – górka zaczęła mi się kończyć i musiałem się cofać;-) Oj dawno nie biegałem w nocy w lesie i zapomniałem jak łatwo jest przebiec punkt… 

Długie przebiegi na PK 9 i PK 10, PK 13 i PK 14 o dziwo wyszły całkiem dobrze. Na PK 11 minimalnie chybiłem, ale tak w granicach normy. 

Główna akcja tragedii rozegrała się na PK 17. Na PK 16 wyznaczyłem azymut i ruszyłem w krzaki. Jedna poprzeczna ścieżka, druga i powinno być zaraz obniżenie z PK 17. Obniżenie jest, lampionu nie ma. Najpierw szukam równolegle do ścieżki – nic nie ma. Wracam do ścieżki i lecę dalej wyglądając zakrętu i obniżenia po lewej (czuję, że już jestem za daleko). Ścieżka zakręca, ale jakoś tak niemrawo, jakieś obniżenia po lewej są, ale bez lampionu. Wdrapuję się na górkę – jest lampion, ale o nieznanym mi kodzie 34. Dalej nie wiedziałem gdzie jestem. Dopiero po chwili skojarzyłem, że muszę być na wydmie albo tej na północy, albo tej na południu. Teraz widzę, że moje myślenie w tamtej chwili poszło spać – jedyne miejsce na mapie odpowiadające takiej kombinacji dróg i górek było całkiem niedaleko PK 17. Pewno fakt że coś źle liczyłem ścieżki, przez które przebiegałem zafiksował mnie, że jestem po wschodniej stronie mapy. Wybrałem kierunek na wschód (do cywilizacji) i ruszyłem. W oddali zaczęły pojawiać się światełka – znaczy jestem jeszcze na terenie zawodów! Wreszcie znalazłem lampion z kodem 33 czyli PK 22 – wiedziałem gdzie jestem. Zdziwił mnie trochę kierunek gdzie ma być PK 17, ale tym razem udało mi się go znaleźć. 

Gdzieś tu pojawił się konkurent, z którym co chwila spotykałem się przy kolejnych punktach. Dalej już nie było większych problemów - więcej ludzi w lesie, więcej latarek, przy części PK już byłem. 

Co do biegu – fajny i wymagający czujności. Co do moich osiągnięć…. poniżej krytyki – już dawno tak jak na tym PK 17 nie zgubiłem się! Czas chyba przyłożyć się do nocnych treningów! 


 

 

13. Nocne Manewry SKPB ze zdradą w tle

Żona mnie zdradziła. Mnie i Nocne Manewry SKPB. Zamiast, jak przystoi dobrze prowadzącej się niewieście, pójść nocą do lasu w towarzystwie swojego ślubnego, wybrała młodszego, wyższego i przystojniejszego i w dodatku takiego, co ponoć potrafi lepiej śpiewać (w tym ostatnim to bym polemizował, bo mi słuchanie tego śpiewania wychodzi już drugim bokiem).
No cóż, na żonieńskie kaprysy nie ma rady. Zostało mi z rozpaczy zapisać się na trasę Himalajską. W ostatniej chwili udało mi się namówić na towarzystwo kolegę Marcina z poniedziałkowych truchtań z Rembertów Team. Świeżaka – pierwszy raz na zawodach na orientację. 

W sobotą ogłoszono bazę zawodów – ja stawiałem na lasy Otwocko-Celestynowskie, nawet godziny odjazdów pociągów się zgadzały na jednej ze stacji, ale okazało się że jedziemy za Wyszków do Leszczydołu-Nowin. 


Przyjechaliśmy jako pierwsi na parking przy bazie (nawigacja google kłamie co do czasu dojazdu!), ale mieliśmy początkową (dwunastą) minutę startową – a trzeba było wytłumaczyć Marcinowi co to jest kompas, mapa, lampion i inne takie orient-zagadnienia. 

Od wejścia do bazy organizatorzy starają się zmotywować uczestników

Bo jak widać co niektórych spotkanie z nocą rzuca na kolana...

Marcin i ja gotowi do wyjścia na autokar
W autobusie Leszek opowiadał jakiemuś „zielonemu” uczestnikowi mrożące krew w żyłach historie z poprzednich edycji. Po ciemku nie widziałem dokładnie wyrazu twarzy tego co pytał, ale oczy Marcina siedzącego tuż obok mnie robiły się coraz większe – zupełnie jak w bajce o Czerwonym Kapturku… 

Dojechaliśmy na start – można powiedzieć, że w „ostatniej chwili” - na zegarkach była już godzina 17-ta czyli minuta zerowa. 


Po kolei startowały zespoły i znikały w lesie. Leszek, który był bezpośrednio przed nami, zamiast jak inni wleźć w las, pobiegł asfaltem w przeciwną stronę… Hmm, dziwne. 

Start w Trzciance

Nadeszła nasza minuta startowa. Dostaliśmy wielkie mapy A3, a na mapach coś w rodzaju węża. Pierwsza część węża, ta do ogniska wydawała się całkiem ludzka – w większości przypadków pomiędzy PK były drogi, a elementy do dopasowania były malutkie i dość oczywiste. Ustawiłem mapę zgodnie z kompasem i… wyszło mi, że mamy iść asfaltem – tak jak Leszek przed nami! Krótki instruktarz dla Marcina w obsłudze naszej mapy, pokazanie jak dojść w okolice pierwszego wycinka i ruszyliśmy. Na mapie o dziwo wszystko się zgadzało - drogi, skrzyżowania, nawet trochę podbiegliśmy, bo temperatura jak to listopadową nocą miała tendencję spadkową. Wkrótce przed nami zamajaczyło w krzakach światełko. Leszek szukający pierwszego PK. Dopasowanie było raczej oczywiste, jeden jedyny lidar wpasowywał się w skrzyżowanie na środku ośmiokąta. Wtedy nawet nie doczytałem, że ośmiokątne lidary mogą być obrócone;-) Środek skrzyżowania, dołek na azymucie i w dobrej odległości, a kilka metrów dalej widać kolejne dołki. Leszek nie dowierzał i twardo szukał PK gdzieś po drugiej stronie ścieżki… My pobiegliśmy do drugiego PK z numerem 1. 

Najpierw drogą, potem planowaliśmy na azymut, ale na przeszkodzie stanął płot. Płot niby do sforsowania, ale tak od razu zaczynać od takich ekstrawagancji? Postanowiliśmy obiec zagrodzenie od północy. Płot się nie kończył formalnie tylko fizycznie – był coraz bardziej zdewastowany. Znaleźliśmy jakąś ścieżkę po wzniesieniu i parliśmy w kierunku lampionu. Las po pracach leśnych nie sprzyjał sprawnemu przemieszczaniu się. Drogi na mapie nijak nie zgadzały się z tymi w terenie. W pewnej chwili dojrzeliśmy światełko Leszka. Buszował po jakiejś górce, ale krzyknął, że nie ma tam żadnych lampionów. My szukaliśmy na innych wzniesieniach – pusto. W efekcie poszukiwań, nie spojrzałem dobrze na kompas, a Marcin jeszcze nie był w tym w sprawny – poszliśmy drogą na południe zamiast na wschód. Jeden plus tego, że zorientowaliśmy się na której drodze (jednej z dwóch) jesteśmy. Dalej już poszło łatwiej – trafiliśmy na teren z lampionami! (post factum wyszło, że wzięliśmy stowarzysza, ale to nie był prosty PK). 

