sobota, 14 lutego 2015

InO na Wesoło i terror w domu

A tak to widzi T.:


Dzisiaj zastanowimy się co ma InO do terroru. A ma więcej niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka!
Przygotowania to jedno. Wygospodarowanie czasu, podporzadkowanie dnia imprezie… A trzeba posprzątać, ugotować (dobra gotuję rzadziej, ale sprzątanie mnie nie omija) - imprez dużo, a doba ma ograniczoną ilość godzin. Mamy więc wstęp do terroru domowego (przynieś, pozamiataj itp.)
Na samej imprezie jest terror innego rodzaju – terror, który wymusza trzymanie się małoprzebieżnych krzaków, terror gdy jestem zmuszany tłumaczyć gdzie jesteśmy i gdzie mamy iść – szczególnie gdy Moja Druga Połowa (MDP) upiera się na kierunek marszu w stronę zupełnie przeciwną.
W BnO jest trochę lepiej bo z natury startuje się indywidualnie. Dziś właśnie na takiej imprezie byliśmy. Niedaleko i na Wesoło. Niedługo, bo Wesoły Organizator pomyślał także o naszej grupie kondycyjnej i zafundował trasę B w sam raz, tak około 3 km. Dziwiło mnie, że trasa kobieca (BK) jest dłuższa niż trasa męska (BM). Porównując mapy zrozumiałem perfidność organizatora – nam (tzn. męskiej części społeczeństwa) nie dość, że cięższej kazał zdecydowanie więcej razy wbiegać na wydmę! Niby darował 100m na długości, ale zafundował dwie wydmy więcej!
Powiem tak – trasa dla mnie idealna długościowo! Mapa aktualna, że aż chce się biegać, kompas mało potrzebny, bo ścieżki zgadzają się jak trzeba. Podpuchą było umieszczenie lampionów trasy BK tuż obok naszych (w sąsiednich dołkach, tyle ze ciut wcześniej) wiec zwabiony kolorem dwa razy znalazłem najpierw ten konkurencyjny lampion – dobrze że sprawdziłem numerki!. Przy pierwszym z nich  dopadłem MDP (wybiegła minutę wcześniej), przy kolejnym ¼ Pięciu Paprochów, która wyszła na trasę 2 minuty wcześniej. Tak zgadza się – wyszła bo te dorosłe Paprochy chodzą, a nie biegają, choć przy długości ich nóg tempo tego marszu niewiele odbiega od tempa mojego biegu!
Do mety dotarłem jako pierwszy z trasy BM (bo pierwszy wystartowałem!) i zaczęło się oczekiwanie na MDP. Sprawdziłem na mapie i wyszedłem naprzeciw do ostatniego PK by spełnić swój fotoreporterski obowiązek. Czekam, czekam i nic. Śmigają tylko Ci co biegają pod prąd (wiadomo -  trasy C zawsze biegają pod prąd). Po dłuższej chwili pojawia się przedstawicielka Paprochów, a MDP ani widu, ani słychu. No cóż niby Paprochy szybko chodzą, ale MDP biegła (przynajmniej na początku trasy)! Wróciłem do szkoły, jeszcze raz wyszedłem na PK 8, jeszcze raz wróciłem, a tu nic. Dopiero za trzecim podejściem znalazłem zdyszaną MDP, która dotarła do szkoły z zupełnie drugiej strony, i sterroryzowała mnie okrzykiem „WODY”. No cóż znowu uległem…
Grunt, że przeżyliśmy  i ze szczerego serca możemy polecić wszystkim WesolIno.
Miało być o terrorze – wiec dokończę wątek zdradzając pewien rodzinny sekret: Gdy powstają relacje na bloga ja i reszta rodziny jesteśmy „wypraszani” z serca naszego domu (czyli „komputerowni”), izolowani, zamykani, mamy siedzieć cicho i nie rozpraszać. Czy to nie jest terror w czystej postaci? Siedzę tu teraz na wygnaniu z laptopem na kolanach i opisuję swoją wersje wydarzeń cicho stukając w klawisze by żaden dźwięk nie wydostał się poza zamknięte drzwi…

