wtorek, 21 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - sobota: hurtowy etap potrójny.

W sobotni poranek wcale, ale to wcale nie czułam się rześka i gotowa na kilometry potrójnego etapu, który zaplanowaliśmy na ten dzień. Śniadanie trochę przywróciło mi energię, ale tylko trochę. Wciąż byłam niewyspana.
Tym razem bezproblemowo od razu poszliśmy na właściwy start. Mapa etapu nr 5 składała się z siedmiu wycinków, przy czym na jednym był i start i meta etapu, więc przynajmniej wiadomo było, że bez względu jak ten etap nam pójdzie, będziemy mogli zacząć kolejny. Nasze wycinki okazały się być w różnych skalach, oczywiście poobracane, ale przynajmniej nie zlustrowane. No i oczywiście były lidary. Trzy.

Mapa na dobry początek.

Początek był łatwy - polecieliśmy ścieżką do mostku i grobli, zgarniając PK 94. Za groblą spotkaliśmy Beatę czekającą na Irka. Oni zaczęli etap z przytupem - zamiast iść tak jak my - zboczem, wzdłuż rzeczki - polecieli dookoła jeziora do asfaltu i stamtąd na groblę i mostek. Zajęło im to mnóstwo czasu, ale w sumie weekend był, to gdzie się mieli spieszyć? :-) Kolejny PK 93 za dwoma liniami (jak głosiła mapa) zdjęliśmy z marszu, a po chwili 84 z kolejnego wycinka. 84 okazał się być podwójny z 96, ale nie będę sobie przypisywała zasługi zauważenia tego, bo mały iksik na lidarze utworzony z przecięcia drogi i strumyka wcale nie kojarzył mi się z miejscem gdzie byliśmy, zresztą nie kojarzył mi się z niczym. Tomek poleciał jeszcze po 95 na zakręcie rowu, a ja w tym czasie zbierałam siły do dalszej trasy. Przy 83 znowu spotkaliśmy Beatę i znowu bez Irka i podpowiedzieliśmy  o rozpoznanym wycinku lidarowym. Zostawiliśmy ją z dylematem - wracać na tego lidara, czy odpuścić? Ponieważ oni szli w TO i mieli mniej punktów do zebrania, mogli wybrzydzać co biorą, a czego nie.
 
 Najczęściej spotykana osoba.

Z PK 92 mieliśmy drobny problem. Od 83 poszliśmy na północ, droga nam się skończyła tak jak mapa pokazywała, po prawej miała być linia energetyczna, po lewej strumyk, a w środku lampion. Nie było niczego. Rozeszliśmy się w przeciwnych kierunkach żeby zbadać teren, potem połaziliśmy po okolicy razem, a potem Tomek wydedukował, że to co braliśmy za linię energetyczną jest po prostu niezbyt dokładnym złożeniem dwóch fragmentów mapy. To trochę ułatwiło dalsze postępowanie i w końcu wyczesaliśmy ten nieszczęsny punkt.
Trzy wycinki mieliśmy już załatwione i nic nie byliśmy w stanie dalej dopasować. Na jednym wycinku mieliśmy gęste poziomnice, na lidarze wybrzuszenia, czyli trzeba szukać terenu niepłaskiego. Owszem, natrafiliśmy na taki i co dalej? Próbowaliśmy dopasować wycinki to tu, to tam, tylko w terenie nie było żadnych lampionów. W końcu postanowiliśmy iść na metę. Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego szliśmy w kierunku przeciwnym do niej, czy Tomek chciał jeszcze coś sprawdzić, czy w ogóle już nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy (ja na pewno) i na to wszystko z naprzeciwka nadeszła... Beata z Irkiem. Tym razem to oni nas ratowali, bo wiedzieli, że meta jest przy leśniczówce, a zdybanego w lesie tubylca odpytali, gdzie ta leśniczówka. Przy leśniczówce rozpoznaliśmy wycinek z ortofotomapy, więc dwa kolejne punkciki wpadły do karty.
 
 Zadanie: jaki jest numer ambony najbliżej PK 82?

Nie wiem jak Tomek to zrobił, bo nachalnie się nie interesowałam, ale dopasował jeszcze kolejne dwa wycinki i zawlókł mnie gdzieś tam w las. Prawdę mówiąc miałam już dość tego bezsensownego łażenia, było mi gorąco i w ogóle nie ogarniałam tych marszowych map. Totalny regres.
Jednego wycinka lidarowego nie udało się w ogóle nigdzie dopasować i etap zakończyliśmy bez dwóch punktów. Trudno. Ale za to pamiętaliśmy o zadaniach!

Etap drugi (czyli nr 6) wyglądał na pierwszy rzut oka jakoś przystępniej. Przede wszystkim było mniej tych okropnych lidarów, a kilka pozamienianych kółeczek miałam nadzieję rozpykać w try miga.

Etap wygląda na łatwy.

Na początek wzięliśmy 101 z granicy kultur, a po odejściu kawałek, Tomek zaczął mieć wątpliwości, czy aby na pewno z właściwej granicy. Ale nie chciało nam się wracać żeby sprawdzić, najwyżej będzie stowarzysz. 102 i 103 były oczywiste i doszliśmy do pierwszego zamienionego wycinka. I tu sprawa się rypła. To co wyglądało na proste dopasowanie okazało się wcale nie takie proste i jednoznaczne. W miejsce kółeczka pasowały co najmniej trzy wycinki (łącznie z tym, który tam już był), a co jeden to bardziej. Po burzy mózgów i zbadaniu terenu uznaliśmy, że tu akurat autor mapy nic nie kombinował i wycinek jest na swoim miejscu. Przy kolejnym kółeczku zabawa powtórzyła się od nowa, a dodatkowo napotkani Asia i Jacek zasugerowali nam, że to, co wzięliśmy za PK 104, to według nich jest raczej 107, a tu gdzie jesteśmy to właśnie 104. Do PK 107 było zadanie: co się przy nim znajduje i faktycznie, niedaleko poprzedniego punktu stała tablica informacyjna. Więc może faktycznie.... W końcu Tomek postanowił polecieć przebić, a ja ruszyłam dalej. Byłam stuprocentowo pewna, że następne kółeczko to musi być 105, a tymczasem przy skrzyżowaniu spotkałam chyba ze trzy różne ekipy, a każda z inną koncepcją, który to punkt. Trochę osłabiło to moją pewność. Ale prawdę mówiąc i tak już nie mieliśmy co innego wbić w tym miejscu, bo inaczej znowu musielibyśmy wracać do poprzednich i robić przebitki. Nie pamiętam na czym stanęło po powrocie Tomka - wbiliśmy 105, czy nie?

Taaakie drzewa rosły przy drodze.

106 było zamienione ze 109 i przynajmniej tu mieliśmy jako taką pewność. Nigdzie natomiast do tej pory nie udało nam się dopasować wycinków lidarowych i powoli zaczęliśmy dopuszczać do siebie myśl, że trzeba będzie je spisać na straty.
Do PK 108 poszliśmy na azymut przez krzaki i tak samo z powrotem i o mało nie wyprowadziłam nas na manowce, bo zapomniałam, że niektóre kółeczka są pozamieniane i liczyłam na przecinkę, której nie było. Dobrze, że Tomek był czujny.

