Jeśli ktoś pomyślał, że po Mokrym Mózgu wróciliśmy do domu, to się zdziwi - otóż nie!
Mało nam było atrakcji, to pojechaliśmy jeszcze na marsze. Z D. M., który organizował imprezę, byliśmy umówieni, że będzie czekał na nas do skutku. Zresztą takich wariatów jak my było więcej i na jedynkowe InO dla spóźnialskich dotarło nas siedem sztuk.
Sprawnie podzieliliśmy się na dwie ekipy, co i tak nie miało większego znaczenia, bo wszyscy ruszyliśmy jednocześnie. My razem z B. S. i G. A. poszliśmy razem, bardziej towarzysko, niż żeby coś tam....
Zanim udało mi się na mapie zlokalizować start, to już byliśmy przy PK 4. No, ale dla mnie był to teren dziewiczy, a reszta była w tych okolicach tysiąc pięćset razy. Dopiero jak zobaczyłam gmach główny politechniki, to nieco się odnalazłam i przez chwilę wiedziałam gdzie i po co idziemy.
Niemal na każdym punkcie spotykaliśmy drugą ekipę i tak sobie trwała nasza "zaciekła" rywalizacja.
Na Polach Mokotowskich B. znała niemal każde drzewko, co nie dziwne, bo pół życia spędziła wieszając na nich lampiony. Na szczęście i ja raz w życiu tam już byłam, więc nie czułam się zupełnie obco.
Trasa wydała mi się dziwnie krótka i miałam wrażenie, że te 14 PK zebraliśmy w moment. Ale wiadomo - w miłym towarzystwie czas szybko leci.
D. M. bohatersko czekał na nas na mecie, mimo, że noc była już ciemna, a wszyscy przyzwoici ludzie kładli się już do łóżek. Mało tego, czekał na nas z ciastem, z bitą śmietaną i kilkoma rodzajami soków.
To się nazywa obsługa!
czwartek, 21 maja 2015
Mózg mi zwolnił!
Szybki Mózg zapowiadał się nieco przerażająco. Nie dość, że po lesie (co prawda, taki tam las, ale jednak), to jeszcze w deszczu, a kto wie czy nie podczas burzy. Mimo to, nie odpuściliśmy.
Po kilkakrotnym objechaniu okolic bazy, wreszcie udało się zaparkować i niemal w ostatniej chwili dopadliśmy startu. Ja miałam sporo czasu, ale T. ruszał na początku stawki.
Wreszcie nadeszła i moja minuta startowa. Clear, check, start i ruszyłam tam, gdzie znikali poprzedni biegacze. O padającym deszczu zapomniałam od razu, zbyt skupiona na mapie, żeby takie drobnostki miały jakiekolwiek znaczenie. Pierwszy punkt łatwy, bo na skrzyżowaniu ścieżek. Do drugiego ścieżką i dróżką, mimo, że trzeba było nadłożyć drogi. Chociaż naokoło, to szybciutko poszło, bo odległości niewielkie. Trochę mnie skala mapy ośmieliła i na trójkę postanowiłam lecieć na azymut, a nawet nie na azymut, tylko metodą T., czyli gdzieś tam. Zadziałało i wybiegłam dokładnie na punkt. Skoro tak dobrze szło, to i czwórkę załatwiłam tym sposobem. Między czwórką, a piątką natknęłam się na A. M. i lecąc za nią trochę podciągnęłam sobie czas. Podciągnęłabym więcej, gdyby nie to, że do podciągania miałam też opadające spodnie, bo jakiś idiota zaprojektował je bez gumki, czy jakiegokolwiek chociaż sznurka. Dodatkowo na przemian rozwiązywał mi się to prawy, to lewy but. Żeby nie dobiec na metę w połowicznym negliżu, musiałam tracić cenne sekundy na wiązanie butów i wciąganie portek na tyłek. Koszulka zwijająca się niemal pod brodę już nawet nie robiła na mnie wrażenia. Na wrażenia innych byłam całkowicie obojętna.
Szóstkę i siódemkę wzięłam w pełnym pędzie, na ósemce dogoniłam G. A., która startowała dwie minuty przede mną. Dziewiąteczka tuż przy ósemce, więc nie ma co gadać, do dziesiątki znowu na przełaj, przez las. Przebieżność taka sobie, żeby nie powiedzieć wręcz. Zresztą mapa ostrzegała, ale co mi tam mapa będzie rozkazywać. Dopadłam tej dziesiątki, a mnie z kolei dopadła pierwsza fala zmęczenia. No, ale w końcu od startu do tego PK cały czas biegłam. Do jedenastki stosunkowo długi przebieg, dodatkowo przez krzaczory, więc raczej marszem niż biegiem, ostatecznie zarżnąć się nie planowałam.
A na dwunastce poległam. Mózg mi zwolnił i tym sposobem mając wolne skrajne odcinki człowieka (mózg i nogi) błąkałam się bezradnie i niemrawo po lesie. W oddali mignęły mi sylwetki A. M. i G. A. Pognałam rączo w tamtym kierunku, bo skoro one tam są, to i jakiś nasz punkt też musi być. Był. Tyle, że nie dwunastka, a trzynastka. No, ale przynajmniej miałam się od czego namierzyć. Reszta poszła znowu łatwo, ale wiedząc już, że nie będzie dobrego wyniku, nie wysilałam się jakoś specjalnie. Tylko na metę wpadłam biegiem, no bo wiadomo - patrzą, robią fotki, to trzeba się zaprezentować:-)
A tu widać jak szybko dobiegałam do mety:
Po kilkakrotnym objechaniu okolic bazy, wreszcie udało się zaparkować i niemal w ostatniej chwili dopadliśmy startu. Ja miałam sporo czasu, ale T. ruszał na początku stawki.
Wreszcie nadeszła i moja minuta startowa. Clear, check, start i ruszyłam tam, gdzie znikali poprzedni biegacze. O padającym deszczu zapomniałam od razu, zbyt skupiona na mapie, żeby takie drobnostki miały jakiekolwiek znaczenie. Pierwszy punkt łatwy, bo na skrzyżowaniu ścieżek. Do drugiego ścieżką i dróżką, mimo, że trzeba było nadłożyć drogi. Chociaż naokoło, to szybciutko poszło, bo odległości niewielkie. Trochę mnie skala mapy ośmieliła i na trójkę postanowiłam lecieć na azymut, a nawet nie na azymut, tylko metodą T., czyli gdzieś tam. Zadziałało i wybiegłam dokładnie na punkt. Skoro tak dobrze szło, to i czwórkę załatwiłam tym sposobem. Między czwórką, a piątką natknęłam się na A. M. i lecąc za nią trochę podciągnęłam sobie czas. Podciągnęłabym więcej, gdyby nie to, że do podciągania miałam też opadające spodnie, bo jakiś idiota zaprojektował je bez gumki, czy jakiegokolwiek chociaż sznurka. Dodatkowo na przemian rozwiązywał mi się to prawy, to lewy but. Żeby nie dobiec na metę w połowicznym negliżu, musiałam tracić cenne sekundy na wiązanie butów i wciąganie portek na tyłek. Koszulka zwijająca się niemal pod brodę już nawet nie robiła na mnie wrażenia. Na wrażenia innych byłam całkowicie obojętna.
Szóstkę i siódemkę wzięłam w pełnym pędzie, na ósemce dogoniłam G. A., która startowała dwie minuty przede mną. Dziewiąteczka tuż przy ósemce, więc nie ma co gadać, do dziesiątki znowu na przełaj, przez las. Przebieżność taka sobie, żeby nie powiedzieć wręcz. Zresztą mapa ostrzegała, ale co mi tam mapa będzie rozkazywać. Dopadłam tej dziesiątki, a mnie z kolei dopadła pierwsza fala zmęczenia. No, ale w końcu od startu do tego PK cały czas biegłam. Do jedenastki stosunkowo długi przebieg, dodatkowo przez krzaczory, więc raczej marszem niż biegiem, ostatecznie zarżnąć się nie planowałam.