WesolInO

Ledwo otrzepaliśmy kurz z butów po Kusakach, a tu już WesolInO.
Tym razem chciałam się sprawdzić w biegach po terenie leśnym.
Żeby zachęcić mnie jeszcze bardziej do WesolInO,  T. kupił mi nowiutkie portki do biegania i koszulkę. Wiadomo – kobieta w nowym ciuchu musi się pokazać, więc nie będzie ryzyka, że nagle zrezygnuję.
Na starcie już czekała konkurencja w postaci Paprochów w liczbie sztuk cztery. Reszta konkurencji była nam obca.
Teren znałam już z 10xsolo, więc specjalnie przestraszona nie byłam - wiedziałam, że na metę zawsze jakoś trafię.
M. wystartowała pierwsza (zarzekając się, że ona nie będzie biegła), ja kilka minut po niej. Próbując wybiec z boiska szkolnego oczywiście pobiegłam najpierw do zamkniętej bramy, ale druga próba była już udana i pognałam ulicą w słusznym kierunku. Pierwszy punkt łatwy i widoczny z daleka. Prawie w biegu kłapnęłam dziurkaczem i trochę ścieżką, trochę na przełaj przedarłam się do drugiego. Mimo narzuconego tempa, nie udało mi się zauważyć nawet nieopadłego kurzu po M., a co dopiero jej pleców:-(
Za to na dwójce dogonił mnie T., który startował po mnie. Do trójki pod górkę. Biegłam ile sił w nogach, aż nagle zauważyłam, że moje płuca zostały daleko w tyle. Musiałam mocno zwolnić, żeby mogły mnie dogonić. Już razem, na spokojnie zaczęłyśmy szukać punktu. Nie od razu wpadł nam w oko bo był w dołku, więc mało widoczny z daleka.
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby do czwórki biec na azymut. Wiadomo - jak chcesz się zgubić, to najskuteczniej za pomocą kompasu! Przy kanałku (rzeczce?) zorientowałam się, że coś nie gra.  Najwyraźniej znowu przyłożyłam kompas do góry nogami:-( Żeby nie tracić czasu na kombinowanie, szybko wróciłam do trójki i od niej, mocno zachowawczo, bo drogami, pobiegłam na piątkę. Łatwizna, tylko znowu na górce i płuca znowu zaprotestowały.
Od piątki do szóstki najdłuższy przebieg. Dla pewności ruszyłam dookoła drogami. Na dobrą sprawę wybierając taki wariant nie ma większego sensu biec, bo z góry wiadomo, że wynik będzie marny, ale przynajmniej można się pochwalić, że się przebiegło, a nie przeszło. Znaczy się - dla własnej satysfakcji. No i kalorie - ponoć więcej się gubi biegnąc:-)
Z szóstki na siódemkę ruszyłam metodą T. - "gdzieś tam". Stwierdziłam, że jak przestrzelę, to namierzę się od cmentarza. Słuchajcie! Ta metoda jest lepsza od kompasu - wyszłam (tak, tak - na tym etapie trasy o bieganiu już nie było mowy) dokładnie na punkt. Do ósemki już bez patrzenia w mapę, bo cmentarz znany, ale za to po trasie najmniej optymalnej, bo nie wiedziałam czy z optymalnej strony jest przejście. Ponoć było.
Po podbiciu ostatniego punktu zawzięłam się w sobie i znowu włączyłam piąty bieg, żeby na metę wpaść pędem jak przystało na biegaczkę. Ale żeby nie było za pięknie to znowu dookoła cmentarza, zamiast przy głównej drodze. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że idę na łatwiznę:-)
Ostatkiem sił dopadłam mety, chwilę po mnie wpadły moje płuca i oszołomione osunęłyśmy się na ławkę.
T. nie było. Okazało się, że już wyszedł mnie szukać. No bez przesady! Czas może i nie był rewelacyjny, ale do zmierzchu przecież jeszcze daleko!
Po chwili wrócił i T. i mocno wybrzydzał na stronę, z której nadbiegłam, bo on mnie szukał gdzie indziej. Pewnie, jak się nie chce znaleźć, to się szuka w innym miejscu niż trzeba.
Mam wrażenie, że skoro nie udało mu się mnie zgubić na tym biegu, to będzie próbował na jakimś kolejnym. Z czego to wnioskuje? W drodze powrotnej kupił mi kolejną część biegackiej garderoby!

piątek, 13 lutego 2015

Kusaki

Cóż, emocjami Kusaki w żaden sposób nie mogły konkurować z Warszawą Nocą, ale wiadomo - tu już rutyna starego chodziarza:-) Co oczywiście nie znaczy, że było lekko i łatwo.
T. znowu namówił mnie na trasę TZ, że niby to nauka i takie tam....
Mapa z lekka odjechana. D. znowu musiał być na prochach. Koniecznie muszę od niego wydębić namiary na tego dilera - niezły towar ma.
Pierwszy punkt (a z nazwy trzynasty) rozgryzłam od ręki - gdzieś w parku. No dobra, zapamiętałam z mapy, którą parę dni wcześniej przeglądałam. Co prawda zupełnie nie w tej części parku, w której się spodziewałam, ale mniejsza z tym.
Kolejny też jeszcze w zasięgu mojej percepcji i następny takoż. Czwórka niby miała być łatwa, ale okazało się, że nie ma przejścia tam gdzie się spodziewaliśmy i po kilku zmianach kierunku zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem i dokąd iść. Na wszelki wypadek szłam za T., co oczywiście było ze wszech miar słuszne. Może niezupełnie najoptymalniejszą droga, ale skutecznie doprowadził do punktu.
Jako, że nadal czułam się zdezorientowana nawigacyjnie, dalsze decyzje zostawiłam w rękach T. Prawdę mówiąc nawet nie bardzo chciało mi się nadużywać szarych komórek. Zbyt cenny towar. Owszem, miałam chwilami przebłyski geniuszu i kilka punktów nie było dla mnie tajemniczych. Wyrywałam się wtedy na prowadzenie, żeby nie było, że się nie dokładam do wspólnej puli:-)
Wciąż intrygowało mnie, skąd T. tak od razu wie gdzie iść.