Temperatura powoli spadała, wiec potruchtaliśmy na azymut (drogą, której nie było na mapie) w kierunku następnego lampionu. Zniosło nas ewidentnie na zachód (tu pojawiły się pierwsze podejrzenia o stowarzyszu na PK 1), ale w miejsce charakterystyczne. Dalej na azymut i w prawie odpowiedniej odległości trafiamy na poprzeczna drogę i wyraźnie gęściejszy las. Tyle, że w terenie są dwie drogi a na mapie jedna. Brak lampionów. I zaczyna się tradycyjna zabawa w czesanie terenu. Nie ma co tu dużo pisać w takich przypadkach, zostają czarne drogi na mapie – naokoło, ale udaje się zidentyfikować właściwe miejsce. Gorzej jest z samym lampionem, bo granice kultur mają się nijak do tego co jest na mapie. Z jednej strony nie dostrzegamy nic, co mogłoby być tą granicą, dopiero z drugiej strony idziemy już na kroki, a nie na granice kultur i znajdujemy lampion wiszący na niczym i ciut bliżej drogi niż powinien być. 

Lampion PK2 za znaczony zieloną kropką. Tak już bywa gdy budowniczy wybiera punkt, którego nie ma w terenie, a jest tylko na mapie....
Co ciekawe, ze śladu wynika, że idąc na azymut powinniśmy trafić na lampion, gdyby wisiał dokładnie tam gdzie powinien…. 

Nie ma co rozpaczać, podbiegamy dalej. Zakładaliśmy, że trasę uda się przebiec sprawnie, ale jak na razie co punkt to długotrwałe czesanie terenu w poszukiwaniu lampionu…. 

Czas na dopasowanie ortofotomapy. Niby znajdujemy coś podobnego w terenie, ale… zapominamy o tym, że może być to zlustrowane. Dochodzimy prawie do lampionu zakładając brak lustra. Ale lampionu nie ma. Cofam się, próbujemy. Dopiero po dłuższej chwili czesania odkrywamy gdzie co być powinno i znajdujemy lampion. To czesanie co chwila powoduje że dogonili/przegonili nas ci, co startowali zdecydowanie później niż my. 

Przy PK B dogonił nas zespół AP, który startował w 30 minucie
Kolejny PK 3 to już masakra. Idąc na azymut z ostatniego PK, przedzierając się przez mało przebieżny las trafiamy wreszcie na drogę północ-południe. Porządną drogę. Bo oczywiście innych dróg narysowanych na mapie, które miały być wcześniej nie było. Sęk w tym, że na naszej mapie tej drogi do której dotarliśmy nie ma. Jest taka jedna, ale ponad 300 m na zachód. I jest jeszcze jedna, może w naszych okolicach, ale ona powinna kończyć się na drodze poprzecznej i prowadzić tylko na północ. Zakładamy najpierw ten gorszy wariant, idziemy czterysta metrów na wschód i szukamy PK. Nie ma. Nie ma lampionu ani pofałdowania. 

Wracamy i próbujemy drugi wariant – bardziej obiecujący, bo jest jakieś pofałdowanie, ale bez lampionu. Wracamy na azymut trochę bardzie w prawo i znajdujemy wreszcie  lampion i pofałdowania. Jest nawet ślad po ścieżce. Uff, mamy PK, ale znowu straciliśmy czas. Na tym PK dobrze ponad 30 minut. Ogółem niecałe 9 km i prawie dwie i pół godziny! 

Po lewej wzorcówka, po prawej mapa która dostaliśmy. Znajdź różnice pomiędzy obrazkami. W pewnym momencie zakładaliśmy że jesteśmy na skrzyżowaniu wskazywanym przez pionową strzałką...

Podbiegamy na kolejny PK drogą, której nie ma na mapie. Wtedy jeszcze łudzimy się, że to jest ta droga, co nie ma przedłużenia na południe, ale okolice PK się nie zgadzają. Jedyny logiczny wniosek – droga którą ktoś wymazał z mapy. Trzeba by zgłosić gdzie trzeba, że w SKPB coś wymazuje drogi! (wymazanie wymazaniem, ale powinno być to opisane na mapie! – za ten brak duży minus dla budowniczego). Znajdujemy lampion (kolejny stowarzysz, ale byłem już zniesmaczony tym zagraniem budowniczego) i lecimy dalej, by się rozgrzać. 

PK 5 i PK 6 wchodzą wreszcie na czysto i odbudowują nasze morale. Przy PK 6 spotykamy Barbarę z Anią, które starowały 50 minut po nas! Dalej biegniemy razem. W grupie raźniej. Zresztą 4 latarki pozwalają sprawnie znaleźć właściwy lampion przy PK 7. 

Spotkanie przy PK 6

Problem zaczyna się po PK 7. Wycinek z orto. Kilka polan w lesie. Pytanie - która to ta właściwa. Chwila czesania – my bierzmy lampion, który nam się podoba, dziewczyny zostają dłużej i biorą inny. Okazuje się, że to one mają rację (jak zwykle w życiu). 

Przy kolejnym lidarze spotykamy Marcina. Marcin o tej porze to powinien być już na mecie, a nie w połowie trasy! Rzadko udaje się spotkać Marcina tak zdezorientowanego. Naprowadzamy go na szczegół, którego nie zauważył, czyli pas terenu bez lasu od którego szliśmy. Szukamy właściwego dołka, ale nie idzie. Oczywiście budowniczy ukrył kolejne dołki pod kółkiem z PK. Doganiają nas dziewczyny. Wreszcie wspólnymi siłami typujemy lampion zbliżony lokalizacją do tego właściwego, ale nikomu on nie pasuje do końca. 

Na kolejny wycinek biegniemy z Barbarą i Anią. Tu jest wszystko jasne: doły są na tyle charakterystyczne, że zaraz zyskujemy 100% pewności gdzie jest właściwy lampion. 

PK 8 - punkt wysokościowy. Niby oczywisty, ale … coś źle się odmierzamy i szukamy w lesie za wcześnie. Zresztą samego znaku wysokościowego w ternie nie dojrzeliśmy, ale z innej strony nadszedł Marcin i wszystko mu się zgadzało. 


 PK8

Przed nami ostatni lidar. Na lidarze masa dołów, ale jest charakterystyczna ścieżka i nie ma problemu ze znalezieniem właściwego. 

 Kolejny wycinek – przedostatnie orto. Wydaje się oczywisty: zakręt asfaltu i na azymut wbijamy się w las w poszukiwaniu rogu terenu bez drzew. Prowadzi chyba Ania. Coś mi się wydaje, że zbaczamy w lewo, ale to czego szukamy, ciężko przeoczyć. Jednak nam się udaje. Nie pamiętam, czy nikt nie spojrzał na kompas, ale docieramy do drogi, niby jest jakaś polana, ale lampionów brak. Konsternacja. Dopiero po chwili Barbara zerka na kompas i zauważa, że takiej drogi tu być nie powinno. Widok auta na asfalcie wszystko wyjaśnia – zamiast iść po prostej zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy na drogę z której wyruszyliśmy. Wniosek – nie ufaj kobietom! Coraz bliżej do ogniska. Ognisko wyraźnie nie jest w połowie trasy – na liczniku mamy 17 km z nominalnych 22, a do ogniska jeszcze 4 PK. 

