Po miesięcznej przerwie od InO trzeba było się oswoić. Z mapą i ze Smokiem.
Wzięłam mapę do ręki i ... uświadomiłam sobie, że nie wiem co z nią zrobić! Składanie mapy z reguły należy do mnie, a tu - katastrofa! Nawet nie pamiętałam jak zacząć! Najwyraźniej nie mam jeszcze tego we krwi i nawet krótka przerwa zakłóca mi działanie. Na szczęście T. trochę znał teren, więc dwa jaja umiejscowił mniej więcej w przybliżonych okolicach smoka.
Ruszyliśmy. Najpierw jak to dziecko we mgle kurczowo trzymałam się T., ale po chwili blokada puściła i zauważyłam, że to co na mapie, jest też w rzeczywistości. Jakieś zapadnie w mózgu się pootwierały i udało mi się przypasować ostatnie jajo. Ruszyliśmy ostro z kopyta, czyli biegusiem. (Dygresja o bieganiu będzie na końcu. A jak zapomnę, to nie będzie.)
Trochę mnie dziwiło, że nigdzie nie spotykamy innych inowców, ale uznałam, że póki lampiony wiszą na drzewach we właściwych miejscach, to nie ma powodów do niepokoju.
Już na początku trasy daliśmy się złapać na punkt podwójny i musieliśmy wracać, na szczęście niezbyt daleko. W związku z powrotem, zmieniliśmy trochę koncepcję przejścia i jak zawsze wyszło nam, że znowu pójdziemy mało optymalnie. No tak już mamy.
Póki było jasno, w zupełności ogarniałam, gnałam z punktu na punkt, a T. podliczał i decydował które zbieramy. Kiedy zrobiło się ciemniej i trzeba było wyjąć latarki, przestałam nadążać z ogarnianiem, bo T. poganiał, a ja żeby patrzyć w mapę po ciemaku to muszę mieć odrobinę luksusu i czasu. Wobec takiego zbiegu okoliczności już tylko gnałam, a T. liczył, decydował i prowadził. Zresztą wcale tak bardzo nie prowadził mapą, tylko znał teren i wiedział gdzie co jest.
Przy podwójnym 31/44 wreszcie spotkaliśmy "naszych" i tym razem nie daliśmy się nabrać na podwójność punktu - spisaliśmy od razu jak trzeba.
Ponieważ z braku czasu na studiowanie mapy straciłam kontakt ze smoczą rzeczywistością, trochę zaczęło mi się nudzić, bo oprócz przemieszczania się szybciej lub wolniej, jedynym moim zadaniem było pilnowanie kompasu i latarki, które bambylały mi przypięte do plecaka. Ewentualnie mogłam jeszcze obserwować grupy kibiców, które zapełniały każdą wolną przestrzeń i wywoływały we mnie uczucie niepokoju.
W końcu z wymaganą ilością punktów, ciut przed limitem czasu dotarliśmy na metę. Jak miło po przerwie zobaczyć te wszystkie orientalne gęby:-) Co prawda Leśnego Dziada to zobaczyłam tak z połowę (chyba w ramach oszczędności sił raz na zawody idzie jedna połowa, raz druga), D. W. też wydał mi się jeszcze bardziej wiotki niż zwykle, M. G. nieustannie jak przecinek... Co z tymi facetami???? Jacyś w zaniku! Bo z kobitkami wszystko w normie mi się wydało. I gdzie tu sprawiedliwość???
Obiecana dygresja:
No bo tak ogólnie, to zaczęliśmy na poważnie biegać. T. wynalazł jakiś plan treningowy typu: "od kwękacza do biegacza" i zaczęliśmy go wdrażać w życie. T. długo nie nawdrażał, bo jedna nóżka bardziej, ale ostatnio olał nóżkę i znowu trenuje.
Tak się cieszyłam, że biegam, biegam, BIEGAM!!! Aż tu któregoś dnia przeglądając internety, dowiedziałam się, że to co z takim wysiłkiem i samozaparciem robię, to wcale nie jest bieganie. To nawet nie jest jogging. To jest slow jogging! Czyli "bieg" wolniejszy od spaceru...
Na pocieszenie piszą, że od tego slow traci się kalorie szybciej niż przy szybkim biegu. W moim przypadku jeszcze jakoś tego nie widać, ale na razie się nie poddaję.
piątek, 28 sierpnia 2015
piątek, 14 sierpnia 2015
Quest - produkt TRInOpodobny.
Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy na wygnaniu (tzn. na urlopie) nie wynaleźli sobie czegoś InOpodobnego. A tak dokładniej to trinopodobnego.
Wczoraj, w drodze z Buska do Szydłowa, wstąpiliśmy do Chmielnika obejrzeć synagogę i sądziliśmy, że zatrzymamy się na max. pół godziny. Przy kasie muzeum zgarnęliśmy garść ulotek i po wyjściu zaczęliśmy je z ciekawości przeglądać.
Dygresja:
Świetne muzeum w synagodze! Trochę sposobem prezentacji przypomina Muzeum Powstania Warszawskiego, a trochę wystawę szopek krakowskich. Przewodnik tak pełen pasji i tak czujny, że chwilami aż się bałam, że nigdy nie pozwoli nam wyjść:-)
Polecam! Warto zobaczyć!
Koniec dygresji.
Jedna z ulotek wywołała w nas uśmiech i przeczucie, że trzeba ją przeczytać dokładnie. Zaczynała się tak:
"Drogi Questowiczu, na początku drogi odnajdź synagogę -
Stań pod głównym wejściem, to doradzić mogę!
Za chwilę wyruszysz w trasę ..."
a potem:
"Stań tyłem do drzwi i skręć w prawą stronę,
Raz, a potem drugi - tak postanowione!
Dojdź do pierwszej latarni po Twej stronie lewej;
(...)
Stoisz przy tablicy? Widzisz napis na niej?"
I tu należało przepisać na otrzymaną ulotkę tekst z tablicy. Jakoś znajome, prawda?
W opisie questu jeszcze wyczytaliśmy, że czas przejścia to ok. 45 minut i nie namyślając się wiele ruszyliśmy.
No, mówię Wam - prawie trino!
Oczywiście po powrocie do naszej kwatery od razu rzuciliśmy się do internetów szukać informacji, co to te questy. No, to właśnie takie coś między trino a grą miejską. Przy okazji wyczytaliśmy, że w Tokarni, gdzie planowaliśmy się wybrać, jest aż 5 questów. I co dziś robiliśmy cały dzień? No, co? Jasne, że zaliczaliśmy je wszystkie! Zajęło nam to kilka godzin, ale ostatecznie na urlopie mamy masę czasu i możemy z nim robić co chcemy.
No to lecę poszukać questów na jutro!
:-))))
Wczoraj, w drodze z Buska do Szydłowa, wstąpiliśmy do Chmielnika obejrzeć synagogę i sądziliśmy, że zatrzymamy się na max. pół godziny. Przy kasie muzeum zgarnęliśmy garść ulotek i po wyjściu zaczęliśmy je z ciekawości przeglądać.
Dygresja:
Świetne muzeum w synagodze! Trochę sposobem prezentacji przypomina Muzeum Powstania Warszawskiego, a trochę wystawę szopek krakowskich. Przewodnik tak pełen pasji i tak czujny, że chwilami aż się bałam, że nigdy nie pozwoli nam wyjść:-)
Polecam! Warto zobaczyć!
Koniec dygresji.
Jedna z ulotek wywołała w nas uśmiech i przeczucie, że trzeba ją przeczytać dokładnie. Zaczynała się tak:
"Drogi Questowiczu, na początku drogi odnajdź synagogę -
Stań pod głównym wejściem, to doradzić mogę!
Za chwilę wyruszysz w trasę ..."
a potem:
"Stań tyłem do drzwi i skręć w prawą stronę,
Raz, a potem drugi - tak postanowione!
Dojdź do pierwszej latarni po Twej stronie lewej;
(...)
Stoisz przy tablicy? Widzisz napis na niej?"
I tu należało przepisać na otrzymaną ulotkę tekst z tablicy. Jakoś znajome, prawda?
W opisie questu jeszcze wyczytaliśmy, że czas przejścia to ok. 45 minut i nie namyślając się wiele ruszyliśmy.
No, mówię Wam - prawie trino!