- Ale skąd wiesz, że jesteśmy właśnie tutaj?

- Bo ten trójkącik na schemacie, to wjazd na Trasę Łazienkowską.

- No, ale z czego to wnioskujesz?????

- A, bo kiedyś często tędy jeździłem.

I to jest konkretne wytłumaczenie!

W sumie przeszliśmy niecałe 300 kalorii. Wobec pochłoniętych już pączków i tego czekającego na mecie, to stanowczo za mało. Nawet przez moment błysnęła mi myśl, żeby drugi raz zaliczyć trasę, ale zrobiło się już trochę późno. Pełna wyrzutów sumienia łyknęłam dwie dawki kalorii i dopchałam faworkami przyniesionymi przez M. S.
Dobrze, że w sobotę kolejne biegi, to może jakoś spalę ten nadmiar.

środa, 11 lutego 2015

Warszawa Nocą dla początkujących.

Słowo się rzekło - kobyłka u płota!
Napisałam "następnym razem" i T. ten następny raz wymógł na mnie.
Zaczęłam od przygotowania taktycznego. Najpierw obejrzałam wszystkie dostępne mapy, potem (przy okazji trina) zrobiłam rozeznanie terenu, no - części terenu, a na koniec przeleciałam się po ulicach street viewerem. Wyszło mi, że nawet jak zginę, to nie na wieki, więc panikę będę sobie mogła odpuścić.
Potem postanowiłam nauczyć się tych dziwnych znaczków, co to biegacze sobie do rękawa przyklejają, żeby fajnie wyglądać.Co prawda od wielu osób słyszałam, że w mieście to tak raczej nienachalnie jest to potrzebne, ale postanowiłam pójść na całość. T. dał mi nawet jakiś programik, który miał mnie odpytywać. Te trudniejsze znaczki (trudniejsze według programu) to od razu weszły mi do głowy, za to te najczęściej używane wciąż mi się myliły. No to jednak przyjęłam obowiązującą wersję, że nie jest mi to potrzebne.
W dniu zawodów T. przebrał mnie za biegaczkę. Chyba od dawna o tym myślał, bo okazało się, że tak jakoś powoli (przy jego pomocy) skompletowała mi się cała biegacka garderoba. Jak się zobaczyłam w lustrze, to padłam z wrażenia. Za sam wygląd powinnam dostać pierwsze miejsce! Nawet nową czołówkę mi kupił!
Odradził mi tylko branie mojego "orientalnego" plecaczka, co to robi za reklamę InO i miałam straszny problem gdzie włożyć te moje tysiąc pięćset niezbędnych rzeczy, co to każda szanująca się kobieta powinna mieć przy sobie. No to stwierdziłam, że skoro i tak jestem już bez zasad moralnych (bo ostatnią było, że nie biegam, a jedynie kroczę dystyngowanie) to i szacunek mogę sobie odpuścić.
Tak więc bez zasad i szacunku do samej siebie (ale za to z jakim wyglądem!) stawiłam się na starcie imprezy. Mieliśmy w zapasie dużo czasu, więc spokojnie obejrzałam sobie miejsce startu, oswoiłam się z nową formą chipa i zrobiłam wrażenie na znajomych (na razie samym przybyciem). Wnioskując z ilości znajomych orientalistów, to nie ma zmiłuj - jak się chodzi, to i biegać trzeba!
W końcu nadeszła godzina naszego startu. T. leciał pięć minut przede mną, miałam więc możliwość zorientowania się, w którą stronę trzeba ruszyć. Głupio byłoby wyjść za linię mety, stanąć i kontemplować mapę.
Zegar startowy pipnął i wyrwałam przed siebie. Do najbliższego rogu, bo za nim (kiedy już nie musiałam robić wrażenia na oczekujących swojej kolejki biegaczach) zwolniłam znacząco, żeby sprawdzić na mapie: co dalej? Mapa mówiła, że prosto przed siebie. Już z daleka widziałam gdzie wszyscy zatrzymują się (a co zdolniejsi to tylko zwalniają), więc znowu przyspieszyłam, dopadłam, sprawdziłam czy numerek się zgadza i pipnęłam. No fajnie to pipa!
Drugi punkt blisko i znowu biegacze przy nim, więc łatwizna. Trzeci był mi znajomy z wcześniejszego rekonesansu, więc biegusiem do niego, nie tracąc czasu na mapę. Do czwartego ostrożnie, zresztą już się trochę zdyszałam. Piąty przeleciałam i musiałam wrócić. Zupełnie nie rzucał się w oczy, schowany w kąciku. Kilka osób też wracało do niego, jak przyuważyłam. Szósty bliziutko piątego, a w drodze do siódmego udało się przebiec przez ulicę nie wpadając pod żaden pojazd. Bo jak tak człowiek leci i gapi się w mapę, to różnie się może zdarzyć.... Z siódemki na ósemkę dzieci i młodzież darły równo pod górę po skarpie, ja oszacowawszy swoje siły, poszłam schodami. Może i nadłożyłam drogi, ale bałam się, że skarpa mnie dobije. Do dziewiątki to już biegłam/szłam w jakimś tłumie, bo nastąpiło nagłe nagromadzenie luda. Podbiłam dziewiątkę i w jakimś atawistycznym odruchu ruszyłam za idącymi przede mną. Do tego nie patrząc na mapę! Pół minuty później stałam sama na skwerku i nie wiedziałam gdzie jestem i w którą stronę się ruszyć. Obeszłam więc skwerek dookoła i wreszcie trafiłam na punkt. Pipnęłam sobie i zorientowałam się, że to dziewiątka, przy której już byłam wcześniej. No, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem. A skoro wiedziałam, to i do dziesiątki trafiłam bez problemu, jedenastka okazała się znajoma z autopsji, a potem już tylko przelot do mety. Jakiś biegacz wyglądający bardzo profesjonalnie minął mnie pędem na tej ostatniej prostej, a we mnie odezwał się duch walki. Co? Ja nie dam rady mu dorównać??? Dałam radę!!! Co prawda tylko na kilku metrach, ale na początek dobre i to!
A na mecie fotoreporterzy (no dobra, jeden), wywiady (no i jak było? jak?) i szczera radość z mojego powrotu (nie trzeba mnie szukać).
A oto dowód rzeczowy, że "następny raz" nastąpił:


sobota, 7 lutego 2015

Marszobieg, czyli rekordowe spóźnienie w BnO

Relacja T.:


Ostatnie w tym cyklu dla mnie FalInO (Ostatnie dwie imprezy kolidują z MnO, a jak wiadomo marsze wygrywają;-) i rekordowe spóźnienie. Właściwie to bałem się, że mi lampiony zwiną zanim dobiegnę do mety… ale po kolei.
Nowa trasa, dłuższa niż poprzednie, więc kolejne wyzwanie. Coś tam boląca z lekka łydka po biegu sprzed tygodnia (człowiek rozsypuje się na starość). Początek jak trzeba – nawet jakiegoś zabłąkanego biegacza udało mi się naprowadzić na właściwy punt. Dalej wszystko jak trzeba… aż do PK 6. Tego zawodnika, którego spotykałem przy pierwszym punkcie zgubiłem gdzieś po PK 4 – miał wyraźne problemy z nawigacją. Chwila euforii i nieuwagi , przyłożony kompas nie w tą stronę do mapy i nagle znalazłem się tam, gdzie nie powinienem. Jeszcze jakoś udało się to skorygować  i po raz kolejny przed ósemką źle przyłożony kompas i gdzie wschód pomylił mi się z północą… i totalne zagubienie. Granica lasu, ale nie tego, droga, ale nie ta, próba korygowania – „gdzieś w tamtym kierunku” i kilka kilometrów nadmiaru. Na dodatek skończyły się siły i bieg zamienił się w marszobieg.  Wielkim łukiem  wychodzącym poza mapę przeczesałem teren i wylądowałem gdzieś koło 9-tki. Pomyślałem (nieregulaminowo) ,że może najpierw 9, a potem zapomniane osiem. Problem w tym, że owej dziewiątki  nie było . Były zgrupowania krzaczków, a lampionu brak. Za to pojawili się jacyś zawodnicy co mnie utwierdziło, że ósemka nie jest mitem i  powinna być gdzieś tam skąd oni nadbiegają!  Odrzucając nieregulaminowe pokusy znalazłem ósemkę. Ósemkę i tego zagubionego biegacza, co towarzyszył mi na początku trasy. Także nie przejawiał wielkiej chęci do biegania. Dojrzałem  ósemkę, ruszyłem na feralną dziewiątkę. Na moje oko była przy zupełnie innych zaroślach niż na mapie, ale się znalazła. Na plecach czułem oddech konkurencji. Teraz szybko na 10 by się „urwać”. Jest wydma ustawiam dokładnie azymut wpadam w młodnik… i nic. Górki z mapy nie ma.  Chodzę szukam, dobija konkurencja. Dobija także 5 Paprochów, a PK zapadł się pod ziemię. Raczej niemożliwe, by tak duża grupa i to z dokładnymi marszowcami  jak Paprochy nie potrafiła znaleźć głupiego lampionu. Wracam na szczyt wydmy, znajduję charakterystyczny wąwóz, bardzo dokładnie wyznaczam azymut odległość i maszeruję licząc kroki. Konkurencji azymut bardziej na wschód wyszedł, ale porusza się gdzieś w zasięgu wzroku. A lampionu jak nie było, tak nie ma.  W miejscu gdzie powinien być lampion idę na zachód i coś tam przebłyskuje. Ale znacząco w innym miejscu niż na mapie, nie na górce, ani nie w siodle jak na opisie PK! No cóż wreszcie udało się na FallIno porządnie skopać ustawienie lampionów (do tej pory niedokładności były nieduże, ale lampiony widoczne na tyle z daleka, że nie było problemu).
11 – znowu dała mi się we znaki – zmęczenie, głupi błąd i szukałem nie tam gdzie trzeba. Prawie dopędziły mnie tu Paprochy idąc krokiem marszowym! Ale za to jakie ładne kółeczko wyszło na śladzie GPSJ https://docs.google.com/file/d/0B8gJA_-6U27oQ2x0ZFk0M29nc0k/edit?usp=drivesdk
Jeszcze ciut nie wcelowałem w 13-stkę, o jedną przecinkę za wcześnie na 12 (stare mapy i zbyt dużo się nie zgadza z terenem wrrr), a dalej  już bez większych  przygód do mety. W efekcie czas „rewelacyjny” prawie 125 minut (wrrr). Dobrze, że choć nie jestem ostatni. Zamiast przepisowych 7 km GPS pokazał ponad 11. Czyli ponad 1o minut/km – prawie jak szybki marsz, a nie bieg;(
Aby się dowartościować po chwili odpoczynku „pobiegłem” jeszcze na TP. Całkiem trudna mapa z ogórkiem. Większość punktów tych samych więc łatwiej, choć nogi odmawiały posłuszeństwa i biec niezbyt chciały. Iść właściwie także nie chciały. W butach mokro (bo buty biegowe, mocno wentylowane, a tu sporo śniegu). Kolano boli, łydki zaczyna łapać skurcz…. Znowu miałem problemy ze znalezieniem PK  z Open-M. Stąd trasa mało optymalna i zamiast 6 wyszło 9 km.
Na metę dotarłem chyba siłą woli. Jednak 20 km marszobiegiem zrobiłem. TP nie wygrałem (pewnie za dobrze mi poszło bo miałem fory po biegach i uzyskałem ponadnormatywny status PK), w klasyfikacji Open-M mocno spadłem. I dobrze, że zdołałem dojść do samochodu!
Jedynie na pocieszenie dostałem zaległy medal i dyplom za 3 miejsce z BnO na Biegu Wedla. Czas chyba zamówić na jakieś  imieniny gablotkę na medale;-)