Na drodze do PK 9 stanął nam płot. Od razu przypomniały mi się moje pierwsze nocne manewry, gdzie płot przed punktem przegradzał drogę i na tym płocie była strzałka „w lewo lub w prawo”. Tym razem podobnie wybraliśmy wariant w lewo. Płot dłużył się straszliwie. Ale doprowadził nas prawie pod punkt w wielkim dole. 

Na ostatnie dwa PK przed ogniskiem ruszyliśmy szybszym biegiem. Ziemia zamarza, jest zimno więc należy się rozgrzać. Z rozpędu z jednego prostego orto bierzemy stowarzysza. No cóż, pośpiech ma to do siebie, że lubi stowarzyszy. 

Ognisko i chwila, gdy czas się zatrzymuje
Wreszcie ognisko, ciepła herbata i kiełbaska. Nie ma co się rozsiadać – trzeba ruszać dalej – poganiam - planujemy jeszcze dzisiaj wracać do domu. Ogólnie robi się zimno. Marcinowi pożyczam swoje zapasowe rękawiczki, bo zaczyna przymarzać. 

PK 12 znowu z takich, na który się dobiega i nie ma lampionu. Albo zaznaczonej na mapie granicy kultur nie ma w terenie. Jest za to jakaś wyraźna ścieżka, której brak na mapie. Namierzamy się z drugiej strony – trafiamy w to samo miejsce i wreszcie jest lampion. Z granicą kultur to bym polemizował, ale zgadza się odległość, to bierzemy. 

PK 13 to formalność. Docieramy do końca wycinka i trzeba pomyśleć. Ta część trasy, krótsza, polega na „zaginaniu” kolejnych ogniw łańcuch pod bliżej nieznanym kontem. Doganiają nas dziewczyny – widać na ognisku były jeszcze krócej niż my!
Tu Marcin wykazuje się spostrzegawczością i pokazuje jak można przekręcić ogniwo łańcucha, by pasowały poziomnice. Ja się przyzwyczaiłem, że od takich dopasowywanek mam Renatę, ja nad tym zawsze spędzam zbyt dużo czasu. Ruszamy na PK 14, a potem na PK 15. W tym fragmencie trasy nie będzie podbiegania. PK są zbyt blisko siebie i tu dokładność jest najważniejsza. Idziemy dalej razem z dziewczynami. 

Kolejne ogniwo – tu nic nie dało się dopasować. Tylko logika i „przeczucie” Barbary spowodowało, że poszliśmy w dobrą stronę. Oczywiście można metodą prób i błędów testować wszystkie warianty, ale ile się wtedy traci czasu… 

Po PK 16 zakładamy wyjście poza mapę. Dochodzimy do jej brzegu i trafiamy na porządną asfaltową drogę. Jej ślad jednak powinien być na naszej mapie. W efekcie po prostu poszliśmy „na azymut”, licząc że dojdziemy do terenów podmokłych. Tu trochę pomogły światełka konkurencji, która naprowadziła nas na lampion w ostatniej fazie. 

Kolejne ogniwo łańcucha to kolejne wyzwanie. Drogi coś przestały się zgadzać, a potem czarnobiałe orto…. Wbrew pozorom pomysł na orto szybko się znalazł w postaci charakterystycznej drogi. Zostało tylko odszukanie lampionu, co nie było takie łatwe. Chaszcze. Samo dotarcie do lampionu wymagało sporo samozaparcia. 

Do mety zostały już ostanie punkty: PK 19 tuż za zabudowaniami, PK 20 i PK 21 na granicy kultur. Koło PK 20 znowu spotykamy Marcina, który nie znalazł PK 19. Dziwne, bo punkt raczej oczywisty. Nakierowujemy go na właściwe tory i biegniemy na metę. Jak nic Marcin jest podobnie jak i my w lekkich minutach. 


 

Na mecie żurek (pychota). Nie ma to jak coś ciepłego po powrocie z lasu;-) Marcin przeżył swoje pierwsze InO i wygląda nawet na zadowolonego. Zobaczymy co powie na poniedziałkowym truchtaniu;-) W tym roku wyniki organizatorzy publikują online w internecie. Niestety, ze sporym opóźnieniem. Nasz „uzysk” to 4 stowarzysze i 34 punkty kary za czas. Dwa czy trzy stowarzysze – zabrakło cierpliwości i dokładności. Marcin całkiem dobrze jak na pierwszy strat opanował chodzenie na azymut. Ale zabrakło lekkiego wspomagania, kilka razy się rozproszyłem, bo te 3 stowarzysze były do naprostowania. A czas… niestety te kilka wpadek w pierwszej części trasy spowodowały spóźnienie. Z nominalnych 22 km zrobiło się prawie 38… Następnym razem będzie lepiej;-) Ciekawe tylko, czy Marcin znowu da się namówić na kolejny start. 

PS. Na poniedziałkowym truchtaniu Marcin deklarował chęć startu w najbliższym czasie! Chyba mu się spodobało! 


 

 


wtorek, 26 listopada 2024

Powrót ZZK

Koniec sezonu BnO jak zwykle powoduje nagły wysyp imprez. Nie są to wprawdzie imprezy o rankingu 1, 3, a wręcz przeciwnie - o rankingu bliskim zera. Ale za to są. W każdy weekend (i nie tylko), a właściwie w każdy dzień weekendu. Pierwsze w szranki stanęły treningi ZZK. Na pierwszy trening jakoś mi nie styknęło, ale na drugi wybrałem się z Renatą. Do Chotomowa. 

Przed startem

Teren znany, ale jak mówi prawda zasłyszana w Rejsie: najbardziej podobają mi się trasy, które już biegliśmy;-) 


Start... i od razu w tył do płotu

Strat – tradycyjnie już wzdłuż płotu. Wzdłuż płotu, bo las raczej tak sobie przebieżny by biec po kresce. Wyprzedzam Renatę, dobiegam w okolice pierwszego PK, skręcam w las…. A tu las usłany pozostałościami wycinki drzew: metrówki, gałęzie, słowem krajobraz jak po bitwie. Szukam w tym bałaganie karpy. Nie tylko ja, bo szukają tłumy, które nieświadome terenu biegły do PK 1 po kresce. Dogania mnie Renata i to chyba ona pierwsza znajduje właściwą kupkę gałęzi, pod którą ukryty jest lampion! 

 Tak wyglądał odwrót z PK 1

Z PK 2 idzie już lepiej. Punkt dopadam z jakimś szbkobieżnym dziewczęciem, które zamiast porządnie drogami, próbowało znowu biec po kresce. 


PK2

Do PK 3 ruszamy razem, ale ja wybieram bezpieczniejszą wersję drogami. Znowu spotykamy się w okolicy PK 3. Jak widać, nie zawsze bieganie po kresce jest najszybsze! 

