poniedziałek, 30 listopada 2015

Rzeźbimy PInOkia - cz.2

Sobotnie zajęcia zaczynały się o nieludzkiej 7.30. Kto nie chciał iść na nie w piżamie i na głodniaka, musiał wstać oczywiście odpowiednio wcześniej.
Prawdę mówiąc za nic nie mogę sobie przypomnieć kto i o czym mówił na porannym wykładzie, bo cała moja uwaga była skupiona na planowanym wyjściu do lasu. Punkt dziesiąta ruszyliśmy. Każdy dwuosobowy zespół dostał do powieszenia dwa lampiony i miał dla nich wybrać miejsce w wyznaczonym rejonie.  Ja i B. P., z którą byłam w zespole, miałyśmy za zadanie wyznaczyć LOP-kę. Wydawało się banalnie proste. Po dotarciu w wyznaczony rejon postanowiłyśmy  sprawdzić liczne (na mapie) przecinki i któreś z nich wybrać na naszą trasę. Jak zwykle okazało się, że mapa sobie, a rzeczywistość sobie i nic się nie zgadza. Nie byłyśmy pewne czy to, co narysowałyśmy na naszych mapach jest tym, co widzimy w terenie i zachowawczo powiesiłyśmy lampiony tylko w początkowej i końcowej części LOPki, których położenia byłyśmy pewne. W tym układzie środek LOP-ki mógł się zgadzać albo nie zgadzać z tym co na mapie i nie miało to większego znaczenia. Jako, że B. od jakiegoś czasu jest przejściową inwalidką, własną ręką powiesiłam oba lampiony pracowicie wbijając pinezki. Przy okazji dowiedziałam się, że sosna do pinezek jest lepsza od brzozy.
W drodze powrotnej uświadomiłyśmy sobie, że czas się nam niebezpiecznie skurczył, bo oglądanie przecinek chwilę się przedłużyło. Odetchnęłyśmy z ulgą, kiedy zobaczyłyśmy w pewnej odległości  wyłaniających się z krzaków kolegów M. P. i ...  nie wiem czyje były drugie plecy. W bazie okazało się, że jeszcze kilka osób jest w lesie, więc takie ostatnie sieroty nie byłyśmy:-)
Kiedy już wszyscy wrócili, odczekaliśmy piętnaście minut (żeby wandale zdążyli popsuć naszą pracowicie rozstawioną trasę) i ruszyliśmy w las, tym razem jako uczestnicy, a nie organizatorzy. Każdy szedł indywidualnie, tylko ja z B. znowu zostałyśmy sparowane, jako, że miałam robić za jej prawą rękę. Jak to dobrze mieć w grupie inwalidkę i sprawiać wrażenie osoby opiekuńczej i odpowiedzialnej:-)
Już przy pierwszym punkcie objawiły się niszczycielskie zapędy "wandala" - ukradł kredkę! B. trochę się zdziwiła, bo początkowo w wandala nie wierzyła, ja miałam przecieki z ubiegłorocznego kursu, więc spodziewałam się wszystkiego. Najgorszego, oczywiście:-)
Do dwójki poszłyśmy ścieżką, która wyprowadziła nas na rów. Snułyśmy się po tym rowie, bo nie wiedzieć czemu ubzdurałyśmy sobie, że gdzieś tam ma być lampion. Oczywiście miał być nie tam, tylko nad stawem, ale i tak go nie było, więc co za różnica. Przy nieobecnym lampionie utworzył się pierwszy tramwaj, bo jednak większość bardzo starała się znaleźć, to czego nie ma, a kolejni dochodzili. Kiedy wspólnie ustaliliśmy bepeka, trudno było nagle zacząć iść osobno, skoro wszyscy w tę samą stronę.
Przy PK 3 czekał już kolejny wagonik gotowy do przyłączenia się. Wspólnie podumaliśmy nad dziurą w ziemi i uznawszy, że zadawala nasze wymagania (aczkolwiek odległościowo nie do końca), spisaliśmy kod z lampionu. W drodze na czwórkę tramwaj zaczął się nieco rozszczepiać na mniejsze elementy. My z B. wybrałyśmy ścieżkę, inni drogę, jeszcze inni poszli na przełaj. Lampion zastany w przewidywanych okolicach na mój gust stał trochę za blisko. Wlazłam w krzaki i kawałek dalej znalazłam górkę idealnie pasującą do mapy. Niestety, wszystkie wagoniki, które w międzyczasie dotarły do nas, optowały za wzięciem tego, co oznaczone lampionem. Uległam sile perswazji i wzięłam to, co wszyscy.  Czyli PS-a. Zdecydowanie muszę popracować nad asertywnością.
W drodze na piątkę tramwaj znowu poszedł w rozsypkę i potworzyły się drobniejsze grupki. Jako, że czwórkę wzięłyśmy niewłaściwą, namierzenie się od niej wypadło słabo. W efekcie zniosło nas na trójkę, co miało i tę dobrą stronę, że wiedząc gdzie się jest, łatwiej wyznaczyć dalszą trasę. Na piątkę doszłyśmy bardzo mało optymalnie. Co ciekawsze, w naszej grupce szła M., która wieszała lampion i wcale trafienie na miejsce  razem z nią nie było łatwiejsze:-)
Po piątce przyszła kolej na naszą LOP-kę. Najwyraźniej ktoś ją wzbogacił o lampiony, przed i w trakcie  jej przebiegu. Z rozpędu mało nie wzięłyśmy za dużo punktów z LOP-ki, bo tak zasugerowałyśmy się tym, że wieszałyśmy dwa lampiony, że gotowe byłyśmy również zebrać dwa. Na szczęście B. w porę się zorientowała, że mamy wziąć jeden.
Do szóstki było łatwo i daleko. Niektórzy pobiegli przez las, ale B. ani nie nadawała się ani do biegania, ani do przedzierania się przez krzaki. Wiadomo - inwalidka. A przecież partnerki z zespołu nie mogłam zostawić. Poszłyśmy więc spacerowo, głównymi drogami.  W miejscu docelowym lampionów było w bród. Do wyboru, do koloru. Drzewa obwieszone były nimi jak choinki bombkami. Wybrałyśmy sobie najładniejszy oczywiście:-).
Do bazy wróciłyśmy bynajmniej, wcale nie ostatnie, choć w lekkich minutach, a do obiadu miałyśmy jeszcze czas na chwilę odpoczynku.

