piątek, 26 marca 2021

GPS-O za progiem

Michał to jednak dobry kolega. Jak on wyszedł naprzeciw moim biegackim potrzebom, no jak on wyszedł. We wtorek zrobił mi zawody niemal pod progiem. Nigdzie nie musiałam dojeżdżać, wystarczyło wstać, ubrać się, przebiec kawałek i już. Co prawda jak dobiegłam na start, to już byłam zmęczona, ale zanim Michał dojechał, zdążyłam dojść do siebie.
Startować mieliśmy spod karmnika, co to go nigdy nie mogę znaleźć, więc żeby się nie wygłupić we własnym lesie, od razu ruszyłam za Krzyśkiem, że niby tak samo wyszło. Jeszcze zanim doszłam na miejsce, mój telefon odpipał start, a ja taka nieprzygotowana byłam - ani zegarek nie uruchomiony, ani psychicznie się jeszcze nie nastawiłam. Ale ogarnęłam się szybciutko i pobiegłam. Wiedziałam gdzie jest pierwszy punkt, więc leciałam sobie na luzie. W okolicach dwójki raczej nigdy ne bywałam (a przynajmniej świadomie, bo Tomek twierdzi, że raz mnie tam zawlókł przy okazji zbierania lampionów po Niepoślipce). Szłam więc sobie na azymut, wydawało mi się, że już, ale wstążeczki nie było (bo biegaliśmy nie na lampionach tylko wstążkach), nic nie pipało, wiec stanęłam skonsternowana. Kawałek wróciłam sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłam, ale nie. Ruszyłam więc dalej. Ufff, dalej pipnęło. 
Trójka niby znajoma, ale od tej strony to tam raczej nie chodziłam. Mimo to znalazła się bez problemu. Czwórka i piątka to droga przez mękę. Zupełnie zapomniałam, że nas las jest dość zakrzaczony i zajeżyniony i nie ubrałam się odpowiednio - zamiast kolcoodpornych spodni ubrałam właśnie takie czepliwe i swoje musiałam odcierpieć. Chwilami miałam wręcz wrażenie, że ciągnie się za mną krwawy ślad.
Szóstka i siódemka na znanym terenie, to i weszły bezproblemowo, za to skończyły się jeżyny a zaczęły bruzdy i to takie konkretne. Szłam ostrożnie, ale chwilami mnie ponosiło i przeskakiwałam z jednej na drugą. Cały czas z duszą na ramieniu, że znowu urwę nogę. Ale nie, jakoś się udało. Przed samą ósemką ciut mnie zniosło, ale wypatrzyłam czerwony kawałek wstążki z daleka.
Dziewiątka - wiedziałam gdzie jest, ale dojście do niej dość trudne, bo las brzydki, nie do biegania. Do dziesiątki rozsądniej było biec drogą, ale czy ja jestem cienias, żeby biegać drogami? Oczywiście, że przedzierałam się na azymut. Dobra, potem tego żałowałam, ale na śladzie fajnie wygląda.
W drodze na jedenastkę natknęłam się na punkt stowarzyszony, ale byłam czujna odległościowo i poszłam dalej ledwo zaszczycając go spojrzeniem. Nie dałam się nabrać. Między jedenastką a drogą rozciągało się rozlewisko nie do przejścia suchą stopą. Samo zmoczenie się to nic, w końcu do domu blisko, nie byłam tylko pewna jak głęboko się zanurzę - po kostki, po kolana, po pas, po szyję? Obchodząc co bardziej podejrzane miejsca, udało się przejść nie mocząc nawet kostek.
Dalsza część trasy znowu prowadziła przez znane tereny i po nieco lepszym podłożu, więc luzik. Przed metą czekał Tomek, który nie biegał (bo kostka), ale przyszedł chociaż popatrzyć. Dzięki temu mam fotkę z mety.

Można wyłączyć zegarek.

Takie bieganie bez tracenia czasu na dojazdy to ja rozumiem. Żeby tylko ten nasz las był ciut przyjaźniejszy dla azymutowców.  A tak wygląda ślad:



środa, 24 marca 2021

Pieszy ZAW-OR

Taka byłam ostatnio zabiegana, że na ZAW-OR postanowiłam zapisać się na trasę marszową, a nie biegową, szczególnie, że Agata twardo obstawała przy marszach. Co prawda trochę obawiałam się, czy poradzę sobie z mapą, bo wiadomo jakie one są na marszach, więc na wszelki wypadek wybrałyśmy kategorię TP. No, może i trochę obciachowo, ale co tam. 

 
Ekipa gotowa do działań.
 
Ponieważ start tras marszowych trochę się opóźniał, więc najpierw wystartowałyśmy Tomka, a dopiero po chwili ruszyłyśmy na naszą trasę. Okazało się, że co prawda są dwa etapy, ale oba na jednej mapie, do robienia synchronicznie. Oż w mordę! 
Pierwszym sukcesem było znalezienie startu w terenie, no bo nie jest tak, jak na biegach, oznaczony lampionem. Punkt pierwszy był łatwy, a potem zaczęły się schody. Ruszyłyśmy do PK B wypatrując przecinki przy której miał stać, ale ponieważ mapa była z okresu paleozoiku, więc oczywiście w terenie niewiele się zgadzało. Ekipy przed nami brały punkt z krzaków po lewej, więc i my postąpiłyśmy podobnie. C miało być przy kolejnej przecince, ale i tej przecinki nigdzie nie było. Kiedyś była, potem się zmyła. Znowu wlazłyśmy tam, gdzie kręcili się ludzie i podbiłyśmy pierwszy napotkany lampion. Po chwili znalazłyśmy kolejny i żeby wprowadzić jakieś urozmaicenie, zrobiłyśmy przebitkę.
Ponieważ musiałyśmy robić dwa etapy jednocześnie, postanowiłyśmy najpierw załatwić punkty położone najbardziej na zachód, które zaliczały się tylko do etapu pierwszego. Nie zauważyłyśmy, że obszar z PK C już pokrywa się z drugim etapem i druga mapa bardzo by nam pomogła w jego odnalezieniu. Trudno, jak ktoś mało bystry, to tak jest.
Z punktu D na E odruchowo ruszyłam na azymut, wprost na gęsty młodnik. Agata stanowczo oprotestowała ten pomysł i w końcu zeszłyśmy do drogi. Cóż, chyba miała rację, bo młodnik kawałek się ciągnął, a od drugiej strony wisiała tabliczka z zakazem wstępu:-).