Oczywiście po powrocie do naszej kwatery od razu rzuciliśmy się do internetów szukać informacji, co to te questy. No, to właśnie takie coś między trino a grą miejską. Przy okazji wyczytaliśmy, że w Tokarni, gdzie planowaliśmy się wybrać, jest aż 5 questów. I co dziś robiliśmy cały dzień? No, co? Jasne, że zaliczaliśmy je wszystkie! Zajęło nam to kilka godzin, ale ostatecznie na urlopie mamy masę czasu i możemy z nim robić co chcemy.
No to lecę poszukać questów na jutro!
:-))))
środa, 12 sierpnia 2015
Urlop - kontynuacja
Urlop spędzamy w piekle. Dookoła wesoło bulgocze smoła w kadziach, gorąc wypala nam mózgi i ciała, lepki pot spływa po kręgosłupach.
Planowaliśmy wycieczkę do Buska Zdroju, żeby na żywo przeanalizować propozycję trina kolegi Ł. L., ale po zwiedzeniu Pińczowa Busko poddaliśmy walkowerem.
Po południu poszliśmy po rozum do głowy i pojechaliśmy nad rzekę. W życiu przy zdrowych zmysłach nie weszłabym do takiej wody, ale zdrowe zmysły już dawno mi się usmażyły.
Wszystkim życzymy dużo śniegu i lodu!!!
Planowaliśmy wycieczkę do Buska Zdroju, żeby na żywo przeanalizować propozycję trina kolegi Ł. L., ale po zwiedzeniu Pińczowa Busko poddaliśmy walkowerem.
Po południu poszliśmy po rozum do głowy i pojechaliśmy nad rzekę. W życiu przy zdrowych zmysłach nie weszłabym do takiej wody, ale zdrowe zmysły już dawno mi się usmażyły.
Wszystkim życzymy dużo śniegu i lodu!!!
wtorek, 11 sierpnia 2015
Hurrraaaa!!!!!! Urlop!
Jak to dobrze, że w te ogromne upały nie muszę iść do pracy. Za to cały dzień spędziłam w nieklimatyzowanym samochodzie, a w przerwach łaziłam po rynkach, ulicach, zamkach, muzeach. Z tym chodzeniem to trochę kicha, bo T. ma jedną nóżkę coraz bardziej bardziej. Ale nie na tyle żebyśmy nie mogli zaliczyć trina w Białobrzegach. Podzieliliśmy się rolami - on nas podwoził samochodem w okolice zgrupowania punktów, ja oblatywałam ulice i znajdowałam co trzeba, a Z. z tylnego siedzenia czuwała nad całością.
Więcej trin niestety na swojej trasie nie mamy, chyba będziemy musieli jakieś sami zrobić. Tylko ta jedna nóżka bardziej ...
Więcej trin niestety na swojej trasie nie mamy, chyba będziemy musieli jakieś sami zrobić. Tylko ta jedna nóżka bardziej ...
piątek, 7 sierpnia 2015
Upalny Muranów z wodą w kolanie.
Taka sytuacja:
na zewnątrz ponad 30 stopni (w cieniu), w samochodzie koło 60 stopni, a klimatyzacja tylko na korbkę pod oknem, T. w kolanie hoduje sobie basen, czyli jest jak bez nogi i nagle rzuca hasło:
- To może pojedziemy przetestować to trino, co nam D. M. przysłał do sprawdzenia?
Zamarłam, zesztywniałam, umarłam wewnętrznie i odpowiedziałam:
- Dobrze, jedźmy...
TRInO po Muranowie jest w porządku, ale strasznie długie - nie róbcie go w upałach!
na zewnątrz ponad 30 stopni (w cieniu), w samochodzie koło 60 stopni, a klimatyzacja tylko na korbkę pod oknem, T. w kolanie hoduje sobie basen, czyli jest jak bez nogi i nagle rzuca hasło:
- To może pojedziemy przetestować to trino, co nam D. M. przysłał do sprawdzenia?
Zamarłam, zesztywniałam, umarłam wewnętrznie i odpowiedziałam:
- Dobrze, jedźmy...
TRInO po Muranowie jest w porządku, ale strasznie długie - nie róbcie go w upałach!
niedziela, 2 sierpnia 2015
II SNRR z Niepoślipką
Inocki martwy sezon T. postanowił złamać spieszonym rajdem rowerowym, bo wiadomo - kto by tam jeździł rowerem, jeśli można pieszo. Ja byłam nastawiona umiarkowanie optymistycznie, bo 14 kilometrów łażenia po mieście jakoś do mnie nie przemawiało. Nie śmiałam jednak odmówić, aczkolwiek miałam przygotowane plany awaryjne typu: tramwaj, autobus, taksówka, telefon do przyjaciela.
Na rajd oprócz nas zgłosiły się całe dwie osoby, z czego jedna w ostatniej chwili odwołała swoje przybycie. Na miejsce przyjechaliśmy sporo przed czasem i snując się w pobliżu miejsca zbiórki przyuważyliśmy parkę rozglądającą się po okolicy, wyraźnie czegoś szukającą i co najważniejsze - wpatrującą się w jakieś wydruki. Po prostu wyglądali orentalistycznie. Po którejś z kolei mijance nie wytrzymałam i spytałam, czy oni aby przypadkiem nie na tę samą imprezę. Okazało się, że w ostatniej chwili przeczytali w internecie o spieszonej wersji rajdu, ale nie zdążyli się zapisać i w zasadzie są incognito. I raczej wolą iść razem, ale osobno. Wobec tego oni ruszyli na trasę, a my czekaliśmy na jedyną zgłoszoną uczestniczkę - A. A. W końcu zadzwoniła, że jedzie i umówiliśmy się, że my ruszymy, a ona nas dogoni.
Ponieważ T. wcześniej rozpracował trasę z mapą w zębach, wiadomo było, gdzie są błędy i czego się trzymać, a czego nie. Nawigacją zajął się więc T. wspierany przez A., ja dostałam plik zdjęć i miałam w terenie wypatrzyć to, co na nich jest. W sumie wszyscy patrzyliśmy, czy któryś obiekt się nie pojawi znienacka. Znienacka najczęściej pojawiała się para, która wyszła przed nami - niestety, nie wiemy kto to:-(
Trasa była strasznie zakręcona. Chwilami chodziliśmy w kółko i gdybyśmy mieli ogony, to niewątpliwie ich końce często widzielibyśmy przed sobą. Ale tym sposobem wiem już jak z każdego miejsca w Warszawie dojść do filtrów:-) Odpowiedzi na pytania w większości były łatwoznajdywalne, ale z fotkami było trudniej - nie było wiadomo, gdzie na trasie ich szukać.
Jeszcze nie doszliśmy do połowy trasy, a ja już zaczęłam wymiękać. Tak dokładnie, to mój kręgosłup. T. mamił mnie obietnicami kawiarni z krzesełkami, kawy, lodów, a tu okazało się, że w środku miasta nagle jesteśmy na jakiejś kawiarnianej pustyni. Cywilizacja zaczęła się chyba dopiero po zaliczeniu kilkunastu pytań. W końcu osiedliśmy. Najchętniej to zostałabym tam na zawsze, ale po wypiciu i zjedzeniu co tam kto miał, musieliśmy ruszyć dalej. Gdyby nie A., to pewnie oflagowałabym się w tej kawiarni i ogłosiła strajk, no ale głupio mi było psuć jej zabawę. Powlokłam się więc dalej.
Największe emocje wywoływało znalezienie jakiegoś obiektu ze zdjęcia, ale szczególnie czekaliśmy na rycerza, komin i okienko, jak sobie nazwaliśmy trzy z nich. Niestety - trasa się skończyła, a ani komina, ani okienka nigdzie nie było.Co z tego, że pozostałe znaleźliśmy i na wszystkie pytania odpowiedzieliśmy, (chociaż niektóre były dość podchwytliwe) - niekompletnych danych nie chcieliśmy wysyłać organizatorom. Szczególnie T. był zawzięty na znalezienie wszystkiego. Kiedy więc pożegnaliśmy się z A. i tramwajem wróciliśmy do autka, T. zarządził samochodowy przejazd trasy. Samochodem, siedząc wygodnie, to ja już mogłam i do rana szukać tego komina i okienka, ale okazało się, że znaleźliśmy je dość blisko startu. Pod tym nieszczęsnym okienkiem to nawet przedtem staliśmy długą chwilę spisując odpowiedź na pytanie. Nikt tylko nie pomyślał, żeby unieść głowę:-)
Do teraz nie mogę się nadziwić, jak udało mi się przejść całą trasę, bo takiej opcji wychodząc nie zakładałam. Co prawda noc z bolącym wszystkim nie należała do najłatwiejszych, ale za to jaka satysfakcja!
