czwartek, 14 grudnia 2023

Leśny Mózg w siedzibie wampirów

W sobotę biegaliśmy w Emowie i od razu jak się dowiedziałam o lokalizacji, to miałam nadzieję na spotkanie jakiegoś wampira od Magdy Kozak, no ale one to wolą w nocy, a ja wolę w dzień, więc nie wypaliło.
Tym razem pojechaliśmy bez Agaty, obsadzając trasy odważni i profesjonaliści. Wiadomo, kto jest kto.

Odważna z profesjonalnym.
 
Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza, a Tomek dokumentował ten moment (jak by było co:-))

Ruszam.
 
Pierwszy punkt wyglądał na dziecinnie prosty: kawałek drogą, potem w prawo, potem w lewo i punkt tuż przy ścieżce. Może wszystko byłoby dobrze, gdyby nie śnieg. Ścieżki na mapie, a ścieżki wydeptane w śniegu trochę nijak miały się do siebie, a efekt był taki, że biegłam przed siebie i biegłam i nie było gdzie skręcić w to lewo. W końcu zatrzymałam się przy sporym skrzyżowaniu, co to wiedziałam, że jest już dużo za daleko i tak wpatrzoną w mapę dogoniła mnie Ania. Też nie znalazła ścieżki w lewo i też wiedziała, że jesteśmy za daleko. Powiem więcej - była lepsza, bo zlokalizowała skrzyżowanie, na którym stałyśmy, co dało nam możliwość logicznego odwrotu. Ścieżka, w która powinnyśmy były wejść okazała się jakąś wyślizganą bezpłozowymi sankami rynienką i w niczym nie przypominała tradycyjnej, wydeptanej ścieżki. Jak widać zimą to i nawet właściwości fizyczne ścieżki odbiegają od normy.
Przez moment mignęła mi myśl, żeby wrócić na start i zacząć od nowa jak tydzień wcześniej, ale olałam, bo w sumie po co?

Nieudany początek.
 
Na wszelki wypadek po jedynce od razu postanowiłam porzucić ścieżki i lecieć tylko i wyłącznie na azymut, bo to jest jedyny pewnik w tym zwariowanym świecie (jeśli ma się oczywiście sprawny kompas). 
Tak więc do dwójki przedzierałam się przez ciemnozielone, mimo że ścieżka dawała opcje obejścia, ale za to trafiłam bezbłędnie od pierwszego kopa, a ścieżkami, to wcale nie wiadomo.
Do trójki i czwórki szłam idealnie po kresce, do piątki ciut na oko mając dobry punkt odniesienia w postaci zaoranego pola, a długi przebieg do szóstki tuż obok kreski, równolegle do niej.
Od szóstki też w sumie szłam po kresce, tylko najwyraźniej coś źle sobie ustawiłam kompas, bo kreska wcale nie prowadziła do punktu siódmego, tylko gdzieś w bok. Ale po linii prostej, żeby nie było. W pewnym momencie zauważyłam, że stąpam po dziewiczym śniegu, po horyzont nie widać żadnych śladów, a w oddali majaczy tylko jedna postać.  Z rozpędu zrobiłam jeszcze kilkanaście kroków, po czym zaczęłam odwrót po śladach.
 
 Lost.
 
- Gdzie ja kurna mogę być? - zastanawiałam się wracając powoli skąd przyszłam.
I wtedy zobaczyłam Tomka. Biegł kawałek dalej, ale udało mi się zwrócić jego uwagę. Dobrze, że wiedział gdzie jesteśmy i mógł mnie wykierować we właściwą stronę. Zupełnie nie wiem co ja takiego robiłam z tym kompasem, że się zbiesił o jakieś 45 stopni.

I poszłaaaa... w las.
 
Do dziesiątki znowu szło dobrze, szczególnie, że w międzyczasie pojawiło się wiele inostrad i dość mądrze wybierałam miedzy nimi. W drodze na jedenastkę zgubiło mnie omijanie co większych gęstwinek przez co zeszłam z azymutu i zaczęłam szukać za bardzo na wschód. Na szczęście w miarę szybko zorientowałam się, że coś nie gra, wróciłam na drogę i bezczelnie wypatrywałam gdzie inostrada wchodzi w las. Baardzo skuteczna metoda - polecam:-)

Prawie trafiona jedenastka.
 
Po jedenastce zostały jeszcze dwa łatwe punkty z dobrymi miejscami orientacyjnymi dookoła, wydeptanymi inostradami  i tłumami zawodników ciągnących w stronę mety. Na mecie czekał Tomek, który miał co prawda dużo dłuższą trasę niż ja, ale szybciej się z nią rozprawił niż ja ze swoją.

Koniec trasy.
 
Słabo mi poszło, kto chciał, to mnie wyprzedził, ale za to mam dobry przelicznik w złotówkach na minutę zabawy. A to też coś w dzisiejszych trudnych czasach.