FalIno - odsłona czwarta i ostatnia.

Więcej na FalIno nie idziemy. Nie żebyśmy się obrazili - kolejne terminy w żaden sposób nie chcą się wpasować w nasz kalendarz. Trochę szkoda.
Dzisiaj tradycyjnie - T. na bieg, a potem poprawiny marszowe; ja tylko na marsz.
Ciekawa byłam co J. wymyśli z tymi obiecanymi ogórkami, zwłaszcza, że dzisiaj postanowiłam iść sama bez względu na wzgląd. Nic mnie nie poganiało (no, może poza domowymi sprawami) i uznałam, że mogę się gubić do woli.
Mapa wyglądała trochę lepiej niż poprzednio i nawet zrozumiałam opis. Pierwsze rozczarowanie - nie ma punktu w tradycyjnym miejscu w lasku przed szkołą! Jedyne miejsce gdzie trafiałam z zamkniętymi oczami, gdzie punkt zawsze był i wprowadzał element stałości i stabilności.
No, trudno. Na szczęście najbliższy PK był łatwoznajdowalny (komputer mówi, że nie ma takiego słowa) i jeszcze na nieprzekształconym kawałku mapy. Kolejny fragment mapy z punktem był nie dość, że poobracany, to w moim egzemplarzu mapy częściowo się nie odbił. Tego, że jest obrócony to prawdę mówiąc nawet nie zauważyłam i zupełnie nie wiem dlaczego szybko i łatwo go znalazłam. Trzeci był niemiłosiernie porozciągany, ale że stał  koło budynku, to stwierdziłam, że oblecę budynek dookoła tyle razy ile będzie trzeba i w końcu gdzieś go przyuważę. Wystarczył jeden niepełny oblot.
Złapawszy trzy punkty od ręki poczułam się panią świata i po kolejny poszłam jak po swoje. A tu punktu niet! Wróciłam do drogi, namierzyłam od nowa i ... znowu nic. Nie, to nie:-( Postanowiłam zostawić go na deser i szybko zmieniłam koncepcję przejścia na "od drugiej strony". Od drugiej strony to punkt miał być przy budynku, budynek widziałam już z daleka, więc ze znalezieniem czego trzeba nie było problemu.
Dalej były tereny dość mi znajome, bo tak pi razy drzwi na wprost domu, gdzie dawno, dawno temu mieszkałam. Oczywiście, to wcale nie znaczy, że w jakikolwiek sposób ułatwiło mi to zadanie. Krążyłam, krążyłam w kółko i za nic nie mogłam namierzyć prostego z pozoru punktu. Co z tego, że nie czułam się zgubiona, skoro i tak nic z tego nie wynikało. Przy tysiąc pięćsetnym nawrocie wreszcie wlazłam na punkt i byłam gotowa dać sobie uciąć rękę, że tysiąc czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć razy go tam nie było. Normalnie ktoś podrzucił w ostatniej chwili.
Kolejny punkt wydawał mi się (patrząc na mapę) banalny. Spędziłam na jego poszukiwaniu chyba z pół godziny i gdybym nie przyuważyła jakiegoś biegacza kucającego przy drzewku, to pewnie krążyłabym tam do tej pory. Nawet przez chwilę pomyślałam, że może jednak załatwia ważne potrzeby fizjologiczne i natknę się na "niespodziankę", a nie na punkt, ale nie. Lampion był sprytnie schowany, nie dość, że w dołku, to jeszcze za drzewem. Chyba opatrzność zesłała mi tego biegacza, bo już byłam gotowa porzucić tę głupią zabawę i wrócić do bazy.
Kolejny PK wiedziałam między którymi ścieżkami stoi, ale do przeczesania był spory kawałek lasu. Bo ja to czeszę wszystko równo, bez dokonania uprzednich przybliżeń. Jakoś jednak tak szczęśliwie wlazłam na punkt prawie z marszu. Morale nieco mi się odbudowało.
Następny punkcik to sama nie wiem jakim cudem znalazłam, bo znowu wiedziałam tylko w ogólnym przybliżeniu gdzie powinien być. W jego poszukiwaniu zniosło mnie aż na wydmę i w zasadzie to tak tylko szłam żeby nie stać, a nie żeby szukać. Ale skoro sam się na mnie rzucił, to go już zgarnęłam.
Potem nastąpił baaaardzo rozciągnięty fragment mapy. Jako, że wszystkie punkty atakowałam z głównej drogi (teraz sprawdziłam, że nazywa się Wiejska) - a to w celu żeby się nie zgubić, postanowiłam iść nią dalej, a potem się zobaczy. Metoda "się zobaczy" zdała egzamin, bo oto zobaczyłam coś, co musiało być osławioną strzelnicą z opowieści T. Poszłam więc wzdłuż niej, bo punkt miał być za strzelnicą, trochę w lewo. Niestety, mapa była już tak zniekształcona, że to trochę mogło mieć dowolną długość. Okazało się, że ma znacznie większą niż zakładałam. Już miałam się poddać i wtedy los zesłał mi kolejnego biegacza. Uznałam, że skoro miota się tam w oddali, to pewnie w jakimś celu i nie zawadzi sprawdzić. Co prawda miotał się nie przy punkcie, ale idąc tam, przyuważyłam wściekły pomarańcz lampionu między drzewami.
