sobota, 30 maja 2026

Jaga-Kora X i 100km w nogach

Maj oznacza wyjazd w Beskid Niski i błąkanie się po górach na trasach Ultramartonu Jaga-Kora. To taka świecka tradycja, która właśnie obchodzi u mnie dziewiąte urodziny. Dziewiąte, bo gdybym był na pierwszej edycji tego wydarzenia, byłyby to urodziny dziesiąte.

Na Jadze-Korze zaczynałem od trasy Kurier (40km), która startował z Moszczańca, potem próbowałem różnych wariantów  40, 42, 46, 70 i 100km. Te 100km (czyli Orzeł) to próbowałem dwa razy i dwa razy nie ukończyłem. Pierwszy raz – chciałem za szybko i zszedłem po 66-tym km z powodu kontuzji kolana. Drugi raz trwało to krócej - tylko 33 km, ale tu wystartowałem już z zapaleniem rozcięgna i było to do przewidzenia.

Zostało mi policzyć się z setką, tym bardziej, że organizator zapowiedział, że na X edycji Jagi-Kory 100-kilometrowy Orzeł będzie rozgrywany po raz ostatni. W bonusie nie wydłużył trasy co do km, ale „dorzucił” górę Cergową. Cergowa to góra bardzo widowiskowa – każdy kto jechał przez Duklę, na pewno zwrócił na nią uwagę – góruje nad miastem niczym Giewont nad Zakopanem, a jej stromość nie pasuje do łagodnych stoków Beskidu Niskiego – przypomina jakieś urwiska, pionowe skalne ściany….

Wycieczka szlakiem kurierskim Jaga-Kora

Jak zwykle z Renatą przyjechaliśmy w Beskid Niski tydzień wcześniej. Już od wielu lat pomagamy w organizacji imprezy – znakujemy trasę, Renata obsługuje sekretariat i robi hałas w Chałupie Elektryków. Co do znakowania trasy – to na jednej z tegorocznych relacji po imprezie przeczytałem pozytywne zdziwienie jakiejś uczestniczki, że to pierwszy bieg górski, gdzie oznaczenia nie tylko dobrze prowadzą, ale wręcz pokazują jak ominąć co większe kałuże!
Zbocza Jawornika - to będzie końcówka trasy biegu

W tym roku znakowaliśmy dłuższy odcinek niż zwykle, ale było nas więcej – oprócz nas były jeszcze dwie Stowarzyszone klubowiczki, które także załapały bakcyla wolontariatu. Był także czas, by przebiec Parkrun w Rymanowie-Zdroju, znalazł się czas by z Barbarą przebiec próbnie nowy nocny odcinek: z Rymanowa przez Cergową do Dukli, trochę poszwendać się po górach, zrobić alternatywne Strasznie Fajne Marszobiegi;-)

Bania Szklarska - rok temu przebiegała tędy trasa 17km

Sobotni parkrun - deszczowy i kameralny

Mokro to i salamandry wyszły na spacer
Cergowa w tle. Będziemy ją zdobywali o świcie w czasie biegu

Podbieg na szczyt Cergowej - pola czosnku niedźwiedziego

 
Najwyższy wodospad w Beskidzie Niskim- Wisłoczek

Cerkwisko na zbiegu z Wołtuszowej to będzie końcówka trasy biegu

Słynne Beskidzie Błoto (SBB) do biegu zdąży podeschnąć

Jak w góry to tylko z reklamówką:-) (znaleziona po drodze zbierałem do niej śmieci ze szlaku)

Znakowanie

Gdy znakowaliśmy ślady niedźwiedzia były na trasie

Znakowanie - gdzieś nad Wisłoczkiem

Znakowanie - Polany Surowiczne

Znakowanie - potok Surowiczny

Góra Polańska

Znakowanie - Niedaleko Jawornika

Znakowanie - nie tylko taśmami;-)

Nadszedł piątek. Zaczęła się praca w sekretariacie. Nasza Klubowa ekipa rozrosła się do 6-ciu osób. Klubowo – wypożyczyliśmy buty. A bo czemu nie - skoro można? Jakieś najnowsze modele ASICS – Trabucco 14, czy jakoś tak. Wypożyczyliśmy dwie pary na 100 km i dwie pary na bieg 42km. Testowanie butów na biegach górskich ostatnio jest popularne. Zwykle na buty rzucają się ludzie biegający krótsze dystanse, ale dwa lata temu pożyczyłem buty na 40 km i dały radę! Zakładałem, że pewno zmienię je po nocy (nocny odcinek ma więcej błota).

Numery startowe odebrane - mi trafił się "klubowy" numer 44
Buty wypożyczone różne wzory i kolory
Ania i Renata wydają pakiery w sekretariacie do północy


Chwila odpoczynku i zaczynamy start o godzinie 00:01 z Jaślisk. 

 

Wywożą nas na start...