 
PK D (chyba).
 
W drodze na PK 8 i PK J spotkałyśmy kulawego Tomka, który rączo pognał w las, zostawiając nas daleko w tyle. PK J za nic nie mogłyśmy znaleźć. Oprócz nas i inne ekipy błąkały się po lesie, spotkałyśmy Sylwię z Krzyśkiem, ale nawet wspólnymi siłami nic nie wyczesaliśmy. W końcu podbiłyśmy jakiś punkt biegowy, wiszący co prawda za daleko, ale jedyny jaki był w okolicy. W sumie to powinnyśmy wpisać BPK.
Przed siódemką od zejścia na złą drogę uratowała nas Agata, zresztą prawdę mówiąc, bez niej już wcześniej kilkakrotnie bym się zgubiła. No, chyba że poleciałabym na azymut:-)
K i 6 znalazłyśmy bez problemu, ale przedarcie się do nich przez leżące pod nogami gałęzie nie było łatwe. L chwilkę szukałyśmy, bo znowu nie zgadzał się przebieg przecinek. 40 lat temu musiało to  wyglądać trochę inaczej.
 
W drodze na PK 5
 
Z punktami drugiego etapu, umieszczonymi na mapie biegowej, zasadniczo szło nam dużo lepiej, bo z tymi prehistorycznymi to już różnie było. Ze śladu GPS wynika, że N wzięłyśmy za daleko, chociaż dam sobie głowę uciąć, że wcześniej nie było lampionu. No, chyba że tak skitrany...
PK 1, O, P i R były łatwe, a w drodze na dwójkę zorientowałyśmy się, że w pierwszym etapie mamy punkt nadmiarowy. Cóż, za liczenie punktów była odpowiedzialna Agata, więc jak by to powiedzieć. Wybrnęłyśmy wykorzystując nie najlepsze przepisy InO, czyli zrobiłyśmy zmianę punktu R. Zawsze to zmiana mniej kosztuje niż mylniak:-) Jak sędzia zawodów to czyta, to niech postąpi jak chce:-)
Na dwójkę i trójkę szłyśmy już bez żadnej przyjemności, bo obie miałyśmy dosyć - byłyśmy zmarznięte i głodne i jedyne czego chciałyśmy, to wrócić do domu. Pewnie dlatego widząc pierwszy lampion po drodze, wbiłyśmy go jako dwójkę, nie patrząc na mapie, że powinien stać bardziej na zachód. Po trójce postanowiłyśmy wracać, olewając dziewiątkę i dziesiątkę. Przynajmniej taka była pierwsza wersja. Ponieważ jednak i tak przechodziłyśmy już blisko nich, więc w końcu skusiłyśmy się i odbiły nieco w bok. Przy okazji usiłowałyśmy ustalić położenie punktu C z pierwszego etapu i wyszło nam, że nadal nie wiemy, czy wbiłyśmy dobry, czy całkiem od czapy. Ale w sumie nie miało to większego znaczenia. W drodze na metę jeszcze obliczyłam azymut z zadania, ale tak na oko, bo nie miałyśmy linijki, a nie przyszło mi do głowy żeby posłużyć się drugą podkładką do narysowania linii. Jak to jednak człowiek odwykł od marszów.
 
Meta!
Na mecie od bardzo dawna czekał Tomek, bo jednak nasz spacerek trwał strasznie długo. O dziwo, zmieściłyśmy się w limicie podstawowym, choć niewiele brakowało do przekroczenia. Ciekawa jestem wyników, jak się będą miały do naszych przewidywać.
A tak wyglądała podwójna mapa:

wtorek, 23 marca 2021

ZAW-ORowe dożynki

Nie dość mi było sobotniego biegania na treningu UNTS (tak, trasa D jak długa, razem z korytarzem /polecam – niezapomniane przeżycie gdy się wyleci z korytarza/ prawie 19 km, aż niecierpliwy organizator zajumał mi trochę lampionów), więc postanowiłem się dobiegać na ZAW-OR-ze. Jakoś marsze mnie ostatnio nie kręcą: TP za łatwe, TU nie wypada, a TZ to często nie sprawia radochy, bo za dużo trzeba się domyślać… 

Którą mapę wybrać? Oczywiście D!

Oczywiście znowu trasa D jak dożynki;-)
Najpierw trzeba było znaleźć start. Jak wszyscy skierowałem się ku widocznemu lampionowi z niewielkim napisem „finisz”. Dopiero potem dojrzałem na mapie, że start jest ciut obok. 

Napis START idealnie nadaje się na tło selfie...

Wystartowała mnie Renata i ruszyłem w zadymkę. 

I pobiegłem...

Śnieżną zadymkę i teren oznaczony na mapie ciemnozielonym kolorem. Młodnik niedawno przecięty i nieoczyszczony. Bieganie zamieniło się w kicanie, kluczenie, skakanie i inne takie. Wreszcie wykicałem z tego terenu i zacząłem wspinać się na wydmę. Z oddali ciut po lewej świecił lampion, więc odruchowo skorygowałem kierunek. Dotarłszy na szczyt zorientowałem się, że niestety świecił lampion płaski;-( Popatrzyłem na mapę – mój powinien być na kopczyku na drugim zboczu wydmy. Nawet jakieś zielone widzę, więc gdzieś tam w lewo bardziej… ale nie, tam kończą się kopczyki. Wracam. O, coś jest. Podbiegam, sprawdzam kod i konsternacja. Ma być 32, a jest 31! Chwila wpatrywania się w papier i zostaje jedyna logiczna decyzja:  sprawdzać na południe. JEST. I kod właściwy. Ale co się naszukałem, to moje! 