Niestety do PK 4 nie daje się inaczej niż przez krzaki. Po PK 4 tracę towarzystwo – widać dziewczę startuje na innej trasie niż ja. 

Po PK 5 zaczyna się pierwszy długi przebieg. Gdy jestem niedaleko PK 3 widzę na drodze… Renatę. Powinna być już znacznie dalej! Chwila konwersacji – zgubiła się, bo…. biegła po drogach, a nie na kreskę…. Oj ta Renata:-) Ratuję ją wskazując gdzie jesteśmy i w jakim kierunku szukać PK 3. 


I gdzie jest ta trójka????

Biegnę dalej. Las dalej przypomina pobojowisko po pracach leśnych. Gdzieś w oddali słychać warkot jakiegoś mechanicznego potwora zajmującego się trzebieniem lasu. Koło PK 7 las jest zupełnie nieprzebieżny z powodu wyrębu, a to punkt podwójny, będę musiał tu wrócić jeszcze raz! 

Na szczęście po PK 8 sytuacja się poprawia – daje się biegać po lesie bez zagrożenia utraty nóg. 

W okolicach PK 9 zyskuję towarzystwo psa. Pies ma właścicielkę, także biegającą w poszukiwaniu lampionów, ale wyraźnie wybrał moją kompanię! 

Przy PK 12 daję ciała. Ze śladu wynika, że prawie rozdeptałem lampion, ale go nie zauważyłem i pobiegłem poszukiwać go na sąsiedniej polance. 

Po PK 13 przegonił mnie Michał, ale on zwykle biega ciut szybciej niż ja. Dlatego zdziwiłem się, że na drodze za PK 14 zamiast biec, Michał idzie i wyraźnie utyka…. Co tu ukrywać, dodało mi to skrzydeł i przyspieszyłem;-) Tym bardziej, że teraz była kolej na dłuższe przebiegi i to drogami. 

Zwolniłem dopiero na dobiegu do PK 7 (tego samego co PK 7) z powodów „zaśmiecenia” podłoża. Do PK 18 to już się nie biegło, tylko ostrożnie szło. Przed PK 20 musiałem omijać pracujący w lesie traktor. Leśnicy przesadzają z tym gospodarczym wykorzystywaniem lasów – wycinać w niedzielę???? 

Na mecie czekała na mnie już Renata z aparatem. Trochę ją zmyliłem przebijając się przez największy gąszcz do lampionu, zamiast jak cywilizowany człowiek pobiec naokoło drogą;-) 

Dobieg do mety

Trochę zakręciłem się koło mety...
Udało się metę podbić:-)

Niniejszym ogłaszam zimowy sezon Zimowych Zawodów Kontrolnych za otwarty! 

Ja biegałem na niebiesko, Renata na czerwono

 

 

czwartek, 21 listopada 2024

360 mokrych Wariantów bez śladu

Sponsorem kolejnej, czwartej edycji 360 Wariantów był deszcz. Może nie jakiś ulewny ale zawsze. Ciemno zimno i mokro. Do tego bieganie częściowo po „lesie”. 

Pierwsze wyzwanie jakie stanęło przed uczestnikami to zaparkować. Teren osiedlowy oblepiony wręcz autami mieszkańców o tej porze. Byli tacy co zaparkowali na parkingu P+R i zaliczyli skakanie przez płot (bo po co robić dojście do parkingu od strony osiedla). Mnie akurat udało się zaparkować prawie przy starcie.
Pobrałem mapę, odłożyłem ciepłe ubranie do auta i ruszyłem w trasę. Mapa jak zwykle dla tych co mają młode oczy. Jak budowniczy będzie miał moje lata to pewno zmieni podejście do rysowania tych kółek i linii na mapie: kółka „małe”, kolory kółek ciemnawe – w nocy ciężko jest cokolwiek dojrzeć. 

Ruszam na jedynkę i…. przebiegam ją. Dawno nie biegałem na mapie 1:4000, a nie dojrzałem gdzie jest środek kółka... 

PK2 na „górce” ale dostrzegam poziomnice dopiero wbiegając na górkę (ech te oczy). 

PK3 za to przy chodniku. PK4 to pierwsze leśne wyzwanie – na azymut w lesie dość gęstawym poszukiwanie dołka. Prawie trafiłem, a budowniczy litościwie powiesił odbłyśnik powyżej poziomu gruntu, więc dostrzegłem go z odległości 10 metrów po prawej od mojego azymutu. Do PK5 ścieżką – ale na koniec oczywiście wpakowałem się w „zielone” zamiast wcześniej odbić i to zielone ominąć. Po ciemku, w świetle czołówki często „zielone” i takie „nie zielone” mało się różnią. Różnica wychodzi dopiero przy przedzieraniu się przez krzaki;-) 

Dalej to już łatwizna – PK 6 drogami, za jakimś szybkobiegaczem, PK7 na górce (no dobra przebiegłem bo był odbłyśnik ukryty za czymś na kształt drzewa, a szukałem dorodnego okazu wartego odwzorowania na mapie zielonym kółeczkiem;-) 

PK8 tu już na skróty bo z góry las wyglądał na bardziej przebieżny niż na mapie, ale do kolejnych PK9 i PK10 to już stanowczo dróżkami. 

Tu skończył się las. Obiec teren ogrodzony (oczywiście od północy), obiec blok (od północy) i znaleźć lampion w załamaniu podjazdu dla wózków. Ogólnie dziwne bloki w tej okolicy – każda klatka schodowa ma „gigantyczny” podjazd dla wózków. Taki wychodzący na trawnik dobre 10 metrów. A w bloku jest tych klatek pięć czy siedem… 

Dałem ciała przy PK14. Szukałem go o jeden rząd budynków za wcześnie. Potem szukałem go już przy właściwych budynkach, ale po tej stronie przejścia co trzeba - znowu na mapie PK był na zielonym kółeczku przy bloku które okazało się… jakąś kępą pokrzyw? Oj nie należy ufać co niektórym kartografom;-) 

Po PK 16 czas na scorelauf. Chyba przebieg był oczywisty. Tyle, że dużo obiegania terenów oliwkowych. W pewnej chwili aż zatrzymałem się i szukałem czy niczego nie przeoczyłem, bo jakoś ten scorealauf wydawał mi się zbyt prosty i oczywisty. 

Powrót na „normalna mapę” na PK 24 i dłuuugi przebieg. Wzdłuż torów tramwajowych. W świetle latarki nie byłem pewny czy lepiej do PK 25 pobiec od zachodu i wrócić po własnych śladach, czy obiegać oliwkowy teren w drodze powrotnej od wschodu. Dziwne ale wydało mi się, że bliżej jest wracać po własnych śladach. Niby zalecenia budowy tras są takie, by jeden zawodnik nie wskazywał drugiemu położenia PK i odbiegał w inną stronę niż przybiegł, więc ten powrót wydawał mi się dziwny. Potem sprawdziłem dokładnie na mapie – rzeczywiście wariant ten dawał dobre sto metrów „oszczędności”. 

Na koniec został mało widoczny na mapie PK 26 i meta. 

