poniedziałek, 17 listopada 2014

Jakuza - noc druga

Sobotni wieczór, po obfitym obiedzie nie jest jak dla mnie odpowiednią porą na wyjście w las, no ale ostatecznie po to przyjechałam na Jakuzę, nieprawdaż? Postanawiamy wyjść w miarę wcześnie, żeby wrócić przed północą i wyspać się przed powrotem do domu.

Powoli ubieramy się i patrzymy jak konkurenci, którzy wystartowali przed nami, oglądają pobrane mapy i zastanawia nas niesmak malujący się na ich twarzach. Po otrzymaniu naszych map rozumiemy już ich uczucia:-)
Skala nieznana, północ nieznana, długość trasy nieznana, czas nieznany (no dobra, tuż przed wyjściem organizatorzy zdradzili tę jedną tajemnicę) - wygląda na to, że dostaliśmy bilet w jedną stronę!

Nauczeni doświadczeniem, od razu bierzemy się za cięcie mapy, żeby nie robić tego po ciemku w krzakach. Dopiero z tak spreparowanymi pomocami odważamy się wyjść za próg. Skok przez płot mamy już odpracowany, wychodzimy więc właściwą bramą i idziemy po trzynastkę. Na szczęście nie jest dla nas feralna i znajdujemy ją bez trudu. Jeszcze terenem miejskim docieramy do trójki i szykujemy się moralnie do wejścia w las. Chodzenie nocą na leśne orto nie należy do naszych ulubionych sportów. Do jedenastki przezornie idziemy naokoło, żeby jak najdłużej trzymać się chociażby umownej cywilizacji. Ponieważ i tak nic nie widzę na mapie, zostawiam prowadzenie w rękach (a raczej oczach) T. Do PK 7 decydujemy się iść na azymut z domieszką "na oko" - czyli najpierw trafić na drogę, a potem się zobaczy. Metoda okazuje się skuteczna i siódemeczka wpada w nasze ręce.

Przy miejscu podejrzanym o bycie PK 10 T. zostawia mnie na pastwę losu i zagłębia się w ciemny las w poszukiwaniu stowarzyszy. Oczywiście od razu las ożywa, zaczyna wydawać niepokojące dźwięki, szumi, trzeszczy, szeleści - mam wrażenie, jakby wszystkie zwierzęta (z niedźwiedziami, nosorożcami i tygrysami na czele) postanowiły mnie otoczyć i wyeliminować z ich lasu. Na szczęście w porę wraca T. i zaczynamy przemieszczać się w stronę szóstki, która okazuje się być czystą formalnością.

Ósemka również wydaje się być prosta i idziemy po nią jak po swoje. A tu - zonk! Punktu nie ma:-( Szukamy więc tego samotnego drzewa w lesie jak igły w stogu siana, znajdujemy jedynie kolegę M. S. I bardzo dobrze, że go znajdujemy! Rzut świeżym okiem na naszą mapę wykazuje, że wycinek z ósemką przykleiliśmy do góry nogami! Stramwajamy się na  dwa  najbliższe punkty, bo wiadomo - co trzy głowy, to nie jedna. Potem nasze drogi się rozchodzą, bo my już w stronę cywilizacji, a M. po siódemkę, którą my mamy.

Tuż za drogą natykamy się na PK 5 i niedaleko PK 4. W zasadzie to już mi się wcale nie chce nigdzie iść, a już najmniej po jedynkę, która wcale nie jest po drodze do innych punktów, a wręcz w przeciwnym kierunku. Poczucie obowiązku jednak zwycięża.
Z jedynki opłotkami przemykamy po dwunastkę. Dobre miejsce na wpakowanie się w kłopoty - kilka ścieżek przecinających się wzajemnie tworzy niezła plątaninę. T. wybiera któryś z licznych PK, ja się nie wtrącam, bo co ma być potem na mnie:-)
Nie chce mi się coraz bardziej. Pocieszam się, że już niedaleko do mety i przyspieszam, zwłaszcza, że czas zaczyna nas poganiać. Jeszcze bardziej przyspieszam na widok kwiatu miejscowej młodzieży stojącej przy boisku sportowym. Na szczęście nie wzbudzamy ich zainteresowania i spokojnie możemy zebrać ostatni punkcik.
Półgalopkiem pomykamy do szkoły i zadowoleni z siebie oddajemy kartę. Co prawda przekroczyliśmy limit czasu, ale zebraliśmy wszystko! Po chwili odpoczynku i rzuceniu jeszcze raz okiem na mapę nasze samozadowolenie umyka jak powietrze z przekłutego balonika - wcale nie trzeba było zbierać wszystkich punktów! Mamy nadkomplet i będzie kara:-( Na otarcie łez organizatorzy dorzucają nam parę minut do limitu czasu ze względu na wiek, nie równoważy to jednak naszej głupoty.
A mogliśmy sobie odpuścić tę jedynkę, do której tak nam się nie chciało iść ...