c. d. n.

niedziela, 29 listopada 2015

Rzeźbimy PInOkia - cz.1

W piątek urwałam się z roboty godzinę wcześniej, żeby na spokojnie nakarmić dzieci, spakować niezbędne rzeczy i dojechać do Radości na kurs. Oczywiście omal się nie spóźniliśmy, bo korki ciągnęły się wzdłuż, wszerz i w poprzek Warszawy i okolic. I tak okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych, bo pozostałych uczestników również dotknęły plagi komunikacyjne.
Na miejscu poddaliśmy się procesowi zakwaterowania, który przebiegł w dwóch etapach: najpierw panie na prawo, panowie na lewo (ale my z T. jesteśmy razem spakowani!), a potem panie na prawo, panowie na lewo, a ja i T. pośrodku (ale z dziewczynami już było tak fajnie!).
Punktualnie o 18-tej, przy niewielkiej jeszcze frekwencji, nastąpiło oficjalne rozpoczęcie kursu. Atmosfera była chłodna i żeby temu zaradzić postanowiliśmy na wykłady przenieść się do sali kominkowej. Roztropnie wzięłam ze sobą koc. Kominek kominkiem, a ciepło być musi.
Od pierwszych chwil usiłowaliśmy wycisnąć z prowadzących jakieś konkrety dotyczące egzaminu (typu - czy prawidłowo będzie C A D B, czy raczej C D B A?), nakłanialiśmy mniej i bardziej dyplomatycznie do ujawnienia jeśli już nie odpowiedzi, to chociaż pytań, a oni niezmiennie:
- Na wykładach będzie wszystko powiedziane, słuchajcie i zapamiętujcie.
No, ale jak to? Mamy się uczyć? Tak jak w szkole? - dziwiła się w duchu starsza i dużo starsza część grupy stanowiąca większość na tegorocznym kursie.
W. F. i Z. T. robili co mogli, żeby umilić nam piątkowy wieczór, z nieznanych powodów przyjmując za pewnik, że regulaminy i zasady budowy tras wywołają w nas ekscytację i dostarczą niezapomnianych
wrażeń. Przez grzeczność słuchaliśmy z wypiekami na twarzy, niektórzy nawet posunęli się do tego, że zadawali mniej lub bardziej inteligentne pytania. Z opresji wybawił nas klubowy kolega T. D. dobijając się do drzwi wejściowych. Panowie prowadzący wykłady ustąpili mu miejsca przy rzutniku i .... tu srodze się zawiedliśmy na T. :-( Zamiast po koleżeńsku podyktować nam odpowiedzi na pytania egzaminacyjne, ten zaczął wykład o organizacji imprez. A bo to jedną imprezę mu pomagaliśmy organizować? A kto na ubiegłorocznym "Smoku" nie spał dwie doby? No, kto? Ale - nie! Pytań nie zdradzi! Zabiliśmy go spojrzeniami i odesłali do domu. Po zakończeniu wykładu oczywiście.
Koło północy wreszcie mieliśmy czas na odrobienie zadań domowych.  Czujecie to? ZADAŃ DOMOWYCH! My to mieliśmy do domu jeszcze blisko, ale taki kolega znad morza... W akcie solidarności postanowiliśmy zadania zamiast w domu, zrobić na miejscu. Stowarzysze stowarzyszyli się w naszym pokoju i tu nastąpiła burza mózgów. Burza podsycana była specjalnie spreparowanym ryżem w płynie z owocowymi dodatkami o mocy rozsądnej, acz nie byle jakiej. Zadanie rozpaliło nas do żywego, bo ilość absurdów zgromadzonych na jednej kartce formatu A4 była nieprawdopodobna. Tak nas wciągnęło, że dopiero po długiej chwili uświadomiliśmy sobie co my wyrabiamy - uczymy się! Niestety, było już za późno:-( Wiedza została przyswojona:-(
Z niesmakiem odłożyliśmy nasze zadania domowe, dojedliśmy "ryż", "zakanszając" słodyczami, od których już nas mdliło i towarzystwo zaczęło powoli wymiękać. Kolejny dzień mieliśmy spędzić w lesie i lepiej było się wyspać.