Cała trasa.
 

sobota, 9 grudnia 2023

BarbarIna

Barbarina to taka "konkurencja" do mojego UrodzInO. No, prawie konkurencja, bo to impreza imieninowa, a nie urodzinowa;-) Wiadomo - imieniny, czy urodziny - na imprezie wypada się zjawić, choćby nie pasowało. Tak więc zamiast bawić się w Mikołaja, 6 grudnia poszedłem na Barbarinę.

Sam dojazd to dla mnie nie lada wyzwanie - po prostu od dłuższego już czasu nie bywam w Wielkim Mieście. A wydostanie się z parkingu Galerii Mokotów…. Zupełnie inny świat niż u mnie "na wsi", gdzie za centrum handlowe robi Lidl lub Biedronka;-) 

Baza zawodów - pod chmurką

Grunt, że dotarłem na start. Wręczyłem małe co nieco z pewną zawartością %, pobrałem mapę i ruszyłem w świat. Nie chciało mi się dopasowywać lasek (wycinków), więc postanowiłem przejść mapę główną i przy punktach patrzyć, czy coś nie jest podobne do wycinków. No dobrze, na wycinkach i mapie głównej było jedno rondo, więc jedną laskę dopasowałem. A jeszcze jeziorko - taki sam kształt, więc mam kolejne dopasowanie. Szybkie przeliczenie wag punktów z mapy i wychodzi, że coś mi brakuje, ale może znajdę coś na trasie? Ruszyłem żwawym krokiem do najbliższego PK 3B, ale zastopowało mnie, że ludzie kręcą się przy starcie i wyraźnie szukają lampionów. Obejrzałem jeszcze raz mapę i dostrzegłem zdjęcie, które mi umknęło. Więc tego wszyscy szukają! Skoro inni szukają, to ja także! Problemem okazał się PK 4H. Był to typowy punkt "dwuosobowy" - jedna osoba stoi w miejscu zrobienia zdjęcia i patrzy o który słupek chodzi (tam stoi jako znacznik druga osoba). W pojedynkę problem skomplikowany, ale widziałem gdzie stoi Zuza (jako znacznik) i Paweł (jako obserwator) i jakoś zlokalizowałem właściwy (mam nadzieję, że właściwy) lampion. Mając 8 PP na koncie ruszyłem do pierwszego PK z mapy głównej. 

Co tu dużo pisać - zapowiadał się przyjemny wieczorno-zimowy spacer. Szybki marsz rozgrzewał i wkrótce przestałem marznąć. W okolicach PK 2E dopasowałem kolejny wycinek z punktem 2B. W ten sposób miałem już dopasowane 3 wycinki z pięciu! Gdzieś od tego miejsca znowu zacząłem spotykać się z Zuzą, Anią i Pawłem. Oni wybierali ciut inną marszrutę, ale spotykaliśmy się na kolejnym punkcie. Ja im przypomniałem o punkcie 4G, który ominęli, oni poratowali mnie długopisem, gdy mój zamarzł w ten zimowy wieczór. Gdzieś tam ogarnąłem, że PK 4D to PK podwójny - tak dopasowałem czwarty wycinek!

Od PK 5A szliśmy już razem z bliźniaczkami i Pawłem. Nakierowali mnie na dopasowanie ostatniego wycinka z PK 2H niedaleko od 2F. Tak na marginesie - pytanie w nocy o kolor samochodzika (niebieski chyba) jest dość podchwytliwe, bo w świetle lamp sodowych, czy latarek kolor niebieski i zielony stają dziwnie podobne! 

Przy punkcie 2C wywiązała się dyskusja co mamy jeszcze podbić. Imprezy okazjonalne często mają specjalne zasady, tu chodziło o uzyskanie dokładnie 67 punktów przeliczeniowych, a wagi punktów bazowały na zasadach znanych z rogainingu. Wyszło zarówno mnie jak i pozostałym, że zostało nam jeszcze 7 PP, choć braliśmy do tej pory różne punkty. 2C, 3G i 2A dawały dokładnie brakujące nam 7 PP. Aż żal było pominąć wysoko punktowane 4F i 4A. 