Na 100 km startuję ja i Barbara. Dojazd autokarem , przemówienia, odliczanie i biegniemy. Kawałek asfaltem, potem w drogę polną, powoli pod górę. Wszyscy biegną tempem parkrunowym. Czołówka to pewno poniżej 4m/km. W pewnym momencie mówię „dość”. Zostało jeszcze 99 km, podbieg coraz stromszy – muszę mieć siły na te kilometry. Przechodzę do marszu, by wyrównać oddech. Coraz więcej osób  zwalnia. Początek to zawsze robi się „w  tłumie” - widzisz światełka przed sobą, za sobą. Co chwila słychać niecenzuralne słowa, jak ktoś wpadnie w jakieś błoto lub zaplącze się w leżące na ziemi gałęzie. Ja gdzieś przed Ostrą także mam bliski kontakt z podłożem – efekt: krwawy ślad na kolanach i na dłoni. Na szczęście po ciemku nie widać, czy zostawiam krwawe ślady za sobą;-)



Nocka idzie dobrze. Nie rozpędzam się, bo ile razy można rozbijać kolana? Dopiero gdy jestem w Stasianie przypominam sobie, że punkt żywieniowy będzie za Piotrusiem, ale temperatura jest w sam raz i picie tak bardzo nie schodzi z camelbaka.

Wreszcie punkt żywieniowy i ruszamy na Cergową. Na szczycie zaczyna się rozjaśniać. Bardzo niefajny zbieg z Cergowej – jeszcze jest ciemno, więc mało widać, bardzo stromo, korzenie…. Nikt tu nie zbiega – wszyscy trzymając się pazurami ziemi ostrożnie pełzną w dół. Dobrze że wcześniej przebiegłem ten kawałek – widziałem czego się spodziewać.

Przymiarki i wschód słońca


Za Cergową poluje na nas fotograf. To tradycyjne miejsca i czas. Kulminacją dla pracy fotografa są Przymiarki, gdzie słońce już jest wyraźnie na horyzontem. Szkoda, że nie ma morza mgieł - ale dla samego biegania to i lepiej – jest w miarę sucho i błoto nie lepi się do butów.

Rymanów Zdrój - 33km

Rymanów – czas dobry. Miałem biec z Barbarą, ale ta wyrwała na początku (tam gdzie ja przeszedłem do marszu) i pewno jest ze 20 minut przede mną. Szybki przepak i ruszam dalej. Nie zmieniam butów – te wypożyczone sprawują się całkiem dobrze. Wiem, że ASISCy nie lubią błota – mają wtedy zerową przyczepność, ale jest w miarę sucho, więc nie jest to problemem. Dobrze amortyzują – człowiek czuje się trochę jak w kapciach (wypożyczyłem model większy o pół rozmiaru – może dlatego). Podeszwa jest dość gruba i zapiętki nie trzymają dobrze, więc na nierównym noga jest mocno niestabilna – ale najgorsze było w  nocy – dzienny odcinek jest równiejszy i w dzień lepiej widać gdzie można postawić bezpiecznie nogę.

Wyruszam z przepaku w towarzystwie Kasi. 

Głębokie
Podbiegamy sobie tak razem do punktu żywieniowego w Puławach. Pogoda – aż za fajna. Zaczyna się robić ciepło. 

Nad Puławami
Wkraczam na odcinek, który znakowałem. Po zbiegu do Darowa zacznie się to, czego nie znoszę. Płaski (prawie płaski) asfalt. Jest to kilometr 50+. Na tym etapie biega mi się ciężko. W dół – jakoś idzie, ale po płaskim bieg nie jest szybszy niż szybki marsz z kijami. Pod górę, nawet malutką znacznie szybciej się idzie niż biegnie… a biegniemy w kierunku głównego wododziału, więc w efekcie jest zawsze „pod górę”.

Punkt żywieniowy w Moszczańcu. Przede mną najdłuższy fragment trasy bez punktów żywieniowych. I w największym upale. Jednolite monotonne podejście na Kanasiówke. Prawie 6 km ciągle pod górę. I akurat zaczyna mnie męczyć układ trawienny – wczorajsza kolacja, która powoli dociera do końca swojej długiej drogi w człowieku….

Zbieg w kierunku Woli Wyżnej i znowu asfalt. Może asfalt to za dużo powiedziane, ale coś co kiedyś było asfaltem – małe górki i dołki i tak dobre naście kilometrów w pełnym słońcu. Nogi do biegu nie niosą. Męczarnia…

Wreszcie po 80-tym kilometrze „chopek” i droga do Chałupy. Niby znowu asfalt, ale tylko 4 km, sporo w dół i z daleka słychać bębnienie Renaty;-)
80 km to takie miejsce selekcji. Doganiam i przeganiam dziewczynę, która wyprzedzała mnie na 30-tym kilometrze, biegnąć niczym łania. Teraz idzie powłócząc nogami i mówi, że schodzi z trasy w Chałupie. Próbuję ją namówić, by biegła dalej, ale stawia opór.

Ekipa Chałupowa

Tak na punkcie bawiła się Renata

W chałupie Renata i kociołek. Mało jem biegając, ale ten kociołek postawił mnie na nogi.