 PK 108

Dochodząc do 106 odkryliśmy, że właśnie mamy przed oczami jeden z lidarów i to ten, z którego podany jest azymut i odległość na PK 117 z kolejnego lidara. Dobra nasza! Cóż, okazało się, że wcale nie taka dobra. Jak byśmy się nie namierzali tym azymutem i ile razy byśmy tego nie robili, zawsze wychodziliśmy w krzaki. Pozostałe ekipy zresztą też. Post factum okazało się, że autor mapy ciut skopał ten punkt programu i faktycznie nie mieliśmy prawa nic znaleźć. Tomek co prawda wbił jakiś lampion z dołka znajdującego się na szeroko (bardzo szeroko) pojętym azymucie, ale wiedzieliśmy, że nie o to chodziło.

 Nasze lidarowe odkrycie.

Dalsza część trasy była już po "pełnej" mapie, więc bez większych problemów, ale nigdzie nie udało nam się dopasować jednego wycinka. PK 112 był w jakimś starym PGRze czy czymś takim i oprócz liter z tablicy jako potwierdzenie, dodatkowo w ramach zadania musieliśmy liczyć otwory okienne. W końcu szczęśliwie dotarliśmy do mety i bardzo żałowałam, że nie była to meta ostateczna.

Etap trzeci (nr 7) był istną orgią lidarową. Praktycznie sam lidar, na którym dorysowano najważniejsze drogi i na osłodę mały wycinek z ortofoto.
 
 Za takimi mapami nie przepadam.

Jak dla mnie znalezienie na tej mapie czegokolwiek graniczyło z cudem, no może poza wycinkiem startowym, jeśli skrupulatnie liczyło się kopce. Tomek liczył, mi się już nic nie chciało, tylko siąść, a najlepiej się położyć. Ortofoto nie udało się ani dopasować, ani dojść do niego według wskazówek autora, czyli zgodnie z podanym azymutem i odległością. Za każdą próbą znajdowaliśmy tylko... las.  Czyli sytuacja taka sama jak na poprzednim etapie. Jakoś nawet w końcu przestało nas to dziwić, ale Darek ewidentnie musi zmienić dilera.
O ile pierwszy wycinek lidarowy poszedł jako tako, bo praktycznie szliśmy tylko wzdłuż drogi, liczyli kopce i Tomek wdrapywał się na nie żeby spisać kody, to z drugim już nie poszło tak dobrze. Prawdę mówiąc wcale nie poszło. No, ale sorry, jak w milionie identycznych dołków znaleźć ten właściwy? No jak??? Z każdym kolejnym poszukiwanym punktem było coraz gorzej. Miałam wrażenie, że przeszliśmy już co najmniej kilkadziesiąt kilometrów i co gorsza w pewnym momencie już nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy.

 Tomek szukał lampionów, ja siedziałam przy ścieżce i robiłam sobie głupie fotki.

 Moim jedynym marzeniem było zejść do asfaltu i nim wrócić do bazy. Tomek koniecznie chciał znaleźć wszystko, co organizatorzy powiesili w lesie. Ale w końcu nawet i on się poddał, zeszliśmy do drogi w nie wiadomo którym jej fragmencie i aż musieliśmy odpytać tubylca, czy do naszego jeziora z bazą to w lewo, czy w prawo. Przed bazą zgarnęliśmy jeszcze dwa punkty ze znanego nam już terenu i nieco sfrustrowani oddaliśmy karty startowe.

 Wreszcie meta, ufff....

Byliśmy głodni, brudni i zmęczeni. W takiej też kolejności podjęliśmy działania naprawcze. Najpierw Tomek rozpalił grilla i wrzuciłam na niego kiełbaski i warzywka, potem wdarliśmy się do domku organizatorów i zasiedliliśmy łazienkę. Gdyby nie te kiełbaski dochodzące na ogniu, chyba zostałabym pod prysznicem na zawsze. A potem najedzona, czysta i śpiąca wpełzłam do namiotu, zawinęłam się w śpiwór i odmówiłam dalszej współpracy. Kolejny etap dzienny kompletnie nie pasował do moich wyobrażeń o wypoczynku urlopowym, nawet jeśli miał to być czynny wypoczynek. I nawet nie zauważyłam kiedy Tomek samotnie poszedł w las...

poniedziałek, 20 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - piatek: dzień, noc i pora niczyja.

Wawel Cup przeminął, można wrócić do Grillowania Kosmatych InOków. Po pandemicznej przerwie Grillowanie miało być chyba naszą pierwszą imprezą marszową, a na pewno pierwszą tak dużą. Miałam pewne obawy, bo zupełnie odwykłam od tych dziwnych, poprzekształcanych map, co to nie wiadomo od czego zacząć i jak ugryźć. W BnO mapa prosta jak drut i jak tu się teraz przestawić? Tomek na wszelki wypadek zapisał nas na trasy TO.
Oprócz map niepokoił mnie także nocleg. W namiocie. Ponieważ okazało się, że domki są mocno wieloosobowe, postanowiliśmy nie narażać się na ewentualnego wirusa i wziąć namiot. W pewnym okresie życia namiot jest super, ale w pewnym (naszym) okazuje się mało luksusowy jak na potrzeby steranego wiekiem ciała. Dodatkowo w dni poprzedzające wyjazd ciągle padało i zachodziła obawa, że tak już zostanie. Ale dwie noce jakoś można  przeżyć nawet i w trudnych warunkach, wziąwszy pod uwagę, że i tak część tych nocy spędzimy na trasach.
W piątek chcieliśmy przyjechać w miarę wcześnie, żeby jak najwięcej etapów zaliczyć na początek, ale niestety wpadliśmy w komunikacyjny koszmar i do Przysuchy jechaliśmy aż trzy godziny. Na dzień dobry dowiedzieliśmy się, że jest jakiś problem z zapleczem sanitarnym i wskazane jest korzystanie z łazienek w zaprzyjaźnionych domkach. No to tyle w temacie dystansu społecznego i tych spraw. Rozbiliśmy więc namiot w okolicy zaprzyjaźnionych domków i jak najszybciej uciekliśmy w las.

Rozbijanie namiotu tuż przy zaprzyjaźnionym domku.