Do ostatniego PK 2A poszliśmy "na skróty". Skróty to elegancki chodniczek, potem schodki (lub do wyboru rampa dla niepełnosprawnych i nagle zatrzymał nas murek, na którym to dogodne przejście się kończyło. Wyraźnie ktoś postanowił się "wyizolować" i zagrodził normalny ciąg komunikacyjny metalowym murkiem. Kilka razy patrzyliśmy z niedowierzaniem na to rozwiązanie. Długonogie dziewczyny niczym łanie pokonały zastaną przeszkodę. Ja trochę dostojniej także ją pokonałem. Paweł zaś, jako że nie dopchał się w kolejce, która przydzielała wysoki wzrost i długie nogi odmówił forsowania przeszkody "z marszu" i znalazł bardziej dostojny sposób jej pokonania:-) 

Dziewczyny biorą przeszkodę " z marszu"

Paweł rozważnie i powoli także daje radę;-)

W efekcie dotarliśmy do jeziorka i mieliśmy komplet punktów. Zostało dotarcie do mety - najlepiej w czasie który powoli się kończył. Na hasło rzucone przez Zuzę ruszyliśmy lekkim truchtem, pokonując różne przygodne przeszkody w postaci górek i ulic i szczęśliwie dotarliśmy na metę (w moim przypadku to chyba już w lekkich minutach), gdzie zastaliśmy co nieco skostniałą organizatorkę.

META!

Pewno gdyby chciało mi się myśleć na starcie, albo trochę podbiegać na trasie byłoby znacznie lepiej, ale liczy się udział, a nie zwycięstwo w imprezie imieninowej;-) 

A tak na marginesie- gdyby tak zmienić nazwę z Barabriny na Barbarellę? Nie była by bardziej chwytliwa? 


 

czwartek, 7 grudnia 2023

ZZK, czyli jak się doprowadzić do desperacji.

Po zdanym na Nocnych Manewrach teście nóg postanowiliśmy zacząć regularnie biegać. Nie żeby od razu jakoś zaraz trenować, ale przynajmniej brać udział w zawodach. Na pierwszy ogień poszły Zimowe Zawody Kontrolne w Olszewnicy. Wybraliśmy się w manewrowym składzie obsadzając trasy A, B i C.
  
Gotowi na wszystko.
 
 
Wspólny start.
 
Na pierwszy punkt postanowiłyśmy z Agatą ruszyć razem, bo dopiero potem nasze trasy się rozdzielały. Ja tradycyjnie chciałam na azymut, ale Tomek spojrzał na mapę i tak nas skołował potencjalnym gąszczem,  co to miał być przy starcie, że dałam się przekonać do obejścia gęstwiny.
Ponieważ ja nie nawykłam do chodzenia na ukształtowanie, a ostatnio w ogóle nie nawykłam do niczego, więc oczywiście za nic nie mogłyśmy znaleźć lampionu. Niby byłyśmy jak trzeba na górce, a nic się nie zgadzało. Całe szczęście, że dość szybko spotkałyśmy Tomka, który pokazał nam na mapie gdzie jesteśmy. Oczywiście byłyśmy zupełnie nie tam, gdzie szłyśmy, a dodatkowo okazało się, że nasz punkt wcale nie stoi na górce, tylko wręcz przeciwnie - w dołku w obniżeniu. Ale wtopa.
 
Spotkanie, które nas uratowało.
 
Tomek niby nam pokazał kierunek gdzie iść, ale żeby mieć pewność, że trafimy, wróciłyśmy na start i zaczęłyśmy wszystko od nowa. Tym razem na azymut.
 
Pierwsze podejście do PK 1.
 
Po jedynce już się rozdzieliłyśmy, bo miałyśmy inne punkty na swoich trasach i dalej ruszyłam sama. Na azymut oczywiście, bo to jednak najpewniejsza metoda, szczególnie jak człowiek wypatrzy w podłożu kreskę łączącą punkty na mapie. Kreska prowadziła mnie idealnie, za to przy piątce ewidentnie zawiódł mnie wzrok. Jeśli wierzyć śladowi, przeszłam tuż obok lampionu i nie zauważyłam go. Jak zawsze najlepszym wyjściem okazało się namierzenie z miejsca pewnego - w tym przypadku skrzyżowania. To zawsze działa.
 
Przegapiona piątka.
 
Szóstka i siódemka weszły gładko, a za siódemką przekombinowałam. Zaczęłam normalnie - na azymut, a potem pomyślałam: 
- Takie duże, ładne obniżenie - no przecież nie zginę, jak pójdę przez nie na skos.
Tak się tym podjarałam, że zupełnie zapomniałam o odległości i punktu zaczęłam wypatrywać w połowie odcinka, po przejściu malutkiego obniżenia, a nie tego dużego.  Kiedy doszłam do ścieżki, byłam stuprocentowo przekonana, że to przecinka leżąca jeszcze dalej na zachód. Nie bardzo mając pomysł co dalej, zatoczyłam kółko, zapominając o zasadzie, że lepiej mądrze stać, niż głupio łazić i z powrotem wyszłam na ścieżkę. Teraz dla odmiany postanowiłam pójść na południe do drogi i to był całkiem dobry pomysł. Nie, nie dlatego, że zorientowałam się gdzie jestem i wymyśliłam co dalej. Dlatego, że na górce spotkałam Janka i miałam kogo zapytać o drogę. Co prawda trochę głupio mi było zatrzymywać go, wiedząc, że walczy o dobry wynik, ale moja desperacja osiągnęła już poziom krytyczny. Jako, że Janek to porządny człowiek, więc poratował, a właściwie kluczowa była informacja, że oboje szukamy tego samego punktu, choć na różnych trasach. Teraz moim jedynym zmartwieniem było utrzymanie tempa, żeby plecy Janka nie zniknęły mi za horyzontem zanim dotrzemy do punktu. Ufff, udało się.
 
