Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Street-O. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Street-O. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 września 2022

Street-O w drodze z pracy

Już zapomniałem jak się biega na Street-o. Ale skoro było takie po drodze z pracy… wstyd nie spróbować. Wprawdzie tego dnia miałem home-office, ale skoro się zapisałem, nie ma wymówki - trzeba jechać;-) 

Organizator – wyjątkowy – tym razem Przemek wymyślał trasę. Czekał na nas w magicznym parku – takim jakoś tak dla dzieci – wśród dziecięcych ścianek wspinaczkowych, huśtawek i innych takich;-) 

W oczekiwaniu na start

Na dojściu od auta do parku już widziałem wybiegające z furtki parku osoby z mapami. Wkrótce i ja dostałem mapę (a raczej mapy) i także wybiegłem za furtkę. Zerkam na mapę, a tu jest coś więcej – druga strona. A na niej trzy mniejsze mapki. Takie małowartościowe punkciki, ale koło siebie w łącznej wadze nastu punktów. I to był chyba haczyk jaki wymyślił Przemek. Bo kto normalny zbiera punkty o wadze 1? No, chyba że przez niego przebiegamy na jakiś bardziej wartościowy! Ale jak się dobrze pokalkuluje, to szczególnie kawałek 16B był wart zebrania. Tyle, że na starcie wcale tak nie myślałem. 

Na rozgrzewkę wziąłem 2T przy rondzie, gdzie zaparkowałem autko. Niby banalne pytanie, ale długopis coś słabo pisze, a i zanim zorientowałem się, że chodzi o napis na tabliczce z nazwą ulicy, mija co najmniej minuta. Taki to już urok Street-O;-) 

Kolejne punkciki – znowu zmitrężony czas na szukanie odpowiedzi i walkę z opornym długopisem. I walkę z zachodzącym słońcem świecącym zawsze w oczy! 

Prawdziwy horror zaczął się przy PK 4F. Pytanie „co wyłożono?” sugeruje jakąś tabliczkę z trutką na szczury/myszy/wampiry czy inne szkodniki. Tyle, że znajduję tu różne dziwne rzeczy – stertę skrzynek po owocach, stertę czegoś tam jeszcze i nie wiem co wpisać. A co tam niech będą skrzynki. Dwie minuty w plecy i wrażenie, że odpowiedź błędna… 

Dalej znowu kilka przestojów na punktach o wadze 1. Coś jestem dzisiaj wyraźnie nie w formie;-( 

Po PK 4C zamiast lecieć na opisaną wcześniej mapkę 16B lecę na 1K i 4B. Bez sensu. Teraz wiem, ale wtedy… 

PK 2H tracę 3 minuty i nie znajduję ceny jakiegoś tam masażu… Widzę konkurencję biegającą w okolicy. Zdenerwowany liczę paczkomaty (chyba 5 na jednym parkingu - to jakiś lokalny rekord!). 

42 minuta - zostało jeszcze 18, decyduję się na długi przebieg na zachód. Po drodze wartościowy PK 4D. Szukam go ponad 3 minuty. Wrrr! 

Teraz szybko 5F, 1O, 1P, 2N, 1W i 5H i mija godzina. Lecieć na metę, czy coś dozbierać? Trochę dalej to 18 PP i może coś w parku z małej mapki. Opłaca się. Lecę. Przebiegam PK 1Y (choć ktoś pod nim stoi), muszę się cofnąć. I dalej typowy błąd – lecę nie w tę stronę (byle dalej od mety!) Dwie minuty w plecy;-(. Nie dostrzegam 2U – strata 2PP. PK 5K - fryzjer dla zwierząt. Nazwisko właściciela? Próbuję pytać, ale jakoś bez odzewu. Wreszcie dostrzegam – na bocznej ścianie. Jestem 5 minut po czasie, zdobyłem 9PP, jestem więc do przodu. 

Rów z wodą. Niby jakaś gałąź rzucona w wodę, ale kwitnąca woda nie zachęca do przejścia. Lecę naokoło. 1Y, 2V, 4H i kierunek meta. Koło parku 16 minut po czasie, zdobyte 16PP. Decyzja - robię park. 1SS, 1U, 1T, 1R, 3G, 2O, 1TT – słowem 10PP na plusie, czas…8 minut, więc 2 PP do przodu. Jak widać te skupiska się opłacały. Choć w parku… łatwo się zgubić – wstyd powiedzieć nie mogłem znaleźć 1TT na początku:-)

Niby nie biegamy dla nagród, ale cukierek się należy!