W międzyczasie oczywiście zdążyliśmy złapać po mapie, bo po co w las bez mapy? I jaką mapę zaordynował Tomek? No, jaką? Oczywiście, że TZ. TO przy zapisach było jak obietnica przedwyborcza.
Zaczęliśmy od etapu nr 1, pojedynczego, leśno-wioskowego. Mapa składała się tylko z dwóch części, ale za to zlustrowanych, obróconych i zniekształconych (jeden kawałek). Mimo wszystko nie wyglądało to źle. W sumie największy problem był ze znalezieniem właściwego startu, bo były aż trzy, ale żaden fizycznie nie oznaczony w terenie. Tomek musiał się kawałek wrócić do bazy żeby sfotografować mapkę ze startami, bo o ile wiedzieliśmy w którą stronę iść, to już nie pamiętaliśmy jak daleko.
Jeszcze w bazie ktoś nas ostrzegał, że może być mokro, ale nie przypuszczaliśmy, że aż tak. Drogi w lesie stawały się coraz bardziej wypełnione wodą i coraz szerszym lukiem musieliśmy je obchodzić. Oczywiście obchodzenie nie uchroniło mnie od wpadnięcia w błoto. Na szczęście trasa była prosta i punkty znajdowaliśmy bez problemu. Trzeba było tylko pamiętać o zlustrowaniu mapy, żeby nie pójść w przeciwnym kierunku. Las dość szybko się skończył i zaczęły się niespodzianki - Darkowi chyba za mocno weszło to, co bierze przy tworzeniu swoich map i pojawiły się dziwne polecenia przy niektórych punktach. Szybko sobie je zracjonalizowaliśmy, ale na wszelki wypadek obok odpowiedzi spodziewanych, dawaliśmy też te dosłowne:-)

Teoretycznie powinien być lampion, więc odpowiedzieliśmy na pytanie:-)

Przy niebieskiej kropce na mapie musieliśmy potwierdzić punkty ze zdjęcia, czyli mieliśmy chwilę relaksu na placu zabaw.  Powrót do bazy asfaltem i jeszcze jeden punkt można było odpuścić, bo był nadmiarowy. Jak na rozgrzewkę przed nocą, to etap całkiem fajny - lekko, łatwo i przyjemnie.

 
Etap pierwszy zaliczony.

Po etapie dziennym mieliśmy chwilę na odpoczynek i zjedzenie czegoś oraz na zdystansowane życie towarzyskie. Na noc ambitnie zaordynowaliśmy sobie etap podwójny, bo lepiej mieć go z głowy, póki człowiek jeszcze ma siłę. Zaczęliśmy od "Płomiennego pojazdu kwantowego", który od razu wzbudził moja niechęć lidarowymi wycinkami, które w dzień są dla mnie mało zrozumiałe, a w nocy dodatkowo po ciemku trudno coś na nich wypatrzyć.

 Pierwsze nocne nieszczęście.

Już na sam początek walnęliśmy kosmicznego babola, bo poszliśmy na zły start. Na szczęście nie ruszyliśmy z niego na trasę, a byli tacy, którzy nie dość, że poszli, to jeszcze punkt znaleźli:-))) Ale też te starty przy jeziorze, na mapie wyglądające podobnie, to faktycznie mogą się pomylić.
Główny trzon mapy był w zasadzie pełny i nijak nie przekształcony, mogliśmy więc mieć pewność, że minimum 7 PK przyniesiemy. Co do reszty, to założyliśmy, że albo się uda, albo się nie uda. W sumie innego wyjścia nie było.
Po trzech zebranych punktach dotarliśmy do kropki na mapie oznaczającej miejsce dopasowania wycinka. Wycinki to już były nie dość, że w większości lidarowe, to jeszcze zlustrowane i obrócone. Do naszej kropki pasował jedyny nielidarowy, a obecność tłumów chodzących po niewielkim nasypie potwierdzała dobry wybór. Po chwili mogliśmy nasz przewidywany uzysk PK zwiększyć do dziewięciu:-)
Następna kropkę, o dziwo, także udało się zidentyfikować, aczkolwiek znalezienie punktu zajęło nam już chwilę. Po drodze konsultowaliśmy się z Andrzejem i Izą, którzy co prawda byli na trasie TO i mieli inne punkty, ale przynajmniej mogliśmy wykluczyć te ich. Ten wycinek był sprzężony z podwycinkiem, czyli innym wycinkiem łączącym się z nim. Autor mapy wie jak stopniować napięcie...:-)
Nawigowaniem po ciemnym, nieprzyjaznym lesie zajmował się oczywiście Tomek, ja dotrzymywałam mu towarzystwa, w razie potrzeby robiłam za świecący punkt orientacyjny oraz rzucałam pomysłami, gdzie może być który wycinek. Ale najintensywniej to czekałam na koniec etapu - tego i następnego i powrót do bazy.
Po PK 44 - na szczycie górki - zeszliśmy do jej podnóża, żeby z dołu namierzyć się na kolejny wycinek, leżący na zboczu. Duży wrocławski tramwaj miał nieco inny pomysł i punkty z wycinka atakował od razu z góry. Za to my widząc ich światełka, od razu wiedzieliśmy, w który jar powinniśmy wejść. Wycinek z jarami miał swój "podwycinek", z którego wzięliśmy pierwszy lepszy dołek, bo stuprocentowa identyfikacja który jest który, była praktycznie niemożliwa. Ale może trafiliśmy? Okaże się jak będą wyniki.
Potem wyszliśmy już na cywilizowaną drogę, z której robiliśmy krótkie wypady po kolejne punkty, a ostatni wycinek, jako że ostatni, dopasował się nam sam. I w końcu nastąpiła upragniona meta.
Na kolejny etap nie miałam już ani sił, ani chęci, ale niestety rozciągał się on między miejscem naszego chwilowego pobytu, a bazą i nijak nie dawało się go pominąć. No, może niektóre punkty i na to liczyłam.


 Drugie nocne nieszczęście.

Tomek po obejrzeniu mapy zdecydował, że bierzemy PK z normalnej mapy, a z lidara jeśli na coś trafimy, bo nie wiadomo jak się lidar ma do reszty. Ja chyba przeczytałam opis uważniej, bo wiedziałam jak się lidar ma do reszty i już nawet otworzyłam gębę, żeby to zakomunikować, ale jeszcze szybciej ją zamknęłam, bo na kija mi to. Przecież gdyby Tomek się dowiedział jak to poskładać, to jak nic przeciągnąłby mnie po tych wszystkich wycinkach i do bazy wrócilibyśmy pewnie już za dnia. Co to, to nie! Kiedy omijaliśmy wielkim łukiem punkt 65, bo Tomek go nie zauważył, również siedziałam cichutko jak mysz pod miotłą i modliłam się, żeby jednak się nie zorientował. Udało się. Niestety, gdzieś pod koniec trasy Tomek załapał zależność między dwoma układami map i aż się przeraziłam, że będzie chciał wrócić po wszystko, co pominęliśmy (łącznie z PK 65), ale chyba był już wystarczająco zdegustowany tym etapem i postanowił odpuścić. Starałam się być niewidzialna, niesłyszalna, niezauważalna - żeby tylko nie wytrącić go z tego stanu ducha. I tak dotarliśmy do mety i do bazy. Jeszcze nawet nie zaczynało świtać, a na ogół z etapów podwójnych nocnych wracaliśmy już za dnia.

W bazie pojawił się nowy problem - gdzie się umyć? W najbliższym domku trwała wysokoalkoholowa impreza, w którą wolałam nie wkraczać, a w pozostałych domkach panowała senna cisza. Spocona i śmierdząca za nic nie chciałam kłaść się w takim stanie do śpiwora i nie pozostało nam nic innego jak iść wykąpać się w jeziorze. Może to i nawet romantyczne, ale zdecydowanie wolałabym ciepły prysznic i możliwość użycia mydła. Niestety, musiałam obejść się bez jednego i drugiego. Ochlapaliśmy zimną wodą najważniejsze i najbrudniejsze elementy naszej cielesności i tacy z lekka niedomyci poszliśmy spać.
O kolejnym dniu i kolejnej nocy nawet wolałam nie myśleć.

poniedziałek, 13 lipca 2020

Wawel Cup - etap 3. Wiecznie młoda.