Tak to już dawno nie przekombinowałam.
 
Do dziewiątki i dziesiątki szłam grzecznie po kresce, a przy dziesiątce wymiękłam psychicznie i uparłam się, że za nic nie wejdę w las i muszę po ścieżkach. Sensu w tym wiele nie było, ale jak się człowiek uprze... Poleciałam sobie tymi drogami i w sumie dobrze mi to zrobiło na uspokojenie, bo jak dojrzałam do zejścia z przecinki, to ruszyłam idealnie na jedenastkę.
 
Naokoło, ale skutecznie.
 
Przy jedenastce byłam już mniej więcej ogarnięta psychicznie, umysłowo, a i sił ciut się jeszcze tliło, więc resztę trasy pokonałam w niezłym stylu, nie gubiąc się, nie błądząc, nie kombinując. Tyle, że powoli, ale kto mi zabroni. W lesie było tak pięknie i przyjemnie, że nawet szkoda by się było spieszyć.
Tym razem na mecie to ja z naszej trójki zameldowałam się ostatnia, choć zawsze jest to specjalnością Agaty. Nawet byli już nieco zaniepokojeni moją przedłużającą się nieobecnością, co w sumie jest miłe, że się o mnie martwią:-)
 
Dotarłam do mety.
 
To zdecydowanie nie był zmarnowany dzień i koniecznie musimy częściej ruszać tyłki z kanapy.
 
Cała trasa (od drugiego rozpoczęcia).

piątek, 1 grudnia 2023

Nocne Manewry w sąsiedztwie

W tym roku już znacząco spuściliśmy z tonu i odpuściliśmy sobie trasę himalajską, a nawet alpejską. Powiem więcej - w pierwszym odruchu pomyśleliśmy o beskidzkiej, no ale to już przesada. Tomek uznał, że jego noga da radę na tatrzańskiej, a ja miałam nadzieję, że moja nie rozsypie się jak rok temu. Trasę beskidzką tradycyjnie obsadziła więc Agata razem z nową koleżanką z ogłoszenia, bo nikt ze starych znajomych nie przejawiał chęci włóczenia się nocą po lesie.
Jak zawsze przed Manewrami, typowaliśmy gdzie mogą się tym razem odbyć i Tomek strzelił bezbłędnie - okolice Nieporętu. Dla nas to super bo po pierwsze blisko domu, a po drugie okolica tak obiegana na wszelakich zawodach, że ciężko się zgubić (to znaczy Tomkowi, bo ja to i we własnym ogródku mogę).

Formalności wstępne.
 
Po rozlokowaniu się na sali gimnastycznej i pobraniu karty startowej mieliśmy chwilę czasu na przygotowanie się fizyczne i psychiczne, pogadanie ze znajomymi i nacieszenie się atmosferą zawodów i już trzeba było zbierać się na autobus.

Wywożą nas w "nieznane".
 
Tym razem "nieznane" było dla nas znane, bo po podaniu w sobotę rano miejsc startu, szybko znaleźliśmy je na mapie.
Na starcie nie zauważyliśmy żadnej znajomej gęby - wiadomo: wszyscy na himalajskiej i alpejskich. Trochę mi się łyso zrobiło, ale cóż - tak krawiec kraje, jak mu materii staje.
Wkrótce nadeszła nasza kolej, dostaliśmy mapy i mogliśmy ruszać.

Co my tu mamy?
 
Mapa (poza tym, że czarno-biała i nieaktualna) wyglądała bardzo przyjaźnie - żadnych dopasowań, przekształceń i innych kombinacji, do których przywykliśmy w wyższych kategoriach. Wyglądało na to, że wystarczy iść, zebrać co trzeba i wrócić na metę. No i nie zapomnieć o dwóch zadaniach.

No to ruszyliśmy!
 
Pierwszy punkt taki rozgrzewkowy, na górce przy drodze, co to nawet w mapę szkoda patrzeć. Ale już w drodze do drugiego był lekki haczyk, bo ścieżka biegła ciut inaczej niż na mapie i niektórzy poszli w złą stronę. W sumie ja też bym poszła (przynajmniej kawałek, bo jednak zerkałam na kompas), ale Tomek był czujny i od razu skorygował marszrutę.
Po podbiciu dwójki stwierdziliśmy, że to już czas na przygodę i od punktu postanowiliśmy ruszyć na azymut, prosto przez podmokły i pełen dziur teren. No dobra, nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak. Co prawda wcześniej widzieliśmy, że inni zawodnicy obchodzą teren, ale my wiadomo - twardziele. Ale w sumie było bardzo klimatycznie wśród wysokich traw i tylko raz noga wpadła mi do mokrej dziury.