Dwójkę trochę przebiegłem, bo był stowarzyszony grzbiecik, ale i tak poszło lepiej niż na jedynkę. Za to trójka już poszła całkiem ładnie, czwórka sprawnie (kogoś tam wyprzedziłem biegnąć na kreskę), a przed piątką zatrzymały mnie gałęzie i młode drzewka z czyszczenia lasu, ze zbyt dużego zagęszczenia drzew, które ostatnio leśnicy ćwiczą zawzięcie w podwarszawskich lasach. Ruszyłem w kierunku piątki, w dół, ostrożnie lawirując pomiędzy leżącymi gałęziami. Już widziałem drogę, za którą teren się poprawiał, jeszcze jeden skok i… trzask. Nie to nie gałąź. To był trzask z mojej prawej kostki! Złapałem się jakiegoś pnia i stanąłem zastanawiając się czy mam jeszcze nogę, czy została te dwa metry z tyłu. Rzut oka – noga się trzyma. Raczej boli. No, dobrze boli! Ale wiem, że skręcenia bolą, ale potem przechodzą (do czasu gdy opuchlizna zacznie boleć). Musiałem wyglądać niewyraźnie, bo dwie osoby przebiegając obok mnie przystawały i pytały się, czy nie potrzebuję pomocy. Jak na razie noga nie odpadła, ustać się na niej dawało (sprawdziłem), a ból powoli słabł, więc podziękowałem za pomoc.

Po 5-ciu punktach głupio wracać, więc po kilku minutach ruszyłem dalej. Ostrożnym spacerkiem. Może i lepiej, bo szóstka była ukryta aż miło. Tak, że lekko przeszedłem, ale w miarę szybko zorientowałem się gdzie jej szukać. Na ósemkę już spróbowałem truchtać. Dawało się po równej drodze i twardym podłożu. Dlatego do PK 9, 10, 11 trochę naokoło, drogami, by znowu nie przedzierać się przez te leżące gałęzie. W drodze na PK 12 doganiam Renatę z Agatą i robimy sobie selfika na trasie;-) 

Koło 14-stki przeganiała mnie gromada ścigantów z Marcinem na czele. Poczułem zew współzawodnictwa i próbowałem biec za Marcinem. Ale co z tego, skoro mistrz przeoczył lampion i pobiegł dalej? Wprawdzie zawrócił, ale chyba spod następnego PK;-) 

Nie zawsze należy biegać za Mistrzem... (fot. K.Galicz)

Dalej trzymając się ścieżek na ile można było i omijając nierówności, zaliczałem kolejne punkty. Na dobiegu do mety nawet ścigałem się z jakimiś zawodnikami z trasy C. Grunt, że udało się zaliczyć całą trasę, ale z czasem „spacerowym”, choć i tak nie byłem wcale taki ostatni;-) 

Pierwotnie miałem w planach spacer z resztą rodziny na drugim etapie TP, ale jak się okazało, TP etap pierwszy i drugi miały synchroniczne, a ja z moją kostką średnio nadawałem się do spacerów - zaliczyłem więc długie oczekiwanie w aucie. Na szczęście w nagrodę za dotarcie do mety dostaliśmy czekoladę z Wedlowskich zapasów, która pozwoliła smacznie wypełnić czas oczekiwania na Agatę z Renatą;-) 

Produkt ratujący życie...

 


poniedziałek, 22 marca 2021

Dzienny trening UNTS w Czarnowcu

Do sobotniego treningu UNTS-u podchodziłam jak pies do jeża, bo po środowym wciąż byłam jeszcze zdegustowana i zła. Na wszelki wypadek zapisałam się na najkrótszą trasę, żeby w razie czego krócej się stresować. Tomek oczywiście wybrał najdłuższą. 
Kiedy ruszając spod domu włączyliśmy nawigację, ze zdziwieniem zauważyliśmy, że do celu mamy 70 km i godzinę drogi. 70 km żeby chwilę pobiegać??? Serio?? Pogięło ich? A przecież miało być za Otwockiem. No, w sumie było, tylko to "za" miało spory rozmiar. Gdybym się wcześniej zorientowała, że to tak daleko, to pewnie zostałabym w domu, a pobiegała sobie w lesie za płotem. No, ale skoro już siedziałam w samochodzie... Po drodze z Wesołej zgarnęliśmy Przemka i pojechaliśmy.

Już na miejscu.

Bałam się, że organizatorzy znowu nie rozwieszą lampionów, tylko powtykają w ziemię jakieś patyczki, których nie będę umiała znaleźć, ale tym razem stanęli na wysokości zadania. Uspokojona, po znalezieniu nijak nie oznaczonego startu, ruszyłam w las.

Pierwsze kroki na trasie.
 
Do jedynki nie miałam zacięcia biec na azymut, bo jakoś nie. Zaplanowałam sobie pobiec drogą, skręcić w trzecią ścieżkę w lewo i raz dwa znaleźć dołek. Proste - prawda? Też mi się tak wydawało do momentu, kiedy pojawiły się wątpliwości - czy to przerzedzenie drzew to ścieżka, czy tylko tak rosną daleko od siebie? Czy już powinnam skręcić, czy jeszcze kawałek prosto? Drogą biegło się wygodnie, więc nigdzie nie skręcałam i pewnie dobiegłabym do końca mapy gdyby nie młodnik, który ukazał się przede mną. Taki sam miałam na mapie. Oooo, czyżbym była już przy dwójce? Nie pozostało nic innego jak sprawdzić. No i faktycznie, kiedy poszłam kawałek w lewo już z daleka zobaczyłam lampion. Troszkę rozczarował mnie brak numerku przy lampionie, bo na mapie były, ale i tak nie miałam wątpliwości gdzie jestem.
No dobra, dwójkę już mam, to może warto by i jedynkę zebrać? Najwyraźniej z przeznaczeniem nie ma co walczyć - skoro pisane było mi lecieć na jedynkę azymutem, to żadne moje kombinacje z drogami nie pomogą. A że azymut od drugiej strony? Sama sobie jestem winna. W drodze na jedynkę spotykałam co chwilę kogoś biegnącego na dwójkę i niektórzy byli bardzo zaintrygowani  moimi odwrotnymi poczynaniami.