c. d. n.

Pinokio

- Chcesz piwo? - zapytał dzisiaj w sklepie T. pokazując mi różne fajne buteleczki z egzotycznymi dla mnie zawartościami różnych małych browarów.
- Nie, nie mam ochoty - skłamałam i poczułam z zadowoleniem jak mój nos robi się coraz dłuższy.

Tak, od dzisiaj jestem PInOkiem!!!!

c. d. n.

czwartek, 26 listopada 2015

Warszawa Nocą

Ogólnie mówiąc, dałam d..y w Warszawie Nocą. I nic mnie nie usprawiedliwia. Zgubiłam się już na starcie i pierwszego punktu szukałam prawie trzy minuty. Co podbiegłam do lampionu, to nie mój. A wszystko przez to, że zamiast namierzać się z rzeczywistego startu oznaczonego lampionem, to ja w jakimś zaćmieniu, za miejsce startu przyjęłam miejsce wybiegu. W końcu jakoś trafiłam, ale już miałam poczucie obciachu. Żeby je jakoś zatrzeć, na dwójkę pobiegłam dość konkretnie i jeszcze ją od razu znalazłam. Za to trójkę przeleciałam, stanęłam, obejrzałam się w osłupieniu dookoła, zgłupiałam i wróciłam do niej okrężną drogą. Dlaczego okrężną? Też jestem ciekawa. Z tego stresu pokićkały mi się zaułki czwórki i wpadłam nie w ten co trzeba. Zanim okrążyłam budynek w ostrożnym poszukiwaniu, wyprzedził mnie kto tylko chciał. A sporo osób chciało. Za czwórką spotkałam T.
- Którędy na piątkę? - spytałam żałośnie.
- Tu jest czternastka - powiedział T. i poleciał dalej.
Od czternastki piątkę namierzyłam łatwo, z szóstką i siódemką wyjątkowo też nie miałam kłopotów. Ósemka na końcu świata z opcją - obiegnij dookoła tereny ogrodzone. Uwielbiam, wrrr.... Gdyby nie człowiek lecący przede mną, nie wpadłabym na pomysł żeby próbować otwierać furtkę w ogrodzeniu i nie dostałabym się do lampionu. Jakoś mam zakodowane - ogrodzone - nie wchodź!
Na dziewiątkę pobiegłam za wszystkimi, w obawie, że utknę na kolejnej furtce. Udało się! Do dziesiątki znowu spory kawałek, ale łatwy do nawigacji, jedenastka i dwunastka co kolejny blok.
Ponownego ataku otępienia doznałam po zgarnięciu czternastki. Za nic nie mogłam ogarnąć, w którą stronę dalej. Oczywiście pobiegłam w złą. Jasne, że teren mi się nie zgadzał, ale szłam w zaparte. W końcu wyciągnęłam kompas i okazało się, że mapę to tak o dziewięćdziesiąt stopni przekręciłam. Po odkręceniu okazało się, że wcale tak trudno trafić nie jest.  Od piętnastki już żyłam nadzieją na metę, żeby jak najszybciej skończyć ten żenujący spektakl błędów i pomyłek. Do szesnastki trafiłam, a mety mało nie przeoczyłam, bo taka niepozorna jakaś. Na mecie czekał T. i całe szczęście, że czekał, bo do bazy za nic bym sama nie trafiła.
Orientalistka ze mnie jak z koziej dupy trąba.