Do pamiętnika selfie "po"

Po długim oczekiwaniu pojawiły się wyniki – wstyd – 10,5 km na liczniku, tylko 99 zdobytych punktów i kara 24 PP za spóźnienie, co daje 75PP w końcowym przeliczeniu. Ci co wygrali, brali tę mapkę 16B;-( Będę musiał się poprawić kiedyś!


piątek, 9 października 2020

O! Street-O!

To do kompletu Street-O nr 22. Wawrzyszew -gdzie niedługo będzie(?) Warsaw Orient Race. Tradycyjnie bez Renaty (jak można mieć awersję do Street-O???). Stacja metra Warzyszew. W pakiecie mapa, naklejka i mordoklejka. 

Zamaskowane biuro zawodów

 Na początek te dwa: mapa i naklejka. Czas - start! Na mapie punktów dużo. Niestety większość „małowartych”. W górę, czy w dół? Obie strony wyglądają podobnie pod względem wartości punktów. Dobra, niech będzie góra. Ruszam. Zaczynam od 3G. Pytanie „ile lat?”. Ale gdzie tu lata? Mural i jak wół 68 dni. Chwila konsternacji wpisuję PBK z adnotacja 68 dni. Dalej w górę wpada jakaś piątka. Na mapie nie ma bardziej wartościowych punktów. Wybiegam z parku w ślepy zaułek, muszę się wracać. PK 3F szukam o dwadzieścia metrów za daleko. Coś marnie idzie. Przebiegam przez jakiś zgrupowanie nordic walkerów robiących grupową rozgrzewkę. PK 2H – pytanie o szczeble drabiny – drabiny brak i tam gdzie kropka, jest bilboard reklamowy Leroy Merlin. Pewnie na nim była drabina, a teraz jest szlifierka kątowa. 26 minuta kolejna - piątka 5A – taki punkt oddalony od wszystkiego. Połowa czasu pozostałe piątki są po drugiej stronie linii metra. Nie tracę czasu na nadrabianie drogi i szukanie jakiś trójek i jedynek i lecę na 4C. Długi przelot wzdłuż ogródków działkowych. Kończy się siatka, jest ścieżka w lewo w las. Skręcam. Robi się węziej i nierówno. Łup – leżę. Wszystko całe, można dalej. Ale ścieżka się skończyła! Przebijam się wzdłuż ogrodzenia starając się przeżyć. A miało być szybko i bezproblemowo! Odbijam 4C i przebiegam nad metrem. Kolejna piątka, na mapie zostały jeszcze trzy. Za PK 4B mijam Beatę truchtającą z naprzeciwka. PK 5C „Ile czerwonych kół?” Dużo za dużo! Liczę ze trzy razy i wyciągam średnią;-)

PK 1O miało być przedszkole, a jest.. żłobek. Ale co tam, także dla dzieci – biorę;-). Na drodze do PK 4G spotykam biegnącego z naprzeciwka Przemka. Szybko tymi nogami przebiera skórkowany;-) 

PK 1K podchwytliwy – najpierw wpisuję lekarza. Ale nie tylko ja szukam, ktoś mi za plecami także przeczesuje teren w poszukiwaniu rzemieślnika. 

PK 4H ma być na lewo od „ścieżki”. Ścieżka to przejście, czy taras pomiędzy pawilonami handlowymi. „Ścieżka” kończy się schodami, czyli gdzieś na ścianie po lewej jak zbiegnę w dół. Jakiś kebab, czy co. Nie ma żadnego kebabu. Obchodzę z tej i z tamtej. Nie ma kebabu, więc jest BPK. Nie lubię niedokładnych map;-) Na odreagowanie biegnę do kościoła do PK 5G. Naprzeciwko PK 1A, ale w świetle latarki naprawdę ciężko doliczyć się głów ze skrzydełkami. Mi wychodzą dwie, ale nie wiem czy dobrze. Drewniany mostek za 4 punkty i ostatnia piątka 5F. 57 minuta – czas wracać. 2 minuty tracę na znalezienie napisu z PK 2B, czyli uzysk zerowy. Wartościowy 4D w Domu Kultury- zerkam przez szybę i kalkuluję z wystawy ile to jest 2020 – 1980, gdy wychodzi uczynna pracownica kultury i z daleka krzyczy „40 lat” i podpowiada, że wisi taki dupny napis nad wejściem. Ale po ciemku kto by patrzył na nieoświetlone dachy? Dziękuję i lecę dalej. Przebiegam prze 1E – chwilę literuję napis z trawy o długości 30 metrów (widzę, że inni także szukają napisu… stojąc na nim). Ostatni PK 3E i meta. Na mecie zbiorowe bicie autorki za pierwszy punkt ( ten od lat co ich było 68 dni), za co w odwecie dostaję ostatnią rzecz z pakietu startowego - „mordoklejkę” – pewno bym nie bił dalej autora;-). 