A na dwunastce poległam. Mózg mi zwolnił i tym sposobem mając wolne skrajne odcinki człowieka (mózg i nogi) błąkałam się bezradnie i niemrawo po lesie. W oddali mignęły mi sylwetki A. M. i G. A. Pognałam rączo w tamtym kierunku, bo skoro one tam są, to i jakiś nasz punkt też musi być. Był. Tyle, że nie dwunastka, a trzynastka. No, ale przynajmniej miałam się od czego namierzyć. Reszta poszła znowu łatwo, ale wiedząc już, że nie będzie dobrego wyniku, nie wysilałam się jakoś specjalnie. Tylko na metę wpadłam biegiem, no bo wiadomo - patrzą, robią fotki, to trzeba się zaprezentować:-)
A tu widać jak szybko dobiegałam do mety:
środa, 20 maja 2015
Jak oswajałam Smoka
Po poprzednim Smoku, T. usiłował wyjaśnić mi zawiłe zasady zbierania punktów, ale niespecjalnie go słuchałam wychodząc z założenia, że drugi raz nie zrobią tego samego. A jednak! Jakaś nowa świecka tradycja...
Obejrzałam i przeczytałam mapę i teoretycznie rozumiałam o co chodzi, natomiast za nic nie byłam w stanie obliczyć, które punkty najlepiej zebrać. Poczułam się jak Miś o Bardzo Małym Rozumku:-( W związku z tym, czym prędzej wyparłam myśl o liczeniu, skupiłam się na zachodzeniu map i usiłowałam jakoś połączyć trójkąty do kupy. O ile te z podpisanymi ulicami nie wyglądały groźnie, to orto nie pasowało do niczego. T. dawno wytypował PK do zebrania i razem hipnotycznie wpatrywaliśmy się w środkowy trójkąt. Ponieważ czas uciekał, a patrzenie nie przybliżało nas ani trochę do celu, postanowiliśmy zaliczyć trójkąt ze startem, a potem jakoś to będzie.T. nieco ogarniał teren, więc w miarę szybko podejmował decyzję, gdzie iść dalej. Samo znajdywanie PK w terenie, na pełnej mapie, już nie stanowiło problemu.
Zaliczyliśmy trójkąt lewy, trójkąt prawy, a o orto dalej nie mieliśmy pojęcia, gdzie ono jest w terenie. Na 47 PK spotkaliśmy A. N. i M. P. Na standardowe pytanie, czy znaleźli orto , któreś z nich rzuciło, że właśnie stamtąd idą. Za nic w świecie nie chcieli więcej powiedzieć, no bo wiadomo - każdy chce wygrać, więc zdradzanie cennych tajemnic konkurencji byłoby głupotą. T. chciał ich przycisnąć do muru i zasypać gradem pytań, ale odciągnęłam go od niedoszłych ofiar. Mój chytry, naprędce wymyślony plan zakładał udanie się w rejony skąd przyszła konkurencja, a tam już na pewno coś wypatrzymy. Ruszyliśmy więc w nieznane i po chwili kluczenia wśród budynków wyszliśmy na jakąś większą ulicę, przy której wypatrzyłam park. Na parki byliśmy wyczuleni, bo był nam potrzebny jeden konkretny. I faktycznie - ten park idealnie wpasował się w naszą koncepcję. Byliśmy uratowani!
T. nauczony doświadczeniem poprzedniej edycji Smoka wiedział, że trzeba się mocno sprężać żeby wyrobić się w czasie, zaczął więc poganiać i poganiać. W drodze na piętnastkę zrobiłam nową życiówkę w długości jednorazowego przebiegu i tak sobie myślę, że nie od rzeczy zacząć rozglądać się za jakimś maratonem. Biegłam, biegłam i biegłam - aż T. musiał mnie powstrzymywać, bo przeleciałabym punkt, nawet nie wiedząc kiedy - tak mnie poniosło.
Im bliżej mety, tym częściej T. przeliczał punkty i czas. Jakieś tam zależności między nimi były, dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
- Szybciej! Biegnij! - dyszał mi w kark T. żeby na metę wpaść w określonej minucie. A kiedy byliśmy już na miejscu, to odmówił oddania karty startowej, bo okazało się, że jesteśmy za wcześnie. I było mnie tak poganiać????
Obejrzałam i przeczytałam mapę i teoretycznie rozumiałam o co chodzi, natomiast za nic nie byłam w stanie obliczyć, które punkty najlepiej zebrać. Poczułam się jak Miś o Bardzo Małym Rozumku:-( W związku z tym, czym prędzej wyparłam myśl o liczeniu, skupiłam się na zachodzeniu map i usiłowałam jakoś połączyć trójkąty do kupy. O ile te z podpisanymi ulicami nie wyglądały groźnie, to orto nie pasowało do niczego. T. dawno wytypował PK do zebrania i razem hipnotycznie wpatrywaliśmy się w środkowy trójkąt. Ponieważ czas uciekał, a patrzenie nie przybliżało nas ani trochę do celu, postanowiliśmy zaliczyć trójkąt ze startem, a potem jakoś to będzie.T. nieco ogarniał teren, więc w miarę szybko podejmował decyzję, gdzie iść dalej. Samo znajdywanie PK w terenie, na pełnej mapie, już nie stanowiło problemu.
Zaliczyliśmy trójkąt lewy, trójkąt prawy, a o orto dalej nie mieliśmy pojęcia, gdzie ono jest w terenie. Na 47 PK spotkaliśmy A. N. i M. P. Na standardowe pytanie, czy znaleźli orto , któreś z nich rzuciło, że właśnie stamtąd idą. Za nic w świecie nie chcieli więcej powiedzieć, no bo wiadomo - każdy chce wygrać, więc zdradzanie cennych tajemnic konkurencji byłoby głupotą. T. chciał ich przycisnąć do muru i zasypać gradem pytań, ale odciągnęłam go od niedoszłych ofiar. Mój chytry, naprędce wymyślony plan zakładał udanie się w rejony skąd przyszła konkurencja, a tam już na pewno coś wypatrzymy. Ruszyliśmy więc w nieznane i po chwili kluczenia wśród budynków wyszliśmy na jakąś większą ulicę, przy której wypatrzyłam park. Na parki byliśmy wyczuleni, bo był nam potrzebny jeden konkretny. I faktycznie - ten park idealnie wpasował się w naszą koncepcję. Byliśmy uratowani!
T. nauczony doświadczeniem poprzedniej edycji Smoka wiedział, że trzeba się mocno sprężać żeby wyrobić się w czasie, zaczął więc poganiać i poganiać. W drodze na piętnastkę zrobiłam nową życiówkę w długości jednorazowego przebiegu i tak sobie myślę, że nie od rzeczy zacząć rozglądać się za jakimś maratonem. Biegłam, biegłam i biegłam - aż T. musiał mnie powstrzymywać, bo przeleciałabym punkt, nawet nie wiedząc kiedy - tak mnie poniosło.
Im bliżej mety, tym częściej T. przeliczał punkty i czas. Jakieś tam zależności między nimi były, dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
- Szybciej! Biegnij! - dyszał mi w kark T. żeby na metę wpaść w określonej minucie. A kiedy byliśmy już na miejscu, to odmówił oddania karty startowej, bo okazało się, że jesteśmy za wcześnie. I było mnie tak poganiać????
wtorek, 19 maja 2015
Rychliki -cz.3
W oczekiwaniu na organizatorów, wyniki i etap nocny każdy jak mógł organizował sobie wolny czas. Jedni regenerowali siły pochrapując z cicha, inni podtrzymywali więź w stadzie za pomocą wzajemnego iskania
jeszcze inni trenowali przed kolejnym etapem, spontanicznie organizując drobne InO
Późnym popołudniem, a raczej wczesnym wieczorem pojawiły się wyniki. Pierwszy etap dał nam drugie miejsce. Do zrównania się ze zwycięzcą zabrakło nam jednego jedynego punktu, wystarczyło podbiec kawałeczek:-( Drugi etap, gdzie z szesnastu PK zebraliśmy tylko cztery ukończyliśmy na czwartym miejscu. Hallo! Autor! Czy to jakoś daje do myślenia???