Po zaliczeniu jedynki oczywiście wróciłam na dwójkę.

Przy kolejnych punktach już nie wydziwiałam i korzystałam z kompasu jak Bóg przykazał, ale jeśli na azymucie była ścieżka, to oczywiście korzystałam z niej. Nie żyłowałam się z tempem i traktowałam pobyt w lesie raczej jako miły spacer niż trening.

Takie tam widoczki po drodze.
 
Przy siódemce poczułam już lekkie zmęczenie, więc na ósemkę pobiegłam drogą, żeby ominąć górkę i drobne plamy zieleni na mapie. 
Przy jedenastce coś nie pykło. Zniosło mnie w prawo i natrafiłam na lampion stowarzyszony, czyli z innej trasy. Ponieważ nie było numerków, to oczywiście o pomyłce dowiedziałam się dopiero w domu, analizując swój ślad. Rowek, z którego wzięłam punkt, bardziej przypominał kilka blisko położonych dołków, więc uznałam, że jestem we właściwym miejscu.

Było blisko...
 
Z dwunastką i trzynastką nie miałam problemów, choć oczywiście dwunastka wydała mi się ciut przesunięta. No, ale namierzałam się na nią nie z jedenastki, tylko jakiegoś innego punktu. Nawet na metę trafiłam od pierwszego kopa, bo na szczęście prowadziła do niej droga.

Cała trasa.
 
Ponieważ Tomek miał trasę prawie trzy razy dłuższą niż moja, więc jakoś musiałam zagospodarować sobie czas oczekiwania na jego powrót. Nie miałam innego wyboru jak tylko wrócić do lasu, bo siedzenie w samochodzie to żaden wybór.  Zrobiłam sobie dwu i półkilometrową pętelkę i poczułam się dostatecznie wybiegana. Tomka nie było, Przemka też. Porozciągałam się, napiłam, sto razy sprawdziłam, że internetów nie dowieźli do lasu i już nie miałam pomysłu co ze sobą zrobić. Siedziałam w samochodzie, marzłam, drzemałam i tak przez półtorej godziny. Na parkingu było coraz mniej samochodów, organizatorzy dawno pozbierali lampiony i też szykowali się do odjazdu, a chłopaków nie było. Już zaczęłam się zastanawiać, czy nie trzeba organizować ekipy poszukiwawczej, kiedy wreszcie pojawili się na horyzoncie - najpierw jeden, potem drugi. Oczywiście, pomimo braku lampionów, zaliczyli wszystkie "punkty", a że najwolniej ze wszystkich... Kto im zabroni? Przynajmniej im opłacało się jechać te 70 km w jedną stronę. Bo mi to nie bardzo.

piątek, 19 marca 2021

Trening UNTS w Lesie Lindego

No dobra, ochłonęłam to mogę coś napisać bez rzucania mięsem i obracania panienek nie najlżejszych obyczajów.
Trening odbył się we środę, czyli wiadomo, że musiał być wieczorem. A jeśli wieczorem, to musiało być ciemno. A jak ciemno, to... ciemno. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce startu nikt nic nie wiedział, a główny organizator był nie do odnalezienia. Chwilę łaziliśmy to tu, to tam szukając miejsca wydawania map, w końcu znalazł się i organizator i mapy. 
Start był w środku lasu i poszliśmy do niego specjalnie  przez PK 2, żeby zobaczyć jak wyglądają znaczniki, które miały być zamiast lampionów. Nooo, słabo wyglądały. Start był wspólny, a potem każdy pobiegł w inną stronę, swoim wariantem. Mój punkt pierwszy był nie do znalezienia, bo nie połączony kreseczką ze startem, a opis punktu nie dość, że kilometr od kółeczka, to jeszcze wypadł akurat na ścieżce i był niewidoczny. Całe szczęście, że obejrzałam mapę dużo wcześniej i wyłapałam ten niuans. Ruszyłam na azymut, który akurat wypadł w okropnych krzaczorach i już po kilkunastu krokach wypierniczyłam się, bo coś mnie złapało za nogę. Pozbierałam się jakoś i przedarłam się na punkt. 
Na dwójkę zamiast cofnąć się do ścieżki, ruszyłam dalej na azymut, jak to mam w zwyczaju. Azymut za nic nie chciał mi się zgodzić z moim wyobrażeniem gdzie jest dwójka, co to ją przed startem oglądaliśmy. Szłam więc parę kroków azymutem, parę kroków wg mojego "wydaje mi się" i tak na przemian. To się nie mogło dobrze skończyć. W pewnej chwili w ogóle już nie wiedziałam gdzie jestem. To znaczy tak ogólnie to jeszcze tak, tylko się nie mogłam uszczegółowić. Wylazłam więc na parking, gdzie mieliśmy zaparkowany samochód i stamtąd. już ścieżkami ruszyłam na dwójkę. 
Trójka litościwie była łatwa, bo stała w "mieście", ale zanim przedarłam się do cywilizacji, zaliczyłam drugą glebę. Czwórka i piątka poddały się bez walki. 
Do szóstki darłam na azymut, który to azymut przecinały mi miliony ścieżek i po chwili zupełnie pogubiłam się w ich liczeniu. Coś mi tam po drodze przy ziemi pobłyskiwało, ale ponieważ przy znacznikach nie było kodów ani nic, to i tak nie było jak sprawdzić czy to już mój punkt, czy jakiś inny. Powoli narastała we mnie furia. Zupełnie mi ta formuła treningu nie podpasowała i powoli dojrzewałam do rezygnacji z reszty trasy. Pewnie nawet bym tak zrobiła, ale akurat doszłam do miejsca, które udało mi się zidentyfikować na mapie. Oczywiście, byłam już kawałek za moją poszukiwaną szóstką. 
Siódemka świeciła do mnie z daleka, więc dałam jej szansę, a na ósemce poległam. Zniosło mnie z azymutu, pogubiłam się w liczeniu ścieżek, znowu coś mnie chwyciło za nogę i przygięło do ziemi i w końcu szlag mnie trafił. Nie będę szczegółowo przedstawiać toku mojego myślenia, bo takie słownictwo to mi nie przejdzie przez klawiaturę, w każdym razie ruszyłam w stronę najbliższej cywilizacji żeby opuścić ten koszmarny las. Rozdzierające mnie emocje musiały jednak znaleźć jakieś ujście, więc pędem ruszyłam przed siebie obrzeżem lasu (bo z samym lasem nie chciałam mieć nic wspólnego) i tak wyszło, że obiegłam go naokoło. Pewnie gdybym na końcówce nie spotkała Tomka, to pobiegłabym jeszcze raz, bo wcale mi nie ulżyło. Wyłącznie dzięki mojemu niezwykłemu opanowaniu Tomek uszedł z życiem, a był jedyną dostępną osobą, na której mogłam się wyżyć. No dobra, powiem prawdę - bez niego nie trafiłabym z powrotem do domu, bo ze mnie d... nie kierowca, a Warszawy nie znam. 
W każdym razie obiecałam sobie, że po ciemku na żaden taki zwydziwiany trening nie dam się namówić. W sobotę przekonam się, czy w przyszłości dam się namówić na UNTS-owy trening dzienny. Trzymajcie kciuki!