Karta startowa oddana
 

Wiecie za co lubię Street-O? Za nieprzewidywalność i zabawę z potwierdzaniem – nie sztuka dobiec na właściwe miejsce – sztuka to znaleźć to, o co autorowi chodziło:-) 


 

niedziela, 9 lutego 2020

O! StreeT!

Nie dane nam było być do tej pory na wszystkich edycjach Street-O, ale na jubileuszowej 20-stej zabraknąć nas nie mogło. Tym bardziej, że to w miarę bliskie okolice Zielonki (no bo ta sama strona Wisły!).
Jak to w tego typu imprezach - pierwszy problem – zaparkować. Zrobiliśmy chyba dwie rundki, aż udało wjechać się boczną ślepą ulicę i znaleźć jakieś wolne miejsce. Ślepe ulice mają do siebie to, że są mało uczęszczane – wyszliśmy z auta i to mało uczęszczanie od razu objawiało się lodem na chodnikach. Mało nie wywinęliśmy orła. Słowem zapowiadało się ciekawie;-)

Udało się dotrzeć na start, mapy w dłoń i poszliśmy. Znaczy pobiegliśmy. Gdzieś tak w górę mapy do PK 3A. Wiadomo – pierwszy punkt zawsze jest najtrudniejszy. Zobaczyliśmy jakieś tablice informacyjne, ładne duże i kolorowe, coś o wojnie i szukaliśmy odpowiedzi na pytanie „Który pułk Ułanów Nadwiślańskich?”. Sęk w tym, że na tablicy było sporo tekstu o barykadach, walkach, ale o ułanach ani słowa. Nawet o tych zawiślańskich. Dopiero po dłuższej chwili dojrzeliśmy inną niepozorną tablice pamiątkową. Tu już ułani się znaleźli;-)

Dalej poszło już lepiej. Liczyliśmy kartki (początkowo szukaliśmy kratek) na stoliku, świeciliśmy w okna ambasady, aż dotarliśmy do punku 5E. Tu pokonało nas pytanie o rok Meandrów. Bo o co chodziło autorowi? Wijące się koryto rzeki? Rodzaj jaskini? A może polskie czasopismo filologiczne (nie, nie jesteśmy tacy mądrzy, by znać wszystkie znaczenia słowa meander – to zna Wikipedia, my po prostu szukaliśmy tego słowa w terenie). W zaznaczonym miejscu była tablica, był nawet na niej rok, ale napis, wprawdzie na literę M mówił o Manewrach… Wpisaliśmy podwójnie BPK i rok z tablicy (a co);-)
Potem pobiegliśmy w kierunku Ronda Waszyngtona. Znane nam z Parkrunów (choć z drugiej strony). Tu chwilę zatrzymał nas PK 4D – krążyliśmy chwilę szukają tablicy z „Liderem” a wystarczyło podnieść wzrok, by dostrzec napis na wysokości 1 piętra…

Kolejna zagwozdka to liczenie guzików na mundurze Jerzego Waszyngtona. Żaden nie dał się odpiąć, więc czy to był guzik?