Miało być tak pięknie... Nawet pogoda stanęła na wysokości zadania - przestało padać, ale nie zrobiło się zbyt gorąco. Wszystko zapowiadało pełen sukces.
Na start planowo pojechaliśmy trochę wcześniej, bo epidemia epidemią, ale spotkać się ze znajomymi trzeba. Nawet jeśli się ich nie widziało tylko kilka dni:-)) Trafiliśmy na Chrumkającą Ciemność - mieli minuty startowe tuż po nas. Tomek poleciał pierwszy, ja kilka minut po nim.

 Silna, zwarta i gotowa.
 
 W blokach startowych zdziwiłam się trochę, że jestem ostatnią osobą z kategorii, a w przegródce jeszcze kilka map, które skleiły mi się i wyciągnęłam wszystkie. Oswobodziłam się z nadmiaru z pomocą startowaczy. Tym razem pamiętałam żeby włączyć zegarek, bo zależało mi na zapisie trasy. Lubię mieć. Przez chwilę pamiętałam nawet, że północ nie jest w tym samym kierunku co nazwa kategorii, a dla pewności kategorię od razu podwinęłam sobie pod spód kartki.
Ruszyłam. Kawałek pobiegłam ścieżką, która zaraz miała się kończyć, potem na azymut. Punkt miał być na małej skałce za dużą skałą. Czyli spoko, trudno nie trafić. Znalazłam dużą skałę, wlazłam na jej końcówkę żeby się z góry rozejrzeć po czym zjechałam na tyłku w dół ostro lądując na kupie liści i ziemi. Potłuc się nie potłukłam, ale to hamowanie nadwyrężyło mi kolano i biodro i czułam je przez resztę trasy. Po dużej skale znalazłam jakieś dwie mniejsze, ale lampionu ani śladu. No co jest? Znowu problem z jedynką? Może kawałek dalej? Może jeszcze dalej? Dalej była już droga i najwyższa pora zawrócić. Wróciłam pod dużą skałę, po drodze dla pewności oglądając każdy większy kamień i zaczęłam od nowa. Ufff, udało się. Tyle, że na wstępie kilkanaście minut w plecy:-(


 Pracowite poszukiwania jedynki.

Na szczęście dalej poszło już lepiej. Co prawda dwójka nie chciała mi zapipać, ale akurat dzień wcześniej dowiedziałam się, że w takim przypadku należy sobie mapę przedziurkować perforatorem sprytnie ukrytym pod pipaczem. Gdyby Tomek na poprzednim etapie nie miał takiego przypadku, stałabym bezradnie nad lampionem i nie wiedziała co zrobić.
Z każdym kolejnym punktem robiło się jakby cieplej, szczególnie na podejściach. Zaczęłam tęsknić za pogodą z poprzedniego dnia, szczególnie za miłym chłodkiem, ale nawet i deszcz brałabym w ciemno. Przy podchodzeniu pod czwórkę kilka razy wręcz musiałam się zatrzymać, bo nie dawało rady.
Siódemka była trochę schowana w krzakach, ale w miarę szybko ogarnęłam gdzie jest, a po ósemce zrobiłam numer godny nowicjusza - ustawiłam kompas odwrotnie i ruszyłam dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam. Akurat tak się złożyło, że w obu kierunkach miała być najpierw ciemna zieleń na mapie, a potem jasna, więc ściana roślinności przez którą zaczęłam się przebijać, nie wzbudziła żadnych moich podejrzeń. Dopiero po jasnej zieleni coś mnie tknęło - gdybym szła we właściwą stronę, powinnam zobaczyć skałkę, tymczasem ja wyszłam na jakieś łąki. Że już w ogóle nie wspomnę o tym, że skałka miała być na górze, a ja schodziłam coraz niżej. Kiedy zorientowałam się w czym tkwi problem, normalnie osłabiło mnie i odechciało mi się wszystkiego. Musiałam znowu przebić się przez gąszcz, potem drugi - ten słuszny, a wszystko to dodatkowo pod górę. Wszystko mi opadło i nic tylko siąść i płakać. No nie, nie siadłam, poszłam po tę cholerną dziewiątkę. No bo co było robić? I tak była między mną, a metą:-)

Bo trzeba umieć posługiwać się kompasem!

Na szczęście z końcówką trasy już nie miałam żadnych żałosnych przygód. Przed dwunastką spotkałam Tomka i dla pewności spytałam gdzie jestem i gdzie mój punkt, ale byłam już i tak kilka metrów od niego, więc pytanie było bardziej dla nawiązania kontaktu. Tradycyjnie postarałam się o szybki finisz, bo w zasadzie to jest jedyna rzecz, która mi dobrze wychodzi, pod warunkiem, że nie jest pod górkę:-)
Tomek czekał na mecie i poszliśmy się sczytać. Od razu zgłosiliśmy potwierdzenia perforatorowe i o ile u Tomka system wszystko łyknął, to u mnie pojawiły się problemy. Dwa razy wtykałam czipa do puszki i ciągle wychodziło coś dziwnego - brak większości punktów. No przecież byłam na wszystkich! W końcu doszliśmy w czym rzecz - pobiegłam z mapą nie swojej kategorii. No ale jak to? To ja mam już więcej niż 50 lat??? Może nie uwierzycie, ale byłam autentycznie zdumiona tym faktem. Na starcie z pełną świadomością brałam mapę W50 i dałabym się poćwiartować za to, że to ta właściwa. Po prostu czułam się jak młody bóg, a nie ponad pięćdziesięciopięcioletnia stateczna starsza pani. Prawdę mówiąc, to aż dziw, że nie wzięłam mapy W35.
I pomyśleć, że aby zająć trzecie miejsce w kategorii i otrzymać pamiątkową statuetkę wystarczyło dotrzeć na metę choćby z najgorszym możliwym czasem, byle z wszystkimi punktami. Ale co tam - co pobiegałam, to moje. Nawet nie czuję się jakoś specjalnie zawiedziona, bo przez te trzy dni bawiłam się świetnie, nawet jeśli na trasie miałam chwile zwątpienia i czystej rozpaczy. Na mecie zapomina się o tym od razu:-)


Gdyby mnie sklasyfikowano w tej kategorii, nawet nie byłabym ostatnia.

A po zawodach zasłużony, pyszny obiad U Rumcajsa w Złotym Potoku - polecamy!

Niebo w gębie!

sobota, 11 lipca 2020

Wawel Cup - etap 2. Nawadnianie zawodników.

W drugi dzień zawodów od rana zmagałam się z dylematami - co na siebie włożyć, czy może raczej czego nie wkładać, żeby nie zmokło? Namydlić się przed startem, czy raczej polać szamponem? Biec z parasolem, czy może wziąć kurtkę przeciwdeszczową? Po przyjeździe na parking usytuowany przy mecie zdecydowałam - ściągam kurtkę, nie mydlę się i nie szamponię, parasol zostawiam w samochodzie.  Po dojściu z parkingu na start (prawie 2 km) byłam już przemoczona do cna. No dobra, na starcie miałam jeszcze suche majtki. Dobrze, że mapę dostaliśmy zafoliowaną, bo niby nieprzemakalna, ale kto to wie. Mapa była w ogóle wyjątkowa, bo w skali 1: 17500.