Może i trudny teren, ale przynajmniej ciekawy.
 
Trójka znowu łatwa, w wielkim dole niedaleko ścieżki, trafiona od pierwszej próby, a potem ruszyliśmy na część trasy za linią kolejową.

Przekraczamy tory pierwszy raz.

Czwórka miała być na granicy kultur, tylko raczej tej granicy z lat świetności mapy, a nie obecnej. Chwilkę musieliśmy poczesać - najpierw żeby znaleźć, a potem żeby się upewnić, że to własciwy lampion.

Może to PK 4, a jak nie, to coś w okolicy:-)
 
Piątka stała na zakręcie rowu, którego ja nie mogłam wypatrzeć na mapie, bom ślepota, ale Tomek w okularach wypatrzył. A potem jeszcze wlazł w zarośla żeby podbić. Po podbiciu punktu mało się nie zgubiliśmy, bo odeszliśmy od niego w złą stronę. Kiedy po chwili marszu zerknęłam na kompas, natychmiast podniosłam larum, ale Tomek usiłował uspokoić mnie, że dobrze idziemy. W sumie byłoby dobrze, gdyby nie przyłożył kompasu do mapy odwrotnie - północą na południe. Na szczęście nie zdążyliśmy ujść daleko i po chwili znowu byliśmy na właściwej marszrucie.
Szóstka była łatwa, za to z siódemką chwilę się męczyliśmy. Tomek zaczął tak kombinować, że po chwili nie wiedziałam gdzie jestem, a potem mi wmówił, że znaleziony lampion wcale nie pasuje, bo nasz powinien być w innym miejscu. Fakt, że odwzorowanie terenu na mapie było oględnie mówiąc ciut do sempiterny i nawet namierzanie się z charakterystycznego skraju pola nie dawało pewności, że bierzemy dobry punkt. Jednak był dobry, co potwierdzają wyniki i zapisany ślad.

Problematyczna siódemka.
 
Ósemkę znaleźliśmy tam, gdzie powinna być i udaliśmy się na ognisko z PK 9. Ognisko, zgodnie z naszymi wcześniejszymi przewidywaniami (i oczywiście zgodnie z mapą), zlokalizowane było w Forcie Baniaminów. Przed oddaniem map chcieliśmy jeszcze przygotować sobie materiał do przemyśleń związany z zadaniem o odległości i skali, ale bez porządnej linijki i w powietrzu nie bardzo nam to szło. W końcu odpuściliśmy.
 
Próba zmierzenia odległości za pomocą podkładki.
 
Tymczasem na czas-stopie organizatorzy desperacko usiłowali wydusić coś z dwóch smętnych kupek drewna, co w efekcie dawało kilkusekundowy ogień i wielominutowe zadymienie.  W ubiegłych latach, kiedy przychodziliśmy znacznie później (bo na dłuższych trasach), ogień był tak wielki, że strach się było zbliżać. Najwyraźniej tym razem byliśmy dużo za wcześnie.

 
 Chwila odpoczynku.
 
Przy "ognisku" nie posiedzieliśmy zbyt długo, bo przecież nawet nie byliśmy zmęczeni, a ogrzać się nie bardzo było jeszcze przy czym. Ruszyliśmy więc dalej. Po ogniskowej dekoncentracji bardziej szłam za Tomkiem niż nawigowałam i nie bardzo pamiętam PK 10, ale mam dowód rzeczowy, że osobiście go podbijałam:-)

Niewątpliwie PK 10
 
Jedenastka - łatwy dołek prawie przy ścieżce. Dobry moment żeby z powrotem wrócić do nawigowania:-) Zawsze to lepiej wiedzieć gdzie się jest i dokąd idzie.

Jedenastkę podbija Tomek.
 