Na rajd oprócz nas zgłosiły się całe dwie osoby, z czego jedna w ostatniej chwili odwołała swoje przybycie. Na miejsce przyjechaliśmy sporo przed czasem i snując się w pobliżu miejsca zbiórki przyuważyliśmy parkę rozglądającą się po okolicy, wyraźnie czegoś szukającą i co najważniejsze - wpatrującą się w jakieś wydruki. Po prostu wyglądali orentalistycznie. Po którejś z kolei mijance nie wytrzymałam i spytałam, czy oni aby przypadkiem nie na tę samą imprezę. Okazało się, że w ostatniej chwili przeczytali w internecie o spieszonej wersji rajdu, ale nie zdążyli się zapisać i w zasadzie są incognito. I raczej wolą iść razem, ale osobno. Wobec tego oni ruszyli na trasę, a my czekaliśmy na jedyną zgłoszoną uczestniczkę - A. A. W końcu zadzwoniła, że jedzie i umówiliśmy się, że my ruszymy, a ona nas dogoni.
Ponieważ T. wcześniej rozpracował trasę z mapą w zębach, wiadomo było, gdzie są błędy i czego się trzymać, a czego nie. Nawigacją zajął się więc T. wspierany przez A., ja dostałam plik zdjęć i miałam w terenie wypatrzyć to, co na nich jest. W sumie wszyscy patrzyliśmy, czy któryś obiekt się nie pojawi znienacka. Znienacka najczęściej pojawiała się para, która wyszła przed nami - niestety, nie wiemy kto to:-(
Trasa była strasznie zakręcona. Chwilami chodziliśmy w kółko i gdybyśmy mieli ogony, to niewątpliwie ich końce często widzielibyśmy przed sobą. Ale tym sposobem wiem już jak z każdego miejsca w Warszawie dojść do filtrów:-) Odpowiedzi na pytania w większości były łatwoznajdywalne, ale z fotkami było trudniej - nie było wiadomo, gdzie na trasie ich szukać.
Jeszcze nie doszliśmy do połowy trasy, a ja już zaczęłam wymiękać. Tak dokładnie, to mój kręgosłup. T. mamił mnie obietnicami kawiarni z krzesełkami, kawy, lodów, a tu okazało się, że w środku miasta nagle jesteśmy na jakiejś kawiarnianej pustyni. Cywilizacja zaczęła się chyba dopiero po zaliczeniu kilkunastu pytań. W końcu osiedliśmy. Najchętniej to zostałabym tam na zawsze, ale po wypiciu i zjedzeniu co tam kto miał, musieliśmy ruszyć dalej. Gdyby nie A., to pewnie oflagowałabym się w tej kawiarni i ogłosiła strajk, no ale głupio mi było psuć jej zabawę. Powlokłam się więc dalej.
Największe emocje wywoływało znalezienie jakiegoś obiektu ze zdjęcia, ale szczególnie czekaliśmy na rycerza, komin i okienko, jak sobie nazwaliśmy trzy z nich. Niestety - trasa się skończyła, a ani komina, ani okienka nigdzie nie było.Co z tego, że pozostałe znaleźliśmy i na wszystkie pytania odpowiedzieliśmy, (chociaż niektóre były dość podchwytliwe) - niekompletnych danych nie chcieliśmy wysyłać organizatorom. Szczególnie T. był zawzięty na znalezienie wszystkiego. Kiedy więc pożegnaliśmy się z A. i tramwajem wróciliśmy do autka, T. zarządził samochodowy przejazd trasy. Samochodem, siedząc wygodnie, to ja już mogłam i do rana szukać tego komina i okienka, ale okazało się, że znaleźliśmy je dość blisko startu. Pod tym nieszczęsnym okienkiem to nawet przedtem staliśmy długą chwilę spisując odpowiedź na pytanie. Nikt tylko nie pomyślał, żeby unieść głowę:-)
Do teraz nie mogę się nadziwić, jak udało mi się przejść całą trasę, bo takiej opcji wychodząc nie zakładałam. Co prawda noc z bolącym wszystkim nie należała do najłatwiejszych, ale za to jaka satysfakcja!
środa, 29 lipca 2015
IV Wakacyjna InO - c. d. d.
Po etapach dziennych większość osób wracała do bazy pod lasem, a my do szkoły, gdzie jako nieliczni mieliśmy nocować. Luksusów nam się zachciało zamiast mokrych namiotów. W ramach tych luksusów wykąpałam się w nieograniczonej ilości ciepłej wody, bez długiego czekania w kolejce i poganiania przez następne osoby. A potem zaległam. I tak bym sobie zalegała i zalegała, ale głód co chwilę poganiał mnie do jadalni, w celu sprawdzenia czy aby może jest już obiad. W końcu panie w kuchni zlitowały się i dla naszej trójki (ja, T. i K.) wydały wcześniej. Zresztą wkrótce zaczęli pojawiać się pozostali wygłodzeni orientaliści.
W ramach dodatkowych atrakcji, po obiedzie, organizatorzy zafundowali nam wycieczkę do cementowni w Ożarowie. Kiedy wsiadaliśmy do autokaru chmurzyło się, wysiąść już się nie dało i wszystko o czym opowiadał przewodnik mogliśmy podziwiać tylko przez okna. Oczywiście tylko ci, którzy siedzieli przy nich i wytarli sobie odpowiedni skrawek. Ja przez z jednej strony zaparowane, a z drugiej ociekające wodą okna prawie nic nie widziałam, ale wierzyłam w każde słowo, jakie wypowiadał oprowadzający nas pan. Na koniec zaproponował odważnym szybkie przebiegnięcie do biurowca, w celu obejrzenia sterowni. Odważni byliśmy wszyscy jak jeden mąż.
Po powrocie do bazy okazało się, że po burzy nie ma prądu, a mapy na nocny etap nie są jeszcze wydrukowane. Zachodziło prawdopodobieństwo, że pójdziemy bez map. Dla tezetów to pewnie drobnostka, ale my czuliśmy pewne obawy. Nie było też wyników etapów dziennych i list startowych. To znaczy były, ale w komputerze, a on nie chciał ich wypluć bez prądu. Wobec takiego dictum, pojechaliśmy do szkoły, żeby zażyć jeszcze trochę luksusu. Pławiliśmy się więc w tych luksusach - suchości, miękkości materacy gimnastycznych i nawet prąd nam szybko dostarczono.
Wreszcie uznaliśmy, że najwyższa pora pojechać na start.
Kiełbaski, którymi nas uraczono jakoś dramatycznie nie wyglądały. No, może poza lidarem, który wciąż jest dla mnie czarną magią. Teorię to nawet rozumiem, ale w praktyce nic nie wychodzi.
W temacie kiełbasek postanowiliśmy chodzić na azymut i konkretnie szukać na miejscu. Zaczęliśmy od łatwej czwórki nad rowem, rzeczką czy co to tam mokrego było. Przy trójce natrafiliśmy na sporą grupę przeczesywaczy. Dołków z lampionami było do wyboru, do koloru, a T. wprawnym okiem wyłuskał z nich ten właściwy. D. M. i K. P. połączyli swoje siły z naszymi i wspólnie zgarnęliśmy 2, 1 i 5. Piątka bardzo się nie podobała T., postanowił więc wrócić i jeszcze raz się do niej namierzyć. Przelecieliśmy się tam i z powrotem, ale innego lampionu nie znaleźliśmy. Przy szóstce dogoniliśmy D. i K., którzy machnęli nam ręką w mrok oznajmiając, że to tam i poszli w swoją stronę. "Tam" była już przyszłość polskiej orientalistyki, czyli potomstwo M. P. wraz z osobistą ochroną.
Do siódemki poszliśmy na azymut i nawet coś tam znaleźliśmy, ale do ósemki już nie szło trafić. Górki jakieś, owszem, były, ale lampionu ani jednego. Chcieliśmy się jeszcze raz namierzyć z siódemki, ale w międzyczasie chyba ją zlikwidowano, bo w żaden sposób nie mogliśmy ponownie na nią wejść. Wobec tego postanowiliśmy podejść do ósemki od d..y strony, czyli praktycznie od mety. Dzięki temu, niejako przy okazji, podbiliśmy dziewiątkę i dziesiątkę. Azymut na ósemkę usiłował wpakować nas do głębokiej dziury w ziemi, ale postanowiliśmy ją obejść. Mało nie rozdeptaliśmy jakiegoś orłopodobnego ptaszyska, które leżakowało w krzakach. Nie wyglądał zbyt dobrze, ale nie miałam odwagi zbliżać się do niego zbytnio. Dziub i pazury miał niczego sobie. Przed domniemaną ósemką przemknął nam jeszcze potężny tramwaj tezetów i już staliśmy na szczycie przy lampionie. Jeszcze chcieliśmy potwierdzić położenie siódemki, znaleźliśmy jakąś inną niż poprzednio i daliśmy sobie spokój. Już i tak byliśmy w ciężkich minutach. Do mety tradycyjnie biegiem, chociaż i tak było wiadomo, że to stracony etap.