Całe szczęście, że ten fakt zauważyłam dopiero po zawodach, bo kto wie gdzie bym zawędrowała:-) Podczas zawodów byłam pewna, że biegam na 1:7500.
Ruszyłam w strugach deszczu i znowu miałam sytuację z jedynką jak poprzedniego dnia - ścieżka, która ma się rozgałęzić i ja w prawą odnogę. Z niepokojem wyczekiwałam tego rozgałęzienia - będzie, czy nie będzie? Tuż przed nim jakieś młode zawodniczki wyskoczyły z krzaków z tradycyjnym inockim okrzykiem:
- Gdzie my jesteśmy?
Razem znalazłyśmy rozgałęzienie i dziewczęta widząc moje nawigacyjne sukcesy postanowiły iść ze mną na jedynkę i od niej namierzyć się na swój punkt. Od razu ostrzegłam je, że chodzenie za mną jest przedsięwzięciem dość ryzykownym i nie gwarantuje sukcesu, ale jeśli chcą....  Najwyraźniej były spragnione sukcesów, bo odpuściły.
W miejscu gdzie spodziewałam się jedynki krążyły już dwie zawodniczki i od razu ustaliłyśmy, że szukamy tego samego. Jakieś zaćmienie na mnie spadło, bo uporczywie szukałam tuż pod pasem zielonego, zamiast niżej. I w ogóle nie przyszło mi do zakutego łba, żeby namierzyć się od tej zieleni skoro już byłam blisko. Zauważam, że obecność innych ludzi odbiera mi zdolności logicznego myślenia i zdaję się na nich. Chyba powinnam biegać z dużą tabliczką: NIE ZBLIŻAĆ SIĘ!!! Dołek udało się znaleźć przedstawicielowi  którejś ze starszych męskich kategorii.
Dwójka była banalna - wzdłuż krótszego boku tej nieszczęsnej zieleni, kawałek pod górkę i dużą skałę było widać z daleka. Nawet na mapie sobie doczytałam, że lampion będzie pomiędzy dwoma skalami. Nie wiedziałam tylko co oznacza tajemnicze 6 (a przy innych punktach inne liczby), ale jakoś dałam radę bez tej wiedzy.
Trójka i czwórka tuż obok weszły spokojnie, a na piątkę był dłuższy przelot. Na szczęście po drodze było sporo charakterystycznych miejsc i to mnie uspokoiło. Wyszłam idealnie na skrzyżowanie przed piątką i wystarczyło tylko wspiąć się na zbocze ze skałą. Wspinaczka - ta oraz poprzednie wcale nie były takie uciążliwe, bo deszcz aczkolwiek moczył, to jednocześnie przyjemnie chłodził i orzeźwiał. W sumie to w tym deszczu było mi dużo przyjemniej niż w upale poprzedniego dnia. Dodatkowo zbliżałam się do połowy trasy i nigdzie jeszcze się nie zgubiłam. No to właśnie w złą godzinę to sobie pomyślałam. To znaczy nie żebym się całkiem zgubiła jak ja to potrafię, bo nawet wyszłam na właściwe skałki gdzie miała być szóstka, ale lampion był tak sprytnie schowany, a roślinność tak gęsta, że nie mogłam na niego trafić. Dodatkowo akurat nadbiegła zawodniczka z innej kategorii, ale szukająca tego samego lampionu i wiadomo - od razu przestałam myśleć. We dwie zaczęłyśmy czesać okolicę, a na koniec okazało się, że lampion wisiał kilka metrów niżej od miejsca gdzie się spotkałyśmy.
Między szóstką a siódemką na mapie narysowany był kubeczek - znaczy się organizatorzy przewidzieli punkt nawadniania. Kiedy dotarłam na zaznaczone skrzyżowanie, faktycznie zobaczyłam butelki z wodą i stos kubeczków. Ponieważ na trasie byłam już jakieś 50 minut czułam się bardzo, bardzo dokładnie nawodniona i tym razem nie skorzystałam z propozycji organizatorów.
Ósemka była łatwa do namierzenia się, bo w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się dojść do niej po abstrakcyjnych zygzakach wychodząc zupełnie niepotrzebnie na łąkę, a potem przedzierając się przez gęsty zagajnik żeby i tak wyjść ciut za daleko.

Ślad rysowany z pamięci, bo zapomniałam włączyć zapisywanie trasy.

Do dziewiątki odruchowo ruszyłam po kresce, tyle że po drodze były gęste i bardzo, bardzo kolczaste zarośla. Oczywiście usiłowałam je sforsować, no bo azymut, ale po kilku bolesnych zadrapaniach w końcu odpuściłam i obeszłam dookoła. Pięknie wyszłam na pierwsze dołki, te tuż za drogą i niewiele brakowało żebym sobie znowu dała zrobić wodę z mózgu przez kolejną spotkaną zawodniczkę, która na mój widok oznajmiła, że  nie może znaleźć punktu. Nie, nie zaczęłam razem z nią czesać w miejscu gdzie stałyśmy, tylko twardo parłam dalej, bo mapa mówiła, że jeszcze kilkadziesiąt metrów. Do dziesiątki była już wydeptana porządna inostrada, pilnowałam więc tylko, czy aby na pewno trzyma kierunek. Trzymała. Tuż za dziesiątką dopadł mnie zapłakany chłopaczek, bo zgubił się w drodze na swój pierwszy punkt. Pokazałam mu gdzie jest, ale chyba niespecjalnie wiedział co dalej z tą wiedzą zrobić. Biegł za mną pochlipując. No i co tu robić? Czas ucieka, meta blisko, jest szansa na przyzwoity wynik, a tu ta mała kupka nieszczęścia.... Doprowadziłam dzieciaka do rowu, którym mógł w najgorszym przypadku wrócić na metę i pognałam na swój ostatni punkt. Na dobiegu do mety zrobiłam rekord swojej kategorii, bo jacyś młodzianie zaczęli mnie wyprzedzać i uniosłam się ambicją. Oczywiście, że wyprzedzili, ale dzięki nim miałam fajny finisz.
Wbrew obawom związanym z pogodą, okazało się, że biegało mi się dużo, dużo lepiej w deszczu niż poprzedniego dnia w upale. Przede wszystkim w ogóle biegałam i to sporo, w ogóle się nie spociłam :-), deszcz skutecznie wypłukiwał mi pomysły na głupie warianty i ogólnie miałam dużą frajdę z dzisiejszego etapu.
Ale nie, nie znaczy to, że na jutro zamawiam taką samą pogodę. Absolutnie!

piątek, 10 lipca 2020

Wawel Cup - etap 1. Na Telimenę.

No i zaczęło się bieganie na serio, nie jakieś tam treningi z podjadaniem poziomek. Start pierwszego etapu z Mirowa, siedem minut jazdy z naszej kwatery. Oczywiście tradycyjnie byliśmy sporo przed czasem, ale lepiej przed niż po czasie. Tym razem nie było bazy zawodów, każdy parkował gdzie mógł i dopiero na samym starcie była szansa spotkać kogoś ze znajomych. Nie było też kramików z biegackimi akcesoriami i czuję się tym zawiedziona. Bo jak to - żadnych zakupów?
Tomek startował prawie godzinę przede mną, ale na start poszliśmy razem, bo czy miałam czekać na parkingu, czy na starcie, to w sumie wszystko jedno, a na starcie to nawet ciekawiej. I nawet dawno niewidziani znajomi się znaleźli.