wtorek, 24 listopada 2015

Takie tam Hocki-Klocki

W poniedziałkowy poranek siłą woli zwlekłam się z łóżka i krokiem paralityka przemieściłam się do łazienki, kuchni i wreszcie samochodu. W pracy za nic nie mogłam znaleźć wygodnej pozycji za biurkiem i ewidentnie cierpiałam na zespół niespokojnych nóg. Ja nogom się w sumie nie dziwię, że były niespokojne, bo wieczorem planowałam je wziąć na OrtInO. Sama byłam zaniepokojona, jak to będzie.
T. ambitnie zapisał się na TZ, ja byłam umówiona z A. M. i D. M. na TU.
Po pobraniu map udaliśmy się pod latarnię, bynajmniej nie w celach zarobkowych. Po chwili stała nas tam spora grupa - jedna wielka inocka rodzina, pracowicie dopasowująca elementy układanki. Trudno nie było, zwłaszcza dla tylu par oczu. Ruszyliśmy też razem. Ostatecznie nie było sensu iść osobno, skoro wszystkim było po drodze. Po kilku punktach znaleźliśmy praktyczne rozwiązanie sytuacji - każdy prowadził po kolei na jeden punkt, reszta mogła w tym czasie prowadzić życie towarzyskie. Tym sposobem rozstrzygające o wynikach miały się stać zadania, o których każdy zespół decydował sam. Ale nawet i tu wprowadziliśmy lekką kooperację. Do mierzenia odległości stanęliśmy w równym rządku i na komendę ruszyliśmy przed siebie licząc parokroki. Okoliczni mieszkańcy uciekali w popłochu, nie wiedząc co się dzieje. Wyniki tego pomiaru każdy zespół wykorzystał w zależności od stanu swojego zaawansowania matematycznego, generalnie każdemu wyszedł inny wynik. Nawet w obrębie naszego zespołu mieliśmy dwie opcje. Ja, jako istota zgodna, a dodatkowo w mniejszości, podporządkowałam się współtowarzyszom i wpisaliśmy ich wynik. Moje żmudne i jak się potem okazało poprawne obliczenia zostały tylko pamiątką na papierze. Ale co tam, raz na wozie, raz pod wozem.
Na mecie atmosfera była dość chłodna, pewnie gdzieś koło zera, toteż kto tylko miał czym, szybko się ewakuował w cieplejsze miejsca typu dom. Ja oczywiście musiałam czekać na T., bo jego na TZ, to jak po śmierć posłać. Tym razem jednak zrobił mi niespodziankę i wrócił całkiem przyzwoicie. Zanim się poudzielał towarzysko, ja już zaczęłam przymarzać do podłoża i niemal siłą zaciągnęłam go do samochodu. Jeszcze w ostatniej chwili mi się wyrwał "bić autora"  trasy z Nocnych Manewrów. Ale chyba się tylko umówili "za śmietnik", bo jakoś szybko wrócił.
Teraz jeden dzień odpoczynku, a we środę Warszawa Nocą.
Drżyjcie moje nogi!

A ja taka nieuczesana!