Dwunastka była równie banalna jak jedenastka, podobnie trzynastka. W sumie to z mapy wynikało, że cała reszta punktów jest tylko formalnością i myk myk zaraz dotrzemy do bazy. I pewnie tak by było gdyby nie czternastka. Już zbliżając się do punktu widzieliśmy spore nagromadzenie światełek, co mogło oznaczać tylko jedno - czeszą teren. Podeszliśmy dumni i bladzi, że my im pokażemy jak się znajduje punkt, bo co to za problem znaleźć miejsce gdzie przecinka dochodzi do ścieżki. Kurcze, okazało się, że jednak jest problem, bo nie znaleźliśmy ani przecinki ani lampionu. Mało tego, nie udało się także znaleźć pobliskiego dołka, z którego ewentualnie można by się namierzyć. Nic, kompletne nic. Po kilku nieudanych próbach znalezienia lampionu stwierdziliśmy, że raczej na pewno go w ogóle nie ma  i wpisujemy BPK. 
Został nam już ostatni punkt, już całkiem w cywilizacji, przy asfalcie. Jeszcze tylko zaliczyliśmy ostatnią "przygodę" - spektakularny synchroniczny upadek na śliskich podkładach kolejowych, kiedy przechodziliśmy przez tory. Para, która szła tuż za nami miała niewątpliwie interesujący spektakl typu taniec na lodzie zakończony bardzo bliskim kontaktem z PKP.
Przy ostatnim punkcie znaleźliśmy odpowiedź na jedno z zadań, dotyczące szwagra Florentyna Pogorzelskiego.

 Punkt ze szwagrem.

Do bazy wracaliśmy już asfaltem zaliczając po drodze słynna kładkę nad Kanałem Żerańskim. Widziałam ją już kilka razy, ale zawsze robi na mnie wrażenie.
W bazie przed oddaniem karty startowej musieliśmy jeszcze przeliczyć odległość z mapy w skali 1:25 000 na skalę 1:84 000 przy czym największym problemem okazał się brak długiej linijki, bo samo przeliczenie to już pestka.

Oddajemy kartę startową.
 
Myśleliśmy, że w bazie już będzie na nas czekać Agata z Anią, ale gdzie tam. Co prawda ruszały godzinę później niż my, ale trasę miały krótszą. Dość długo czekaliśmy na ich powrót, za to tym razem udało się zebrać wszystkie punkty, a w tym tylko dwa stowarzysze.  Wpadły w grube minuty, więc wynik taki sobie, ale za to mają lepszy od nas przelicznik opłaty za minutę zabawy:-)
Rano odbyło się tradycyjne ogłoszenie wyników i wybór nagród. Ponieważ niewiele osób zostało do końca imprezy, w nagrodach można było przebierać jak w ulęgałkach, dla każdego starczyło i jeszcze dużo zostało. 

Dumni z dyplomami i nagrodami.

Tak więc tego - jeśli ktoś śmieszkował z naszego budowania formy tydzień wcześniej, to proszę: da się? Da!

poniedziałek, 27 listopada 2023

Za szybko dobiegłeś....

Miałam pisać relację z Nocnych Manewrów, ale wydarzyło się coś tak niespodziewanego, coś tak wręcz absurdalnego i nie do pojęcia, że wesoła relacja to ostatnia rzecz o jakiej myślę.
Dzisiaj zmarł Andrzej Krochmal. 
Ja dopuszczam myśl, że ludzie odchodzą - najbliżsi, znajomi, obcy... Ale akurat w przypadku Andrzeja jakoś wydawało mi się, że on jest takim stałym, niezmiennym i wiecznym fundamentem imprez na orientację. Jak to możliwe, że już Go nie spotkamy w lesie, że nie zorganizuje swoich imprez, że nie przyjedzie na nasze?
Nie umiem tego przyjąć do wiadomości.


wtorek, 21 listopada 2023

Trening ZAZU Tour na zbudowanie formy.

W sobotę zaczęliśmy budować formę na Nocne Manewry. Najwyższy czas, bo to już w najbliższą sobotę! 
Ja budowałam formę na trasie 2,7 km, a Tomek to już całkiem zaszalał, bo na trasie 6,9 km. Zasadniczo był to trening ZAZU Tour na Górkach Radzymińskich.
Rany, jak ja strasznie dawno w niczym nie startowałam. Nawet trening był dla mnie atrakcją.

 
Kierownik imprezy?

Udało się nam nie zapomnieć kompasów i czipów, znaleźliśmy start i mieliśmy nadzieję, że jeszcze pamiętamy jak poruszać się w lesie.  A las był wyjątkowo piękny - przyprószony świeżym śniegiem, niemal bajkowy. Co prawda trochę przerażała mnie wizja biegu na azymut pod tymi gałązeczkami, co to tylko tknąć, a już spada na głowę masa śniegu, ale mapa mówiła, że drogami to się nie nabiegamy za bardzo.

Przed startem.
 
I poszła...

Do jedynki prawie trafiłam, tylko ciut mnie zniosło w prawo. Na szczęście spotkałam Tomka  i nakierował mnie te parę metrów w bok. Gdybym od razu wiedziała, że mamy wspólny punkt, to w ogóle poczekałabym na niego:-)

Szukaj!