Na przykład Mirek.

Tak z 15 minut przed moją minutą startową zaczęłam się już denerwować i moje tętno rosło - 80, 95, 113, 129... Jeszcze trochę i zeszłabym na zawał czy inne takie, ale akurat nadeszła moja minuta startowa i pora było się zbierać.
W miarę szybko ogarnęłam gdzie na mapie jest trójkącik i kiedy dobiegłam do lampionu oznaczającego start, od razu skręciłam w ścieżkę w lewo. Ścieżka powinna po chwili rozdzielić się na lewą i prawą, a ja powinnam pobiec prawą. Albo przeoczyłam, albo nie rozdzieliła się, albo co - ja w każdym razie wciąż pięłam się pod górę i nie miałam pojęcia na której ścieżce jestem. Tak czy siak mój punkt miał być od obydwu w prawo. Przebiłam się w prawo-górę, nawet znalazłam jakiś większy kamyk, co to mógłby robić za małą skałkę, ale lampionu przy nim nie było. Pokręciłam się chwilę po okolicy usiłując ustalić gdzie jestem, ale mogłam być wszędzie. Podbiegł do mnie jakiś biegacz i chwilę konsultowaliśmy, gdzie które z nas ma swoją jedynkę i gdzie możemy być. Obydwoje mieliśmy chyba takie samo pojęcie, czyli żadne. Nagle kolega zauważył, że nasze konsultacje wypadły akurat w mrowisku i... zaczęło się. Wyskoczyłam z krzaków i wyleciałam na ścieżkę, bo wygodniej się otrzepywać. Popatrzyłam na nogi i aż mną wstrząsnęło - tak do pół łydki moje nogi były jedną ruszającą się masą, wyżej jeszcze prześwitywało ubranie. Wrzasnęłam rozdzierająco, ale tylko wewnętrznie, bo zewnętrznie oniemiałam z przerażenia. Rozpaczliwie zaczęłam się otrzepywać i to gołymi rękami pomimo obrzydzenia. Brrr. Noż kurna, czy ja jestem podobna do Telimeny żeby mię to ohydztwo obłaziło????
- Auć! Auć! - krzyczałam wewnętrznie przy każdym ugryzieniu, a mrówki były rozmiaru metr na metr, to wyobraźcie sobie jakie miały paszcze i zęby (czy czym tam one gryzą).
- Auuuuu! Tylko nie w tyłek!!!!
- Nie w cycki! Nie w cycki!
- Aaaaaaa!!!!!!!
- Jak dojdą do ust to umrę! - myślałam w panice.
Cały ten wewnętrzny dramat odbywał się w biegu, bo automatycznie rzuciłam się do ucieczki. A ponieważ zdecydowanie lepiej ucieka się w dół niż w górę, po chwili zorientowałam się, że jestem z powrotem prawie na starcie. Nooo, trochę głupio wyszło. Strzepnęłam z siebie resztki wroga, a skoro byłam tuż przy starcie namierzyłam się od nowa i tym razem udało się trafić. Niestety, taki początek zabił całą moją wolę walki i w dalszą trasę ruszyłam bez przekonania.

 Dookoła jedynki.

Kolejne punkty wchodziły przyzwoicie, na ogół wychodziłam na nie dość precyzyjnie, a nawet jeśli mnie troszkę zniosło, to  dawało się doprecyzować albo po terenie, albo w ostateczności po innych zawodnikach.
O ile nawigacyjnie dawało radę, to kondycyjnie - kaplica. Żar przenikający nawet pod drzewa odbierał wszelką energię, ciągle było pod górę, a nawet jak było w dół, znaczyło to jedynie, że za chwilę znowu będzie pod górę, a pod nogami leżało pełno gałęzi usiłujących złapać i zatrzymać. Wlokłam się noga za nogą i nijak nie idzie tego nazwać biegiem na orientację.
Powolutku doczłapałam sobie przez kolejne punkty do PK 9, namierzyłam się na PK 10, który ani nie był daleko, ani nie był  trudny, no ale ile może mi iść dobrze. Toż już najwyższa pora żeby coś się spieprzyło. Kompletnie nie mogę pojąć jakim sposobem przeoczyłam grupę skałek z lampionem i beztrosko szłam, szłam i szłam. W końcu coś pomarańczowego zamigotało mi w oddali. Podbiegłam (i to tak dosłownie), ale spotkało mnie rozczarowanie - owszem, lampion, ale nie mój. Inny kod i w dołku, a nie na skałce.
- To gdzie ja do licha jestem????? - pomyślałam.
Niby teren się zgadzał - była droga, była polanka, no może droga biegła niedokładnie w słusznym kierunku, ale kto by to tam w stresie zauważył. Powęszyłam trochę to tu, to tam i w końcu odpuściłam. Stanęłam przy znalezionym lampionie i upokorzyłam się doszczętnie - nadbiegającego zawodnika zapytałam:
- Gdzie ja jestem??????????
Człowiek ewidentnie się gdzieś spieszył i tylko machnął mi swoja mapą przed oczami pukając palcem w jakiś dołek i.. tyle go widziałam. Dołek, półokrągły dołek. Na szczęście na mapie w tej okolicy był tylko jeden taki, więc wreszcie mogłam się zlokalizować. Nooo, od dziewiątki to tak drugie tyle przeszłam niż powinnam. To na pewno musiał być efekt przegrzania mózgu, no bo co innego? Wróciłam więc i znalazłam co trzeba.

 Gdzie ja jestem????

Od dziesiątki zaczęły się dłuższe przebiegi i trochę się bałam, żeby mnie nie zniosło a azymutu, ale dało radę. Na ostatni punkt i na metę wystarczyło lecieć za tłumem i nawet usiłowałam biec, skoro już nie musiałam patrzeć na mapę i mogłam pod nogi. A na mecie Tomek już czaił się z kamerką.

 Upragniona meta.

Po sczytaniu czipa lekko się zdziwiłam, że jakiejś rywalce udało się być na trasie dłużej niż mi i kto wie z jakimi potworami musiała walczyć, jak mi głupie mrówki zajęły 10 minut, a dziesiątka 13.
Trasę 2,8 km udało mi się przeciągnąć do 4,7 km, a jej przebycie zajęło mi godzinę i kilkanaście minut, ale czy to by się w ogóle opłacało biegać tak krótko? Przy moim wariancie cena za kilometr wychodzi jednak korzystniej.



Wawel Cup - Model Event z poziomkami.