Pierwsze kroki po powrocie skierowaliśmy oczywiście do stołówki. Jak się człowiek przeleci po lesie, to i jeść się chce. Cuda wyczynialiśmy nad żurkiem mając do dyspozycji tylko łyżki, a na talerzu nieprzekrojone jajko i kawał kiełbasy pływające w zupie. Oczywiście, że sobie poradziliśmy, ręce w końcu mieliśmy.
Po posiłku A. M. odjechała w siną dal (do domu), a my z coraz większym niepokojem oczekiwaliśmy na powrót dziecka. Dziecko co prawda od kilku lat pełnoletnie i w lesie sobie radzi, ale bo to wiadomo, czy nie natknie się na niedźwiedzia albo inne takie.... Ja oczekiwałam w coraz bardziej horyzontalnej pozycji, T. co chwilę biegał sprawdzać wyniki uaktualniane co jakiś czas. Na najwcześniejszej liście byliśmy pierwsi. Co prawda na cztery zespoły, ale przynajmniej mieliśmy gwarancję, że nie będziemy tacy ostatni. Kolejne wywieszenie listy zepchnęło nas na drugą pozycję, ale za nami pojawiło się dużo innych zespołów. Nie było źle. Do trzeciego wywieszenia wyników już do doczekałam. Jak tylko skonstatowałam, że A. z koleżanką wróciły całe i zdrowe, przekręciłam się na trzeci bok i chrapnęłam z ulgą.
Ranek powitał mnie informacją, że ostatecznie zajęliśmy trzecie miejsce. Hurrrra! Chęć zobaczenia listy na własne oczy zmotywowała mnie do wysupłania się ze śpiwora. Faktycznie - trzecie miejsce.  Trzecie miejsce, a ja taka nieuczesana! Nieumalowana! Bez stroju galowego! No jak tu gratulacje odbierać???? Proszę, jak to człowiek musi być zawsze gotowy na sukces ...

Kiedy organizatorom udało się już dobudzić wszystkich uczestników, na salę gimnastyczną wjechały stoły z fantami. "Dziecko", które do tej pory tylko wstało, ale nie obudziło się, przejawiło oznaki ożywienia. Obejrzawszy stoliki zadecydowało: to, to i to! I tym sposobem dowiedzieliśmy się, że dla nas nagród nie będzie:-) Jako dobrzy rodzice, oczywiście wzięliśmy to, to i to, sami zadawalając się dyplomami, mapami i słodyczami. Dyplomów to wzięliśmy nawet cały plik, bo jakoś nikt ze znajomych nie został do rana, a większość z nich zajęła czołowe miejsca w swoich kategoriach.

Po powrocie do domu - nie, wcale nie poszliśmy spać! T. od razu włączył komputer, geoportal, lidar i co tam tylko się dało i zaczął analizować mapę i nasze PS-y. W końcu żeby "bić autora", trzeba się jakoś przygotować:-) A wiadomo - bez "bicia autora" impreza jest jakaś taka niedokończona ....

T. w ogóle coś zaczyna przebąkiwać o trasie himalajskiej na przyszły rok, ale ja widząc niektórych "himalaistów" wracających do bazy w stanie wskazującym (na długotrwały pobyt w lesie oczywiście), raczej wolę podziękować za tę przyjemność.
Bo sam fakt, że w ogóle idziemy za rok nie budzi żadnych wątpliwości.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Za górami, za lasami ....