Wreszcie nadszedł wieczór. Znowu zostaliśmy wywiezieni w las, z którego jak kto potrafi, mieliśmy wrócić do bazy. Jakoś nie obawiałam się tego etapu, bo nie znałam przypadku, żeby na jednej imprezie udało się autorom zaserwować dwie nieprzechadzalne trasy pod rząd - czyli mogło być już tylko lepiej.
Faktycznie, mapa nie wyglądała jakoś dramatycznie, opis był sensowny, dostaliśmy wczesną minutę startową, nie było się czego czepić.
Poszliśmy jak burza. Szczególnie, że z całych sił staraliśmy się uciec przed wszędobylskimi muszkami, które usiłowały się nam wcisnąć do oczu, uszu, nosa. Ucieczka oczywiście z góry była skazana na niepowodzenie, ale co nadrobiliśmy czasu, to nasze. Bezproblemowo udawało nam się żonglować kółeczkami, trafialiśmy więc w okolice punktu za każdym razem. Nie żeby było łatwo, co to, to nie. A to idąc na azymut natykaliśmy się na ścianę zwartego lasu i z narażeniem zdrowia i urody przedzieraliśmy się w linii prostej do celu, a to zjeżdżaliśmy po stromej, kamienistej skarpie w poszukiwaniu właściwego głazu, a to konkurencja deptała nam po piętach i musieliśmy mylić pogonie, żeby nie naprowadzić przeciwnika na właściwy punkt.
I tak kilka ostatnich punktów zdobyliśmy już w kooperacji z dwoma zespołami, bo na prostej drodze raczej trudno jest się odtramwaić - albo musielibyśmy pobiec (trudno liczyć na bieg wyczynowy na trzecim etapie), albo zostać w tyle i tracić cenny czas. Tramwaj miał i zalety - po bezskutecznym czesaniu terenu można było komisyjnie wpisać BPKa i mieć pewność, że to nie nasza fanaberia, a fakt w miarę obiektywny.
Rzekę przekraczaliśmy już w lekkich minutach. T. ruszył z kopyta do ostatniego punktu, ja doczłapałam się siłą woli. Spadek formy na końcówce i złapanie jednego stowarzysza uplasowały nas, jak się potem okazało, na trzecim miejscu tego etapu.
Po wczesnym dotarciu do bazy (wcześnie wyszli, wcześnie wrócili) mieliśmy luksus kąpieli w ciepłej wodzie, bez oczekiwania w kolejce, a do tego przy świetle, czego nie wszyscy wracający później mogli doświadczyć.
Kiedy nad ranem lunatykowałam do łazienki, na ścianie dumnie wisiały już wyniki ostateczne. Wydawało mi się, że zajęliśmy trzecie miejsce, ale dopiero poranne dokładne ich przestudiowanie dało mi pewność, że to nie sen.
Potem odbyła się medalacja, dyplomacja i nagrodacja. Nagrody były bardzo, bardzo interesujące. Ja od razu złapałam za najbardziej ryzykowną z punktu widzenia organizatorów (a zwłaszcza autora drugiego etapu) i zastanawiałam się, czy aby jej od razu nie użyć.
poniedziałek, 18 maja 2015
Rychliki - cz.2
Przebieraliśmy nogami w blokach startowych do tego drugiego etapu, a tymczasem dyrekcja imprezy wysłała nas na zieloną trawkę z informacją, że wychodzimy za godzinę. W związku z tym wybraliśmy odpowiedni kawałek trawki, rozłożyli obozowisko, zzuli buty i zalegli. Tymczasem po kilkunastu minutach dyrekcji się odwidziało i postanowiła wysłać nas już, natychmiast. Niewiele brakowało, a poleciałabym na ten drugi etap boso!
Kiedy tylko zobaczyłam mapę, zaklęłam w duchu szpetnie i po francusku, żeby nikt nie zrozumiał w razie czytania w myślach. Na mapie wielkości stołu do ping-ponga jakieś trybiki, taśmociąg i porozrzucane narzędzia - jednym słowem b...... (bałagan) jak cholera. Opis mapy był o dziwo napisany poprawną polszczyzną, ale co z tego, skoro istoty zagadnienia i tak nie byłam w stanie zrozumieć. Im bardziej budowniczy mi tłumaczył, tym większa rozpacz malowała się na jego twarzy. No ale co ja poradzę, że nie kończyłam politechniki, tylko wydział filologiczny? W efekcie na własnej skórze doświadczyłam wykluczenia społecznego, ze względu na poziom wykształcenia technicznego. Zresztą, na litość, imprezy na orientację chyba powinny raczej bazować na znajomości posługiwania się mapą i kompasem, a nie znajomości przekładni, zębatek i taśmociągów!
T. na szczęście jest po politechnice i odciągnął mnie od oszołomionego moją niewiedzą techniczną budowniczego twierdząc, że wie o co chodzi. Potem patrzył, patrzył w mapę (ja się nawet brzydziłam tej mapy wziąć do ręki) i ... ruszyliśmy. Dlaczego w tę stronę, a nie inną? To na zawsze pozostanie dla mnie zagadką!
Zagotowało się we mnie, para buchnęła uszami, zęby zgrzytnęły jedne o drugie, ale postanowiłam sobie w duchu, że zniosę to z godnością. Mało tego, nawet nie będę stawiała biernego oporu - na komendę "iść" - pójdę, a na komendę "stać" - stanę.
T. chyba naprawdę wiedział o co chodzi, bo dość szybko znaleźliśmy pierwszy PK. To znaczy T. znalazł, ja tylko nie przeszkodziłam w tym. Trochę trudniej poszło z drugim, ale i on padł naszym łupem. Idąc na trzeci zobaczyliśmy sporą grupkę rozłożoną na trawce. Piknik, czy co? A to tylko zdesperowani inowcy pracowicie wycinali kółka zębate i naklejali na kartkę.
- My znajdujemy bez wycinania - dumnie obwieścił T. w odpowiedzi na pytanie jak nam idzie.
I chyba w złą godzinę wypowiedział te słowa, bo do trzeciego PK nie udało nam się dotrzeć. Błąkaliśmy się po lesie, to w prawo, to w lewo, a wraz z nami błąkały się grupy, które dawno już powinny zbliżać się do mety. Z nudów, w końcu po raz pierwszy, zerknęłam do mapy.
- A tu jest napisane, że jedna para kółek zmieniła się miejscami - oznajmiłam beznamiętnie.
T. ożywił się.
- No właśnie! Tak mi ta trójka nie pasowała w tym miejscu!
Zmiana koncepcji, niestety, nie wniosła nic nowego do sprawy. W końcu T. się poddał.
- Tniemy mapę - zarządził.
Spędziliśmy pracowite i długie minuty tnąc ząbek po ząbku, składając w całość i obracając zgodnie z instrukcją. Potem zrobiliśmy trzysta czterdzieści siedem rund po lesie i znowu nic nie znaleźliśmy. Czas powoli zaczynał nam się kończyć. T. zarządził porzucenie trybików i przeniesienie poszukiwań w stronę taśmociągu.
Tak byłam zestresowana sytuacją, tak mną miotały furie, że aby nie stać się groźną dla otoczenia musiałam się jakoś wyciszyć. Wyjęłam torbę twardych cukierków i miażdżyłam je w zębach wyobrażając sobie, że każdy cukierek, to budowniczy tej parszywej trasy i właśnie ginie w straszliwych mękach. Pomogło! Pomogło, ale jeśli konsekwencją będzie zakup spodni o rozmiar większych, to obiecuję - rachunek prześlę do organizatorów!
W pobliżu taśmociągu natknęliśmy się na wielki tramwaj tezetów. Miny mieli jakieś nietęgie i tak nam się jakoś wydawało, że na trasę wychodzili sporo przed nami.
Wymyśliliśmy koncepcję, gdzie mogą znajdować się dwa spośród "narzędziowych" punktów i usiłowaliśmy jakoś umiejscowić je w otoczeniu, chociaż na tyle, żeby się przynajmniej na stowarzysza nadały. Cud jakiś sprawił, że nie tylko na stowarzysza, ale nawet na właściwe PK wyglądały.
Byliśmy już w lekkich minutach, a o położeniu reszty punktów nie mieliśmy zielonego pojęcia, ani też bladej koncepcji co dalej. Z pewną nieśmiałością zaproponowałam:
- To może wyjmij telefon i obejrzymy sobie wariant ratunkowy.