Czasu coraz mniej – decydujemy się na skupisko punktów przy ul. Międzynarodowej. PK 1I. I tu wtopa, bo to PK 1I czy 1l ? Najpierw szukamy odpowiedzi na pytanie iluletnia tradycja. Ale czego? Garaże, trawka, kilka drzewek, plac zabaw…. Po chwili dociera do nas, że może chodzi o pytanie „Co zachowaj”? Pewnie chodzi o ciszę lub porządek, ale odpowiedzi nie znajdujemy. Za jeden punkt szkoda szukać tego za długo. Na szczęście reszta punktów wchodzi, choć ich położenie w terenie jakoś tak mało zgadza się z położeniem na mapie. Jakby na mapie zabrakło sporo ciągów pieszo-samochodowych…

Na mecie!
Zostaje nam z 10 minut i kawałek do mety. Zbieramy co się daje, ale przed metą zatrzymują nas światła. Jako praworządni obywatele spóźniamy się na metę o jakieś dwie minuty (zresztą na starcie do pierwszego PK także spędziliśmy na światłach kilka minut). Jeszcze szybka fotka na mecie i pędzimy do Rembertowa odebrać dziecko wracające z zajęć.

Szkoda, że nie było dłuższego limitu, z chęcią byśmy zaliczyli jeszcze kilka punktów na Street-O – 60 minut to stanowczo za mało!
Tyle zdążyliśmy zebrać

niedziela, 6 października 2019

Street-O na Ursynowie

Gdyby nie remont, to po Niepoślipce bylibyśmy wolnymi ludźmi, ale i tak postanowiliśmy udawać, że nic nas nie ogranicza i możemy robić co chcemy. Uznaliśmy, że zamiast gipsować, szlifować, malować, kleić lepszą rozrywką będzie bieganie i wybraliśmy się na street-o i to na dłuższą trasę. Z tym street-o to mam dylemat - lubić je, czy nie lubić. Niby nie trzeba składać mapy, wszystkie ulice i ścieżki mam podane na tacy, ale ogarnąć tę plątaninę (zwłaszcza na Ursynowie) to wcale nie jest tak łatwo. Szczególnie wieczorem jak się ma słaby wzrok. Jak zawsze, zanim ja zdążyłam zorientować mapę, Tomek już ruszył, więc nie pozostało mi nic innego jak lecieć za nim, wierząc, że wie co robi.

Dużo ulic, dużo punktów i jak tu nie zginąć marnie?

Postanowiliśmy zacząć od lewego górnego fragmentu, potem prawy górny, a potem w zależności od okoliczności. Lewa góra nawet poszła nieźle, poza tym, że Tomkowi zepsuły się wszystkie długopisy i notowanie odpowiedzi na dwóch kartkach jednym piśmidłem zaczęło zajmować nam nagle dwa razy więcej czasu. Ale za to przynajmniej miałam czas na zerknięcie do mapy. Największym wyzwaniem okazała się dla mnie Kopa Cwila i bynajmniej nie ze względów nawigacyjnych:-)
Przejście z lewej strony na prawą udałoby się nam bezbłędnie gdyby nie pomyliły się nam kierunki i gdybyśmy nie ruszyli w stronę startu. Ale czy to po ciemku widać jakikolwiek kierunek? W miarę szybko zorientowaliśmy się, że źle idziemy i zawróciliśmy. Po zrobieniu całej góry nagle okazało się, że coś mamy mało czasu i pora zmierzać w stronę startu. Po prawym środkowym fragmencie tylko się prześlizgnęliśmy biorąc 4M i 1G. Byliśmy także przy 3E gdzie długo i bezskutecznie szukaliśmy zwierzęcia przy bezie. Jak się potem okazało w ciągu kilkunastu godzin od rekonesansu zniknął szyld cukierni. Jak to nic na tym świecie nie jest pewne...
Z fragmentu ze startem na nawrocie wzięliśmy nawet sporą część, ale cały dół nam pozostał nie ruszony. 90 minut okazało się bardzo krótkim czasem:-)
Byłam pewna, że znowu będziemy na szarym końcu wyników, a tymczasem zajęliśmy przyzwoite piąte miejsce na trzynaście zespołów. Ale najważniejsze, że mieliśmy pobiegane.