Zmęczeni i zdegustowani niepowodzeniem, nawet nie mieliśmy sił i ochoty dłużej posiedzieć przy ognisku i dość szybko ewakuowaliśmy się do spania. Chwilę przed nami pobrali klucze i udali się do szkoły inni współspacze. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zgarniając po drodze jeszcze jednego orientka, okazało się, że szkoła zamknięta na głucho. Chwilę dobijaliśmy się, no bo może zasnęli, ale jakoś nie było widać śladów czyjegoś pobytu. Dziwne to było, bo od bazy do szkoły mogli w tym czasie nawet dopełznąć i to kilka razy. Postanowiliśmy wsiąść w samochód i pojechać ich szukać. Daleko nie ujechaliśmy. Przy drugim wejściu zobaczyliśmy światełka czołówek i wszystko było jasne - nikt ich nie poinformował, do których drzwi dostali klucze.
W końcu dotarliśmy do legowisk. Ledwo udało mi się zasnąć po tysiąckrotnym przewróceniu się z boku na bok, kiedy obudził mnie obcy głos:
- Patrol jakiśtam, jakiśtam! - nie dosłyszałam dobrze jaki, bo wyrwana z pierwszego snu nie bardzo kontaktowałam.
Kiedy dwie rosłe, ciemne postacie weszły w plamę światła rozpoznałam policję.
- Oho, narozrabialiśmy! - pomyślałam, chociaż co prawda w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć żadnego popełnionego przestępstwa.
Okazało się, że okoliczni mieszkańcy zaniepokojeni światłem i ruchem w szkole zadzwonili na komendę z prośbą o sprawdzenie co tu się wyrabia. Po raz drugi w życiu zostałam spisana i w razie gdyby jednak zdecydowali się w końcu po mnie przyjechać, to bądźcie czujni i przysyłajcie mi cebulę do więzienia!
Kiedy jeden z policjantów spytał T. co to za impreza, ten rączo wyskoczył ze śpiwora by pokazać mapy i zrobić pełnowymiarowy wykład. Funkcjonariusze okazali się jednak bardzo asertywni i nie chcąc słuchać całego wywodu, poprosili o skrót w jednym zdaniu.
Wreszcie całe zamieszanie się skończyło i od nowa musiałam szukać wygodnej i niebolesnej dla kręgosłupa pozycji. W końcu zasnęłam. W sen zaczęły mi się wkradać jakieś dziwne odgłosy, zupełnie nie pasujące do fabuły. Z trudem podniosłam powieki i aż zamarłam. W oknie sali gimnastycznej tkwiła jakaś wielka postać. Tkwiła i hałasowała. Już miałam wrzasnąć z przerażenia, ale zauważyłam, że T. beztrosko rozmawia z postacią. Po chwili przed okno przecisnął się jakiś bezkształtny, duży pakunek, a za nim dłuuuga postać. Okazało się, że T. G. nie mogąc znaleźć po nocy drzwi do szkoły, postanowił wejść oknem, najpierw przeciskając przez nie swój wyładowany po brzegi plecak.
Ledwo zasnęłam po raz kolejny, a znów obudziły mnie hałasy. Tym razem dochodziły one z kuchni i jak nic oznaczały śniadanie. To już była jakaś konkretna motywacja do wstawania. Znowu przy stole byłam pierwsza i nie czekając na pojawienie się całego menu, pożerałam co tylko panie wystawiły z okienka.
Powoli zaczęli na śniadanie nadciągać ci, którzy nocowali w namiotach, wreszcie nadjechał szef całego przedsięwzięcia z pucharami i dyplomami. Tym razem jeszcze nie zasłużyliśmy na żaden, ale kiedyś w końcu do tego dojdzie. Mam nadzieję:-)
W drodze powrotnej jeszcze zaliczyliśmy trino w Puławach i resztką sił, przysypiając i zmieniając się za kierownicą dotarliśmy do domu.
c. d. n. n.
W ramach dodatkowych atrakcji, po obiedzie, organizatorzy zafundowali nam wycieczkę do cementowni w Ożarowie. Kiedy wsiadaliśmy do autokaru chmurzyło się, wysiąść już się nie dało i wszystko o czym opowiadał przewodnik mogliśmy podziwiać tylko przez okna. Oczywiście tylko ci, którzy siedzieli przy nich i wytarli sobie odpowiedni skrawek. Ja przez z jednej strony zaparowane, a z drugiej ociekające wodą okna prawie nic nie widziałam, ale wierzyłam w każde słowo, jakie wypowiadał oprowadzający nas pan. Na koniec zaproponował odważnym szybkie przebiegnięcie do biurowca, w celu obejrzenia sterowni. Odważni byliśmy wszyscy jak jeden mąż.
Po powrocie do bazy okazało się, że po burzy nie ma prądu, a mapy na nocny etap nie są jeszcze wydrukowane. Zachodziło prawdopodobieństwo, że pójdziemy bez map. Dla tezetów to pewnie drobnostka, ale my czuliśmy pewne obawy. Nie było też wyników etapów dziennych i list startowych. To znaczy były, ale w komputerze, a on nie chciał ich wypluć bez prądu. Wobec takiego dictum, pojechaliśmy do szkoły, żeby zażyć jeszcze trochę luksusu. Pławiliśmy się więc w tych luksusach - suchości, miękkości materacy gimnastycznych i nawet prąd nam szybko dostarczono.
Wreszcie uznaliśmy, że najwyższa pora pojechać na start.
Kiełbaski, którymi nas uraczono jakoś dramatycznie nie wyglądały. No, może poza lidarem, który wciąż jest dla mnie czarną magią. Teorię to nawet rozumiem, ale w praktyce nic nie wychodzi.
W temacie kiełbasek postanowiliśmy chodzić na azymut i konkretnie szukać na miejscu. Zaczęliśmy od łatwej czwórki nad rowem, rzeczką czy co to tam mokrego było. Przy trójce natrafiliśmy na sporą grupę przeczesywaczy. Dołków z lampionami było do wyboru, do koloru, a T. wprawnym okiem wyłuskał z nich ten właściwy. D. M. i K. P. połączyli swoje siły z naszymi i wspólnie zgarnęliśmy 2, 1 i 5. Piątka bardzo się nie podobała T., postanowił więc wrócić i jeszcze raz się do niej namierzyć. Przelecieliśmy się tam i z powrotem, ale innego lampionu nie znaleźliśmy. Przy szóstce dogoniliśmy D. i K., którzy machnęli nam ręką w mrok oznajmiając, że to tam i poszli w swoją stronę. "Tam" była już przyszłość polskiej orientalistyki, czyli potomstwo M. P. wraz z osobistą ochroną.
Do siódemki poszliśmy na azymut i nawet coś tam znaleźliśmy, ale do ósemki już nie szło trafić. Górki jakieś, owszem, były, ale lampionu ani jednego. Chcieliśmy się jeszcze raz namierzyć z siódemki, ale w międzyczasie chyba ją zlikwidowano, bo w żaden sposób nie mogliśmy ponownie na nią wejść. Wobec tego postanowiliśmy podejść do ósemki od d..y strony, czyli praktycznie od mety. Dzięki temu, niejako przy okazji, podbiliśmy dziewiątkę i dziesiątkę. Azymut na ósemkę usiłował wpakować nas do głębokiej dziury w ziemi, ale postanowiliśmy ją obejść. Mało nie rozdeptaliśmy jakiegoś orłopodobnego ptaszyska, które leżakowało w krzakach. Nie wyglądał zbyt dobrze, ale nie miałam odwagi zbliżać się do niego zbytnio. Dziub i pazury miał niczego sobie. Przed domniemaną ósemką przemknął nam jeszcze potężny tramwaj tezetów i już staliśmy na szczycie przy lampionie. Jeszcze chcieliśmy potwierdzić położenie siódemki, znaleźliśmy jakąś inną niż poprzednio i daliśmy sobie spokój. Już i tak byliśmy w ciężkich minutach. Do mety tradycyjnie biegiem, chociaż i tak było wiadomo, że to stracony etap.