Ja i meta

Na mecie zorientowałem się, że nie uruchomiłem zegarka na starcie. W efekcie nie mam śladu trasy. I jak tu żyć? Jak zanalizować swoje błędy? I nie będzie mnie na Liveloxie! Może gdyby była lepsza pogoda pobiegł bym raz jeszcze, ale przy deszczu kapiącym z góry nie chciało mi się. Skończyło się tym, że odtworzyłem ślad z pamięci. 



 

 

czwartek, 31 października 2024

Druga połówka czyli Nocna Mila

Nocna Mila jest dłuższa niż mila dzienna. Wniosek ten wynika z obserwacji, że Nocna ½ mili miała 4,3 km, a dzienna połówka poniżej 4 km. Ja tam lubię taką wersję, bo lubię biegać nocą. Sentyment taki mam od pierwszych zawodów na orientację, którymi były właśnie zawody nocne. 

Na Nocną Milę zapisało się znacząco mniej osób niż na wersję poranną. Lenie. Cieniasy;-) (Ci co się nie zapisali). 

Centrum zawodów nocą

Co do organizacji – meta i start w tym samym miejscu. Tylko znacząco mniej PK na mapie – w wersji dziennej miałem 16, a teraz tylko 8. Startowałem samotnie. Znowu pod górkę. Za górką przy lampionie startu sowa. Taka latarkowa świecąca w ciemności oczami. Zresztą cały dobieg obowiązkowy aż świecił od odblasków. Tylko jakby więcej gałęzi pod nogami. 

Pierwszy PK na tym samym azymucie co w wersji dziennej tylko… dwa razy dalej. Świadomy porannych doświadczeń i tego, że znosi mnie w lewo, dreptałem ostrożnie. Liczyłem ścieżki, wgłębienia… zdawało mi się, że jestem za daleko, ale nie było ciągle asfaltu i zbocze po prawej się nie kończyło. Wreszcie zaświecił mi odblask w górze – zgodnie z przewidywaniami znowu zboczyłem w lewo. Przy PK dogoniłem poprzedniczkę, która startowała minutę lub dwie wcześniej. 

PK 2 to znany rana PK 9. Świadomy jego usytuowania na końcu młodego lasu znalazłem przecinający ten las pas mniej zadrzewiony i na jego końcu skręciłem w prawo. Przede mną kilka osób niepewnie szukało lampionu w innym miejscu. 

PK 3 znowu daleki przebieg. Gdzieś tak przy granicy wrzosowisk. Mało punktów charakterystycznych po drodze. Nawet nie pomyślałem o obieganiu drogami. Może byłoby szybciej, ale nie byłoby przygody. Czułem, że znowu znosi mnie w lewo. Gdy wreszcie znalazłem lasek, po kilku krokach w głąb wiedziałem, że muszę skręcić w prawo. Dobrze, że lampion „świecił” z daleka. Z naprzeciwka (od drogi, którą można było obiec) kierunek na lampion wskazywała także grupa czołówek na głowach innych biegaczy. Ja dopadłem lampion pierwszy i pobiegłem dalej. Do drogi, kawałek drogą i dobieg do samego lampionu na azymut. Trafiłem idealnie. Przed samym lampionem przegonił mnie jakiś szybkobiegacz. 

Bieganie nocą po lesie jest genialne, gdy nie biegniesz w tramwaju. Gdy nawigujesz sam, a inne światełka są najwyżej gdzieś na granicy zasięgu wzroku. Do PK 5 biegłem znowu samotnie. Na azymut. Na końcu obieganie młodnika i idealne trafienie na punkt. Tuż obok piątki minąłem kogoś, kto wbiegł w las po zachodniej stronie gęstwinki z PK 5. Takie sytuacje są budujące, gdy widzisz, że ktoś szuka punktu nie tam, gdzie trzeba (ale wredny jestem;-). 

Do PK 6 drogą, nad łąkami. We mgle. Nad łąkami zaczęła pojawiać się mgła. Na razie niewielka. Sam PK znam z porannego poszukiwania PK 12;-) Teraz było łatwo trafić rozpoznając znajome dołki. A i lampion radośnie świecił z daleka! 

Kolej na PK 7 w tych dołkach, co rano szukałem PK 15. Teraz nie dałem się podpuścić budowniczemu trasy. Wybrałem bieg drogą, aż do charakterystycznego rozwidlenia jakieś 100 m od lampionu. Droga wiodła skrajem łąk i mgła gęstniała. Wkrótce widoczność nie przekraczała zasięgu własnego nosa;-) Na szczęście po wbiegnięciu w las mgła cudownie ustąpiła. 

Znalezienie dołka na azymut tym razem było pestką. Choć miałem już opracowaną całą strategię przeczesywania terenu, gdybym nie trafił za pierwszym razem, okazało się, że nie będzie trzeba jej użyć. 

Został dobieg do ostatniego PK i finisz do mety. Dobiegłem. Jako że startowałem pierwszy w swojej kategorii, musiałem czekać na wynik konkurenta. Niestety znowu mi dołożył, ale tym razem różnica była nieduża, tak w granicach przyzwoitości. Bez tego kataru pewno bym wygrał. Nic, odkuję się następnym razem.

 A same zawody – małe, kameralne, ale miłe. Las jaki lubię – do biegania, a nie do czołgania się. Tylko jak zwykle: mija już tydzień, a wyniki na stronę PZOS nie wgranie. Ciekawe czemu np. organizatorzy z zachodniopomorskiego wgrywają wyniki w terminie, a reszta kraju jakoś nie daje rady?



 

środa, 30 października 2024

Pierwsze pół Warszawskiej Mili

W czwartek miałem jechać na 360 wariantów, ale się nie wyrobiłem z pracą. Z przepracowania coś zaczęła mnie boleć głowa. Objawy te jakoś dziwnie szybko przeszły na Renatę, a mi ból głowy jakoś tak obsunął się w piątek na gardło. W sobotę Renata uleczyła się ponoć jakimś cudownym lekiem i pojechała sobie na drugi koniec Polski, a na mnie jakoś ten lek nie zadziałał. Doszedł kaszel, muzyka płynąca prosto z płuc i inne takie miłe akcenty. Nie zostało mi nic innego jak z rana (no dobra, bliżej południa) spróbować to wybiegać na Warszawskiej Mili. Wiadomo: bieg idealnie przewietrza charczące oskrzela;-)

Centrum zawodów połączone z metą

Warszawska Mila w Mostówce, na sławnych wrzosowiskach. Szkoda trochę, że wrzosy już przekwitły, ale pocieszam się, że kwitły całkiem niedawno. Dzień ciepły, wręcz upalny jak na tę porę roku. Las, mchy i mazowieckie sosny ślicznie podświetlone jesiennym słońcem. W lesie grzybiarze i spacerowicze. Nas - biegaczy – raczej kameralny zespół. Konkurencja w postaci Hały zabrała wielu potencjalnych uczestników. 