środa, 6 lutego 2019

Starówkowe Street-O

Chodzenie jest fajne, ale biegać też trzeba. Ot, chociażby po Starówce - ładnie, klimatycznie, inaczej niż w lesie.  A do takiego biegania najlepsze jest Street-O.
Na start przyjechałam najpierwsza ze wszystkich i długo czekałam na pojawienie się Tomka. Zanim dotarł miałam już wypełnioną kartę startową, mapy ubrane w koszuli oraz wiedzę o sposobie rozwiązania zadań i błędzie w jednym pytaniu. Mogliśmy ruszać od razu, ale oczywiście chwilę nam zeszło nim się wykokosiliśmy.
Postanowiliśmy zacząć od 1YY, czyli pytania o Kolumnę Zygmunta. Obeszliśmy ją ze trzy razy dookoła, obmacali, obwąchali i... nie znaleźli sensownej odpowiedzi na pytanie. Porzuciliśmy ten punkt i ruszyliśmy do kolejnego. Jak się później okazało, byliśmy oczywiście w złym miejscu, bo wcale nie chodziło o  tę stojącą kolumnę, tylko leżące fragmenty starej. Jak myśmy tę mapę oglądali, to sama nie wiem. Taki obciach na samym początku:-(
1EE wydawał się prosty, a znowu naoglądaliśmy się budynku i okolicy przez parę minut zanim zadarłam na tyle głowę, żeby zobaczyć wielki banner. Początki były jakoś trudne, ale potem szło coraz lepiej. Lekkie problemy mieliśmy przy 1K, bo szukaliśmy w złym miejscu, ale docelowo trafiliśmy gdzie trzeba.
Niektóre pytania były zaiste ciekawe:
- po ilu minutach toaleta otwiera się automatycznie?
- jakiego koloru są płomienie?
- ile jest rzeźb w trójkącie? itp.
Najciekawsze było zadanie drugie - "Po czyjej stronie walczyli Amerykanie w bitwie pod Grunwaldem?" No kto wie? My wiedzieliśmy!
Dodatkowym utrudnieniem w zawodach było dość niestabilne podłoże. To było takie podłoże, że bałam się, że się wyłożę. Czyli po ludzku - było ślisko. I mokro. O dziwo, udało się oblecieć trasę bez upadku, ale tempa to nie mieliśmy oszałamiającego. Zaliczyliśmy 29 punktów i zdobyliśmy 54 PP, co dało nam jedenaste miejsce, czyli tak w połowie stawki. Szału nie ma, ale zawsze mogło być gorzej.

Na mecie (akurat nie nasza karta)

A w drodze powrotnej cyknęliśmy sobie parę fotek ze świątecznymi iluminacjami, bo to był już ostatni moment przed ich rozbiórką.



niedziela, 27 maja 2018

Hal u Cynki

W tym roku Darek nie mógł poszaleć na mapie Hal u Cynkowej, bo postawił na formułę Street-O, gdzie nie są przewidziane żadne odjechane przekształcenia. Trochę się zawiodłam, tym bardziej, że Street-O jak dla mnie jest to najbardziej nudna mapa na świecie - same drogi, ścieżki i alejki. Jak się człowiek pomyli w ich liczeniu, to już nie ma po czym się odnaleźć, bo nie ma żadnych budynków czy innych ułatwień.
Zaczęliśmy od 1D, a już przy kolejnym - 5C nas zacięło. Zaczęliśmy szukać daty przy furtce, ale przy samej furtce naprawdę żadnych dat nie było. Do poszukiwań dołączył Andrzej K. i w końcu uznaliśmy, że coś jest nie tak z tym punktem, szczególnie, że pytanie do niego było oznaczone gwiazdką, a nigdzie na mapie nie było wytłumaczenia, co oznacza gwiazdka.
Polecieliśmy dalej na 3G i 2E. Potem postanowiliśmy zrobić środek "kółeczka" ograniczonego ulicami: Umińskiego, Jugosłowiańska, Fieldorfa. Zgarnęliśmy tam wszystko, ponownie natrafiając na punkt o nazwie 5C. Ponieważ na pytanie o szkolenie psów nie znaleźliśmy odpowiedzi, znowu pomyśleliśmy, że Darek walnął jakiegoś babola. Dopiero odbiegłszy kawałek stamtąd, dotarło do nas, że są dwa punkty 5C i dwa pytania, a my dopasowaliśmy je na odwrót. Nie pozostało nic innego jak wrócić po właściwe odpowiedzi. Podobna sytuacja była z punktem 2G, który też występował dwa razy, ale my akurat żadnego z nich nie braliśmy.
Bieganie za tymi poprawkami zajęło nam trochę czasu i w efekcie na metę wpadliśmy ciut po czasie, ale i tak opłaciło się wracać na obie piątki.
Taką traskę zrobiliśmy:



poniedziałek, 12 marca 2018

FalInO ze Street-O

Lubię biegać w Falenicy. A tak konkretnie, to lubię FalInO bo na ogół jest łatwe, przyjemne i na moim poziomie pojmowania orientacji. Do tego lampiony nie są nachalnie skitrane w dołach i chaszczach i praktycznie to wystarczy dobiec mniej więcej w okolice punktu, rozejrzeć się, a lampion sam rzuca się w oczy. Mam nawet takie wrażenie, że lampiony na FalInO są bardziej pomarańczowe niż na innych imprezach, chociaż muszę przyznać, że w sobotę kilka z nich wyraźnie się zeszmaciło i upadło, ale to może stan przejściowy.
Mapę dostaliśmy dość oszczędną, bo tylko na pół kartki, ale wszystko na niej było - wystarczyło wytężyć wzrok. Postanowiłam zacząć od punktu za kościołem i od razu nadziałam się na pogrzeb. Trochę tak głupio było latać dookoła karawanu, ale co było zrobić. Punkt w lasku naprzeciwko kościoła okazał się stać w malowniczym otoczeniu dzikich zwierząt, które chyba od niedawna tam zamieszkały. Fotki zrobiliśmy już po zawodach, ale zwierzaki prezentują się tak:




Potem postanowiłam pobiec w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i zatoczyć elegancką pętelkę, ale okazało się, że punkty są tak postawione, że trzeba latać zygzakiem. Wybrnęłam w ten sposób: 38, 45, 44, 47, 43, 46, 42, które faktycznie układały się prawie po okręgu, a potem wcięcie w środek mapy. Ponieważ punkty na mapie nie miały kolejnych numerów tylko kody, zaś karta startowa dla odmiany kolejne numery, więc po chwili już nie wiedziałam co mam podbite, a co nie. Tym sposobem punkt 41 podbiłam dwa razy - raz po PK 42, a drugi po PK 40. Nadłożyłam pół kilometra i straciłam parę cennych minut.  
Mój ostatni punkt - 31 był źle postawiony. Najpierw pobiegłam w miejsce zaznaczone na mapie od strony boiska - lampionu nie było, obiegłam więc od strony ulicy, że może jednak stoi na zewnątrz - też nie było. Wracając postanowiłam sprawdzać wszystko jak leci po drodze i od razu przy placu zabaw natknęłam się na lampion z kodem 31. Wbiłam nie zastanawiając się, że nie ma to sensu, a do kolekcji straconych minut doliczyłam kolejne.
Jak by ktoś myślał, że to już koniec atrakcji, to otóż bynajmniej NIE. Czekał nas jeszcze Street-O spreparowany przez Karolinę. Zupełnie zapomniałam, że to też impreza biegana i nie odpoczęłam uczciwie, tylko popędzałam Tomka, żeby iść od razu. Mieliśmy 45 minut na zebranie jak największej ilości punktów. Oczywiście od razu powstał dylemat, od czego zaczynamy i co zbieramy i wydawało się, że sobie zaraz łby na tym tle pourywamy, bo każde chciało w inną stronę, ale trasę chcieliśmy zrobić razem:-) W końcu udało się osiągnąć porozumienie. Trochę nas dziwiło, że punkty z najwyższymi numerami są wszystkie blisko startu/mety, a w ogóle wszystkie PK są wysoko punktowane i nie ma wcale jedynek, dwójek, a najniższa to szóstka. Ale co tam - dziwić się można, a biec trzeba. Wybiegaliśmy taki fantazyjny wzorek, przy czym Tomek zebrał jeszcze dwa punkty więcej niż na tracku, bo ja na widok mety poddałam się i skręciłam do szkoły.


A w ogóle to okazało się, że Karolina zrobiła nas w balona, bo najlepiej było zebrać wszystkie punkty nie patrząc na czas, bo nawet jego spore przekroczenie i tak się opłacało. Tomek wpadł na to dopiero post factum, a mi w zasadzie nie robiło ile zbiorę, bo w końcu to zabawa. Ale jak to jednak trzeba kombinować, a nie lecieć bezmyślnie. Na drugi raz nie damy się nabrać!

piątek, 2 lutego 2018

Żyrafy wychodzą z szafy.