W drodze na kolejny punkt spotkałam Paprochy. Okazało się, że ja idę tam skąd oni przyszli, oni zaś tam, gdzie ja byłam przed chwilą. Wymieniliśmy się informacjami gdzie szukać pożądanych punktów, przy okazji wyszło na jaw, że wcale nie jestem tam gdzie jestem, tylko gdzie indziej. Uprzejmie się zdziwiłam, ale poszłam we wskazanym przez nich kierunku, sprawdzić czy mnie tam nie ma. Mieli rację! Byłam tam! Nie wiem tylko gdzie ja ich w takim razie wysłałam!?
Jak już odnalazłam się w nowym położeniu, przypomniało mi się, że jestem szczęśliwą posiadaczką kompasu i postanowiłam sprawdzić, czy jeszcze pamiętam co się z nim robi. Ludzie! Normalnie kompas wyprowadził mnie idealnie na punkt! Co prawda musiałam przedrzeć się przez jakiś wyschnięty młodnik, ale co tam. Kurtkę się upierze, włosy uczesze, a rany się zagoją.
W drodze po kolejną zdobycz spotkałam M. S. Usiłował sprowadzić mnie na manowce, ale twardo trwałam przy swoim. Mimo trudności z komunikacją, przekonałam go do mojej koncepcji i razem poszliśmy na punkt. Tam dołączył do nas jeszcze D. M. i spięliśmy się w tramwaj. Niestety, okazało się to dla mnie zgubne. W momencie kiedy poczułam, że odpowiedzialność za dalszy kierunek marszu rozkłada się na trzy osoby, moja uwaga i czujność spadły trzykrotnie. Na początku, bo po chwili to już do zera.
Tymczasem szliśmy na najdalej wysunięty na wschód przyczółek. Tak szliśmy, szliśmy, szliśmy, w pewnym momencie M. gdzieś zniknął, a ja jak ta sierota wciąż za D. Za, bo on strasznie szybko chodzi. Punktu nie było. Nie wydawało mi się żebyśmy mieli szukać aż tak daleko, jak D. poprowadził, wysiadłam więc z tramwaju i przycupnąwszy na miedzy (ładniej brzmi niż na ścieżce) wpatrywałam się w mapę. Jak wiadomo, z samego wpatrywania się, to jeszcze nikt nigdzie nie zaszedł, wymyśliłam więc ostatnią deskę ratunku. Z braku nożyczek, własnymi ręcamy delikatnie wydarłam ten zobracany fragment mapy i usiłowałam go jakoś dopasować. Nie było opcji. Raz nie pasował w żadnym położeniu, za chwilę pasował w co najmniej trzech kombinacjach. W akcie desperacji postanowiłam iść na wydmę z cichą nadzieją, że może przypadkiem znajdę punkt, a jak nie, to pójdę do następnego. Po drodze znowu spotkałam D., który z uporem godnym lepszej sprawy, szukał lampionu z niemal obłędem w oczach. Znowu połączyliśmy siły i przeszukaliśmy kawał lasu. Kilku napotkanych biegaczy też bezskutecznie poszukiwało tego samego punktu. W końcu poddaliśmy się. Ja to się nawet poddałam bardziej i postanowiłam przestać myśleć.  Szłam sobie luzacko za D. na kolejny punkt i na jeszcze kolejny. Mapę śledziłam o tyle, żeby ogólnie wiedzieć gdzie jestem.
W sumie to miałam już dość i chciałam wracać najprostszą drogą do bazy, ale D. namówił mnie jeszcze na wzięcie kolejnego punktu, co to go miało być widać z wydmy. On już ten punkt miał, więc rozeszliśmy się w swoje strony. Lampion faktycznie rzucał się w oczy z daleka. Zostały mi jeszcze dwa punkciki i nawet były po drodze (w tym jeden z nich, to ten "na deser"), ale moja motywacja spadła już do zera.
- Do domu! Do domu! Do domu! - jedna tylko myśl tłukła mi się po głowie.
Ustawiłam się więc twarzą w kierunku bazy i nawet nie rozglądając się na boki pomaszerowałam przed siebie.
Przyszłam na miejsce i co widzę? T. nie ma, D. "bije" autora trasy i rozstawiacza punktów, a w bazie to w ogóle już same niedobitki.
A potem w końcu wrócił T., odebrał zaległy medal za Bieg Wedla i wreszcie mogliśmy wrócić do domu.
A w ogóle, to dowiedziałam się, że na FalInO TP niekoniecznie znaczy - trasa dla początkujących, a raczej TP - trasa piesza. Dzisiaj TP było zdecydowanie TU.