Las Lindego trafia na czarną listę:-)

środa, 17 marca 2021

Wyczerpujące pożegnanie z Dystansem.

No i skończył się mój ulubiony Dystans Stołeczny. Ale jeszcze na koniec organizatorzy pozwolili nam się wybiegać na zapas, bo trasy (w regule 1-man-relay) były przeraźliwie długie, chociaż biegaliśmy na niewielkim kawałku terenu.  Moja trasa miała nominalnie 7,9 km, Tomka ciut ponad 13 i nawet Agata na Maniacu miała ponad 5,5 km. Start masowy (kategoriami), z imienną mapą pod nogą i dla każdego różne warianty.  Cieszyłam się, że chociaż do pierwszego punktu można lecieć za wszystkimi, bo na ogół nie robi się rozbić wcześniej. No i po starcie trochę się zdziwiłam - część osób pobiegła w drogę w lewo, część w drogę prosto, a niewielka grupa prosto w las. 
 
Start.

 Jak łatwo się domyślić ochoczo dołączyłam do grupy przedzierającej się na azymut, bo przecież nie po to przyjechałam, żeby biegać po drogach. Oczywiście po chwili zostałam sama, bo wszyscy polecieli przodem, ale jeszcze przed punktem dogoniłam kilku maruderów. Do dwójki bohatersko przedarłam się przez młodnik, choć oczywiście było łatwiejsze dojście, podobnie do trójki darłam na azymut i chyba tylko dzięki temu odnalazłam ją w gęstwinie.
Początkowe punkty stały na ogromnych (jak dla mnie) górach, ale już od czwórki zrobiło się płasko i mogłam ciut przyspieszyć. Nawigacyjnie szło dobrze, bo jednak co azymut, to azymut. Przy jedenastym punkcie zorientowałam się, że nie włączyłam sobie zapisywania trasy. Całe szczęście, że nigdzie nie błądziłam, bo potem zawsze jestem ciekawa gdzież to mnie zaniosło. Jak na razie prawdopodobnie biegłam po kreskach lub przynajmniej równolegle do nich, w bliskiej odległości.
Przy siedemnastym punkcie - ostatnim z pierwszej mapy i startem na drugiej - spotkałam Kasię (a raczej bardziej zobaczyłam, niż spotkałam) i tak mnie to rozproszyło, że na jedynkę ruszyłam dokładnie w przeciwnym kierunku. W końcu zastanowiło mnie, że powinno być pod górę, a jest jakoś płasko. A tak się dobrze biegło... W przeciwną stronę nie dość, że się nie biegło, bo pod górę, to jeszcze przez gęstwinę, no bo co będę omijać. 
Dwójka na najwyższym wzniesieniu w okolicy, łatwa do znalezienia, ale ciężka z moją marną kondycją. Za to do trójki w dół i potem znowu płasko. Niestety, zmęczenie zaczęło dawać mi się we znaki i w końcu więcej szłam niż biegłam, a już gdzieś od dziewiątego punktu wręcz potykałam się o własne nogi. W końcu byłam już tak skupiona na utrzymaniu się w pionie, że na nawigacji było mi się coraz trudniej skoncentrować. Na jedenastce poległam. Nawet przeszłam blisko niej, ale lampionu nie zauważyłam i zaczęłam krążyć po okolicy. W końcu w akcie desperacji podeszłam drogą do dość odległego skrzyżowania, żeby namierzyć się z pewnego punktu i dopiero wtedy trafiłam. Tak zasadniczo było mi już i tak wszystko jedno czy znajdę, czy nie znajdę, najważniejsze było, żeby przeżyć. Na szczęście kolejne punkty udało się znaleźć bez większych problemów. Od piętnastki już się cieszyłam, że jeszcze tylko jeden punkt i meta, ale jak to mówią - nie chwal dnia przed zachodem słońca. Na szesnastkę za nic nie mogłam trafić. Jak pokazuje ślad, przeszłam blisko niej, no ale nie rzuciła mi się w oczy. Błąkałam się po lesie to tu, to tam, w nadziei, że albo się przypadkiem natknę, albo może ktoś przybiegnie i wskaże miejsce. Jak na złość nikogo nie było, bo pewnie większość dawno dotarła na metę. Ponieważ widziałam już drogę i zaparkowane samochody, zaczęłam brać pod uwagę opcję wyjścia na drogę, dojścia do mety i namierzenia się od niej, ale wydawało mi się to zbytnim obciachem. W sumie byłam w patowej sytuacji i wyglądało, że z lasu nigdy już nie wyjdę, jeśli chcę zachować twarz. W końcu podkradłam się tak trochę w okolice mety, ale bez wychodzenia z krzaków, namierzyłam się mniej więcej i wróciłam czesać. Miałam szczęście, że z naprzeciwka pojawiła się kilkuosobowa grupa i kierując się trochę kompasem, trochę ich kierunkiem marszu, w końcu trafiłam na tę felerną szesnastkę. Do mety w pierwszym porywie nawet próbowałam biec, ale szybko dałam sobie spokój, bo przecież ledwo trzymałam się na nogach. Ostatnie dwa metry podbiegłam, bo Andrew kręcił filmik, więc trzeba było się wykazać. Żeby nie to, to na metę chyba bym się wczołgała.