niedziela, 16 listopada 2014

Jakuza - a po nocy przychodzi dzień ...

W sobotę, świtkiem koło południa, dostajemy informację, że miasto opanowało stado nietoperzy i coś trzeba z tym zrobić.
Bez pośpiechu i tym razem bramką, a nie przez płot, idziemy zobaczyć jak wygląda sytuacja. Z otrzymanego przy wyjściu raportu faktycznie wynika, że czternaście gacków rozrabia w Białobrzegach.
Tuż przy samej szkole wyłapujemy dwa i kolejne dwa też blisko siedzib ludzkich. Chyba lubią latać parami, bo dwa następne znajdujemy pod liniami energetycznymi (jakieś na prąd, czy co?) Co do jednego z nich mamy poważne wątpliwości, czy to faktycznie ten poszukiwany, ale postanawiamy go zgarnąć, okazać właścicielom, a oni niech robią z nim co chcą.
Kolejne buszują w lesie nieopodal autostrady. Jednego łapiemy od razu, a przy następnym mamy zagwozdkę. Siedzą na drzewach dwa podobne, z raportu wynika, że mamy brać tego z większymi uszami, z kolei umaszczenie wskazuje na tego drugiego. W końcu polujemy na ładniejszego, ale jak się potem okaże, zleceniodawcy nie są takimi estetami jak my i woleli jednak tego mniej atrakcyjnego.
Z meldunku wynika, że reszta zgrai przeleciała już za autostradę i musimy je gonić. Łatwo powiedzieć - jedyna droga na drugą stronę wiedzie niskim i wąskim podziemnym tunelem dla zwierząt. Blokuje mnie natychmiast - NIENAWIDZĘ małych, ciasnych dziur! W pierwszym odruchu chcę zakończyć misję, z drugiej strony honor nie pozwala się wycofać. Czując zbliżające się tętnienie w głowie, zimne poty, drżenie rąk i nadchodzący atak duszności zbieram się w sobie i cwałem rzucam w tę przerażającą otchłań grozy. Ledwo wyhamowuję przed końcem, gdzie wielka błotna kałuża grozi widowiskowym poślizgiem.
Po drugiej stronie, za zbiornikiem wodnym, przy rowie siedzi netoperek i śmieje się na mój widok, drań jeden. Ładujemy go do klatki, potem dwa następne - jeden z dołka, jeden z ogrodzenia (swoją drogą - coś słabo się chowały) i pędzimy na polanę gdzie podobno ukrył się następny. Chyba większym problemem okazuje się znalezienie polany niż już samego gacka na niej. Ale mamy go! Potem jeszcze tylko górka, dołek, wąwóz i już widzimy samochód odbiorcy całego zwierzyńca.