(Przed wyjściem autor trasy zalecał przerysować sobie lub sfotografować trasę najłatwiejszego dojścia na metę.)
T. - o dziwo - bez słowa protestu wyjął telefon, wyznaczył kierunek marszu i piękną asfaltową drogą pomaszerowaliśmy w stronę mety.
Na mecie (w stadninie koni) siedziała już mocna ekipa znajomych i topiła swoją porażkę w piwie. Uznawszy to za jedyne rozsądne posunięcie, dołączyłam do nich. T. topił swoje smutki w pepsi. Po wymianie wrażeń okazało się, że my ze swoimi czterema PK to jesteśmy gigantami, bo oni w osiem osób i w grubych minutach znaleźli tylko 3 PK.
Organizatorzy najwidoczniej nie chcąc mieć w bazie rozjuszonej tłuszczy, zafundowali nam jeszcze dwukilometrową dojściówkę, licząc, że dodatkowy wysiłek ostudzi nasze mordercze zapędy. Ale też chyba i tego nie byli pewni, bo w bazie poza uczestnikami nie zastaliśmy żywego ducha. Wszyscy pochowali się gdzieś po kątach. Ani organizatorów, ani wyników poprzedniego etapu!
Siedzieliśmy zdegustowani, zmęczeni i znudzeni, a jak wiadomo z nudów rodzą się różne pomysły ...
c. d. n.
Kiedy tylko zobaczyłam mapę, zaklęłam w duchu szpetnie i po francusku, żeby nikt nie zrozumiał w razie czytania w myślach. Na mapie wielkości stołu do ping-ponga jakieś trybiki, taśmociąg i porozrzucane narzędzia - jednym słowem b...... (bałagan) jak cholera. Opis mapy był o dziwo napisany poprawną polszczyzną, ale co z tego, skoro istoty zagadnienia i tak nie byłam w stanie zrozumieć. Im bardziej budowniczy mi tłumaczył, tym większa rozpacz malowała się na jego twarzy. No ale co ja poradzę, że nie kończyłam politechniki, tylko wydział filologiczny? W efekcie na własnej skórze doświadczyłam wykluczenia społecznego, ze względu na poziom wykształcenia technicznego. Zresztą, na litość, imprezy na orientację chyba powinny raczej bazować na znajomości posługiwania się mapą i kompasem, a nie znajomości przekładni, zębatek i taśmociągów!
T. na szczęście jest po politechnice i odciągnął mnie od oszołomionego moją niewiedzą techniczną budowniczego twierdząc, że wie o co chodzi. Potem patrzył, patrzył w mapę (ja się nawet brzydziłam tej mapy wziąć do ręki) i ... ruszyliśmy. Dlaczego w tę stronę, a nie inną? To na zawsze pozostanie dla mnie zagadką!
Zagotowało się we mnie, para buchnęła uszami, zęby zgrzytnęły jedne o drugie, ale postanowiłam sobie w duchu, że zniosę to z godnością. Mało tego, nawet nie będę stawiała biernego oporu - na komendę "iść" - pójdę, a na komendę "stać" - stanę.
T. chyba naprawdę wiedział o co chodzi, bo dość szybko znaleźliśmy pierwszy PK. To znaczy T. znalazł, ja tylko nie przeszkodziłam w tym. Trochę trudniej poszło z drugim, ale i on padł naszym łupem. Idąc na trzeci zobaczyliśmy sporą grupkę rozłożoną na trawce. Piknik, czy co? A to tylko zdesperowani inowcy pracowicie wycinali kółka zębate i naklejali na kartkę.
- My znajdujemy bez wycinania - dumnie obwieścił T. w odpowiedzi na pytanie jak nam idzie.
I chyba w złą godzinę wypowiedział te słowa, bo do trzeciego PK nie udało nam się dotrzeć. Błąkaliśmy się po lesie, to w prawo, to w lewo, a wraz z nami błąkały się grupy, które dawno już powinny zbliżać się do mety. Z nudów, w końcu po raz pierwszy, zerknęłam do mapy.
- A tu jest napisane, że jedna para kółek zmieniła się miejscami - oznajmiłam beznamiętnie.
T. ożywił się.
- No właśnie! Tak mi ta trójka nie pasowała w tym miejscu!
Zmiana koncepcji, niestety, nie wniosła nic nowego do sprawy. W końcu T. się poddał.
- Tniemy mapę - zarządził.
Spędziliśmy pracowite i długie minuty tnąc ząbek po ząbku, składając w całość i obracając zgodnie z instrukcją. Potem zrobiliśmy trzysta czterdzieści siedem rund po lesie i znowu nic nie znaleźliśmy. Czas powoli zaczynał nam się kończyć. T. zarządził porzucenie trybików i przeniesienie poszukiwań w stronę taśmociągu.
Tak byłam zestresowana sytuacją, tak mną miotały furie, że aby nie stać się groźną dla otoczenia musiałam się jakoś wyciszyć. Wyjęłam torbę twardych cukierków i miażdżyłam je w zębach wyobrażając sobie, że każdy cukierek, to budowniczy tej parszywej trasy i właśnie ginie w straszliwych mękach. Pomogło! Pomogło, ale jeśli konsekwencją będzie zakup spodni o rozmiar większych, to obiecuję - rachunek prześlę do organizatorów!
W pobliżu taśmociągu natknęliśmy się na wielki tramwaj tezetów. Miny mieli jakieś nietęgie i tak nam się jakoś wydawało, że na trasę wychodzili sporo przed nami.
Wymyśliliśmy koncepcję, gdzie mogą znajdować się dwa spośród "narzędziowych" punktów i usiłowaliśmy jakoś umiejscowić je w otoczeniu, chociaż na tyle, żeby się przynajmniej na stowarzysza nadały. Cud jakiś sprawił, że nie tylko na stowarzysza, ale nawet na właściwe PK wyglądały.
Byliśmy już w lekkich minutach, a o położeniu reszty punktów nie mieliśmy zielonego pojęcia, ani też bladej koncepcji co dalej. Z pewną nieśmiałością zaproponowałam:
- To może wyjmij telefon i obejrzymy sobie wariant ratunkowy.
(Przed wyjściem autor trasy zalecał przerysować sobie lub sfotografować trasę najłatwiejszego dojścia na metę.)
T. - o dziwo - bez słowa protestu wyjął telefon, wyznaczył kierunek marszu i piękną asfaltową drogą pomaszerowaliśmy w stronę mety.
Na mecie (w stadninie koni) siedziała już mocna ekipa znajomych i topiła swoją porażkę w piwie. Uznawszy to za jedyne rozsądne posunięcie, dołączyłam do nich. T. topił swoje smutki w pepsi. Po wymianie wrażeń okazało się, że my ze swoimi czterema PK to jesteśmy gigantami, bo oni w osiem osób i w grubych minutach znaleźli tylko 3 PK.
Organizatorzy najwidoczniej nie chcąc mieć w bazie rozjuszonej tłuszczy, zafundowali nam jeszcze dwukilometrową dojściówkę, licząc, że dodatkowy wysiłek ostudzi nasze mordercze zapędy. Ale też chyba i tego nie byli pewni, bo w bazie poza uczestnikami nie zastaliśmy żywego ducha. Wszyscy pochowali się gdzieś po kątach. Ani organizatorów, ani wyników poprzedniego etapu!
Siedzieliśmy zdegustowani, zmęczeni i znudzeni, a jak wiadomo z nudów rodzą się różne pomysły ...
c. d. n.
niedziela, 17 maja 2015
Rychliki - cz.1
Gościnne występy podobają się nam coraz bardziej i po Kolbuszowej nie mogliśmy się doczekać kolejnego wyjazdu - tym razem do Częstochowy. Zresztą i tak zaplanowaliśmy sobie jechać na każdy PP, który jest w zasięgu naszych możliwości dojazdowych.