Pit-stop trochę nas rozczarował - nie było natrysków, masażysty, gabinetu odnowy biologicznej, nawet zwykłych leżanek nie zapewniono. Być może dlatego nie cieszył się zbytnią popularnością. Okazało się, że jesteśmy drugim, czy trzecim zespołem, który zdecydował się na chwilę odpoczynku. T. to nawet w pierwszym odruchu chciał od razu iść dalej, ale ja dałam się skusić kiełbasą. Niestety, mam słaby kręgosłup moralny i daję się przekupić. Poza tym organizatorzy autentycznie ucieszyli się na nasz widok, co i nie dziwne, bo nudno tak samemu siedzieć przy ognisku i każde nowe towarzystwo wnosi powiew świeżości.  W sensie metaforycznym, bo wprost to trudno o świeżość po kilku godzinach marszu.
Pojedli, popili, posiedzieli i po jakiś 20 minutach uznaliśmy, że pora ruszać dalej. Rok temu, w takim samym momencie, marzyłam żeby ktoś mnie dobił, żebym nie musiała się dłużej męczyć, tym razem jednak wciąż czułam w sobie moc. Jak to się człowiek przez rok potrafi wyrobić. Jeszcze trochę i na ultrasy zacznę chodzić:-)
Do PK 13 było blisko (raptem pół kilometra) i łatwo. To złudzenie bliskości dawała skala drugiej części mapy - 1:25 000. Na papierze to tyci kawałeczek. Pocieszeniem był fakt, że ponad połowę trasy mieliśmy już za sobą.
Druga strona mapy w ogóle wydawała nam się jakby łatwiejsza, a może to my tak się rozkręciliśmy, że nic już nie było nam straszne. Zaczęliśmy też wreszcie chodzić więcej drogami i ścieżkami.
Ta łatwość (najwyraźniej pozorna) nie uchroniła nas od złapania kolejnego stowarzysza - na piętnastce. Teraz T. przekonuje sędziego, autora trasy i kogo się da, że ten stowarzysz, to taki pozorny stowarzysz, bo mapa nie zgadza się ze wzorcówką i lidarem. Czy coś tam, coś tam ...
Coraz częściej spotykaliśmy zespoły z beskidzkiej idące w stronę ogniska. Trochę dziwnie na nas patrzyli, że my w stronę przeciwną, ale nikt nie próbował nas zawrócić. Kiedy z piętnastki wydobyliśmy się na ścieżkę natknęliśmy się na Leśne Dziady. Nie było jednak czasu na wymianę grzeczności i pogaduszki.
Do kolejnego punktu było prosto jak w pysk. I daleko. I pod kłodą narysowaną na mapie czyhała drobna niespodzianka. Po długotrwałych opadach deszczu niespodzianka pewnie mocno by nas wciągnęła (podobno chodzenie po bagnach wciąga), na szczęście było tylko niezwykle malowniczo, nastrojowo i tajemniczo. Idealna scenografia do filmu.
Przed siedemnastką zaczęły boleć mnie przyczepy mięśni pod kolanami, czy co tam człowiek ma w tym miejscu. Nawet miałam zamiar wetrzeć jakieś przeciwbólowe mazidło, ale nie było kiedy, bo szybko, szybko, czasu coraz mniej. Zresztą do wcierania musiałabym się rozebrać, a tu jakiś zespół deptał nam po pietach, to co miałam robić striptiz dla obcych, nie? Pocieszyłam się kawałkiem czekolady i poszłam dalej. PK 17 wisiał po prawej stronie ścieżki, a mi z mapy wychodziło, że ma być po lewej. Dopiero po powrocie do domu, przy świetle dziennym rozwiązałam tajemnicę wędrujących górek - to co brałam za ścieżkę było poziomnicą, a prawdziwej ścieżki do tej pory nie udało mi się znaleźć.
Od osiemnastki zaczęliśmy się z lekka cieszyć, że już blisko. Niczym te szkapy dorożkarskie, co to czując bliskość domu przyspieszają, także i my ruszyliśmy biegiem. Dla moich obolałych nóg była to całkiem miła odmiana, bo podczas biegu pracują inne mięśnie, więc te zmęczone miały chwilę oddechu. A nawet jeśli tak nie jest, to ja w to uwierzyłam, a wiadomo, że wiara czyni cuda. Moja - uzdrowiła nogi.
O dziewiętnastce i dwudziestce nie ma co mówić - lekko, łatwo i przyjemnie. Zupełnie jak w bajce - za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami - jednym słowem - pioruńsko daleko!
Przy dwudziestce byliśmy już w lekkich minutach, a do bazy jeszcze ho,ho,ho. Zaczęliśmy więc ucieczkę przed minutami ciężkimi i mimo zmęczenia biegliśmy co sił. Po drodze dopingowały nas mijane zespoły, więc biegliśmy jeszcze szybciej, bo głupio nam było zwolnić:-) Jeszcze tylko rozważaliśmy, czy meta jest usytuowana w drzwiach wejściowych, czy trzeba szukać we wnętrzu, po wysupłaniu się z butów. Organizatorzy nie zawiedli i kartę startową oddaliśmy w wejściu do bazy.

c. d. n.

niedziela, 22 listopada 2015

Byle do pit-stopu!