Po zdaniu gacków jakoś musimy trafić do punktu, gdzie przed wyjściem z bazy umówiliśmy się na ognisko. Podobno u gackobiorcy miały czekać na nas mapy z trasą dojścia, ale najwyraźniej zaszło drobne nieporozumienie i zamiast map zostawiono nam tylko materiały przygotowane do jej wykreślenia.
Początek trasy wygląda nawet na narysowany, ale autorowi ktoś musiał strasznie przeszkadzać, bo treść nie bardzo chce się zgodzić z rzeczywistym stanem rzeczy. Dłuższą chwilę błąkamy się po lesie, w końcu T. zarządza:
- Ty spróbuj ułożyć mapę, a ja rozejrzę się jeszcze raz po okolicy.
Nie ma sprawy - wyjmuję nożyczki, klej i przystępuję do pracy. Po niecałej półgodzinie "mapa" zaczyna wyglądać jak mapa. W tym czasie T. znajduje dwa punkty orientacyjne i mniej więcej wie, gdzie jest trzeci. Pakuję osprzęt i idziemy szukać paśnika. Po chwili pojawia się i on, tyle że niezupełnie w miejscu gdzie się go spodziewaliśmy. Przy paśniku grupy innych nieszczęśliwców snują się w różne strony. W końcu ustalamy, że paśnik jest OK, to tylko nam poplątały się ścieżki. Kolejny punkt orientacyjny okazuje się być dezinformacyjny, głównie z tego powodu, że go nie ma. Owszem, jest miejsce gdzie powinien być, ale my, te niewierne Tomasze chcemy zobaczyć znacznik na własne oczy. Nie tylko my chcemy go zobaczyć - coraz większa grupa szuka go niczym Świętego Graala. Kiedy zniechęceni już mamy odchodzić (podobnie jak inni poszukiwacze) kolega P. W. przypadkiem zagląda do wydrążonego pnia i jego pięknym oczom ukazuje się przedmiot powszechnego pożądania. Korzystamy z okazji i opisujemy znalezisko dla potomności.
Idziemy dalej, a tu na ścieżkę wyskakuje nam piękna sarenka. W zasadzie to chyba nawet nie sarenka, bo tyłek ma jakiś inny niż sarenki na obrazkach.
- Halo! Czy jest na sali jakiś znawca tyłków leśnych zwierząt???
Napotykane po drodze coraz liczniejsze grupy utwierdzają nas w przekonaniu, że idziemy w słusznym kierunku. Końcówkę pokonujemy już na nos - za zapachem dymu z ogniska.
A przy ognisku ....


Tak proszę państwa! Pampersowe kiełbaski! 
Wygłodzeni, po dniu spędzonym na leśnej misji, nawet nie dociekamy z czego są zrobione ...

sobota, 15 listopada 2014

Jakuza - noc pierwsza

No i wreszcie Jakuza. Niecierpliwość przygania nas do bazy zawodów jako pierwszych. W nagrodę możemy powynosić stoły i krzesła z sali, gdzie będzie nasza noclegownia. Zajmujemy najlepszy kąt, urządzamy przytulne legowisko i ... okazuje się, że do rozpoczęcia zawodów mamy masę czasu. Litościwi organizatorzy, widząc nas przestępujących z nogi na nogę z niecierpliwości, proponują nam wcześniejszy start, bez czekania na oficjalne otwarcie.

Ruszamy spod szkoły i od razu pierwsza przeszkoda - ogrodzenie. Żeby dojść do furtki trzeba chyba obejść całą szkołę dookoła. No, ale przecież ogrodzenie nie powstrzyma nas od wyjścia na trasę. Przypominam sobie młode lata i przeskakuję przez płot niczym Wałęsa do stoczni. Nie szkodzi, że ziemia aż się ugięła po skoku, lecimy dalej.

Już przy pierwszym PK pojawiają się wątpliwości - jeden lampion zgadza się z rodzajem terenu, drugi z odległością. Stawiamy na odległość - niestety po powrocie do bazy okaże się, że autor trasy postawił na teren. Oprócz nas niemal wszyscy nacięli się na ten numer. Stąd już prosty wniosek - budowniczy trasy nie ma racji! Sorry! Mamy demokrację i to większość ma rację.

Oglądamy dokładniej mapę i stwierdziwszy, że jakaś taka łatwa, gubimy się i krążymy po okolicy w poszukiwaniu natchnienia. Natchnienie na szczęście nadchodzi i ruszamy dalej. Zbieramy kolejnego stowarzysza i gubimy ścieżkę. Moim zdaniem, wszystko przez to, że w nocy jest ciemno. Uczciwy człowiek nie musi niczego ukrywać w mroku. I to stawia pod znakiem zapytania moralność organizatorów!

 Idziemy, idziemy, idziemy (między punktami są spore przebiegi), nagle T. pyta:

-  Co tam tak świeci? Weź poświeć latarką!

Świecę więc i ku swojemu przerażeniu widzę dwa jasne punkciki. Zwierzę! W lesie!  Potwór! Zaatakuje! Ratunku! Coraz bardziej katastroficzne myśli przelatują przez moją głowę. Właściwie punkciki są małe i tuż nad ziemią, ale ten fakt dociera do mnie dopiero po dłuższej chwili.