Wyjazd na Rychliki ucieszył mnie tym bardziej, że wreszcie wymogłam na T. start w adekwatnej do naszych umiejętności kategorii - TU. Niepokojący natomiast wydał mi się pomysł T., żeby nie jechać w piątek, tylko świtkiem w sobotę. A tak na dobrą sprawę, to w samym środku nocy, bo jak inaczej można nazwać godzinę piątą??? Ostatecznie poszłam na kompromis i zgodziłam się przenieść ze spaniem do samochodu (o tej barbarzyńskiej piątej), ale obudzić się dopiero koło ósmej.
Jak obiecałam, tak zrobiłam i po otwarciu zaropiałych ocząt (na te zawody organizm zafundował mi zapalenie spojówek) ujrzałam tył głowy T. G. Faktycznie miał z nami jechać, ale kiedy i skąd się wziął - nie odnotowałam.
Na miejscu zastaliśmy już całą stowarzyszoną ekipę. Jak to miło na obczyźnie zobaczyć znajome mordy kochane! :-) :-) :-)
Tradycyjnie, jak to na dużych imprezach, rozpoczęcie odbyło się z nieplanowym aczkolwiek przez wszystkich pewnie przewidzianym opóźnieniem, no ale w końcu padło hasło:
- Jaśnie Państwo, kareta zajechała!
Gdzie nas chcieli wywieźć, nikt nie wiedział, ale ostatecznie jakie to miało znaczenie. Od zajechania, do odjazdu nastąpiło kolejne nieplanowe, lecz spodziewane opóźnienie. Siedząc w autokarze z nudów patrzyliśmy co tam słychać na zewnątrz.
- O, piesek - ktoś rzucił.
- Będzie srał - dodał kolejny obserwator.
- Ciekawe czy sprzątnie po sobie? - dociekał ktoś inny.
Wszyscy z zapartym tchem i w skupieniu obserwowali zmagania pieska z własną fizjologią. Wreszcie finał i fanfary!
- Patrzcie, tyłek sobie wyciera!!!! - entuzjazm obserwatorów sięgnął zenitu.
- O! Jeszcze wyciera! Patrzcie!
Wreszcie piesek zakończył czynności okołodefekacyjne, zamerdał ogonkiem i oddalił się, a w autobusie znów zagościła nuda i marazm.
W końcu ruszyliśmy. Na starcie okazało się, że do minuty zero trzeba trochę poczekać, a już my z naszą daleką minutą startową to w ogóle możemy iść na grzyby albo na piwo. Tyle tylko, że ani jedno, ani drugie nie było dostępne. Na szczęście słonko miło przygrzewało, rozłożyliśmy się więc na trawie i cierpliwie czekali. Swoją drogą, organizatorzy nie mają smykałki do interesów, bo mogli na starcie zorganizować wypożyczalnię kocyków, leżaków, sprzedaż lodów, napojów i środków przeciw kleszczom i komarom.
Wreszcie nadeszła nasza kolej. Dostaliśmy po mapie i po komplecie kart. Autor trasy usiłował wytłumaczyć co mamy z nimi zrobić, ale im bardziej tłumaczył, tym bardziej zagmatwane wydawały się zasady. Postanowiliśmy sami przestudiować opis. Do dzisiaj nie wiem co znaczy równoważnik zdania: Liczby na schemacie turę, czyli ilość tzw. "many". Co liczby miały z tą turą zrobić??? A może tura z liczbami??? Dodawanie orzeczenia naprawdę często bardzo ułatwia zrozumienie sensu. Podobnie tajemniczo brzmiało dla mnie zdanie: W każdym ruchu musisz wykorzystać wszystkie punkty many na karty do dopasowania. Czy autor jest jakimś fanem translatora googla????
Jako, że ani opis, ani tłumaczenia nie wnosiły nic do sprawy, uznaliśmy, że zdamy się na własną wrodzoną inteligencję i była to słuszna decyzja. Już po pierwszej próbie użycia kart pojęliśmy o co chodzi i zupełnie nie rozumiem dlaczego autor tasy tak dramatycznie gmatwał opis prostych zasad. Natomiast same karty urzekły mnie swoim urokiem, estetyką i starannością wykonania. No dobra, jedna była krzywo przycięta:-)
Od jakiegoś czasu lubię takie etapy, gdzie trzeba wyjść na trasę i na miejscu dopasowywać wycinek do terenu, te dyskusje - czy to ta ścieżka, a czy dołek ten po prawej, czy po lewej, a tu się nie zgadza ta granica kultur, a tu nie powinno być skarpy. Wszystko to mieliśmy zagwarantowane. A najważniejsze, że po rozgryzieniu zasad gry, sam proces znajdywania PK był niezbyt skomplikowany i wręcz przyjemny. Miło jest wiedzieć gdzie się jest, dokąd się idzie i co robić dalej, nawet jeśli czasami trzeba przebieżność lasu na własną rękę wyrąbywać sobie maczetą.
Na mecie zameldowaliśmy się z kompletem punktów i z kilkoma czy kilkunastoma lekkimi minutami. Rozbudziło nam to apetyt na drugi etap, a w tyle głowy zaczęło cichutko mruczeć: veni, vidi, vici ...
c. d. n.
Wyjazd na Rychliki ucieszył mnie tym bardziej, że wreszcie wymogłam na T. start w adekwatnej do naszych umiejętności kategorii - TU. Niepokojący natomiast wydał mi się pomysł T., żeby nie jechać w piątek, tylko świtkiem w sobotę. A tak na dobrą sprawę, to w samym środku nocy, bo jak inaczej można nazwać godzinę piątą??? Ostatecznie poszłam na kompromis i zgodziłam się przenieść ze spaniem do samochodu (o tej barbarzyńskiej piątej), ale obudzić się dopiero koło ósmej.
Jak obiecałam, tak zrobiłam i po otwarciu zaropiałych ocząt (na te zawody organizm zafundował mi zapalenie spojówek) ujrzałam tył głowy T. G. Faktycznie miał z nami jechać, ale kiedy i skąd się wziął - nie odnotowałam.
Na miejscu zastaliśmy już całą stowarzyszoną ekipę. Jak to miło na obczyźnie zobaczyć znajome mordy kochane! :-) :-) :-)
Tradycyjnie, jak to na dużych imprezach, rozpoczęcie odbyło się z nieplanowym aczkolwiek przez wszystkich pewnie przewidzianym opóźnieniem, no ale w końcu padło hasło:
- Jaśnie Państwo, kareta zajechała!
Gdzie nas chcieli wywieźć, nikt nie wiedział, ale ostatecznie jakie to miało znaczenie. Od zajechania, do odjazdu nastąpiło kolejne nieplanowe, lecz spodziewane opóźnienie. Siedząc w autokarze z nudów patrzyliśmy co tam słychać na zewnątrz.
- O, piesek - ktoś rzucił.
- Będzie srał - dodał kolejny obserwator.
- Ciekawe czy sprzątnie po sobie? - dociekał ktoś inny.
Wszyscy z zapartym tchem i w skupieniu obserwowali zmagania pieska z własną fizjologią. Wreszcie finał i fanfary!
- Patrzcie, tyłek sobie wyciera!!!! - entuzjazm obserwatorów sięgnął zenitu.
- O! Jeszcze wyciera! Patrzcie!
Wreszcie piesek zakończył czynności okołodefekacyjne, zamerdał ogonkiem i oddalił się, a w autobusie znów zagościła nuda i marazm.
W końcu ruszyliśmy. Na starcie okazało się, że do minuty zero trzeba trochę poczekać, a już my z naszą daleką minutą startową to w ogóle możemy iść na grzyby albo na piwo. Tyle tylko, że ani jedno, ani drugie nie było dostępne. Na szczęście słonko miło przygrzewało, rozłożyliśmy się więc na trawie i cierpliwie czekali. Swoją drogą, organizatorzy nie mają smykałki do interesów, bo mogli na starcie zorganizować wypożyczalnię kocyków, leżaków, sprzedaż lodów, napojów i środków przeciw kleszczom i komarom.