Sobotni poranek powitał mnie konkluzją: przed Nocnymi Manewrami nie należy imprezować, a już na pewno nie należy mieszać wina i wódki, nawet jeśli nie są to duże ilości.
W zaistniałej sytuacji szybko zmieniłam planowaną strategię - do pierwszego PK się czołgam, potem T. i A. M. mnie niosą. A potem się zobaczy.
Na szczęście do popołudnia ból głowy minął i tylko pozostała pewna niemrawość, przez którą wyjechaliśmy z domu dość późno. Ledwo więc zgłosiliśmy się w biurze zawodów, ledwo rozłożyliśmy nasze rzeczy w sali gimnastycznej, a już było oficjalne rozpoczęcie. Coś tym razem organizatorom nie wyszło z harmonogramem, bo kto chciał zdążyć na pierwszy autobus wywożący na trasę, musiał wyjść w trakcie przemówień. Kto się w tym nie połapał (a byli tacy), ten został w bazie. T. na szczęście wykazał się przytomnością umysłu i niemal siłą wywlekł mnie za frak, tak że ostatnie części garderoby ubierałam już w autobusie.
Tradycyjnie zostaliśmy wywiezieni w siną dal, wysadzeni w ciemnym lesie i puszczeni na pożarcie lwom i  niedźwiedziom. Tym razem zaszaleliśmy i zapisaliśmy się na trasę alpejską. Nasze dziecko zaszalało w ramach swoich możliwości i z koleżanką poszło na tatrzańską i tylko Leśne Dziady i Paprochy rozsądnie wybrały beskidzką.
Mapy, jak to u nie za bogatych skpbowców, czarno-białe i mocno przestarzałe - czyli coś tam ze starych zapasów wygarnęli. Limit czasu 400 minut (to dużo, czy za mało?), długość trasy nieludzka jak na moje możliwości - ponad 17 kilometrów. W linii prostej, żeby nie było niedomówień. Ale nic to - trzeba iść. Szybko okazało się, że barbarzyńska skala mapy przekłada się na długie puste przeloty, a przecież najfajniejsze jest szukanie punktów, a nie samo maszerowanie do nich. Organizatorzy oczywiście liczyli tu na naturalną selekcję, czyli słabsze jednostki padają po drodze i są zadziobywane przez osobniki silniejsze. Postanowiliśmy się nie dać! Nawet ja poczułam przypływ mocy i ruszyliśmy ostrym tempem. Zasadniczo planowaliśmy poruszać się po ścieżkach, zwłaszcza, że las był mokry i nie wszędzie przebieżny. Ale wiadomo jak to jest z planami - już w drodze na PK 1 zostały zweryfikowane i poszliśmy metodą T., czyli gdzieś tam (z charakterystycznym machnięciem ręką w bliżej nieokreślonym kierunku). Na szczęście T. kupił sobie nowy kompas i chciał go wypróbować, więc pilnował azymutu. Jedynka została zdobyta!
Dwójka początkowo wydawała się nam skrzyżowaniem dwóch ścieżek i trochę nas zbiło z tropu, kiedy jedna z nich okazała się ciekiem wodnym. Tak właśnie jest z tymi czarno-białymi mapami - nigdy nie wiadomo do końca co jest czym.
Trójkę można było zajść od dołu, albo od góry mapy. T. optował za dolną opcją, ja i A. za górną. Byłyśmy w przewadze, więc wiadomo jak poszliśmy.  Marniutkich ścieżyneczek w ogóle nie było widać, zresztą po trzydziestu latach od powstania mapy trudno było spodziewać się ich w zaznaczonych miejscach. Znowu musieliśmy pójść "gdzieś tam" i w efekcie zebraliśmy stowarzysza. A przynajmniej tak nam wmawia autor trasy:-)
Na czwórkę lwią część trasy przeszliśmy drogami, drogami zanikającymi, bezdrożami i po zatoczeniu półkola i pominięciu punktu wylądowaliśmy na asfalcie. Niewątpliwie wygodna opcja, tylko autor trasy miał inną wizję i punktów nie stawiał na utwardzanych drogach. Nie było zmiłuj - musieliśmy wrócić między drzewa. Z 700 metrów nadłożyliśmy, ale co tam - najważniejsze, że znaleźliśmy lampion.
Na piątce nie daliśmy się nabrać na japońca, za to Zimna Woda przy szóstce okazała się za zimna i umoczyliśmy trochę - znowu PS:-(
Siódemka okazała się prosta, ale za to szło się do niej i szło i szło i końca nie było widać. Dla pewności od samego startu liczyłam dwukrokami odległości, które mieliśmy przejść i przy milionowej serii liczenia do sześćdziesięciu trzech pomyślałam, że tak mi już na zawsze zostanie. W każdym razie, w przypadku konieczności terapii, rachunki za psychiatrę wysyłam do SKPB!
Koło ósemki dopadł mnie pierwszy kryzys. Nie żeby jakiś wielki, ale chwilami traciłam kontakt z mapą i mój wkład w poszukiwania punktu ograniczył się do nie opóźniania i nie przeszkadzania T. i A.
Okopów w okolicach dziewiątki było do wyboru, do koloru. Mam wrażenie, że znacznie więcej niż na mapie. Wybranie właściwego było już loterią, a że w loteriach szczęścia jakoś nie mamy, więc oczywiście wybraliśmy okop stowarzyszony. Tak przynajmniej głoszą wyniki, bo podejrzewam, że w rzeczywistości nikt (łącznie z autorem mapy) nie wie, który okop jest który. Ale co tam okop, grunt, że nie pomyliliśmy okopu z jeziorem na przykład albo górką. Znaczy się - mapy czytać umiemy:-)
Na dziewiątce zakończyliśmy pierwszą stronę mapy i zaczęliśmy się pocieszać, że do dwunastki z ogniskiem już coraz bliżej. Dziesiątkę zaszliśmy od d..y strony i zamiast dojść wygodnie drogą prawie pod punkt, okrążyliśmy jezioro niemal dookoła narażając się na utopienie, a przynajmniej zamoczenie, bo brzegi były śliskie, a zdradliwe gałęzie i pniaki łapały za nogi. Będąc już w temacie wodnym, do jedenastki poszliśmy rowem, a jak wiadomo: jest rów - może pojawić się i woda. W końcu ubłoceni i przemoczeni wydostaliśmy się z niego triumfalnie wpisując kod z jedenastki, po czym niesieni wizją kiełbasek, rączo pomknęliśmy w stronę PK 12. Na szczęście był to dość krótki przebieg, punkt wisiał w  widokowym miejscu i już po chwili mogliśmy zatrzymać czas i udać się do punktu regeneracji uczestnika.