Zmęczeni i zdegustowani niepowodzeniem, nawet nie mieliśmy sił i ochoty dłużej posiedzieć przy ognisku i dość szybko ewakuowaliśmy się do spania. Chwilę przed nami pobrali klucze i udali się do szkoły inni współspacze. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zgarniając po drodze jeszcze jednego orientka, okazało się, że szkoła zamknięta na głucho. Chwilę dobijaliśmy się, no bo może zasnęli, ale jakoś nie było widać śladów czyjegoś pobytu. Dziwne to było, bo od bazy do szkoły mogli w tym czasie nawet dopełznąć i to kilka razy. Postanowiliśmy wsiąść w samochód i pojechać ich szukać. Daleko nie ujechaliśmy. Przy drugim wejściu zobaczyliśmy światełka czołówek i wszystko było jasne - nikt ich nie poinformował, do których drzwi dostali klucze.
W końcu dotarliśmy do legowisk. Ledwo udało mi się zasnąć po tysiąckrotnym przewróceniu się z boku na bok, kiedy obudził mnie obcy głos:
- Patrol jakiśtam, jakiśtam! - nie dosłyszałam dobrze jaki, bo wyrwana z pierwszego snu nie bardzo kontaktowałam.
Kiedy dwie rosłe, ciemne postacie weszły w plamę światła rozpoznałam policję.
- Oho, narozrabialiśmy! - pomyślałam, chociaż co prawda w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć żadnego popełnionego przestępstwa.
Okazało się, że okoliczni mieszkańcy zaniepokojeni światłem i ruchem w szkole zadzwonili na komendę z prośbą o sprawdzenie co tu się wyrabia. Po raz drugi w życiu zostałam spisana i w razie gdyby jednak zdecydowali się w końcu po mnie przyjechać, to bądźcie czujni i przysyłajcie mi cebulę do więzienia!
Kiedy jeden z policjantów spytał T. co to za impreza, ten rączo wyskoczył ze śpiwora by pokazać mapy i zrobić pełnowymiarowy wykład. Funkcjonariusze okazali się jednak bardzo asertywni i nie chcąc słuchać całego wywodu, poprosili o skrót w jednym zdaniu.
Wreszcie całe zamieszanie się skończyło i od nowa musiałam szukać wygodnej i niebolesnej dla kręgosłupa pozycji. W końcu zasnęłam. W sen zaczęły mi się wkradać jakieś dziwne odgłosy, zupełnie nie pasujące do fabuły. Z trudem podniosłam powieki i aż zamarłam. W oknie sali gimnastycznej tkwiła jakaś wielka postać. Tkwiła i hałasowała. Już miałam wrzasnąć z przerażenia, ale zauważyłam, że T. beztrosko rozmawia z postacią. Po chwili przed okno przecisnął się jakiś bezkształtny, duży pakunek, a za nim dłuuuga postać. Okazało się, że T. G. nie mogąc znaleźć po nocy drzwi do szkoły, postanowił wejść oknem, najpierw przeciskając przez nie swój wyładowany po brzegi plecak.
Ledwo zasnęłam po raz kolejny, a znów obudziły mnie hałasy. Tym razem dochodziły one z kuchni i jak nic oznaczały śniadanie. To już była jakaś konkretna motywacja do wstawania. Znowu przy stole byłam pierwsza i nie czekając na pojawienie się całego menu, pożerałam co tylko panie wystawiły z okienka.
Powoli zaczęli na śniadanie nadciągać ci, którzy nocowali w namiotach, wreszcie nadjechał szef całego przedsięwzięcia z pucharami i dyplomami. Tym razem jeszcze nie zasłużyliśmy na żaden, ale kiedyś w końcu do tego dojdzie. Mam nadzieję:-)
W drodze powrotnej jeszcze zaliczyliśmy trino w Puławach i resztką sił, przysypiając i zmieniając się za kierownicą dotarliśmy do domu.
c. d. n. n.
wtorek, 28 lipca 2015
IV Wakacyjna InO - c. d.
Przed drugim etapem T. zapobiegawczo wydłużył nogawki spodni, co od razu wzbudziło moją czujność, bo mogło oznaczać chęć krzalowania. Ale nic to. Twarda byłam.
Mapę otrzymaliśmy jakąś taką szczątkową - gdzieniegdzie jakaś maleńka gwiazdka i kilka kreseczek pod spodem. Strasznie oszczędzają na tuszu, chyba im w końcu zasponsoruję przed kolejną imprezą. Bliższy ogląd mapy uświadomił nam straszną prawdę - gwiazdki są zubożone o drożnię, poobracane i zlustrowane - jednym słowem: do niczego się chyba nie przydadzą:-( Dobrze, że chociaż ten skrawek papieru, szumnie zwany mapą, był zorientowany i wiedzieliśmy w którą stronę ruszyć.
Doszliśmy do miejsca, gdzie z odległości wynikało, że powinna być pierwsza gwiazdka. Nie żeby jakaś specjalnie pasowała, ale były dwa drzewa z lampionami, to jeden spisaliśmy. W wynikach usiłują nam teraz wmówić, że to był PM, ale jak był, jak nie był??? Najwyżej mógł być PS. No, ale na protesty nas nie stać:-)
Po przejściu kolejnej zadanej odległości, natrafiliśmy na dziurę okopopodobną, to wbiliśmy trójkę. Po trójce wyszliśmy na skrzyżowanie. I jak to na skrzyżowaniu - ruch, ludzie kręcą się w różne strony, znajomych można spotkać... W. M. z tezetów dał nawet popatrzeć w swoją mapę, co jakoś znacząco nie zmieniło naszego oglądu sytuacji. Na skrzyżowanie dotarł D. M. z K. P. i wspólnymi siłami usiłowaliśmy coś do czegoś dopasować. Ja i D. gardłowaliśmy za ósemką, bo nam pasowało, ale lipa - budowniczemu pasowało co innego:-( T. jednak wyjątkowo posłuchał żony i wbił tę domniemaną ósemkę. Nie ma chłopisko wyczucia kiedy słuchać, a kiedy postawić na swoim.
Następne miejsce na gwiazdkę nie pasowało do żadnego PK, uznaliśmy więc, że to gwiazdka bezpunktowa. Kolejną udało się przypasować dobrze i nawet wybrać właściwy dołek. Wreszcie dotarliśmy do skrzyżowania trzech dróg. Tradycyjnie nic do niczego nie pasowało i w akcie desperacji spisaliśmy płoty, co były trochę za daleko, ale były. Po przejściu na kolejną miejscówkę totalna konsternacja, bo tu też płoty i do tego pasujące idealnie. No to jeszcze raz wbiliśmy ten sam punkt, z myślą, że poprzedni poprawimy, jeśli uda się wymyślić, co tam ma być.
Dalej natrafiliśmy na tor przeszkód - co kawałek usypane żwirowe wały, przez które ciężko się szło. Chyba jakaś leśna autostrada się tam szykuje.
PK 13 jako jedyny był na mapie zaznaczony na swoim miejscu i można było mieć pewność, że chociaż ten będziemy mieć poprawny.
Po trzynastce K. wróciła na to niejasne trzydrogowe skrzyżowanie kombinować co by tam, a my we trójkę przed siebie sprawdzić, co przed nami. Przed nami były głównie żwirowe zapory i usiłujące rozjechać nas ciężarówki. A miał być las, cisza, spokój, najwyżej śpiew ptaków.
Szóstkę i piątkę ogarnęliśmy nawet bez większych problemów, ale na kolejnej gwiazdce daliśmy plamę i wbiliśmy PS-a. Następną gwiazdkę chwilowo ominęliśmy, bo do niczego pasowała, ale za to potem był paśnik, a paśnika to już się nie da z czymś innym pomylić.
Po paśniku rozdzieliliśmy się - ja wróciłam na to niewiadomoco przed paśnikiem, a T. z D. poszli po K. i ewentualny dobry PK ze skrzyżowania.
Zostawiona sama sobie chwilę popałętałam się po okolicy, ale ponieważ nic mnie to nie przybliżyło do genialnego rozwiązania zagadki gwiazdek, postanowiłam zregenerować siły. Zjadłam, popiłam, posiedziałam i na tym relaksie zastała mnie K. wracająca z informacją, że chłopaki poszli obejrzeć kolejne, dalsze miejsce, żeby drogą eliminacji wydedukować co wpisać, tu gdzie my czekamy.