Wreszcie nadeszła nasza kolej. Dostaliśmy po mapie i po komplecie kart. Autor trasy usiłował wytłumaczyć co mamy z nimi zrobić, ale im bardziej tłumaczył, tym bardziej zagmatwane wydawały się zasady. Postanowiliśmy sami przestudiować opis. Do dzisiaj nie wiem co znaczy równoważnik zdania: Liczby na schemacie turę, czyli ilość tzw. "many". Co liczby miały z tą turą zrobić??? A może tura z liczbami??? Dodawanie orzeczenia naprawdę często bardzo ułatwia zrozumienie sensu. Podobnie tajemniczo brzmiało dla mnie zdanie: W każdym ruchu musisz wykorzystać wszystkie punkty many na karty do dopasowania. Czy autor jest jakimś fanem translatora googla????
Jako, że ani opis, ani tłumaczenia nie wnosiły nic do sprawy, uznaliśmy, że zdamy się na własną wrodzoną inteligencję i była to słuszna decyzja. Już po pierwszej próbie użycia kart pojęliśmy o co chodzi i zupełnie nie rozumiem dlaczego autor tasy tak dramatycznie gmatwał opis prostych zasad. Natomiast same karty urzekły mnie swoim urokiem, estetyką i starannością wykonania. No dobra, jedna była krzywo przycięta:-)
Od jakiegoś czasu lubię takie etapy, gdzie trzeba wyjść na trasę i na miejscu dopasowywać wycinek do terenu, te dyskusje - czy to ta ścieżka, a czy dołek ten po prawej, czy po lewej, a tu się nie zgadza ta granica kultur, a tu nie powinno być skarpy. Wszystko to mieliśmy zagwarantowane. A najważniejsze, że po rozgryzieniu zasad gry, sam proces znajdywania PK był niezbyt skomplikowany i wręcz przyjemny. Miło jest wiedzieć gdzie się jest, dokąd się idzie i co robić dalej, nawet jeśli czasami trzeba przebieżność lasu na własną rękę wyrąbywać sobie maczetą.
Na mecie zameldowaliśmy się z kompletem punktów i z kilkoma czy kilkunastoma lekkimi minutami. Rozbudziło nam to apetyt na drugi etap, a w tyle głowy zaczęło cichutko mruczeć: veni, vidi, vici ...
c. d. n.
czwartek, 14 maja 2015
Projekt InOwacyjny.
Żal mi się zrobiło T., że tak ciągle się męczy tym biciem autorów na mecie, a przecież wiadomo, że po trasie to człowiek zmęczony, więc wymyśliłam maszynę do bicia autorów.
Ponieważ ja mało techniczna jestem, to T. zrobił wstępny szkic i teraz opracowujemy prototyp. W związku z tym będziemy potrzebowali ochotników do testowania urządzenia. Chętni autorzy tras proszeni są o składanie poważnych ofert.
Ponieważ ja mało techniczna jestem, to T. zrobił wstępny szkic i teraz opracowujemy prototyp. W związku z tym będziemy potrzebowali ochotników do testowania urządzenia. Chętni autorzy tras proszeni są o składanie poważnych ofert.
niedziela, 10 maja 2015
Lampionada - III runda
T. obudził się rano woniejąc w sposób naturalny, mogliśmy więc bez obciachu pojechać na trzecią rundę Lampionady. Pogoda co prawda nie była zachęcająca, ale w końcu nie jeździmy tam dla przyjemności. Organizator niezwykle ucieszył się na nasz widok i rozpromienił niczym zakazana żarówka stuwatowa. Jakiś masochista chyba, bo wiadomo powszechnie, że jeździmy na Lampionadę żeby bić autora.
Ja wam mówię, on musi być masochistą, bo specjalnie przygotował mapę, która już na wstępie, bez wyruszania w teren prowokowała do bicia - bez długości trasy i bez limitu czasu.
Ale najlepsze, wiadomo, czekało na nas na trasie.
Na białej kartce autor, w ramach oszczędzania tuszu w drukarce, zaznaczył 12 maleńkich wycinków, na kilku zaznaczył PK, a resztę mieliśmy sami znaleźć mając podane azymuty i odległości. Pomysł całkiem fajny, chociaż warunki atmosferyczne trochę utrudniały pracę z mapą i kątomierzem. Daliśmy radę, aczkolwiek niektóre linie wyszły nam obok zaznaczonych wycinków. No, ale kreślone na kolanie, to wiadomo. Przynajmniej tak nam się na początku wydawało.
Ruszyliśmy do wycinka położonego najbliżej startu. PK stał mniej więcej w okolicach wyznaczonej przez nas linii. Kolejny PK, też z azymutu, wydawał się prosty. Szliśmy wpatrzeni w nasze kompasy, a mój nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Igła zmieniła położenie o prawie dziewięćdziesiąt stopni, a po krótkiej chwili wróciła na swoje miejsce.
- Mój kompas zwariował - oznajmiłam.
T. uważniej zaczął obserwować swój.
- Mój też!
Nasze kompasy jeszcze kilkakrotnie próbowały wywieść nas na manowce, ale my uparcie trzymaliśmy się wyznaczonego azymutu.
Jak nic, organizator przywiózł jakiś potężny elektromagnes, żeby tylko utrudnić znalezienie lampionów. Dziwak jakiś, no mówię wam - uważajcie na niego!
W okolicach szukanego PK błąkało się już kilka osób, a punktu nie było widać po horyzont. Zastosowaliśmy klasyczne czesanie lasu, w końcu natknęłam się na lampion w miejscu mało spodziewanym. Pasowało tak sobie, ale z braku innego wbiliśmy go. Konkurencja, która właśnie nadeszła, miała większe obiekcje, została więc czesać dalej.
Kolejny azymutowy punkt nie sprawił raczej większych kłopotów, chociaż polanka przy której miał stać lampion była taka sobie, na słowo honoru. Ostatecznie jednak wszyscy krążący po okolicy biegacze i maszerowacze spotkali się w jednym miejscu, więc to na pewno musiało być tu.
Postanowiliśmy zaatakować jedynkę. Wiadomo było, że jest za rzeką, a mosty są rzadkością. Ruszyliśmy do jednego z nich, ale spotkany po drodze M. S. przekonał nas, że bliżej będzie po zwalonym pniu. Zawróciliśmy i faktycznie po chwili doszliśmy do prowizorycznej przeprawy. Obejrzeliśmy ją, oszacowaliśmy nasze szanse i ... ruszyliśmy szukać jednak mostu. M. S. został walczyć z rzeką.
W drodze do mostu zgarnęliśmy dwójkę i w końcu, sporo nadkładając drogi wzięliśmy i jedynkę. Do czwórki długi przebieg, ale za to porządną drogą, bez moczenia nóg w trawach i borowinie. Ścieżka, na końcu której stał punkt, była tak minimalistyczna, że niemal wydawała się złudzeniem. A jednak ktoś przed nami już tam był, bo widać było wydeptane miejsce wokół lampionu.
Trójkę autor postawił zupełnie od czapy - daleko, w oderwaniu od pozostałych punktów, zupełnie z innej bajki. Jeśli chciał być bity, tym punktem w zupełności sobie na to zapracował. Mój zapał całkiem ostygł, więc T. pobiegł podbić karty, a ja snułam się po drodze.
Po przejściu pierdyliona kilometrów zbliżyliśmy się w okolice siódemki. Tak na nią szliśmy, że w końcu okazało się, że bliżej nam do dziewiątki. W sumie, co za różnica. Spotkaliśmy Dużego Paprocha, który też gdzieś tam miał swój punkt (pewnie ten sam co my), ale on pobiegł, a my dostojnie maszerowaliśmy. Ja to już całkiem dostojnie, bo zapas sił drastycznie mi się skurczył. Naprawdę, od trzydziestki to ludziom już nie powinno przybywać lat!
Na szukaniu dziewiątki spędziliśmy długie minuty. Przedzieraliśmy się pod linią energetyczną przez najgorsze chaszcze, ale punktu nigdzie nie było. W końcu postanowiliśmy znaleźć piątkę i od niej się namierzyć. Piątka była, tam gdzie być powinna, ale namierzanie dziewiątki znów nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Od nowa wykreśliliśmy azymut i narysowana linia w żaden sposób nie chciała przejść przez wycinek. W końcu daliśmy sobie spokój. Impreza bez BPKa, to impreza stracona!