c. d. n.

piątek, 20 listopada 2015

Nocne Manewry SKPB - strategia

Egzaminy na Pinokia egzaminami, a tu przed nami wcześniej równie poważne wyzwanie - Nocne Manewry. Wczoraj, w oczekiwaniu na listy startowe, ustalaliśmy strategię. No bo skoro w zeszłym roku zajęliśmy drugie miejsce na swojej trasie, to teraz nie możemy być gorsi. A bez strategii ani rusz!
Więc robimy tak:
Ze startu biegniemy sprintem na punkt pierwszy. Jesteśmy wypoczęci, zrelaksowani, w super formie - możemy więc ostro zacząć, w celu odbicia się od konkurencji dyszącej nam w kark na starcie. Kolejne dwa, trzy punkty zdobywamy biegiem, żeby wysunąć się na czoło stawki - przed nami startują cztery zespoły, więc musimy ich przegonić. Przez kolejne trzy, cztery PK szybkim marszem utrzymujemy i umacniamy przewagę. Po jej umocnieniu tempem umiarkowanym, ale nie wolnym, posuwamy się w stronę pit stopu. Tam nie zabawiamy długo, aby się nie rozleniwić i po krótkiej (ale treściwej) regeneracji ostro zaczynamy drugą część trasy. Zdecydowanym marszem pochłaniamy odległości, zgarniając kolejne punkty bez zatrzymywania się. Po przebyciu 2/3 trasy nieco zwalniamy, aby zachować siły na finisz. Za sobą nie widzimy już żadnych światełek, co oznacza, że konkurencja została daleko w tyle.  W tej sytuacji tempem spacerowym zaliczamy większość pozostałych do zebrania PK. Od ostatniego punktu ruszamy rytmem joggingowym, żeby dobrze wypaść wizerunkowo na mecie, a jednocześnie nie przeforsować się.  Na mecie odbieramy gratulacje, pozdrawiamy wiwatujący tłum fotoreporterów, udzielamy wywiadów - jednym słowem pławimy się w zasłużonej chwale.
Dzisiaj wieczorem musimy jeszcze szczegóły przedyskutować z A. M., ale sądzimy, że nie będzie miała nic do zarzucenia naszemu planowi. W końcu też, jak każdy, chce wygrać!

czwartek, 19 listopada 2015

Opowieści z cyklu: "Jak (nie)zostałam PInOkiem" (2)

Wpruwam odznaki. I już w trzecim punkcie pierwszego paragrafu widzę błąd.

3. OInO jest ustanowiona w pięciu kategoriach:
 
I – popularnej OInO (bez stopni),
II – małej OInO w stopniu brązowym, srebrnym i złotym,
III – dużej OInO w stopniu brązowym, srebrnym i złotym,
IV – „Za wytrwałość” (trzy stopnie: I, II, III),
V –„Dla najwytrwalszych” (cztery stopnie: I, II, III, IV).

A gdzie szósta kategoria - Andrzej Krochmal?????!!!!