wtorek, 3 lutego 2015

Wyznaczanie północy - nowa metoda!

Kiedyś pisałam już o metodach wyznaczania północy bez użycia kompasu. Właśnie poznałam nową metodę i myślę, że na pewno przyda się ona wszystkim orientalistom.

Otóż naukowcy z Czech, Niemiec i Zambii obserwowali psy różnych ras w czasie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Po około 2 tys. obserwacji zauważyli, że zwierzęta zawsze (o ile coś im nie przeszkodzi, oczywiście) do sikania i robienia kupy ustawiają się w osi północ-południe.

Niestety, nie znalazłam nigdzie informacji, czy na północ zwrócony jest wlot, czy wylot psa.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Albert Einstein w biegu na orientację ...

... czyli T. wykłada fizykę:

Moja Druga Połowa twierdzi, że prądu elektrycznego nie ma. Nie ma – bo czy ktoś widział ten prąd? Właściwie ja także nie widziałem prądu…. choć niby jestem elektrykiem z wykształcenia. No cóż ciężko z taką „argumentacją” się nie zgodzić;-)

Niedawno w ramach „poszerzania horyzontów” próbowałem wytłumaczyć  z rozpędu szczególną teorię względności, dylatacje czasu i te sprawy. Szło co najmniej opornie – utknęliśmy gdzieś tam na rzucaniu piłką w jadącym pociągu, którą cofa pęd powietrza i upada bliżej niż ta rzucona  ze stojącego pociągu (o świeceniu latarką to już nie wspomnę). W każdym razie stwierdzenie „jak jadę pociągiem, to komórka  wskazuje tę samą godzinę, co jak stoję na peronie” zakończyło dyskusję.
Jak okazuje się orientacja ma różne niespodziewane zastosowania – ot, choćby potrafi przekonać niedowiarka do różnych skomplikowanych teorii, chociaż niekoniecznie co do istnienia prądu elektrycznego. Ale po kolei.
Zima na Pradze, bieg na orientację. Chipy systemu SI. Diody LED, pikanie - jak nic tajemniczy (i nieistniejący) prąd elektryczny. I to w dodatku na palcu („czy czasem nie pokopie???”).  Elektroniczny pomiar czasu. Zawodnik dostaje wydruk (ponoć to, co zanotował chip na palcu, a więc w układzie odniesienia poruszającego się zawodnika) – międzyczasy, czas sumaryczny jak na poniższym obrazku:
 

A teraz szybki rzut oka na wyniki, czyli to, co zanotowali sędziowie na swoim laptopie „w nieruchomym układzie odniesienia”:
 


I tak oto BnO posłużyło do udowodnienia szczególnej teorii względności i ostatecznego przekonania mojej Drugiej Połowy o istnieniu dylatacji czasu! Teraz zostaje pokazanie prądu elektrycznego – może kolejne BnO to załatwi?