Z nieznalezionej dziewiątki dałam się doprowadzić do siódemki, a potem w miejsce spodziewanej dziesiątki. Doszłam do etapu, kiedy jest mi już wszystko jedno i marzę jedynie o mecie i powrocie do domu.
Wykreślony azymut znowu przebiegał obok wycinka, ale postanowiliśmy powalczyć. Rozsypaliśmy się w tyralierę i przeczesali teren. Natknęłam się na ubezpieczenie punktu, ale samego lampionu nie było. Telefonicznie (bo obszar poszukiwań był rozległy) ściągnęłam T. na konsultację. Z braku perspektyw postanowiliśmy spisać kod z dopiskiem BL (brak lampionu).
Ostatkiem sił dowlokłam się do szóstki i wreszcie pojawiła się perspektywa powrotu. Do mety było daaaleeekoooo, ale i tak nie miałam wyjścia.
Autor trasy to miał dzisiaj szczęście - po dojściu byłam tak padnięta, że nie miałam siły na bicie:-( Wyraziłam tylko swoją opinię, że za taką trasę, to na mecie powinien czekać na nas z szampanem, kawiorem i kwiatami, do tego w stroju krakowskim i pawim piórkiem w ... czym tam chce.
A tak wyglądały nasze rozminięte azymuty:
Ja wam mówię, on musi być masochistą, bo specjalnie przygotował mapę, która już na wstępie, bez wyruszania w teren prowokowała do bicia - bez długości trasy i bez limitu czasu.
Ale najlepsze, wiadomo, czekało na nas na trasie.
Na białej kartce autor, w ramach oszczędzania tuszu w drukarce, zaznaczył 12 maleńkich wycinków, na kilku zaznaczył PK, a resztę mieliśmy sami znaleźć mając podane azymuty i odległości. Pomysł całkiem fajny, chociaż warunki atmosferyczne trochę utrudniały pracę z mapą i kątomierzem. Daliśmy radę, aczkolwiek niektóre linie wyszły nam obok zaznaczonych wycinków. No, ale kreślone na kolanie, to wiadomo. Przynajmniej tak nam się na początku wydawało.
Ruszyliśmy do wycinka położonego najbliżej startu. PK stał mniej więcej w okolicach wyznaczonej przez nas linii. Kolejny PK, też z azymutu, wydawał się prosty. Szliśmy wpatrzeni w nasze kompasy, a mój nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Igła zmieniła położenie o prawie dziewięćdziesiąt stopni, a po krótkiej chwili wróciła na swoje miejsce.
- Mój kompas zwariował - oznajmiłam.
T. uważniej zaczął obserwować swój.
- Mój też!
Nasze kompasy jeszcze kilkakrotnie próbowały wywieść nas na manowce, ale my uparcie trzymaliśmy się wyznaczonego azymutu.
Jak nic, organizator przywiózł jakiś potężny elektromagnes, żeby tylko utrudnić znalezienie lampionów. Dziwak jakiś, no mówię wam - uważajcie na niego!
W okolicach szukanego PK błąkało się już kilka osób, a punktu nie było widać po horyzont. Zastosowaliśmy klasyczne czesanie lasu, w końcu natknęłam się na lampion w miejscu mało spodziewanym. Pasowało tak sobie, ale z braku innego wbiliśmy go. Konkurencja, która właśnie nadeszła, miała większe obiekcje, została więc czesać dalej.
Kolejny azymutowy punkt nie sprawił raczej większych kłopotów, chociaż polanka przy której miał stać lampion była taka sobie, na słowo honoru. Ostatecznie jednak wszyscy krążący po okolicy biegacze i maszerowacze spotkali się w jednym miejscu, więc to na pewno musiało być tu.
Postanowiliśmy zaatakować jedynkę. Wiadomo było, że jest za rzeką, a mosty są rzadkością. Ruszyliśmy do jednego z nich, ale spotkany po drodze M. S. przekonał nas, że bliżej będzie po zwalonym pniu. Zawróciliśmy i faktycznie po chwili doszliśmy do prowizorycznej przeprawy. Obejrzeliśmy ją, oszacowaliśmy nasze szanse i ... ruszyliśmy szukać jednak mostu. M. S. został walczyć z rzeką.
W drodze do mostu zgarnęliśmy dwójkę i w końcu, sporo nadkładając drogi wzięliśmy i jedynkę. Do czwórki długi przebieg, ale za to porządną drogą, bez moczenia nóg w trawach i borowinie. Ścieżka, na końcu której stał punkt, była tak minimalistyczna, że niemal wydawała się złudzeniem. A jednak ktoś przed nami już tam był, bo widać było wydeptane miejsce wokół lampionu.
Trójkę autor postawił zupełnie od czapy - daleko, w oderwaniu od pozostałych punktów, zupełnie z innej bajki. Jeśli chciał być bity, tym punktem w zupełności sobie na to zapracował. Mój zapał całkiem ostygł, więc T. pobiegł podbić karty, a ja snułam się po drodze.
Po przejściu pierdyliona kilometrów zbliżyliśmy się w okolice siódemki. Tak na nią szliśmy, że w końcu okazało się, że bliżej nam do dziewiątki. W sumie, co za różnica. Spotkaliśmy Dużego Paprocha, który też gdzieś tam miał swój punkt (pewnie ten sam co my), ale on pobiegł, a my dostojnie maszerowaliśmy. Ja to już całkiem dostojnie, bo zapas sił drastycznie mi się skurczył. Naprawdę, od trzydziestki to ludziom już nie powinno przybywać lat!
Na szukaniu dziewiątki spędziliśmy długie minuty. Przedzieraliśmy się pod linią energetyczną przez najgorsze chaszcze, ale punktu nigdzie nie było. W końcu postanowiliśmy znaleźć piątkę i od niej się namierzyć. Piątka była, tam gdzie być powinna, ale namierzanie dziewiątki znów nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Od nowa wykreśliliśmy azymut i narysowana linia w żaden sposób nie chciała przejść przez wycinek. W końcu daliśmy sobie spokój. Impreza bez BPKa, to impreza stracona!
Z nieznalezionej dziewiątki dałam się doprowadzić do siódemki, a potem w miejsce spodziewanej dziesiątki. Doszłam do etapu, kiedy jest mi już wszystko jedno i marzę jedynie o mecie i powrocie do domu.
Wykreślony azymut znowu przebiegał obok wycinka, ale postanowiliśmy powalczyć. Rozsypaliśmy się w tyralierę i przeczesali teren. Natknęłam się na ubezpieczenie punktu, ale samego lampionu nie było. Telefonicznie (bo obszar poszukiwań był rozległy) ściągnęłam T. na konsultację. Z braku perspektyw postanowiliśmy spisać kod z dopiskiem BL (brak lampionu).
Ostatkiem sił dowlokłam się do szóstki i wreszcie pojawiła się perspektywa powrotu. Do mety było daaaleeekoooo, ale i tak nie miałam wyjścia.
Autor trasy to miał dzisiaj szczęście - po dojściu byłam tak padnięta, że nie miałam siły na bicie:-( Wyraziłam tylko swoją opinię, że za taką trasę, to na mecie powinien czekać na nas z szampanem, kawiorem i kwiatami, do tego w stroju krakowskim i pawim piórkiem w ... czym tam chce.
A tak wyglądały nasze rozminięte azymuty:
sobota, 9 maja 2015
OMTTK
T. razem z D. M. zgłosili się na ochotnika do zorganizowania InO w ramach Ogólnopolskiego Młodzieżowego Turnieju Turystyczno-Krajoznawczego. Chyba wzięli sobie do serca wpajane na kursie OInO obowiązki oinoka:
"Organizator InO ma obowiązek wcielania w życie programu PTTK przez swoją działalność organizacyjno - popularyzatorską".
Ja do wcielania załapałam się zaocznie, bo nikt mnie nie pytał o zdanie. Ale, co tam, zawsze sobie można trochę powcielać.