Dzięki za świetny filmik!

Ponieważ na pierwszej stronie mapy nic ciekawego się nie działo, to pokazuję tylko drugą.






poniedziałek, 15 marca 2021

Dystans Stołeczny - Finał

WesolInO w duecie.

WesolInO zatrzymało się w drodze na Zielonkę, przypuszczam, że z powodu czynnego poligonu ciągnącego się od Wesołej prawie pod nasz dom. Tym razem biegaliśmy więc w Lesie Sobieskiego. W sumie też blisko, tylko trochę inaczej. Tym razem wyjątkowo byliśmy bez Agaty, która wolała niedzielny Dystans Stołeczny, a dwie imprezy w weekend to dla niej nadmiar szczęścia.

Uszczuplona ekipa.

Moja trasa miała mieć tylko 13 punktów, ale aż 5,4 kilometra.  Ponieważ zawsze robię minimum kilometr wiecej, więc zapowiadało się niezłe bieganie. Jeszcze przed ruszeniem w trasę Tomek straszył mnie moim piątym punktem - dołkiem w środku gęstwiny, bez punktów charakterystycznych w okolicy. Nooo, faktycznie. Nie wyglądało to dobrze.

 
Start.
 
Do pierwszego punktu tylko kilka metrów dawało się pobiec drogą, potem trzeba było już przedzierać się przez krzaki. Las Sobieskiego pod tym względem nie jest najprzyjemniejszy, bo oprócz normalnego leśnego zakrzaczenia, łapie też za nogi jeżynami. Taki wredny! Na szczęście udało mi się wyjść idealnie na punkt i potraktowałam to jaki dobry prognostyk na resztę trasy.
Do dwójki trafiłabym bezproblemowo, bo biegłam przyklejona do kreski i dopiero tuż przed punktem coś mnie zwiodło w lewo. Tak, w lewo! Nie zawsze mam prawoskręty. Na szczęście z daleka zobaczyłam jakieś dziewczę znikające w dołku, więc zwróciłam się we właściwą stronę.
Na trójkę był już dłuższy przebieg, leciałam na azymut znowu niemal po prostej, tyle, że ta prosta biegła jakoś na lewo od kreski. Tym sposobem przebiegłam punkt i to nawet w dość bliskiej odległości. Szybko zorientowałam się, że jestem za daleko i zawróciłam. Znowu od porażki wyratowała mnie ta sama zawodniczka co poprzednio. Z jednej strony to fajnie, z drugiej coś czułam, że mamy zbliżone tempo i będziemy sobie deptać po piętach, a za tym nie przepadam. Do czwórki biegłyśmy różnymi wariantami, ale znowu spotkałyśmy się na punkcie. Zaczęła zawiązywać się między nami nić porozumienia i już uśmiechałyśmy się do siebie.Do piątki biegłyśmy drogą, ale moje tempo było trochę niższe i kiedy weszłam w las już jej nie zobaczyłam. Skupiłam się więc na mapie i kompasie, bo to przecież ten punkt, przed którym ostrzegał Tomek. Wyszłam idealnie na lampion. Mojej rywalki nigdzie nie było widać, założyłam więc, że pewnie jest już gdzieś dalej. Za piątką usłyszałam jakieś poruszenie w krzalach i nagle, kilka metrów przede mną przebiegło ogromne stado dzików. Małe warchlaczki były takie urocze, ale bynajmniej nie dążyłam do bliższej znajomości. Trochę mnie to spotkanie zdekoncentrowało i zamiast dalej lecieć po kresce, zaczęłam  odbijać w prawo. Znowu minęłam punkt, ale szybko zauważyłam błąd i zaczęłam wracać. Naprzeciwko pojawiła się nieodstępna koleżanka i nawet zawołała mnie do lampionu. Nie pamiętam czy od tego punktu, czy od któregoś następnego zaczęłyśmy biec razem, a nawet dokonałyśmy oficjalnej prezentacji. Przy okazji okazało się, że Monika była jedną z osób, które uprowadziły mój plecak i kurtkę na którymś treningu ZZK:-) 
Co dwie głowy to nie jedna, co dwie pary oczu, to nie jedna i w razie potrzeby czesania też w dwie osoby łatwiej. Na wszystkie kolejne punkty biegłyśmy jak po sznurku, raz jedna szybciej wypatrzyła lampion, raz druga, ale współpraca była wzorcowa:-) Przed trzynastką zaczęłam wymiękać. Kondycyjnie. Jednak Monika w bieganiu jest ciut silniejsza i w końcu zostałam w tyle, zachęcając ją żeby leciała w swoim tempie. Na mecie, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że mam minimalnie lepszy czas od niej. Musiała zaliczyć jakąś wpadkę na samym początku trasy. Gdybym jednak nie miała motywacji w jej osobie, na pewno biegłabym dużo wolniej. Jeszcze bardziej zdziwiłam się kiedy zobaczyłam wyniki. Zajęłam trzecie miejsce! No dobra, konkurencji było mało, ale zawszeć co podium, to podium. Zwłaszcza, że w moim przypadku to przecież ewenement przyrodniczy:-)

Nasz duet na mecie.
 