Po jedynce już odnalazłam kreskę łączącą punkty i twardo się jej trzymałam. No dobra, trochę pomagały wydeptane ścieżki oraz kilka osób przede mną, które ewidentnie robiły tę samą trasę. Ale oczywiście i tak pilnie śledziłam mapę i wskazania kompasu. Taka sielanka trwała aż do punktu piątego. Tak po prawdzie to niemal do samej szóstki szło dobrze i nagle kawałeczek przed punktem ciut odbiłam w lewo (no bo jak zawsze znosi w prawo, to trzeba skorygować, nie?) i rozminęłam się z lampionem. A jak się już rozminęłam to tak sobie szłam, szłam (bo biegać to już nie miałam siły) aż doszłam do drogi i skrzyżowania. Dopiero stamtąd namierzyłam się na nowo i już poszło dobrze.

Z szóstką rozminęłam się o mały kawałeczek.
 
Po szóstce znowu odnalazłam zagubioną wcześniej kreskę (oraz wydeptaną ścieżkę) i ruszyłam dalej. Problem pojawił się przy piętnastce. Byłam już blisko punktu, kiedy przebiegający inny zawodnik poinformował mnie, że  mam na azymucie punkt z kodem 101. W pierwszej chwili się ucieszyłam, że dobrze idę, ale po spojrzeniu na mapę przeszło mi - jak wół miałam 111. Kolega też szukał 111, więc jak to cielątko ruszyłam za nim. Po chwili spotkałam kolejne osoby szukające i jeszcze kolejne. Miałam nadzieję, że jak ktoś w końcu znajdzie, to da znać. W międzyczasie natknęłam się na kolejny punkt - szesnastkę, więc cóż prostszego jak namierzyć się od niego? A kiedy byłam już przy piętnastce ktoś rozkminił, że kod 101, to jest właśnie 111 (dopisane drobnym druczkiem) i zupełnie niepotrzebnie tyle czasu łaziliśmy po okolicy.

 
Trzeba czytać drobne druczki:-)

Z piętnastki po własnych śladach do szesnastki, a potem to już zostały tylko dwa punkty i meta. Łatwizna. 
No i jaką formę zbudowałam w międzyczasie. Fakt, głównie psychiczną, ale podobno wszystko siedzi w głowie.

Cała trasa.

poniedziałek, 20 listopada 2023

ZZK z urwaną nóżką

Bukowiec - teren tradycyjnie obiegiwany na treningach ZZK. Renata „znowu” odmówiła biegania po lesie, a ja postanowiłem sprawdzić jak tam czuje się moja noga po miesiącach odpoczynku. Pogoda iście wiosenna. Cieplutko, słonecznie…. 

Na starcie tradycyjne, jak na taką pogodę, zagęszczenie ludu wszelakiego.

 

Na starcie
Pik-pik i w las. Po kresce do PK 1. Lampion był dopiero w trzecim dołku, ale udało się trafić;-) Na PK 2 daleki przebieg ale prawie po kresce, bo na kresce były dołki, zagłębienia i inne charakterystyczne elementy. Zresztą sam lampion na górce i charakterystycznym drzewie, ciężki do przeoczenia. 

W takim lesie to aż chce się biegać...
Do PK 4 jak głupi przedzierałem się przez krzaki. Może nie aż tak gęste jak na mapie, ale zawsze to spore utrudnienie… a można było drogą. Zresztą zniosło mnie lekko, więc i tak trafiłem na drogę, ale już tuż obok lampionu. Kolejne kilka punktów bez historii – biegłem i punkt się znajdował. No, może PK 7 – ukryty w ukrytym rowie, ale tu nakierował mnie w ostatniej fazie widok osób wychodzących z punktu. 

Do PK 11 daleko i już zaczynałem czuć przetrąconą nóżkę. Przez to chyba mnie co nieco zniosło, ale zielony młodnik widoczny był z daleka i dawało się jakoś trafić rozglądając się w około. 

"Klubowy" PK 15 z kodem 44
Gdzieś tam koło PK 26 pojawiła się Sylwia. Co tu dużo mówić – dziewczyna biega szybciej niż potrafią moje kulawe nogi. Po PK 25 straciłem ją z oczu. Jakie było moje zdziwienie kiedy na mecie pojawiła się ładny kawałek czasu za mną! Niestety, w ogólnym wyniku i tak miała lepszy czas niż mój.


 

wtorek, 19 września 2023

Warszawska Mila, czyli powrót do lasu w stylu mistrzowskim.

Po szybkomózgowym rozruchu w mieście nadeszła pora, by po długiej przerwie zmierzyć się z lasem. Nie żałowaliśmy sobie i od razu stanęliśmy do konkurencji o tytuł Mistrza Mazowsza w biegu średniodystansowym. A co? Ja to w sumie najbardziej lubię wszelakie mistrzostwa, bo wtedy zawsze w bazie jest kibel i nie trzeba latać po krzakach. To znaczy latać po krzakach na ogół trzeba, ale  w innym celu.
 
Prawdziwe mistrzostwa.
 