Świtkiem pojechaliśmy do Brochowa, gdzie impreza miała mieć swój start. Podzieliliśmy lampiony na dwie kupki - trochę równo, a trochę sprawiedliwie - D. M. wziął jedną, my drugą. On pojechał rowerem, my samobieżnie. Trasy chłopaki zrobili łatwiutkie (bo niektórzy uczestnicy mieli InO pierwszy raz na oczy zobaczyć) i większość lampionów miała zawisnąć wzdłuż drogi. My oczywiście załapaliśmy się na tę mniejszość, ze szczególnym uwzględnieniem niewygodnej do chodzenia skarpy. Pierwszy raz byliśmy w terenie, bo rekonesans robił D., w efekcie chwilami nie bardzo wiedzieliśmy gdzie co powiesić, ale jakoś szło. Ostatnie z tych nieprzydrożnych PK wypadły koło oczyszczalni ścieków. T. wypatrzył kępę drzew do powieszenia stowarzysza i ruszył w jej kierunku. Nagle..... zapadł się po szyję! No dobra, trochę przesadzam, ale gwałtownie ubyło mu kilka centymetrów wzrostu. Nadludzkim wysiłkiem wyrwał się z wciągającego go bagna i jeszcze powiesił, co miał do powieszenia. Taki jest!
Ruszyliśmy dalej. Atmosfera zaczęła się jakby zagęszczać. Mimo kataru, docierały do mnie jakieś dziwne wonie.
- Coś śmierdzi.
T. spojrzał na swoje nogi - jedna z nich pokryta była ciemną mazią. Bagno okazało się wysypiskiem odpadów z oczyszczalni. Śmierdzących odpadów. Jednym słowem - gówno, proszę państwa. Gdyby to był sen, to przynajmniej wróżyłby pomyślność i bogactwo, a tak, gówno mogło wróżyć najwyżej ostracyzm społeczny.
Po powrocie do bazy T. usiłował uprać buta, w efekcie nadal był śmierdzący, ale za to mokry:-)
Ja zajęłam się sekretariatem, czyli wydawaniem kart startowych, materiałów pomocniczych, znaczków, broszur, informatorów - jednym słowem: makulatury. Panowie stanęli z mapami przy drzwiach wyjściowych (bo wiadomo, T. jakby co, mógłby się wietrzyć) i wypuszczali kolejne zespoły na trasę.
Po wypuszczeniu ostatniego zespołu szybko w autko (szyby obowiązkowo opuszczone) i do Tułowic na metę. Na pierwszych powracających nie trzeba było długo czekać - zebrali z połowę punktów, ale za to szybko im poszło:-)
Kolejne wracające zespoły zaczęły zgłaszać brak punktów kontrolnych oraz snuć opowieści o krwiożerczej tubylczyni, która zrywała lampiony i zabraniała chodzenia po jej wsi. Faktycznie, już podczas rozwieszania D. miał z nią bliski kontakt trzeciego rodzaju i niemal musiał salwować się ucieczką.
Sprawdzanie kart, szczególnie kategorii TD, okazało się nie lada wyzwaniem. Chyba żaden regulamin nie przewidział możliwości młodych ludzi w dziedzinie uatrakcyjniania wpisów. Na szczęście zasada - dowolnie, byle konsekwentnie i tak samo w każdym przypadku - pozwoliła jakoś ogarnąć sytuację. Oczywiście, nie obyło się bez różnicy zdań miedzy sędziami, a uczestnikami, na szczęście ewentualne protesty miał rozstrzygać sędzia główny całej imprezy.
W końcu udało nam się wyrwać z rąk żądnej krwi tłuszczy (zasada: "bić autora" obowiązuje już od najmłodszych lat) i ruszyliśmy na zbieranie ocalałych resztek lampionów. Chyba nie muszę pisać, że kiedy tylko rozdzieliliśmy się z T., ja natychmiast się zgubiłam. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że on miał wzorcówkę, a ja nie.
Po powrocie do domu T. zamknął się w łazience. Siedział, siedział, siedział, siedział .... a kiedy wreszcie wyszedł, odświeżająco pachniał .... domestosem!
"Organizator InO ma obowiązek wcielania w życie programu PTTK przez swoją działalność organizacyjno - popularyzatorską".
Ja do wcielania załapałam się zaocznie, bo nikt mnie nie pytał o zdanie. Ale, co tam, zawsze sobie można trochę powcielać.
Świtkiem pojechaliśmy do Brochowa, gdzie impreza miała mieć swój start. Podzieliliśmy lampiony na dwie kupki - trochę równo, a trochę sprawiedliwie - D. M. wziął jedną, my drugą. On pojechał rowerem, my samobieżnie. Trasy chłopaki zrobili łatwiutkie (bo niektórzy uczestnicy mieli InO pierwszy raz na oczy zobaczyć) i większość lampionów miała zawisnąć wzdłuż drogi. My oczywiście załapaliśmy się na tę mniejszość, ze szczególnym uwzględnieniem niewygodnej do chodzenia skarpy. Pierwszy raz byliśmy w terenie, bo rekonesans robił D., w efekcie chwilami nie bardzo wiedzieliśmy gdzie co powiesić, ale jakoś szło. Ostatnie z tych nieprzydrożnych PK wypadły koło oczyszczalni ścieków. T. wypatrzył kępę drzew do powieszenia stowarzysza i ruszył w jej kierunku. Nagle..... zapadł się po szyję! No dobra, trochę przesadzam, ale gwałtownie ubyło mu kilka centymetrów wzrostu. Nadludzkim wysiłkiem wyrwał się z wciągającego go bagna i jeszcze powiesił, co miał do powieszenia. Taki jest!
Ruszyliśmy dalej. Atmosfera zaczęła się jakby zagęszczać. Mimo kataru, docierały do mnie jakieś dziwne wonie.
- Coś śmierdzi.
T. spojrzał na swoje nogi - jedna z nich pokryta była ciemną mazią. Bagno okazało się wysypiskiem odpadów z oczyszczalni. Śmierdzących odpadów. Jednym słowem - gówno, proszę państwa. Gdyby to był sen, to przynajmniej wróżyłby pomyślność i bogactwo, a tak, gówno mogło wróżyć najwyżej ostracyzm społeczny.
Po powrocie do bazy T. usiłował uprać buta, w efekcie nadal był śmierdzący, ale za to mokry:-)
Ja zajęłam się sekretariatem, czyli wydawaniem kart startowych, materiałów pomocniczych, znaczków, broszur, informatorów - jednym słowem: makulatury. Panowie stanęli z mapami przy drzwiach wyjściowych (bo wiadomo, T. jakby co, mógłby się wietrzyć) i wypuszczali kolejne zespoły na trasę.
Po wypuszczeniu ostatniego zespołu szybko w autko (szyby obowiązkowo opuszczone) i do Tułowic na metę. Na pierwszych powracających nie trzeba było długo czekać - zebrali z połowę punktów, ale za to szybko im poszło:-)
Kolejne wracające zespoły zaczęły zgłaszać brak punktów kontrolnych oraz snuć opowieści o krwiożerczej tubylczyni, która zrywała lampiony i zabraniała chodzenia po jej wsi. Faktycznie, już podczas rozwieszania D. miał z nią bliski kontakt trzeciego rodzaju i niemal musiał salwować się ucieczką.
Sprawdzanie kart, szczególnie kategorii TD, okazało się nie lada wyzwaniem. Chyba żaden regulamin nie przewidział możliwości młodych ludzi w dziedzinie uatrakcyjniania wpisów. Na szczęście zasada - dowolnie, byle konsekwentnie i tak samo w każdym przypadku - pozwoliła jakoś ogarnąć sytuację. Oczywiście, nie obyło się bez różnicy zdań miedzy sędziami, a uczestnikami, na szczęście ewentualne protesty miał rozstrzygać sędzia główny całej imprezy.
W końcu udało nam się wyrwać z rąk żądnej krwi tłuszczy (zasada: "bić autora" obowiązuje już od najmłodszych lat) i ruszyliśmy na zbieranie ocalałych resztek lampionów. Chyba nie muszę pisać, że kiedy tylko rozdzieliliśmy się z T., ja natychmiast się zgubiłam. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że on miał wzorcówkę, a ja nie.
Po powrocie do domu T. zamknął się w łazience. Siedział, siedział, siedział, siedział .... a kiedy wreszcie wyszedł, odświeżająco pachniał .... domestosem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