Szykuję się do startu

A tak wyglądało to z górki na którą zaraz wbiegniemy

Wchodzę do boksu i startuję. Pod górę. Nawigacja zaczyna się przy lampionie za niewielką górką. Przede mną dystans ½ Warszawskiej mili (druga połówka nocą). Znowu pod górę, gdzieś pod szczytem ma być dołek z pierwszym lampionem. Pomimo, że poruszam się jak wskazuje igła kompasu, nie trafiam tam, gdzie trzeba. Jestem za nisko. Widzę, że osoby startujące przede mną także mają podobne problemy. Co do samego biegania – szybko przekonuję się, że z objawami grypy (czy innego Covida) ciężko się biega. Zwłaszcza pod górę. A dzisiaj trasa po całkiem wysokiej wydmie: góra, dół – nawet na tabliczce znamionowej podano 80 m przewyższenia! 

Staram się biec, choć różnie bywa i nie zawsze nazwałbym tego biegiem. PK 2, 3, 4 wchodzą dobrze. PK 5 – na otwartym terenie – krzaki wyglądają ciut przesunięte, ale skoro kręcą się tam ludzie, musi być tam lampion! 

Problem pojawia się przy PK 6. To i owo omijam, kawałek za kimś biegnę, czołgając się pod górę kieruję się w kierunku szczytu, za którym powinien być lampion przy karpie. Zdobywam wierzchołek - jest karpa, lampion ciut za nią, tylko nie zgadza się kod. Chwila konsternacji, znajduję kod lampionu w opisach – jestem na PK 11 zamiast na PK 6! Czeka mnie powrót na właściwe tory… 

Kolejne PK są dość łatwe nawigacyjnie. Tu i ówdzie znajduję jakąś ścieżkę niezaznaczoną na mapie, z PK 8 na PK 9 biegnę przez młody las – tak jak pozwalają nieprzecięte jeszcze rzędy drzew. Niby kompas wskazuje dobrze, ale ląduję wyraźnie daleko od PK 9 (prawie przy PK 10) i muszę korygować. 

Na PK 11 już byłem, więc to łatwizna. PK 12 znowu mnie znosi. Znajduję lampion (zresztą w większej grupie), którego nie mam na mapie. Poznajemy wszystkie okoliczne muldy (co przyda się w nocy), zanim znajdziemy właściwe zagłębienie z lampionem;-) 

Dobieg do PK 13




Zabawa orientacyjna zaczyna się przy PK 15. Niby prościzna – czysty las, w nim całe stada wielkich czołgowych dołów, a w jednym z nich lampion. Zawierzam kompasowi – trafiam ma skrzyżowanie dróg i dalej brnę azymutem. Jakoś tak , dopiero teraz dostrzegam, że na mapie są dwa skrzyżowania. Ten działający od początku „znos w lewo”, minimalnie zła lokalizacja karpy z PK14 (była niżej niż wynikało to z mapy) i przeoczenie tej drugiej drogi kumulują się. Jestem pewien, że jestem na dobrym azymucie i zasuwam do przodu. Mam okop, więc ten z lampionem powinien być drugi lub trzeci w kolejce. Nie jest. Jak wół jest widoczna droga północ południe, ale nie ma tej wschód zachód. Do szukających dołącza Mateusz – w ten sposób czeszemy coraz większy obszar, Matusz wreszcie rzuca odkrywcze „to ma być przy górce” i rzeczywiście jest. Ale co się naszukaliśmy…. Teraz analizując mapę i dane lidarowe – na mapie jest źle zaznaczony dół z lampionem - czyli dobrze znalazłem właściwą dziurę, a budowniczy lampion postawił jeden dołek dalej! 

Coś tu mapa nie nie wyszła kartografowi w tym miejscu....

Jeszcze ostatni PK i meta. Nie było to mistrzowskie bieganie – jednak choroba odbiera siłę i koncentrację. Przybiegam na metę drugi – w ostatecznym rozrachunku trzeci. Niby podium, ale liczyłem na więcej, bo stawka była wyrównana. 

W nocy drugie podejście – teraz czas pojechać do domciu, łyknąć jakiegoś gripexa – może ból głowy trochę odpuści.

 


niedziela, 27 października 2024

Mistrzostwa na nielegalu

Jestem licencjonowanym zawodnikiem BnO. Tak na poważnie. Dzięki temu mogę startować w zawodach rangi mistrzowskiej i konkurować z innymi „Panami z brzuszkami” - także zawodnikami. No może trochę przesadzam - jest w mojej kategorii wiekowej (weterańskiej) kilku panów bez zbędnych kilogramów i biegających od małego na nieosiągalnym dla śmiertelników poziomie. 

PZOS prowadzi ranking. Według niego na prawie każdych zawodach, gdzie są kategorie wiekowe zdobywa się punkty rankingowe (liczy się średnia z 8 najlepszych startów). Dla zwycięzcy jest do zdobycia od 700 punktów na zawodach lokalnych do 1300 punktów na zawodach ragi Mistrzostw Polski. Oczywiście kolejne miejsca są także punktowane proporcjonalnie do straty (czasu) do zwycięzcy.

W tym roku mój dorobek punktowy jest śmiesznie niski, bo najpierw niewiele startowałem z powodu kontuzji, potem miałem NKL lub zbyt dużą stratę do zwycięzcy by dostać jakiekolwiek punkty na MP. A jak już zaczęło mi już coś wychodzić to…. Organizator nie przesłał wyników do PZOSu… Niby regulamin mówi, że organizator ma na to 3 dni ale wystarczy zerknąć na tabelę wyników, że naprawdę nieliczni organizatorzy nie mają w głębokim poważaniu wszelakich regulaminów.

Skuteczność przesyłania wyników do PZOS jak widać jest niewielka

 Ostatnią imprezą mistrzowską w tym sezonie gdzie mogłem coś ugrać były Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa Polski Weteranów w długodystansowm BnO w Tenczynku pod Krakowem. Impreza dość tajna, bo organizator skąpił wszelakich dokładniejszych informacji co i jak.

Tu mała dygresja regulaminowa – w tym roku imprezy wysokiej rangi miały sporo wpadek regulaminowych. Na zawodach lokalnych – wiadomo czasem lampion ginie lub zmienia miejsce położenia w czasie zawodów, albo po prostu organizator postawi go niedokładnie. Jednak na imprezach wyższej rangi przepisy narzucają szereg rozwiązań typu kontroler, ubezpieczenie punktów itp., więc takie sytuacje nie powinny się zdarzać. W tym roku jednak organizatorowi „zapomniało się” postawić stację na mecie, albo pomylić opisy PK na nocnym sprincie przy randze mistrzowskiej zawodów. Internet rozgrzewał się do czerwoności od dyskusji regulaminowych. Ale regulaminy… właściwe nie przewidują takich zdarzeń. W efekcie bieg jest unieważniany, choć środki techniczne w wielu przypadkach pozwalały by jakoś wybrnąć z takich sytuacji. Oczywiście gdyby dopuszczał to regulamin. Tym bardziej, że na typowych zawodach „elita” (czyli Ci co biegają wyczynowo, walczą o klasy sportowe czy stypendia) to bardzo niewielki odsetek zawodników. Większość to weterani lub młodzież. BnO to nie tylko sport ale sposób na życie. Stratują całe rodziny, i przy anulowanym biegu z winy organizatora zostaje duży niesmak dla tych co dali z siebie wszystko, "biegając" po górach nieraz o lasce, a tu bieg unieważniony....