No i znowu nie załapałam, że Street -O to bieg, a nie marsz:-( Kiedy Tomek zobaczył mnie gotową do wyjścia, uprzejmie się zdziwił moim strojem, a ja zdziwiłam się jego zdziwieniem. Poszliśmy więc na kompromis - kurtkę puchową zamieniłam na softshell, ale ciepłe gacie pod spodniami zostawiłam. W końcu pamiętałam, że poprzednim razem biegliśmy głównie wtedy, kiedy wiedzieliśmy gdzie biec, a resztę czasu spędziliśmy stojąc i patrząc w mapę.
Tym razem mapa wydała się jakby przyjaźniejsza, a może po prostu już wiedzieliśmy na czym polega zabawa. Postanowiliśmy zacząć od 2G i od razu wiedzieliśmy gdzie biec. Ruszyłam niczym rącza łania, tyle, że po chwili zasapałam się i zlałam potem. Ciepłe gacie jednak okazały się błędem. Dobrze, że przynajmniej rękawiczek nie ubrałam, tylko trzymałam je w kieszeni. Uff.
Najbardziej ze wszystkiego to podobały mi się pytania, na które trzeba było znaleźć odpowiedź na punkcie kontrolnym - na przykład: "Na czym stoi śmietnik?", czy "Po ile są pączki?" Tradycyjnie miałam problem z pytaniami "Ile schodów", bo zawsze mam dylemat jak liczyć platformy - jako stopień, czy nie? Ponieważ mamy z Tomkiem inne poglądy na tę jakże ważką kwestię, każde z nas podawało inny wynik, a na mecie tłumaczyłam Karolinie, jak ja rozumiem pojęcie schodów.
Najlepszy jednak był PK 9A. W opisie punktu widniało: "Budka ochroniarska. Wybierz (tu był podany numer). Powiedz: hasło, a otrzymasz odpowiedź. Wpisz ją." Tomek od razu skierował się do domofonu, wstukał kod, zażądał hasła i dowiedział się, że trzeba wpisać 12 słoni. Powiem Wam, że w życiu bym na to nie wpadła. To już prędzej usiłowałabym wydusić hasło od tych ochroniarzy. Ale to może dlatego, że nie miewam do czynienia z domofonami, a jeśli już to takimi bezpośrednio przy klatce schodowej, a nie hektar od budynku. Nooo, zrobił na mnie wrażenie ten pomysł z hasłem. Brawo Karolina!
Ponieważ biegacz ze mnie marny, a do tego te ciepłe  spowalniające gacie, więc i uzysk punktów mieliśmy taki sobie i w efekcie uplasowaliśmy się w połowie stawki. Ale rzutem na taśmę w pierwszej połowie:-) Na metę dowlokłam się ostatkiem sił i w ostatniej minucie. I gdyby mnie Tomek nie dopingował, to pewnie w ogóle zostałabym na ostatnich schodach przy Sobieskiego.

czwartek, 9 listopada 2017

Ooooo! Street-O!