Zbliżamy się do połowy trasy i wreszcie zaczynamy spotykać innych uczestników zabawy. To głównie tezeci, których trasa jest przeciwzbieżna do naszej oraz kolega M. S., który nie doczytał opisu mapy i idzie pod prąd. Oj, będą karne punkciki!

Im bliżej cywilizacji, tym łatwiej znajdujemy kolejne PK; widać od razu, że jesteśmy z miasta;-)

Na metę docieramy ze sporym zapasem czasu, a tymczasem niektórzy dopiero ruszają na trasę. T.  od razu wymusza na sędziach sprawdzenie naszej karty i odbywa dyskusję nad spornymi punktami.

Summa summarum i tak wygrywamy ten etap!


czwartek, 13 listopada 2014

Kompas

Dostałam na imieniny kompas.
Aaaale, nie byle jaki kompas - kompas w wersji damskiej! Znaczy się z lusterkiem!
Od razu zaczęłam przetrząsać internety, żeby poznać opinie innych użytkowniczek (i użytkowników jak się okazało) i proszę państwa, to jest bardzo, ale to bardzo praktyczna rzecz!

Ace pisze:
Rada praktyczna ode mnie - warto w kompasie mieć lusterko, choćby do sprawdzania makijażu.

Yoggi pisze:
Nie bawisz się z harcerzami w podchody to możesz pozbawić kompas lusterka. Ale ono i tak się przydaje- ja np. kiedy jeszcze miałem starego "ruska" to używałem lusterka do szukania "leśnych przyjaciół" na szyi i we włosach.

Thathanka zastanawia się:
A do lusterek w kompasach - przydają się do czegoś poza goleniem?

konrad jest kopalnią wiedzy o zastosowaniu lusterka w kompasie:
Kompasy z lusterkiem nie są - wbrew pozorom - przeznaczone wyłącznie dla dziewcząt oraz wędrujących inaczej. Poza poprawianiem makijażu lub kamuflażu można się nimi posłużyć dla delektowania się własną fizjonomią ( np. w górach mgła, nic nie widać, a wędrujesz w końcu dla przeżyć estetycznych i warto pooglądać coś ładnego ) Można również taki kompas ( zwany "kosmetycznym" ) używać do golenia, bądź - zastosowanie extremalne - do przedlekarskich oględzin urazów powstałych w obszarach gdzie wzrok nie sięga. W ramach zajęć ubarwiających monotonie wędrówki można używać go do rozrywkowego puszczania zajączków - np. podchodzącym z ciężkim plecakiem po stromym szlaku - naprawdę setna zabawa!

Jutro zabieram kompas na Jakuze i zamierzam praktycznie przetestować wszystkie jego zastosowania! No dobra, może poza goleniem:-)

niedziela, 9 listopada 2014

Pijane InO

I znowu zanosiło się na weekend bez InO.
Co prawda mieliśmy w planach tradycyjną listopadową imprezę "Upij Sąsiada" (oj, dzieje się, dzieje na tych imprezach...), jednak i tak czuliśmy jakiś niedosyt. W końcu stwierdziliśmy - impreza imprezą, a InO musi być.

Przybywający goście niespecjalnie dużo uwagi poświęcali oryginalnemu wystrojowi wnętrz w postaci poprzyklejanych co parę metrów małych lampionów - ostatecznie każdy urządza mieszkanie, jak mu pasuje. Kiedy jednak padło hasło - "Mini InO", wszystkim zaświeciły się oczy. W końcu każdy z nich został podstępnie zainfekowany "orientem" na InO z Niepoślipką.

Już po chwili mieliśmy przepiękne scenki rodzajowe: sąsiedzi zza ściany kontemplujący lodówkę, sąsiedzi zza drogi wlepiający oczy w szafę, sąsiedzi zza płota studiujący pralkę, sąsiadka "zza miedzy" kucająca pod umywalką, szwagier wpatrzony w kaloryfer ...
- Bierz tego z góry!
- Tam w kuchni jest jeszcze jeden!
- Patrz pod światło, bo to jest lustro!
- Nie kreśl! Wpisz w następnej kratce!