Odkąd odkryłam Wawel Cup, mój coroczny urlop jest zespolony z terminem zawodów, dzięki czemu możemy przyjechać ciut wcześniej i po zawodach zostać dzień dłużej. Chociaż w tym roku zawody tylko trzydniowe (eh, ten wirus...) zasada urlopowa została zachowana.  Na Model Event szliśmy więc wypoczęci i zaaklimatyzowani, bo przyjechaliśmy dzień wcześniej.
Trochę się bałam jak po rocznej przerwie poradzę sobie z nietypowym dla mnie terenem, ale w końcu po to jest trening żeby takie rzeczy przetestować. Oprócz testowania terenu miałam także do przetestowania kamerkę, a nawet nie tyle kamerkę, co specjalną uprząż do niej. Tomek ubrał mnie w to chomąto, przypiął kamerkę, odpalił i wystartowałam.
Mapy dostaliśmy malutkie, formatu A5, za to w skali 1:10000. Co prawda jaka była skala mapy dowiedziałam się dopiero po biegu, bo gdzieś mi ta wiadomość umknęła, ale jak widać nie była mi do niczego niezbędna:-)
Do jedynki można było pobiec naokoło drogami, albo drzeć przez górę na azymut. Oczywiście, że wybrałam to drugie, ja czcicielka Św. Azymuta. Tomek poleciał systemem mieszanym - trochę ścieżką, trochę azymutem - najwyraźniej nie mógł się zdecydować. W efekcie spotkaliśmy się przy punkcie. Na dwójkę szłam idealnie po kresce, bez względu na przecinające mi drogę jary, poziomnice, chaszcze i inne okoliczności przyrody. Tomek, który biegł innym wariantem, na dwójce pojawił się w tym samym czasie co i ja.
- Ale mi dobrze idzie! - pomyślałam w związku z tym.
Na trójkę dało się większość trasy przebiec porządną drogą, no to już się nie wygłupiałam z azymutem, tylko skorzystałam z dobrodziejstw cywilizacji. Na tej drodze po raz ostatni widziałam plecy Tomka. Z trójki to już poszłam całkiem abstrakcyjnie - ani na azymut, ani ścieżkami, tylko gdzieś sporo powyżej, ale przynajmniej w dobrą stronę. Ponieważ punkt miał być w pobliżu duuużej skały, zakładałam, że raczej jej nie przeoczę.  Faktycznie, nie dało się przeoczyć. Z czwórki zaczęłam zbiegać ścieżynką, ale gdzieś mi się zgubiła po drodze i nie do końca widziałam, w który miejscu większej drogi wypadłam. Ustawiłam więc azymut bardzo na oko i poniooooslo mnie. Piątka niestety była usytuowana na mało charakterystycznym terenie i ciężko było znaleźć jakiś punkt odniesienia. Niby na mapie było zaznaczone spore obniżenie i nawet trafiłam na coś podobnego i jeszcze na dodatek z palikiem i wstążką na dnie, ale jak by się stamtąd nie namierzać, zawsze lądowałam na niczym. Miotałam się w coraz większej desperacji i na tę desperacje nadbiegł (no, nadszedł) Janusz. Uszczęśliwiłam go informacją, że lampionu nie ma w okolicy i rozeszliśmy się czesać dalej. Nadbiegł jeszcze jeden zawodnik, pognał na północ, potem mu się odmieniło i poleciał na południe, a skoro taki niezdecydowany, to nie zawracałam sobie nim głowy. Za zdecydowanym to bym pobiegła. Postanowiłam udać się na południe do drogi, znaleźć skrzyżowanie i z niego się namierzyć. Tak mi się fuksło, że na to południe musiałam przejść dokładnie kolo PK 5 i kiedy Janusz zaczął mnie nawoływać (dobry kolega!), że ma lampion, wystarczyło tylko wyjść zza krzaka:-)


Zemsta azymuta.

Dobrze, że do szóstki dało się dobiec drogami, bo w stresie mogłabym znowu coś spitolić, a tak to jedynym moim problemem było dogonienie i przegonienie Janusza. Oczywiście, że mi się to nie udało i tylko się zasapałam.
Przed siódemką rosły poziomki. Naprawdę walczyłam ze sobą, ale nie dało rady - schyliłam się i skubnęłam jedną, drugą, trzecią... Na tym procederze nakrył mnie Andrzej i zrobiło mi się trochę głupio. W końcu Wawel Cup to poważne zawody, a nie jakieś poziomkobranie.

Słodkie, pachnące poziomki. (Fot. A. Krochmal)

Mimo skupienia się bardziej na poziomkach niż mapie, siódemkę i ósemkę zaliczyłam jak po sznurku. Ale za to głupio. Do ósemki szybciej było obiec drogami niż pchać się przez szczyt góry. Jeszcze do tego szaleństwa zachęciłam Andrzeja... Jak widać głupota jest zaraźliwa.
Do dziewiątki to już leciałam za tłumem, a że tłum wędrował jakimś dziwnym zawijasem, to ja też. Najważniejsze, że skutecznie. Dziewiątka była punktem ostatnim i po niej już tylko meta. Ufff - i znowu się udało.

 Pamiątkowa fotka zrobiona Andrzejem:-)

A tak to wyglądało na trasie.

Komunikat techniczny

Moi drodzy - wiem, że teraz powinno wejść na tapetę Grillowanie Kosmatych InOków, ale z Grillowaniem nie taka prosta sprawa - 10 etapów, przejścia nocne, etapy wielogodzinne, skomplikowane mapy. Tymczasem jesteśmy na Wawel Cup a tutaj się dzieje - szybko, krótko, intensywnie i trzeba to łapać w locie.
Do Grillowania wrócę na spokojnie, po powrocie do domu, a tymczasem zapraszam na relacje z biegania po skałkach.

piątek, 3 lipca 2020

Korona Mazowsza czyli lampionowe szaleństwo na skrawku lasu

Ostatnia impreza z cyklu Korona Mazowsza okazała się z lekka zwariowana. W małym kawałku Parku Młocińskiego, na dość krótkich trasach, organizatorom udało się upchnąć miliony punktów kontrolnych - może nie w sensie ilości samych lampionów (choć tych też było bez liku), ale trasy z licznymi motylkami wymagały nawet  kilkudziesięciu potwierdzeń pobytów na PK. Rekordowy był "Chojrak" - aż 50 PK, co przy pojemnościach większości czipów zaczynało stanowić problem. Moja trasa - "Wkręcony" - na długości 4,5 km miała 34 PK.
Żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić imprezę, organizatorzy wymyślili konkurs polegający na typowaniu zwycięzcy każdej z 22 zestawionych przez nich par. Ponieważ załapałam się na jedną z tych par, Tomek śmiał się, że muszę wygrać, bo postawił na mnie fortunę. Kurcze, emocje niczym w Monte Carlo:-)))

Przedstartowe spotkania

No to start! Na jedynkę najpierw planowałam pobiec na azymut, ale w ostatniej chwili zmieniłam decyzję i jednak wybrałam ścieżki. Biegłam rozglądając się za odgałęzieniami w prawo, coraz dłużej, a tu nic. Za to po jakimś czasie natrafiłam na leśną mogiłkę, czy coś w tym rodzaju. Zaczęłam szukać jej na mapie. No tak... Nie dość, że byłam hektar za jedynką, to jeszcze nawet nie na linii łączącej z nią start. Wbiegłam w pierwsze rozgałęzienie ścieżki zupełnie tego nieświadoma, a na kompas nie chciało mi się patrzeć, no bo po co na ścieżce. Kolejna nauczka. Skoro wiedziałam gdzie jestem, udało się opanować sytuację i w końcu trafiłam na punkt.