Na metę dobiegłam ledwo żywa i zanim poszłam się sczytywać, musiałam chwilę posiedzieć, bo aż było mi niedobrze z wysiłku. A znowuż nie zależało mi, żeby tak dosłownie dać z siebie wszystko:-) Do powrotu Tomka zdążyłam ochłonąć, a on ze swojej trasy wrócił średnio zadowolony, bo zaliczył dwie wpadki. Bywa i tak.
A tak ładnie po kreskach biegałam:


czwartek, 11 marca 2021

GPS-O, a indeks dzieł zakazanych.

GPS-O wyskoczył tak z głupia frant w środku tygodnia i dałam się zapisać chyba tylko z zaskoczenia. Bałam się biegania po zmroku, ale okazało się, że jest opcja wystartowania już koło szesnastej, więc nie czekając na powrót Tomka z pracy, pojechałam do Międzylesia. Miałam to szczęście, że impreza odbywała się tam, gdzie potrafię dojechać:-)
Zanim dopchałam się do organizatora i zanim udało się pokonać wszystkie trudności techniczne, zrobiło się już dość późno, ale wciąż miałam szansę dobiec na metę za dnia. Na wszelki wypadek jednak do kieszeni wsunęłam czołówkę.
Najpierw nie chciał mi się odbić start. Krążyłam dookoła czekając na pipnięcie, a w tym czasie inni biegli już w las. W końcu wróciłam do organizatora i Michał coś tam pogrzebał mi w telefonie. Zadziałało.
Jakoś nie mogłam ogarnąć w która ścieżkę mam wbiec, wiec pobiegłam tak jak moi poprzednicy, a ponieważ przed sobą widziałam plecy Marcina, więc patrzyłam gdzie się kieruje. W końcu dopasowałam rzeczywistość do mapy i plecy mogłam sobie odpuścić.
Z dwójki na trójkę musieliśmy przebiec koło startu/mety, co niektórym powodowało zakończenie biegu przez aplikację, mi na szczęście telefon w ogóle nie chciał pikać i olał metę. Jedyne co, to zdziwiłam się na tak poprowadzoną trasę. Do trójki planowałam biec ścieżką i nawet zaczęłam, ale po kilkunastu metrach ścieżka zanikła, więc przedzierałam się na azymut. Punkt miał stać na skrzyżowaniu na drugiej poprzecznej drodze. Dotarłam do drugiej poprzecznej, jeszcze z daleka zobaczyłam odbiegającą Hanię i zaczęłam szukać słupka. Ani w prawo, ani w lewo nie było. Z lekka się zirytowałam, szczególnie, że dłonie przymarzały mi do kompasu, a stojąc w miejscu nie mogłam się rozgrzać. Postanowiłam zejść na południe do drogi i albo wrócić na metę i olać zabawę, albo powalczyć w zależności, czy będzie się od czego namierzyć. Biegłam w jakimś dziwnym kierunku, nic się nie zgadzało i znowu w oddali zobaczyłam Hanię. Postanowiłam jeszcze sprawdzić gdzie tym razem była i o dziwo, włażąc w kolejną ścieżkę natknęłam się na punkt. A miał być na drugiej, a nie trzeciej ścieżce. Niby na mapie były fragmenty tej pośredniej ścieżki, ale mapa a rzeczywistość to były dwie zupełnie różne rzeczy. Kręciłam się koło słupka czekając na pipnięcie aplikacji, ale gdzie tam. Musiałam wymusić podbicie punktu. Cała zabawa z trójką zajęła mi 12 minut!
Czwórkę znalazłam bez trudu, bo dobieg tylko drogami, podobnie do piątki i tylko końcówka na azymut. Z tym azymutem to też był problem, bo na mapie nie było ani jednego południka. Nic, zero, null. Założyłam, że mapa jest zorientowana i co chwilę składałam kartkę, żeby odmierzać się od jej równego brzegu. Azymut wychodził taki z lekka przybliżony i nigdy nie było wiadomo gdzie się dojdzie. Między drogą a piątką teren się nie zgadzał, bo w naturze widziałam okazały, gęsty młodnik, a na mapie przebieżny las. Na szczęście pamiętałam to miejsce z innych zawodów, więc piątkę udało się znaleźć. I czwórkę i piątkę musiałam podbijać ręcznie, bo nie pipało samo z siebie. I takie to ułatwienie z tą aplikacją.
Do szóstki teoretycznie prowadziła ścieżka, ale w praktyce wcale jej nie było i tylko gdzieniegdzie drzewa rosły w większych odstępach od siebie. Znowu posiłkowałam się kompasem i jakoś się udało.
Siódemka wkurzyła mnie na maksa. Miała stać na końcu trzeciej poprzecznej ścieżki, ale mimo, że szłam zgodnie z kompasem, udało się namierzyć tylko pierwszą ścieżkę, drugiej i trzeciej już nie było. Nie było w realu, bo na mapie widniały jak byk. Byłam pewna, że właściwe miejsce już minęłam, więc zeszłam do drogi i znowu pojawiła się myśl o powrocie na metę. Ruszyłam w jej kierunku. W jednym miejscu las wydał mi się jakby rzadszy, więc stwierdziłam, że zgodnie ze standardem mapy może to być ścieżka i postanowiłam sprawdzić. Faktycznie - była i punkt też się znalazł. Byłam już tak zniesmaczona niedokładną mapą, że myśl o powrocie na metę wcale mi nie przeszła. Postanowiłam jednak ćwiczyć się w cnocie cierpliwości, opanowania i hamowania wściekłości. Z najwyższą niechęcią ruszyłam więc w stronę ósemki. Szansa na jej znalezienie była spora, bo miała stać przy drodze. Faktycznie, obyło się bez problemów, pominąwszy fakt, że nie chciała się samoczynnie podbić. Do dziewiątki nawet nie próbowałam skracać na azymut, bo na mapie było trochę zielonego, a biorąc pod uwagę jak mapa kłamie, mogła być tam istna dżungla. Obiegłam ścieżkami, które wyjątkowo były widoczne w terenie.
Dziesiątkę pamiętałam z poprzednich kilku zawodów i wiedziałam, że jest źle na mapie oznaczona. Wiedza ta bynajmniej nie ułatwiła mi jej odnalezienia, a kiedy wreszcie natknęłam się na słupek i usiłowałam ręcznie wymusić podbicie, to dowiedziałam się, że jestem za daleko od właściwego miejsca. Super. Odeszłam więc kilkanaście kroków w stronę drogi i w końcu dostałam pozwolenie na podbicie.
Jedenastka była daleko, a biegło się do niej drogą i nic nie trzeba było nawigować. Taki trochę bezsensowny przebieg nic nie wnoszący do zabawy. Chyba autorowi trasy pod koniec już wyczerpała się koncepcja. Po drodze spotkałam Tomka, który był gdzieś na początku swojej trasy i czekała go nocna przeprawa z tą dziwną mapą. Jedenastka, a potem meta oczywiście nie chciały pipnąć, ale przyjęłam to już za standard.
Udało się pokonać całą trasę przed zapadnięciem zmroku, a latarka służyła jedynie jako obciążnik kieszeni. I dobrze.
Już po biegu skojarzyłam, że z mapą na której biegaliśmy zawsze były jakieś problemy. Nie zgadzają się ścieżki, położenie niektórych punktów, a dołki to zupełna abstrakcja. Doły, z których wystaje mi czubek głowy na mapie znaczone są jako v, a ich ilość ma się nijak do rzeczywistości. Uważam, że ta przeklęta mapa w ogóle powinna być obłożona anatemą i znaleźć się na indeksie dzieł zakazanych, a organizatorzy, którzy ośmielą się jej użyć powinni być paleni na stosie.
W sumie jedyną (jak dla mnie oczywiście) zaletą zawodów był fakt, że się odbyły i spaliłam trochę kalorii. Doceniam też pracę Michała, bo przygotowanie zawodów to nie jest jak pstrykniecie palcami i już, tylko poświęcony czas i praca. 