Należę do osób, które nigdy nie czytają instrukcji obsługi ani innych wyjaśnień i nie dlatego, że uważam, że wiem lepiej, ale dlatego, że nie mam do tego cierpliwości. Kiedy więc na stronie klubowej pojawiła się informacja o nowej formie imprezy, czyli Street-O, wymiękłam już po pierwszym akapicie. Na drugi już tylko rzuciłam z daleka okiem, a widząc hasło "punkty przeliczeniowe" od razu zamknęłam stronę. Tym sposobem, o tym, że jest to impreza biegana dowiedziałam się dopiero jadąc na start. Co prawda Tomek usiłował przemycić mi tę wiedzę, ale byłam wyjątkowo odporna i cały czas mi się zdawało, że chodzi mu tylko o podbieganie między punktami. Trochę dziwiłam się, że ubiera się tak strasznie biegacko, ale w końcu każdy może mieć własne fanaberie i nic mi do tego.  Ja, upewniwszy się, że impreza jest miejska, a nie po krzalach, wystroiłam się w dżinsy i niewiele brakowało, a wzięłabym wyjściową kurtkę. Nie chciałam jednak aż tak bardzo kontrastować z wyglądem Tomka. Kiedy więc dostaliśmy mapy i zaświtało mi o co chodzi, uzmysłowiłam sobie, że jestem totalnie nieadekwatna do zadania jakie mnie czeka - ubrana stanowczo za ciepło, w mało wygodnych spodniach, z plecakiem - jedynie buty miałam odpowiednie. Dodatkowo wyobrażałam sobie, że po otrzymaniu mapy przynajmniej na nią spojrzymy i spróbujemy ogarnąć o co chodzi i gdzie mamy lecieć. Nic z tego. Tomek od razu rzucił hasło: biegniemy! I pobiegliśmy.  Od razu okazało się, że nie wiadomo gdzie biec, ale czy to ważne? Pobiegliśmy więc przed siebie, potem kawałek wróciliśmy, potem znowu w pierwotnie obraną stronę, a w końcu odpuściliśmy 1G zakładając, że może 1F będzie łatwiej znaleźć. No, faktycznie - trafiliśmy. Przy 2D zaczęłam się rozpinać, a najchętniej rozebrałabym się z jednej warstwy, ale nie miałam co z nią zrobić. Do 3C jeszcze dałam radę dolecieć, ale w drodze na 4F, kiedy Tomek już nabrał rozpędu, a ja rozpaczliwie usiłowałam go dogonić, złapał mnie skurcz. W łydkę. Aż przysiadłam na chodniku, bo poza wściekłym bólem, to w ogóle nie miałam poczucia posiadania nogi i trudno było podpierać się na czymś, czego jakbym nie miała. Najwyraźniej moje nogi nie zdążyły się jeszcze zregenerować po Azytmut Oriencie, a dodatkowo we wtorek byłam na gimnastyce, na której prowadząca już na wstępie zakomunikowała, że "dziś robimy nogi". No to mi zrobiła...  Na szczęście po chwili ból zelżał i choć noga nadal była nieczuła, jakoś dałam radę pobiec dalej. W tej sytuacji Tomek poleciał na 4F, a ja ostrożnie pomaszerowałam do 5C. Gdybym przed biegiem zrobiła rozgrzewkę, pewnie obyłoby się bez atrakcji, bo potem już nie miałam żadnych problemów. Chociaż fakt, że raczej nie leciałam na zbity pysk, tylko bardziej asekurancko. Potem bezproblemowo zgarnęliśmy 5D i 5E i zatrzymało nas dopiero 6B. Kilka osób kręciło się już po skwerku usiłując dowiedzieć się "na jakiej farmie", ale nigdzie nie było widać odpowiedzi. W końcu zostawiłam Tomka z tym problemem, a sama pobiegłam na kolejny punkt 6C.  Okazało się, że punkt umiejscowiony jest na zamkniętym osiedlu, a spieniony cieć najchętniej wymordowałby kolejne wbiegające mu na teren osoby. Udało się umknąć. Ponieważ wykorzystaliśmy już ponad połowę czasu, pora była kierować się w stronę mety zgarniając po drodze co się da. Dało się 5F i 4G, z którym chwilę się kotłowaliśmy bo podobnie jak 6B nie był zaznaczony tam gdzie stał w rzeczywistości. 3G było na wyciagnięcie ręki, tyle tylko, że tę rękę trzeba by wyciągnąć daleko za ogrodzenie, a nasze ręce okazały się za krótkie:-). Odpuściliśmy. Wzięliśmy za to 3H, a potem to już naprawdę trzeba było biegusiem lecieć w stronę mety. Tomek chciał jeszcze powalczyć o 1G, ale okazał się trudno dostępny. Tym sposobem zaliczyliśmy trzynaście punktów kontrolnych i zebraliśmy 54 punkty przeliczeniowe, co dało nam czternaste miejsce. Na 36 możliwych. Moim zdaniem całkiem przyzwoicie, choć oczywiście mogło być lepiej. I o ile początkowo byłam niechętnie nastawiona do tej nowej formy mapy (zwłaszcza mapy), to wraz z upływem czasu coraz bardziej podoba mi się ten Street-O. W ogóle, zauważcie, jaki ten nasz klub jest awangardowy - jako jedni z pierwszych rzuciliśmy się na ZPK-i, potem szaleliśmy na BPK-ach, a teraz mamy Street-O. Aż strach pomyśleć, co będzie kolejne:-)

Już na mecie