Po chwili pojawił się T., a za nim D. T. kazał mi biec na metę, a sam spisał ostatni punkt i zaczął mnie gonić. Trudno nie miał, bo jakoś specjalnie szybko nie uciekałam. W ogóle niepotrzebnie mnie tak poganiał, bo zmieściliśmy się spokojnie w czasie.
Strasznie wyczerpujące były te etapy, a drugi to nie dość, że fizycznie, to jeszcze intelektualnie. Nawet się zastanawiam, czy to InO to nie jest szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Taaak, muszę to przemyśleć...
c. d. n.
Mapę otrzymaliśmy jakąś taką szczątkową - gdzieniegdzie jakaś maleńka gwiazdka i kilka kreseczek pod spodem. Strasznie oszczędzają na tuszu, chyba im w końcu zasponsoruję przed kolejną imprezą. Bliższy ogląd mapy uświadomił nam straszną prawdę - gwiazdki są zubożone o drożnię, poobracane i zlustrowane - jednym słowem: do niczego się chyba nie przydadzą:-( Dobrze, że chociaż ten skrawek papieru, szumnie zwany mapą, był zorientowany i wiedzieliśmy w którą stronę ruszyć.
Doszliśmy do miejsca, gdzie z odległości wynikało, że powinna być pierwsza gwiazdka. Nie żeby jakaś specjalnie pasowała, ale były dwa drzewa z lampionami, to jeden spisaliśmy. W wynikach usiłują nam teraz wmówić, że to był PM, ale jak był, jak nie był??? Najwyżej mógł być PS. No, ale na protesty nas nie stać:-)
Po przejściu kolejnej zadanej odległości, natrafiliśmy na dziurę okopopodobną, to wbiliśmy trójkę. Po trójce wyszliśmy na skrzyżowanie. I jak to na skrzyżowaniu - ruch, ludzie kręcą się w różne strony, znajomych można spotkać... W. M. z tezetów dał nawet popatrzeć w swoją mapę, co jakoś znacząco nie zmieniło naszego oglądu sytuacji. Na skrzyżowanie dotarł D. M. z K. P. i wspólnymi siłami usiłowaliśmy coś do czegoś dopasować. Ja i D. gardłowaliśmy za ósemką, bo nam pasowało, ale lipa - budowniczemu pasowało co innego:-( T. jednak wyjątkowo posłuchał żony i wbił tę domniemaną ósemkę. Nie ma chłopisko wyczucia kiedy słuchać, a kiedy postawić na swoim.
Następne miejsce na gwiazdkę nie pasowało do żadnego PK, uznaliśmy więc, że to gwiazdka bezpunktowa. Kolejną udało się przypasować dobrze i nawet wybrać właściwy dołek. Wreszcie dotarliśmy do skrzyżowania trzech dróg. Tradycyjnie nic do niczego nie pasowało i w akcie desperacji spisaliśmy płoty, co były trochę za daleko, ale były. Po przejściu na kolejną miejscówkę totalna konsternacja, bo tu też płoty i do tego pasujące idealnie. No to jeszcze raz wbiliśmy ten sam punkt, z myślą, że poprzedni poprawimy, jeśli uda się wymyślić, co tam ma być.
Dalej natrafiliśmy na tor przeszkód - co kawałek usypane żwirowe wały, przez które ciężko się szło. Chyba jakaś leśna autostrada się tam szykuje.
PK 13 jako jedyny był na mapie zaznaczony na swoim miejscu i można było mieć pewność, że chociaż ten będziemy mieć poprawny.
Po trzynastce K. wróciła na to niejasne trzydrogowe skrzyżowanie kombinować co by tam, a my we trójkę przed siebie sprawdzić, co przed nami. Przed nami były głównie żwirowe zapory i usiłujące rozjechać nas ciężarówki. A miał być las, cisza, spokój, najwyżej śpiew ptaków.
Szóstkę i piątkę ogarnęliśmy nawet bez większych problemów, ale na kolejnej gwiazdce daliśmy plamę i wbiliśmy PS-a. Następną gwiazdkę chwilowo ominęliśmy, bo do niczego pasowała, ale za to potem był paśnik, a paśnika to już się nie da z czymś innym pomylić.
Po paśniku rozdzieliliśmy się - ja wróciłam na to niewiadomoco przed paśnikiem, a T. z D. poszli po K. i ewentualny dobry PK ze skrzyżowania.
Zostawiona sama sobie chwilę popałętałam się po okolicy, ale ponieważ nic mnie to nie przybliżyło do genialnego rozwiązania zagadki gwiazdek, postanowiłam zregenerować siły. Zjadłam, popiłam, posiedziałam i na tym relaksie zastała mnie K. wracająca z informacją, że chłopaki poszli obejrzeć kolejne, dalsze miejsce, żeby drogą eliminacji wydedukować co wpisać, tu gdzie my czekamy.
Po chwili pojawił się T., a za nim D. T. kazał mi biec na metę, a sam spisał ostatni punkt i zaczął mnie gonić. Trudno nie miał, bo jakoś specjalnie szybko nie uciekałam. W ogóle niepotrzebnie mnie tak poganiał, bo zmieściliśmy się spokojnie w czasie.
Strasznie wyczerpujące były te etapy, a drugi to nie dość, że fizycznie, to jeszcze intelektualnie. Nawet się zastanawiam, czy to InO to nie jest szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Taaak, muszę to przemyśleć...
c. d. n.
poniedziałek, 27 lipca 2015
IV Wakacyjna InO
Duch Wakacyjnej InO zagościł u nas już w piątek - pakowanie, przeglądanie map (gdzie oni nas tym razem wpuszczą?), a wieczorem spotkanie z E. F. E. w drodze ze Szczecina zatrzymał się u nas, żeby rankiem razem jechać do Tarłowa. W sobotę, o nieludzkiej porze (przed szóstą) ruszyliśmy jeszcze po T. G. na Targówek i nasz wesoły samochodzik miał pomknąć na start. Pomknąłby, gdybym sobie nie przypomniała, że nie wzięliśmy materacy i trzeba wracać do Zielonki. Ostatecznie wyszło dobrze, bo jak się ma gościa z dzikiego zachodu, to trzeba mu pokazać kawałek stolicy, no nie? Centrum to on zna, więc miał niezwykłą okazję poznać wszystkie opłotki i boczne (w tym także nieutwardzane) drogi. Mam nadzieje, że było dla niego niezapomniane przeżycie:-)
Przez pół drogi radości dostarczały nam wesołe rozmówki T. G. z E. F., a potem jakoś duch w narodzie podupadł i niektórzy zapadli w senne odrętwienie.
Na miejsce dojechaliśmy, kiedy pierwsze osoby wyruszały już na miejsce startu. Okazało się, że mamy dziesiątą minutę startową i mocno musimy się sprężyć. No to się sprężyliśmy i już w piętnastej minucie startowej poszliśmy w las.
"Szybciej się nie dało" :-)
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało nieźle - był schemat dróg i wystarczyło dopasować wycinki w odpowiednie miejsca. Problemy zaczęły się tuż po starcie. Dopasować, owszem - dopasowaliśmy, ale ze znalezieniem w terenie już był problem. W porywach kilkanaście osób przeczesywało przystartowe krzaki w poszukiwaniu tego punktu, czas leciał, a efekty żadne. W końcu odpuściliśmy z założeniem, że weźmiemy na samym końcu. W dalszą drogę ruszyliśmy już z D. M. i K. P., bo razem wyszliśmy z przeczesywanych zarośli. T. ewidentnie miał niedosyt ekstremalnych wrażeń, bo już po przejściu kilkudziesięciu metrów uparł się wejść w jeżyny, pokrzywy, osty i sama nie wiem w co tam jeszcze. Oczywiście, jako przykładna i kochająca żona, weszłam tam za nim. Trochę dziwił mnie ten jego pęd do natury, bo wyszedł na trasę w nie do końca długich spodniach. Kiedy już rozorał sobie wystarczająco golenie i ilość lejącej się krwi zaspokoiła jego dziwne żądze, wróciliśmy na właściwą ścieżkę i dogoniliśmy D. i K.
PK 2 był bezdyskusyjny, z trójką też się udało, a na czwórce wzięliśmy PS-a (a przynajmniej tak mówią wyniki). D. i K., którzy szli z nami, ale wpisywali niezależnie, wbili się we właściwy. Spryciarze!