Wracając do dyskusji regulaminowych-  zauważywszy bardzo skąpe informacje na temat MP w ultralongu zacząłem dokładniej czytać regulaminy. Pomijam fakt, że strona organizatora nie działa na mojej ulubionej przeglądarce internetowej (wstyd organizatorze!), znalazłem przepisy co do biuletynów – mają być to biuletyny, a nie komunikaty techniczne i jest dobrze opisane co w nich powinno się znaleźć. Są to np. istotne informacje dla osób jadących kilkaset kilometrów na zawody, choćby na temat zaplecza sanitarnego. 

Biuletyn nr 2 - a nie komunikat techniczny. Dokładnie wypunktowane co w nim musi być. Wystarczy odhaczać na checkliście poszczególne pozycje, a nie pisać go na kolanie.

Po opublikowaniu parametrów tras pewne zdziwienie – ilość PK. Ultralong to powinny być długie przebiegi, a nie duża ilość punktów – tu 30PK w mojej kategorii, i dobrze ponad 40 u elity wydawało się zaskakująco dużą liczbą! 

Nadszedł dzień zawodów. W niedzielę wstałem niebosko rano i pojechałem pod Kraków. Dotarłem dość wcześnie i na bezpłatnym parkingu (za to plus dla organizatorów) było jeszcze sporo miejsca. Niestety Ci co przyjechali później byli w znacznie gorszej sytuacji i zaczęły się problemy z parkowaniem. 

Poszedłem do biura zawodów odebrać numer startowy. I tu pierwszy problem – nie ma mojego numeru startowego. Na liście dołączonej do koperty jestem, ale w kopercie numeru brak. Pierwsza myśl: zemsta organizatora, że w internecie wytknąłem organizatorowi niekompletność biuletynów… Nie to pewnie zwykła pomyłka, przy takiej ilości uczestników łatwo o jakieś pomyłki. Doczekałem się numerku z odręcznie wpisanym numerem startowym. 

Prawie jak oryginalny;-)

Pod Krakowem piękna jesień. Żółte liście na drzewach, pełne słońce, temperatura powoli wzrasta. Rozgrzewamy się biegając wokół malowniczego stawu.


 

Zbliża się godzina 11:00 czas startu pierwszej grupy zawodników, a tu przez megafon mówią ze start opóźniony, bo nie ma potwierdzenia rozstawienia w lesie wszystkich punktów. Nic poczekamy te 10 minut – lepiej żeby nie było kolejnej wtopy, że czegoś zabraknie. 

Wreszcie rusza pierwsza grupa zawodników. Start masowy. Prosto w … krzaki. Z tego co widzą oczy z linii startu las wygląda na bardzo mało przebieżny…

 Start pierwszej grupy zawodników

Wchodzę i ja do boxu startowego. Mapy w rękę. Clear, check standardowa procedura. 


Dostajemy mapy do ręki

Odliczanie i startujemy. Oczywiście prosto w krzaki. Mamy ciut lepiej bo pierwsza grupa już wydeptała w tych zaroślach coś na kształt ścieżki. Po 50 metrach pierwsza przeszkoda wodna. Co niektórzy czekają w kolejce by przejść po zaimprowizowanym mostku, ale pomny opisu terenu „liczne rowy z wodą” wiem ze i tak długo nie pozostaną susi. Ja brnę przez wodę.

Pierwszy ciek wodny do pokonania....

Nie lubię startów masowych. Nie patrzę na mapę tylko biegnę za innymi i nie zawsze dobrze na tym wychodzę. Są tacy co uwielbiają przykleić się do pleców ciut lepszych rywali, a ja wolę nawigować samodzielnie. Wybieram w efekcie wariant autorski na PK1. Pewno nie taki zły bo w pobliżu lampionu spotykam sporo innych osób. A sam las…. Mało przebieżny – czyli jak na razie mamy wariant turystyczny, a nie biegowy. 

Na sam PK1 nie trafiam idealnie, jak i zresztą większość osób w zasięgu wzroku. Chwila szukania, taplania się w bagnie i mam pierwszy PK. PK węzłowy. Zaczynają się motylki. Niestety mało tych motylków. Pierwszy zestaw ścigam się z jakąś trójką konkurentów wyraźnie ze sobą współpracującą. Wariant autorski pozwala oderwać mi się od nich na PK 6. 

Po PK 7 zaczyna się wreszcie ultralong – długi przebieg. Akurat kawałek daje się drogą. Niestety ostatni odcinek drogi okazuje się nieprzebieżny i muszę brnąć przez jakieś trawy, jeżyny czy inne zarośla niskopienne, wądoły i dziury pełne wody. Przy PK 9 jest trochę lepiej ale dogania mnie ekipa która wcześniej zgubiłem. W odróżnieniu od innych zawodów nie ma nigdzie „obcych” lampionów. Nie trzeba wybierać , zastanawiać się. Jak widzisz ludzi – wiadomo że są koło lampionu. Tego twojego. 

Od PK 12 zaczyna się drugi motylek. Las bukowy, górka, jeden młodnik - tu dałoby się pobiegać gdyby nie ta górka;-) 

Daję ciała na PK 20. Biegną nie na kompas tylko na widok granic kultur… I klops. Przez chwilę nie jestem pewien gdzie mnie zaniosło, ale się odnajduję – jednak kilka minut w plecy. 

Znowu zaczyna się trudny teren. Kilka razy leżę wpadając w jakiś dół (na szczęście te z woda omijam). Przy którymś z upadków udaje mi się pęknąć ekranik w kamerce sportowej – szkoda kamerki i jej szczelności. 

Po takim terenie nie rozpędzam się - to uraz po skręconej kostce. Pewno gdybym nie bał się po czymś takim biegać wynik byłby znacznie lepszy. 

Teraz kolej na kilka lampionów w większych gęstwinach i wreszcie punkt widokowo/wodopojowy. Nie wiem co to za sens wodopoju kilka minut przed metą…. (znowu odwołam się do przepisów – wodopoje muszą być nie dalej niż co 25 minut biegu przewidywanego czasu zwycięzcy, co przy 90 minutach daje 3 wodopoje lub więcej, a nie dwa). 

Pierwszy punkt wodopojowy 7 km -  to stanowczo więcej niż 25 minut biegu;-)

 

Na ostatnich 4 PK znowu dwuminutowa wtopa – pobiegłem za Mateuszem bo ruszył w dobrym kierunku, ale zanim się obejrzałem zboczyłem z najkrótszej trasy na ponad minutę…

Meta. Wynik bez szału – nie wskoczyłem do top10. Jedną pozycję mogłem poprawić gdyby nie ta wtopa na PK20 (2 minuty różnicy). Niestety kolejne miejsca to już 10 minut różnicy, a to wymagało by biegania, a nie przedzierania się ostrożnie przez chaszcze. Zresztą na mecie wyraźnie było widać kto biegał – Ci co byli zakrwawieni od pasa w dół – biegali;-) 

Po zawodach zamawiałem posiłek. Niestety organizator nic nie wiedział kiedy te posiłki dowiozą. Chwilkę poczekałem, ale nic się nie zmieniło, a nie było co czekać do medalacji  - za moje 13-te miejsce nawet dyplomu nie dostanę. Zebrałem się więc i pojechałem do domu zahaczając o jakiś fastfood po drodze. 