Jednym słowem - InO zawsze i wszędzie!

czwartek, 6 listopada 2014

24. OrtInO

O tej porze roku nie wychodzę z domu po zmroku, w końcu jakieś zasady trzeba mieć. No, ale OrtInO to zupełnie inna sprawa i zasady trzeba złamać. Jednym zdaniem - dla OrtIno brejkam fszystkie rule:-)

Wyposzczeni orientalistycznie i nastawieni bojowo pobieramy mapy i ruszamy na podbój Ursusa. Jedna łapka misia, druga łapka misia, trzecia łapka misia ... Idzie jak po maśle. A niby i zlustrowane i pozamieniane i obrócone. Geniuszu nam przybyło, czy jak? Taki etap to ja mogę, proszę państwa, przejść całkiem samodzielnie i nawet się nie zgubić. Gorzej byłoby ze zmieszczeniem się w czasie, bo w przeciwieństwie do T. nie potrafię czytać mapy idąc. Bo ja to kobieta luksusowa jestem - mapa musi być porządnie oświetlona, położona na równym, a nie byle jak, w biegu :-)
Udaje nam się zgarnąć wszystkie punkty w podstawowym czasie i jakoś dziwnie się z tym czujemy. Może chociaż jakiegoś stowarzysza mamy ...

Wieczorem T. ładuje się do łóżka z całym orientalistycznym oprzyrządowaniem.
- A co ty będziesz robił???- pytam z lekkim niepokojem.
- A muszę sprawdzić jak jest z wyznaczaniem azymutu w lustrze.

Uspokojona zapadam w drzemkę. Nagle pewna myśl wywołuje mój niepokój.

- Słuchaj, a dlaczego jak mapa jest zlustrowana to i na boki i góra-dół, a jak ja stoję przed lustrem to nigdy nie mam głowy w nogach, a nóg na miejscu głowy?????

T. już otwiera usta do odpowiedzi i ... okazuje się, że nie wie!

- Bo tego się nie da wytłumaczyć jak dla blondynki - wydaje mu się, że wybrnął.

Ponieważ jednak drążę temat (no, przecież nie zasnę dopóki się nie dowiem, poza tym jestem szatynką), odwalamy masę teorii z fizyki i matematyki i co się okazuje?

Otóż mapy wcale nie są zlustrowane! One są odwzorowane geometrycznie względem osi i to odwzorowanie jest umieszczone na miejscu pierwotnego wycinka.

Jedna wielka granda!
To ja jak głupia stoję przed lustrem i czekam na te nogi w głowie, bo chcę się zlustrować ...

Nigdy, nigdy, ale to przenigdy już nie uwierzę żadnemu autorowi mapy!

poniedziałek, 3 listopada 2014

Dewiacjogenne MnO

Pięćdziesiąt lat przeżyłam bez większych dewiacji i patologii. I nagle, jak grom z jasnego nieba, spadło na mnie...

Stałam się fetyszystką łydkową.

Wszystko zaczęło się na WIMnO. Impreza ogólnopolska, więc zjechały łydki z różnych stron kraju. Większe, mniejsze, bardziej i mniej wypukłe, ale wszystkie mocne, dobrze rysujące się pod skórą musculus gastrocnemius. A wśród tych wszystkich łydek te jedne, wzorcowe. Pogoda wręcz zachęcała do prezentacji przymiotów nóg, syciłam więc wzrok do woli.

Zasugerowałam T. żeby sobie zapuścił takie łydki. Stara się chłopisko jak może - chodzi, chodzi, chodzi, ale to wciąż jeszcze nie to. Ale cierpliwa jestem, poczekam.

Kolejny rzut choroby przypadł na Przejście Smoka. Pogoda może już tak nie sprzyjała jak poprzednio, ale nocleg na wspólnej sali już i owszem.
Faza szczytowa nadeszła na Podkurku.
Przyznaję się - bezczelnie gapiłam się na przebierających się, obmacywałam wzrokiem łydki, w myślach przeliczałam ich rozmiary na przebyte kilometry, parokroki, przewyższenia ...

Ktoś zna dobrego terapeutę???

niedziela, 2 listopada 2014

Weekend bez InO?

Pierwszy od dawna weekend, kiedy nie mamy żadnego marszu na orientację. Czujemy się dziwnie.
Wczoraj na cmentarzu z nawyku liczyłam parokroki - od bramy do grobu, od niego do następnego, do kolejnego itd...
- Mamo, w którą alejkę mamy skręcić?
- 26, 27, 28 ...
Dzisiaj już nie wytrzymaliśmy i zrobiliśmy ostatnie TRIno po Warszawie, trzymane na czarną godzinę:-)