Bieg odbywał się w Puszczy Białej w okolicy Tocznabieli (jak ktoś wie gdzie to jest). W mojej kategorii wiekowej startowały nas 4 sztuki, więc żeby załapać się na podium trzeba było ciut się wysilić. Trasa jak na bieg średniodystansowy krótka, bo tylko 3 km z hakiem, ale wiadomo - my już staruszki, więc dla nas wystarczy:-) Do tego całe 11 punktów.
 
W oczekiwaniu na start.
 
 
I ruszyłam.

Startowałam jako ostatnia w swojej kategorii, zaraz za Becią. Już od startu trzeba było biec na azymut, no to tak zrobiłam i poleciałam po kresce, bo las był przebieżny. Przed punktem dogoniłam Beatkę i razem podbiłyśmy jedynkę. W drodze na dwójkę coś ją straciłam z zasięgu wzroku, ale spotkałyśmy się znowu przy dwójce. Do trójki już ruszyłyśmy razem i po chwili dogoniłyśmy Paulinę, która startowała jako pierwsza. 
- No fajnie, fajnie tak doganiać konkurencję - pomyślałam i od razu los mnie pokarał - zaczęły się wydmy, a ja po niepłaskim, to tak średnio. Jeszcze do piątego punktu nadążałam za dziewczynami, ale między piątką a szóstką zaczęłam zostawać w tyle. A potem one poleciały i tyle je widziałam. 
Moja rezerwa siłowa się wyczerpała i zaczęłam przemyśliwać, czy sobie nie przycupnąć na jakimś pniu i nie odpocząć. Wlekłam się dalej tylko dlatego, że nie znalazłam odpowiedniego siedziska. Dobrze przynajmniej, że nawigacyjnie szło mi świetnie i poruszałam się niemal po liniach prostych od punktu do punktu, bo gdybym się jeszcze do kompletu zgubiła, to już w ogóle przekichane. Do mety to już ledwo doszłam, nawet nie próbując biec i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że tak całkiem ostatnia to nie byłam. Nie żeby była w tym jakaś moja szczególna zasługa, ale zawsze miło.
Wieczorem odbywał się etap nocny, ale my już odpuściliśmy. Po ciemku nie lubię, zresztą dwa biegi w jeden dzień, to nie na moje możliwości. Powrót trzeba sobie rozsądnie dawkować.
 
 
Cały przebieg, nie ukrywam - dumna jestem:-)
 

wtorek, 12 września 2023

Szybki Mózg na Grochowie

Lato minęło, pokończyły się wszystkie mistrzostwa wszystkiego i zaczęły wracać lokalne imprezy. Jako pierwszy wystartował Szybki Mózg. Tomek wciąż nie powinien biegać, ale miałam nadzieję, że przynajmniej zawiezie mnie na zawody, zwłaszcza że miały być stosunkowo blisko. Ale Tomek jak to Tomek - od razu zapisał się na najdłuższą trasę, bo co tam noga, najwyżej będzie boleć. Ja za to obniżyłam loty i zamiast tradycyjnie na zuchwałych, zapisałam się na odważnych. Po tak długiej przerwie jakoś nie miałam ochoty się zbytnio męczyć.
 
 Przed startem.
 
Trochę bałam się czy jeszcze pamiętam co się robi z mapą, czipem i kompasem, ale próba nie strzelba.
Moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne - od razu po wzięciu mapy w rękę wiedziałam co robić i nie miałam ani chwili zawahania.
 
 Start.
 
Po mieście w sumie biega się łatwo, wystarczy mieć dobry wzrok i szybkie nogi i sukces murowany. Ja akurat nie mam ani jednego, ani drugiego, więc zamiast sukcesu miałam radochę i satysfakcję. 
Jeszcze przed startem myślałam, że pewnie część trasy przejdę, a nie przebiegnę, ale o dziwo, udało się przetruchtać całość. Nawigacyjnie też było spoko. No, może przebieg z siódemki na ósemkę był trochę idiotyczny, ale jakiś błąd w końcu trzeba popełnić.

Nie wiem po co leciałam tak naokoło.

A po biegu nadrabianie zaległości towarzyskich z całego lata. Fajnie znowu zobaczyć te biegackie gęby:-)

I koniecznie pamiątkowa foteczka!


Cały przebieg.

wtorek, 29 sierpnia 2023

Żyjemy...

Żyjemy, jak by się kto pytał. 
Tomek przeleczył boreliozę, a teraz walczy z rozcięgnem i jest nadzieja, że jeszcze pobiega. Jak on zacznie, to ja pewnie też. Na razie samej to mi się nie chce, poza tym w upałach nie biegam, prawie nie chodzę i nawet leżenie mnie męczy. No, ale jesień idzie... 
Muszę sprawdzić gdzie są moje buty od biegania...