Potem oni polecieli na piątkę, a my najpierw zlokalizowaliśmy szóstkę, a potem szybki marsz po piąteczkę. Na ósemkę znowu szliśmy razem. Dopasowywanie wycinków było coraz łatwiejsze, bo coraz mniej ich było do wyboru i gdyby nie dobijająca i osłabiająca pogoda, to w sumie byłby to relaksacyjny spacer. Na koniec zrobiliśmy jeszcze jedno przeszukanie terenu, żeby zlokalizować pierwszy punkt i faktycznie był, aczkolwiek niezupełnie tam gdzie poprzednio szukaliśmy. Pozostało jeszcze oszacować wzrost budowniczego trasy i tu się trochę machnęliśmy, ale takich dużych ludzi, to my często nie widujemy i nie mamy na nich miarki w oczach. Może gdyby leżał, to dałoby się dwukrokami zmierzyć ...
W czasie zmieściliśmy się spokojnie i nawet nie nabiliśmy nadmiarowych kilometrów. A może po prostu budowniczy podał długość trasy w kilometrach, a nie w milach, jak to niektórzy robią:-)
c. d. n.
Przez pół drogi radości dostarczały nam wesołe rozmówki T. G. z E. F., a potem jakoś duch w narodzie podupadł i niektórzy zapadli w senne odrętwienie.
Na miejsce dojechaliśmy, kiedy pierwsze osoby wyruszały już na miejsce startu. Okazało się, że mamy dziesiątą minutę startową i mocno musimy się sprężyć. No to się sprężyliśmy i już w piętnastej minucie startowej poszliśmy w las.
"Szybciej się nie dało" :-)
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało nieźle - był schemat dróg i wystarczyło dopasować wycinki w odpowiednie miejsca. Problemy zaczęły się tuż po starcie. Dopasować, owszem - dopasowaliśmy, ale ze znalezieniem w terenie już był problem. W porywach kilkanaście osób przeczesywało przystartowe krzaki w poszukiwaniu tego punktu, czas leciał, a efekty żadne. W końcu odpuściliśmy z założeniem, że weźmiemy na samym końcu. W dalszą drogę ruszyliśmy już z D. M. i K. P., bo razem wyszliśmy z przeczesywanych zarośli. T. ewidentnie miał niedosyt ekstremalnych wrażeń, bo już po przejściu kilkudziesięciu metrów uparł się wejść w jeżyny, pokrzywy, osty i sama nie wiem w co tam jeszcze. Oczywiście, jako przykładna i kochająca żona, weszłam tam za nim. Trochę dziwił mnie ten jego pęd do natury, bo wyszedł na trasę w nie do końca długich spodniach. Kiedy już rozorał sobie wystarczająco golenie i ilość lejącej się krwi zaspokoiła jego dziwne żądze, wróciliśmy na właściwą ścieżkę i dogoniliśmy D. i K.
PK 2 był bezdyskusyjny, z trójką też się udało, a na czwórce wzięliśmy PS-a (a przynajmniej tak mówią wyniki). D. i K., którzy szli z nami, ale wpisywali niezależnie, wbili się we właściwy. Spryciarze!
Potem oni polecieli na piątkę, a my najpierw zlokalizowaliśmy szóstkę, a potem szybki marsz po piąteczkę. Na ósemkę znowu szliśmy razem. Dopasowywanie wycinków było coraz łatwiejsze, bo coraz mniej ich było do wyboru i gdyby nie dobijająca i osłabiająca pogoda, to w sumie byłby to relaksacyjny spacer. Na koniec zrobiliśmy jeszcze jedno przeszukanie terenu, żeby zlokalizować pierwszy punkt i faktycznie był, aczkolwiek niezupełnie tam gdzie poprzednio szukaliśmy. Pozostało jeszcze oszacować wzrost budowniczego trasy i tu się trochę machnęliśmy, ale takich dużych ludzi, to my często nie widujemy i nie mamy na nich miarki w oczach. Może gdyby leżał, to dałoby się dwukrokami zmierzyć ...
W czasie zmieściliśmy się spokojnie i nawet nie nabiliśmy nadmiarowych kilometrów. A może po prostu budowniczy podał długość trasy w kilometrach, a nie w milach, jak to niektórzy robią:-)
c. d. n.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Wakacyjne Serce z Lampionem
Komunikat techniczny "Serca z Lampionem" trochę nas zaniepokoił, bo trasy mające w sumie 10 kilometrów, my na ogół przechodzimy w 20 km. Po "Grillowaniu" jeszcze czuliśmy lekką ociężałość i zmęczenie niektórych mięśni. No, ale przecież nie powiemy, że nie pójdziemy, bo nas nogi bolą:-)
W drodze do Zalesia odebraliśmy telefon od Leśnego Dziada, że się mu Baba wykruszyła i czy może iść z nami.
Oczywista!
Zakładałam, że zaczniemy od długiego etapu, a po zmęczeniu będzie jeszcze tylko krótki do zrobienia, ale organizatorzy wysłali nas na odwrót. Niech im będzie! Pobraliśmy mapy i zaczęła się burza mózgów. Gapiliśmy się w te tytułowe bose stopy i każdy niby coś tam znajdywał istotnego, ale całości nie udawało się ogarnąć. Nie ma zmiłuj - trzeba było wszystko dokładnie rozrysować na kalce, bo ciąć map zabronili. Uprawialiśmy tę radosną twórczość na starcie chyba z pół godziny, w końcu ruszyliśmy.
Początek, jak to zwykle bywa, był łatwy. PK D, E, F wzięliśmy z marszu. Na PK F panowie mnie zostawili, bo "co będziesz chodzić, jak i tak musimy tu wrócić". No to pilnowałam lampionu, a oni zgarnęli T i G. Mało ekonomicznie wzięliśmy (już razem) L i W i całkiem bezsensownie poszliśmy w stronę B z przyległościami. W drodze na H. Dziad zorientował się, że nie ma okularów. No jak można zgubić okulary?? Przeciwsłoneczne, to rozumiem, ale zwykłe??? Wobec takiego obrotu sytuacji, Dziad wrócił po śladach szukać zguby, a my poszliśmy namierzać kolejne punkty.
Temperatura i duchota rosły z każdą minutą i w połowie trasy byliśmy już udręczeni i wykończeni.
Szczytowym osiągnięciem było półgodzinne poszukiwanie PK A, w miejscu, w którym nigdy go nie było i być nie powinno. Nie wiedzieć dlaczego ubzdurało nam się, że duże palce małych stóp zamieniają się parami, a nie dowolnie. Ponieważ nie musieliśmy zbierać wszystkich punktów, usilnie namawialiśmy T. żeby zaprzestał poszukiwań, ale ambicja nie pozwalała mu na to. Skończył się nam limit czasu podstawowego, a my byliśmy w lesie. W końcu T. poddał się i zarządził bieg do następnego PK. Wobec biernego oporu mojego i Dziada, dalsze punkty zaliczaliśmy nadal tempem marszowym.
W końcu, metodą jak najmniej optymalnych przebiegów, zebraliśmy wymagane 16 PK i pozostały nam tylko zadania i dłuuugi powrót na metę. Ustalanie azymutu z wolna zaczynało grozić rozwodem, ale o dziwo, T. ustąpił i stanęło na moim. Teraz z drżeniem serca czekam na wyniki, bo jak schrzaniłam, to mnie zabije!
Na mecie czekało już ognisko i kiełbaski. Pieczenie kiełbasek w upalny dzień nie jest może najlepszą formą odpoczynku po etapie, ale przed czekającą nas, długą trasą, warto było się posilić.
GPS wykazał, że etap czterokilometrowy udało nam się przejść w ponad dziewięć kilometrów. Wizja kolejnego, tym razem sześciokilometrowego etapu, była przerażająca. Dziad wymiękł. Niby coś tam mówił, że musi wcześniej wrócić, że Baba czeka i jakieś tam wymówki, ale ja tam swoje wiem! :-) Stanęło na tym, że poszliśmy razem, ale na dwie karty, bo Dziad planował się odłączyć po kilku punktach.
Mapa, jaką otrzymaliśmy, wywołała mój głęboki wewnętrzny sprzeciw, jeszcze zanim zapoznałam się z treścią. Nawet po wyjęciu z plecaka lupy, nie bardzo widziałam, co tam się na niej dzieje. Początkowo za nic nie mogłam ogarnąć idei tego etapu. Rozmieszczenie wycinków "względem siebie jest jak w rzeczywistości" głosił opis, ale w żaden sposób do dzisiaj nie jestem w stanie w to uwierzyć. No, jak jest, kiedy nie jest??? Na szczęście wycinki miały części wspólne, a wynajdywanie części wspólnych to moja specjalność, więc na tym się skupiłam. Razem z Dziadem zaliczyliśmy PK 2, 4, 5, 6 i 3.To 3 było nam średnio po drodze, ale Dziad był bardzo przekonywujący, że właśnie tam powinniśmy pójść, bo po prostu tam planował się odłączyć:-)
Idąc tak przy tych jeziorach z zazdrością patrzyłam na kapiących się i plażujących ludzi i aż mnie korciło, żeby gdzieś tam zalec na trawce.