wtorek, 9 marca 2021

Pożegnanie z ZZK

Nie byłam pewna czy po Prymulku Tomek będzie w stanie jechać na ostatnie ZZK, bo w nocy spał na baczność, żeby go skurcze nie łapały. O dziwo, wstał w całkiem niezłej formie i pojechaliśmy do Choszczówki. Szkoda, że nie byłam na sobotnim Dystansie Stołecznym, bo miałabym teren na świeżo obcykany, ale trudno.
Zaparkowaliśmy między startem a meta, Tomek szybko pobrał mapy i mogliśmy ruszać.

 
Start spod linii wysokiego napięcia.

Podbiłam start, ruszyłam i od razu zatrzymała mnie ściana lasu. Jak by nie kombinował, wszędzie było gęsto, więc wdarłam się na wprost, jak wskazywał azymut. Na szczęście punkt był blisko, a gęstwina kończyła się na nim. Tomek biegnący na swoja jedynkę zdążył uchwycić mnie w obiektywie kiedy odbiegałam już od lampionu.

 
PK 1

Jak już zaczęłam tym azymutem, tak dalej trzymałam się tej sprawdzonej metody, dzięki czemu z punktu na punkt leciałam po kreskach i jedyne co mnie wstrzymywało przed wygraniem tych zawodów to wydma, która skutecznie zaniżała moje tempo do truchtu, marszu, a chwilami wręcz pełzania.
W międzyczasie dogoniłam Beatkę i Konrada, którzy startowali tuż przede mną i o ile Becia zaliczała trasę w trybie spacerowym, to Konrad utrzymywał tempo zbliżone do mojego i wciąż wchodziliśmy sobie w drogę. To jedno było pierwsze na kolejnym punkcie, to drugie. Nie przepadam za takimi tandemami, alei uciec się nie dało, a specjalnie zostawać w tyle też nie chciałam. Gdzieś koło szóstki udało mi się go zgubić, więc starałam się przyspieszyć, żeby zniknąć z horyzontu.
PK 10 bardzo mnie rozczarował, bo spodziewałam się jakiegoś urokliwego oczka wodnego, a zastałam dziurę pełną błota i brudnej wody. No i tak byłam tym zdegustowana, że aż rzuciło mi się na mózg i zamiast jak cywilizowany człowiek pobiec na kolejny punkt wygodną droga, to ja władowałam się w las z wycinką, gdzie trup ścielił się gęsto tuż pod moje nogi. Cóż, honor nie pozwolił mi się wycofać do drogi i brnęłam dalej. Tam, gdzie zrobiło się już przyjaźniej pod nogami, postanowiłam jednak pobiec drogą. Ot, taki mały bunt przeciw rzeczywistości. A jedenastki nie mogłam znaleźć. Tuż przed punktem z nieznanych powodów nagięłam w prawo, doszłam do rowu, zawróciłam i... w oddali zobaczyłam Konrada. Dopadł mnie, ale przy okazji wskazał miejsce ukrycia lampionu.

 
PK 10 i 11

Kolejne punkty nie przyniosły żadnych niespodzianek, znowu "ścigałam" się z Konradem, a na ostatniej prostej wykrzesałam z siebie resztkę sił, żeby chociaż dobieg do mety mieć szybki. W sumie pomogło, bo nie jestem taka całkiem ostatnia w wynikach:-)

  
Po biegu.

W tym wszystkim tylko jednego żal - to był ostatni ZZK w tym sezonie. Szkoda.