Jest tylko  jeden problem, który ukrywam przed moją Ukochaną... Bo gdy czas w układzie poruszającym biegnie szybciej niż w układzie nieruchomym?
 
 

 

niedziela, 1 lutego 2015

ZiMnO w Lesie Bielańskim

Wczorajsze wyczyny w postaci biegu, marszu i trino nie tylko mi dały się we znaki.Pojękujących i łapiących się za różne części ciała, było więcej. Myśl o dwóch etapach nieco mnie przerażała, ale cóż było robić? - konkurencja nie śpi, trzeba startować!

Pierwszy etap nawet nas początkowo ucieszył, bo nominalnie miał być dość krótki - tylko 3,5 km, co według naszego przelicznika powinno dać nie więcej niż 5 km. Dodatkowo, szybko udało nam się dopasować wszystkie fragmenty mapy wzajemnie do siebie, a pierwsze dwa punkty zebraliśmy z marszu.
A potem było już tylko gorzej :-(
Ścieżka, którą szliśmy okazała się nie tą, którą myślałam, że idziemy, straciłam więc więź z mapą; T. prowadził mnie swoją metodą "gdzieś tam" (z niezobowiązującym machnięciem ręką w bliżej nieokreślonym kierunku); marsz metodą "na oko" nieuchronnie prowadził do zaniku optymalizacji trasy i w ogóle chciałam do domku, do ciepłego łóżka, czekolady i okładów z kotów.
Na szczęście, w pewnym momencie, udało mi się odbudować kontakt z rzeczywistością i PK 3, 4, 5 i 6 zdobywałam z pełną świadomością co?, gdzie?, kiedy? i dlaczego?
Do kolejnych punktów znowu ruszyliśmy na czuja.Tak sobie szliśmy, szliśmy i szliśmy i komentowaliśmy wiszące na drzewach lampiony:
- To pewnie dla TP.
- A to chyba jakaś lopka.
Im dalej szliśmy, tym bardziej nie było naszych punktów. Doszliśmy do asfaltu i dalej nic. To sobie uszliśmy nim kilkaset metrów w jedną stronę, potem dla odmiany kilkaset w drugą, a w trzecią to już nam się nie chciało.Zaczęło kiełkować w nas podejrzenie (no dobra, w T. tak kiełkowało), że może ta ścieżka  z komentowanymi lampionami to jednak należy do naszej trasy... I faktycznie - "lopka" była naszym punktem dziewiątym, "punkt dla TP" naszym jedenastym, dziesiątka też wisiała w pobliżu.
Został nam ostatni punkcik i teoretycznie wiedzieliśmy gdzie go szukać. Ale wiadomo jak się ma teoria do praktyki. Teoretycznie miał być tuż przy mecie, w praktyce okazał się tak daleko, że T. za nic nie chciał uwierzyć w moje zapewnienia, że "jeszcze dalej tym asfaltem, tam za zakrętem". Na szczęście dał się przekonać, mało tego sam pognał sprawdzić. Ja w tym czasie przeprowadzałam sondę uliczną na temat: "jak nazywa się potocznie fort leżący na terenie mapy?". Jakaś ściema z tą potoczną nazwą, bo na kilkanaście odpytanych tubylców, nikt nie wiedział.
Na metę musieliśmy już biec, bo chude minuty dyszały nam w kark. Za ten PK 2 mieliśmy ochotę zamordować budowniczego, ale... niech tam sobie jeszcze pożyje...

Drugi etap zaserwowano nam w postaci puzzli. Widząc, że konkurencja po odebraniu mapy nie wychodzi, a wręcz siada przy stoliku, postanowiliśmy nie być gorsi. Mało tego! Postanowiliśmy być lepsi! Nie dość, że sobie wygodnie usiedliśmy, to jeszcze rozłożyliśmy sprzęt i zajęliśmy się wycinankami kurpiowskimi. To znaczy bielańskimi. Nauczeni już wielokrotnym doświadczeniem, nie wyszliśmy, dopóki nie mieliśmy całej mapy złożonej co do ostatniego puzzelka. Przejście trasy było już w zasadzie formalnością.
Zauważyliśmy, że modna staje się "mińska szkoła" (vide: "Zdrowa na ciele i umyśle...") stawiania PK - to znaczy wstawianie w trasę (dla urozmaicenia????) długich, pustych przebiegów. Dodatkowo budowniczy porozstawiał w lesie mylne (a może stowarzyszone) drogowskazy. Ten na przykład wskazywał na PK 11:




Na takie zmyłki jesteśmy jednak odporni i bezproblemowo zebraliśmy co było do zebrania, a na metę dotarliśmy sporo przed limitem czasu.
Tym razem planowane 7,5 km obu etapów udało nam się przejść w 11 km.