Kiedy Dziad pomaszerował w swoją stronę, przyjrzeliśmy się znowu dokładnie mapie i wyszło nam, że ... musimy wrócić na szóstkę, bo to punkt podwójny z ósemką. Zresztą okazało się, że jest więcej podwójniaków i trasa wcale nie musi być tak długa, jak przewidywaliśmy. Mapa pięknie poskładała nam się w sensowną całość i po kolejne punkty szliśmy jak po sznurku. Poprzedni etap i panująca temperatura dały mi się we znaki i tam, gdzie się dawało T. robił lotne wypady do lampionów, a ja szłam drogą na kolejne PK.
Pod koniec trasy otrzymałam od Dziada wiadomość, że wszystkie punkty, które zebraliśmy razem są w porządku i z tej radości, aż zgubiłam czapkę. W przeciwieństwie do "dziadowej" zguby, straty nie były warte powrotu, została więc gdzieś na przecince, koło PK 15/1. Może przy zbieraniu lampionów się znajdzie?
Mimo, że trasa nominalnie była dłuższa od poprzedniej, zrobiliśmy o jakieś pół kilometra mniej, ale oba etapy i tak dały strasznie dużo kilometrów.
Po powrocie ja już padłam i siedziałam w zupełnym otępieniu, T. zaś pożyczył rower i pojechał po kilka punktów do trino. Ten to jest nie do zdarcia! Jeszcze w drodze powrotnej do domu usiłowaliśmy samochodowo coś tam zgarnąć, ale nie wiedzieć czemu ciągle były bepeki! Ostatecznie jedno trino możemy mieć niekompletne.
Wiadomość z ostatniej chwili:
Będę żyć, bo azymut wyliczyłam z dokładnością do 1 stopnia!!!
W drodze do Zalesia odebraliśmy telefon od Leśnego Dziada, że się mu Baba wykruszyła i czy może iść z nami.
Oczywista!
Zakładałam, że zaczniemy od długiego etapu, a po zmęczeniu będzie jeszcze tylko krótki do zrobienia, ale organizatorzy wysłali nas na odwrót. Niech im będzie! Pobraliśmy mapy i zaczęła się burza mózgów. Gapiliśmy się w te tytułowe bose stopy i każdy niby coś tam znajdywał istotnego, ale całości nie udawało się ogarnąć. Nie ma zmiłuj - trzeba było wszystko dokładnie rozrysować na kalce, bo ciąć map zabronili. Uprawialiśmy tę radosną twórczość na starcie chyba z pół godziny, w końcu ruszyliśmy.
Początek, jak to zwykle bywa, był łatwy. PK D, E, F wzięliśmy z marszu. Na PK F panowie mnie zostawili, bo "co będziesz chodzić, jak i tak musimy tu wrócić". No to pilnowałam lampionu, a oni zgarnęli T i G. Mało ekonomicznie wzięliśmy (już razem) L i W i całkiem bezsensownie poszliśmy w stronę B z przyległościami. W drodze na H. Dziad zorientował się, że nie ma okularów. No jak można zgubić okulary?? Przeciwsłoneczne, to rozumiem, ale zwykłe??? Wobec takiego obrotu sytuacji, Dziad wrócił po śladach szukać zguby, a my poszliśmy namierzać kolejne punkty.
Temperatura i duchota rosły z każdą minutą i w połowie trasy byliśmy już udręczeni i wykończeni.
Szczytowym osiągnięciem było półgodzinne poszukiwanie PK A, w miejscu, w którym nigdy go nie było i być nie powinno. Nie wiedzieć dlaczego ubzdurało nam się, że duże palce małych stóp zamieniają się parami, a nie dowolnie. Ponieważ nie musieliśmy zbierać wszystkich punktów, usilnie namawialiśmy T. żeby zaprzestał poszukiwań, ale ambicja nie pozwalała mu na to. Skończył się nam limit czasu podstawowego, a my byliśmy w lesie. W końcu T. poddał się i zarządził bieg do następnego PK. Wobec biernego oporu mojego i Dziada, dalsze punkty zaliczaliśmy nadal tempem marszowym.
W końcu, metodą jak najmniej optymalnych przebiegów, zebraliśmy wymagane 16 PK i pozostały nam tylko zadania i dłuuugi powrót na metę. Ustalanie azymutu z wolna zaczynało grozić rozwodem, ale o dziwo, T. ustąpił i stanęło na moim. Teraz z drżeniem serca czekam na wyniki, bo jak schrzaniłam, to mnie zabije!
Na mecie czekało już ognisko i kiełbaski. Pieczenie kiełbasek w upalny dzień nie jest może najlepszą formą odpoczynku po etapie, ale przed czekającą nas, długą trasą, warto było się posilić.
GPS wykazał, że etap czterokilometrowy udało nam się przejść w ponad dziewięć kilometrów. Wizja kolejnego, tym razem sześciokilometrowego etapu, była przerażająca. Dziad wymiękł. Niby coś tam mówił, że musi wcześniej wrócić, że Baba czeka i jakieś tam wymówki, ale ja tam swoje wiem! :-) Stanęło na tym, że poszliśmy razem, ale na dwie karty, bo Dziad planował się odłączyć po kilku punktach.
Mapa, jaką otrzymaliśmy, wywołała mój głęboki wewnętrzny sprzeciw, jeszcze zanim zapoznałam się z treścią. Nawet po wyjęciu z plecaka lupy, nie bardzo widziałam, co tam się na niej dzieje. Początkowo za nic nie mogłam ogarnąć idei tego etapu. Rozmieszczenie wycinków "względem siebie jest jak w rzeczywistości" głosił opis, ale w żaden sposób do dzisiaj nie jestem w stanie w to uwierzyć. No, jak jest, kiedy nie jest??? Na szczęście wycinki miały części wspólne, a wynajdywanie części wspólnych to moja specjalność, więc na tym się skupiłam. Razem z Dziadem zaliczyliśmy PK 2, 4, 5, 6 i 3.To 3 było nam średnio po drodze, ale Dziad był bardzo przekonywujący, że właśnie tam powinniśmy pójść, bo po prostu tam planował się odłączyć:-)
Idąc tak przy tych jeziorach z zazdrością patrzyłam na kapiących się i plażujących ludzi i aż mnie korciło, żeby gdzieś tam zalec na trawce.
Kiedy Dziad pomaszerował w swoją stronę, przyjrzeliśmy się znowu dokładnie mapie i wyszło nam, że ... musimy wrócić na szóstkę, bo to punkt podwójny z ósemką. Zresztą okazało się, że jest więcej podwójniaków i trasa wcale nie musi być tak długa, jak przewidywaliśmy. Mapa pięknie poskładała nam się w sensowną całość i po kolejne punkty szliśmy jak po sznurku. Poprzedni etap i panująca temperatura dały mi się we znaki i tam, gdzie się dawało T. robił lotne wypady do lampionów, a ja szłam drogą na kolejne PK.
Pod koniec trasy otrzymałam od Dziada wiadomość, że wszystkie punkty, które zebraliśmy razem są w porządku i z tej radości, aż zgubiłam czapkę. W przeciwieństwie do "dziadowej" zguby, straty nie były warte powrotu, została więc gdzieś na przecince, koło PK 15/1. Może przy zbieraniu lampionów się znajdzie?
Mimo, że trasa nominalnie była dłuższa od poprzedniej, zrobiliśmy o jakieś pół kilometra mniej, ale oba etapy i tak dały strasznie dużo kilometrów.
Po powrocie ja już padłam i siedziałam w zupełnym otępieniu, T. zaś pożyczył rower i pojechał po kilka punktów do trino. Ten to jest nie do zdarcia! Jeszcze w drodze powrotnej do domu usiłowaliśmy samochodowo coś tam zgarnąć, ale nie wiedzieć czemu ciągle były bepeki! Ostatecznie jedno trino możemy mieć niekompletne.
Rozgryzamy nasz pierwszy etap.
Wiadomość z ostatniej chwili:
Będę żyć, bo azymut wyliczyłam z dokładnością do 1 stopnia!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