Na jedynkę troszkę naokoło:-)

Dwójkę znowu wzięłam trochę zza winkla, ale już bez okrążania jej tak wielkim łukiem jak jedynkę. Dalej poszło już lepiej. Na szczęście lampiony nie były pochowane, a tłum ludzi zawsze na jakiś mógł naprowadzić (lepszy, czy gorszy, ale przynajmniej można się wtedy umiejscowić). Z bieganiem tylko było słabo, bo raz, że gorąco, dwa - małe odległości między lampionami nie dawały się rozpędzić, a i czujność jest mi łatwiej zachować w marszu. Poza tym teren też nie zachęcał do wyczynów. Już w pierwszej połowie trasy noga wpadła mi w jakąś dziurę, a ponieważ ta sama co na poprzedniej imprezie, więc mocniej to odczułam i do wieczora czułam potem kolano.
Kryzys nawigacyjny nadszedł po dziewiątce. Ustawiłam kompas, ruszyłam niemal po kresce i nagle coś mi odbiło. W prawo mi odbiło, jak zwykle:-) Po jakimś czasie skorygowałam co prawda, ale za późno i dziesiątkę minęłam w pewnej odległości. Przy ilości lampionów w lesie wiadomo było, że wcześniej, czy później na jakiś się natknę i trafiłam na dwójkę/szóstkę. Nie powiem - trochę się zdziwiłam. Znowu ustawiłam kompas i ambitnie ruszyłam w stronę dziesiątki. To znaczy wydawało mi się, że w stronę dziesiątki, bo w rzeczywistości szłam na siódemkę. Nawet całkiem logicznie - z szóstki na siódemkę i chyba tym się kierowałam namierzając się. Ale wtopa... Na siódemce kolejny raz mocno się zdziwiłam i już myślałam, że dziesiątka to jakiś punkt-widmo, ale po trzeciej próbie udało się w końcu ją znaleźć. Gdybym mniej ufała kompasowi, a więcej własnym oczom, szybciej zorientowałabym się, że coś nie gra, szczególnie kiedy pojawiały się przede mną drogi, których nie powinno być na mojej trasie. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe. Przy tej dziesiątce to już zaczęłam rozpaczać nad ruiną finansową Tomka, co to wszystkie pieniądze postawił na niewłaściwego konia i co my teraz zrobimy...

Okołodziesiątkowe wędrówki zajęły mi prawie 8 minut!

Reszta trasy przebiegła jako tako. Z siedemnastki zrobiłam sobie indywidualnego motylka, bo trafiłam tam trzy razy - zaliczając siedemnastkę oraz miedzy PK 20 a 21 i między 27 a 28. Siedemnastka musiała mieć w sobie jakiś niezwykły magnetyzm.
Przez całą trasę bałam się też jednego - że zapomnę z jakiego punktu na jaki biegnę (no zdarza mi się), pominę któryś i będzie NKL-ka. Skrupulatnie sprawdzałam na każdym punkcie numerki i usiłowałam zapamiętać albo numer punktu, albo kod. Udało się! Nie pominęłam niczego! Moja rywalka z pary nie miała tyle szczęścia i zgubiła jeden punkt. Tylko to uratowało mi tyłek, bo inaczej przegrałabym z kretesem o prawie 25 minut! Co prawda byłyśmy na różnych trasach (ja na dłuższej), ale takie były zasady konkursu.
Ufff, co to były za emocje:-))))
Szkoda tylko, że to była już ostatnia impreza z tego cyklu. Liczę na to, że Organizatorom podobało się nie mniej niż mi i też będą chcieli więcej. Halo! czy Organizatorzy mnie słyszą??!!

Cały przebieg, żeby ktoś nie myślał, że po kresce to nie potrafię:-)

czwartek, 2 lipca 2020

WOR 4 w morderczym upale.

W niedzielę od rana biło z nieba żarem i zamiast zastanawiać się co na siebie włożyć, intensywnie myślałam czego na siebie mogę nie wkładać, żeby jednak zachować jakieś minimum przyzwoitości. Bo tak całkiem bez niczego chyba by nie przeszło. Biegać mieliśmy po mieście, więc na cień nie było co liczyć.
Znowu ambitnie zapisałam się na trasę "profesjonaliści" chociaż z moim profesjonalizmem to tak różnie bywa - vide kilka poprzednich zawodów. Na start przeszliśmy sobie przez metę usytuowaną na górce. Czyli finisz zapowiadał się ciężko.

Zaczynamy od mety:-)

Na trasę ruszyłam jako jedna z pierwszych, bo była luka, a do mojej minuty startowej masa czasu, który musiałabym spędzić na słońcu. Od razu pobiegłam nieoptymalnie, bo zasugerowałam się moim przedbiegcą, zamiast dokładnie obejrzeć mapę. Dużo nie nadłożyłam, ale zawsze. Dodatkowo już przed pierwszym punktem wpadłam nogą w jakąś dziurę w trawniku i grzmotnęłam jak długa. Poderwałam się jeszcze szybciej niż padałam, bo w zasięgu wzroku miałam lampion.
Do jedenastki szło dobrze. Nawigacyjnie dobrze, bo z bieganiem w tym gorącu to różnie było. Jak już miałam mroczki przez oczami to przechodziłam do marszu:-). Od jedenastki prawidłowo dobiegłam do przejścia między dwoma blokami i dlaczego potem zamiast w lewo, pobiegłam w prawo - do teraz nie mogę pojąć. Najwyraźniej to musiało być słynne kobiece "drugie lewo". Co ciekawe, jeden z zawodników zrobił ten sam manewr i kiedy dobiegłam, stwierdził, że pięć minut już szuka i nigdzie nie ma lampionu. Swoją obecnością utwierdził mnie, że jestem w dobrym miejscu, więc nie patrzyłam na mapę, a trzeba było. Zaczęłam systematycznie powiększać obszar poszukiwań i w końcu trafiłam we właściwe miejsce, choć wciąż byłam przeświadczona, że lampion źle wisi. W związku z tym przez chwilę miałam problem z ruszeniem na trzynastkę, bo coś mi nie grało. W końcu zorientowałam się w czym rzecz i poleciałam dalej. Szkoda tylko, że na mapie nie sprawdziłam czy lampion wisi wewnątrz, czy na zewnątrz ogrodzenia.... Oczywiście, że wisiał wewnątrz i popatrzywszy zza płotu na niego tęsknym wzrokiem, musiałam oblecieć spory budynek dookoła.

Walka z dwunastką i trzynastką.

Ponieważ straciłam dużo czasu na tych dwóch nieszczęsnych punktach, usiłowałam nadrobić stratę szybszym tempem. Oczywiście od razu się to na mnie zemściło, bo szybkie bieganie w upale nie jest jednak wskazane dla starszych pań. W efekcie między końcowymi punktami już tylko człapałam, ale starałam się to przynajmniej robić żwawo:-)

Ostatni punkt podbity.

Ostatni zryw zrobiłam przed metą. Uparłam się, że wbiegnę na górkę choćbym potem miała wyzionąć ducha. I po prawdzie to niewiele brakowało.

Aż musiałam się położyć.

W porównaniu do ostatnich leśnych zawodów, to poszło mi całkiem dobrze. Fakt - skopałam dwunastkę koncertowo, ale przecież mogłam skopać jeszcze z pięć innych punktów, a nie zrobiłam tego:-) No i nie byłam ostatnia. Wyprzedziłam całe dwie osoby:-)
Cóż - jaki zawodnik, takie sukcesy.