Wrażenia z imprezy- mieszane. Wiem ze na MP wybiera się trudny teren, ale jednak warto byłoby pobiegać, a nie przedzierać się przez chaszcze. Motylki dość iluzoryczne, nie dawały sensownego rozbicia zawodników. Regulaminy jak to regulaminy są niespójne: jawnie pozwalają na start masowy w nocnych MP, wymagają startu interwałowego dla wszystkich innych indywidualnych MP, a ultralong jest jakoś tan na doczepkę, bez pełnych definicji co i jak.
Patrząc na regulaminy, to wychodzi mi, że i tak nie zdobędę punktów rankingowych bo:

Jak nic -  nici z punktów rankingowych dla wszystkich uczestników...

 



 



wtorek, 22 października 2024

Warszawska Olimpiada Młodzieży - sprint

Druga część WOM-u (czyli sprint) rozgrywana była już w Warszawie, więc mieliśmy blisko, ale żeby nam nie było za dobrze, pogoda zupełnie się zepsuła - zrobiło się zimno i zaczęło popadywać.

Brrr, zimno.

Pierwszy miał startować Tomek i pomimo deszczu odprowadziłam go, bo było blisko. Byliśmy czasowo tak rozstawieni, że zdążył wrócić zanim ja wystartowałam. Dzięki temu mam filmik ze startu.

Od razu pod górkę.


Jak dynamicznie ruszyłam!

Znowu biegałam z jedną rywalką, ale tym razem dla odmiany z Becią, bo Gosia nie dojechała.  Szanse miałam ciut większe, no ale ostatnio to Becia mi dowaliła na nocnym bieganiu.
Ponieważ jednak był dzień, bieganie miejskie okazało się łatwe nawigacyjnie, bo kondycyjnie to jak zawsze. Głupot po drodze żadnych nie zrobiłam, wszędzie trafiłam od pierwszego podejścia, a czy optymalnie? Pewnie można było lepiej, ale to drobiazg. Sprężałam się jak potrafiłam, bo zimno i mokro, chociaż zimno to już przestało być po pierwszym punkcie.
O ile pierwszy punkt był typowo "blokowy", to po nim wbiegliśmy na teren Parku Polskich Wynalazców, z górką, niewielką, ale zawsze. Cały part był malutki, ale udało się w nim upchnąć aż siedem punktów. 
Tomek czekał na mnie przed przedostatnim punktem trasy  i dokumentował moje poczynania.

Biegnę do PK 12

Podbijam PK 12

Biegnę do PK 13

I meta.

Też meta.

I obydwoje na mecie.

Tak, że... no - było lekko, łatwo i prawie przyjemnie (jak przestawało padać). Dla mnie spoko.

Trasa

niedziela, 20 października 2024

Warszawska Olimpiada Młodzieży - klasyk

Ponieważ oboje z Tomkiem pragniemy zachować wieczną młodość, to co roku startujemy w Warszawskiej Olimpiadzie Młodzieży. W naszym przypadku to co prawda już druga, czy nawet raczej trzecia młodość, ale zawsze.
W tym roku pierwsza część zawodów - klasyk odbyła się w Otrębusach, czyli jak dla nas, po zupełnie przeciwnej stronie Warszawy niż Zielonka. Ale powoli zaczynam się przyzwyczajać do tych długich dojazdów. Bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Koncentracja przed zawodami.

 Do startu trzeba było kawałek podejść, ale całkowicie w ramach rozsądku, a dodatkowo w miłych okolicznościach przyrody.

Przytulam się do miłej okoliczności przyrody.

Tomek miał startować pierwszy, ja chwilę po nim, za Becią, a przed Gosią.
Niestety Becia nie dotarła, więc byłyśmy tylko dwie w kategorii - i tak lepiej niż w niedawnych Mistrzostwach Mazowsza i Województwa Lubelskiego:-)

Jeszcze trochę min przed startem.

Po starcie Tomka cały czas powtarzałam sobie, żeby pamiętać o włączeniu zegarka i oczywiście... zapomniałam. To znaczy nie tak na amen, ale zaczęłam przy nim kombinować dopiero na dobiegu do lampionu startowego. A ta cholera za nic się nie chciała włączyć, aż musiałam się zatrzymać i chwilę pomajstrować przy nim. A tam przecież za plecami goniąca mnie Gosia!  Udało się i mogłam wreszcie spojrzeć na mapę. Jeszcze przed startem słyszałam opinie, że teren marny - jedna wydma i nic więcej, ale mi się nawet spodobało to, co zobaczyłam na mapie. Z przebieżnością może i było marnie, ale niemal wszędzie dawało się dobiec ścieżkami, nadkładając mniej lub więcej, ale zawsze.
Od razu skorzystałam z opcji: ścieżka i na jedynkę nawet nie próbowałam azymutować. Co prawda mogłam mądrzej wybrać ścieżkę i mniej nadłożyć, ale co tam. Nikt nie jest doskonały.
Dwójeczkę też wzięłam ścieżkowo, ale do trójki już trzeba było na azymut. Ponieważ zawsze znosi mnie w prawo, więc już od razu pilnowałam lewej strony i chyba ciut przesadziłam, bo rozminęłam się z punktem i wyszłam na sąsiednią polankę. Nie było to wielkim problemem, bo od razu zorientowałam się co jest grane i naprawiłam błąd, ale w tyle głowy wciąż mi coś szeptało: Gosia cię goni!

Trójka z zawijasem.

Po trójce wróciła opcja ścieżkowa i skrzętnie z niej skorzystałam. Starałam się biec ile sił w nogach, ale w końcu gdzieś koło piątki w oddali zauważyłam Gosię. Z tego stresu szóstkę wzięłam trochę głupio (dobieg i odbieg), bo nadłożyłam trochę zupełnie niepotrzebnie. Ale tak się jakoś czepiłam tych ścieżek, że nie brałam innych opcji pod uwagę.
Przed siódemką poddałam się i pozwoliłam wyprzedzić. Zmusiła mnie do tego fizjologia i zamiast do siódemki, pognałam w bok, w krzaki. No co? Siła wyższa.
Ósemkę, dziewiątkę i dziesiątkę brałam azymutowo, ale bardzo dobrze mi to poszło, tyle, że rywalki już nie dogoniłam. Od dziesiątki znowu ścieżki, a tuż przed jedenastką wyglebiłam na jakimś wystającym korzeniu, że aż się ziemia zatrzęsła.  Pozbierałam się i jakoś dotarłam do mety, ba - nawet ścigałam się na ostatnich metrach, bo tak mnie Tomek zdopingował. Co prawda nie wiedziałam kto mnie goni, ale przyspieszyłam.

Szybki finisz.

Gosia dołożyła mi niemal pięć minut, ale niech jej będzie - lepsza jest. Za to ja dłużej miałam przyjemność być w lesie, więc i tak wyszłam na swoje.

Cała moja trasa.