A tak wyglądałem ja po ponad 80-ciu kilometrach

Polańska – taki morderczy akcent na koniec. Najstromsze i jedno  z największych podejść na trasie. Kogoś tu doganiam, ktoś dogania mnie, robi się mały tramwaj na podejściu. Na zbiegu wyrywam do przodu. O dziwo, do tej pory żadnych skurczy zmęczeniowych, a  być powinny, bo wszystkie zbiegi robiłem asekuracyjnie, co strasznie męczy czwórki. A tu nic. Dobrze znam trasę, wiem ile do mety, po prostu wiem, że mogę przyspieszyć.

Raczej to ja wyprzedzam, niż mnie wyprzedzają. Wołtuszowa. Ostatni zbieg. Wyprzedzam dziewczynę, z którą mijałem się przez całą trasę. Stosowała ona dziwną technikę: na każdym punkcie żywieniowym czekał na nią suport: masaż, zmiana butów, itp. Taki full wypas. Spędzała tam więcej czasu niż inni, a potem wybiegała i bardzo szybko wszystkich wyprzedzała. Tu już niestety dopadł ją dystans i ledwo idzie, choć do mety ze dwa kilometry. I zauważam, że ma przy pasie taką papierową czapeczkę urodzinową. Okazuje się, że ma urodziny – życzę jej wszystkiego najlepszego i lecę na metę.

Uff meta i blacha za przebiegnięcie 100km
Nikogo w zasięgu wzroku, więc się nie ścigam. Na mecie czekają Barbara i Ania. Barbara przybiegła dłuższą chwilę wcześniej – analiza międzyczasów pokaże później, że na ostatnim odcinku sporo do niej odrobiłem. Niestety, na mecie akurat nie ma firmowego fotografa, Renata jeszcze nie wróciła z Chałupy - więc nie mam zdjęcia jak wbiegam na metę;-) Ale setka odczarowana.


Jestem drugi w swojej kategorii wiekowej. Patrzę na międzyczasy – do zwycięstwa zabrakło mi 5 minut! W chałupie do zwycięzcy traciłem ponad 45 minut! Jeden szybszy zbieg i bym zwyciężył….

Jeszcze podium i będzie można odpocząć;-)

Szybki obiad i wskakuję na podium, bo akurat jest dekoracja długich dystansów.
Szkoda, że za rok ma nie być setki… tylko jakieś sprinterskie dystanse rzędu 50 km…. 

Buty z wypożyczalni - dały rade na 100km. Pęcherzyk wyszedł dzień później ale taki niegroźny;-) 
Buty - polecam - wygodne niczym domowe bambosze;-)


środa, 20 maja 2026

Pre MP Long tuż pod domem

Trening w Zielonce, więc wstyd na nim nie być. Renata była w tym czasie na wyjeździe, ale w zastępstwie poszła Agata. Planowałem w ramach rozgrzewki dobiec z domu, ale po 600 m Agata odmówiła współpracy i musieliśmy przejść do marszu. 

Na odcinku od stacji PKP do pomnika Harcerzy z naprzeciwka minął nas jeden z organizatorów z naręczem lampionów w rękach. Czyli start będzie opóźniony, bo lampiony jeszcze się wieszają. I rzeczywiście tak się okazało, gdy dotarliśmy do bazy. 

Chwila oczekiwania i ruszyliśmy w las. Ja i Agata mieliśmy ten sam pierwszy PK. Dobieg asfaltem i wbicie się w mniej przyjemny w tej okolicy las. Ciężko się zgubić we „własnym lesie”, więc poszło bez problemów. Tu się rozdzieliliśmy – ja ruszyłem na północ, Agata na południe. 

Wariant drogowy – jest on szybszy niż przedzieranie się przez niezbyt przyjazny w tej okolicy las. Dobiegłem do właściwiej drogi, skręciłem w lewo i zaraz jeszcze raz w lewo, by dobiec do lampionu. Po chwili miałem odbić w prawo, by trafić we właściwe miejsce. Droga się rozdzieliła, odbiłem w prawo, biegnę odpowiedni dystans, jest po prawej obniżenie, ale lampionu nie widać. Jako że jest to świeże pogorzelisko sprzed kilku dni gdzie spłonęło poszycie, widoczność jest dobra i ciężko lampion przeoczyć. Kręcę się tu i tam zdezorientowany. Zdesperowany ruszam w kierunku górki by stamtąd się namierzyć i… znajduję lampion. Jak się okazuje przegapiłem to ostatnie odgałęzienie w prawo, nie kontrolowałem kierunku kompasem i szukałem lampionu zadecydowanie za daleko na południe przy innej ścieżce… 

Moje błądzenie na PK2

Ruszam dalej, po drodze ratuję Mariusza, który się co nieco zagubił. Docieram do przejścia pod wiaduktem. I tu wita mnie dym. Gdzieś pali się las. Dym szybko się rozwiewa i ciężko powiedzieć gdzie się pali. 

Biegnę do PK 5 trasą gdzie nieraz ćwiczę podbiegi Granią Misia, droga dziwne rozjeżdżona ciężkim sprzętem. Z górki dostrzegam migające światełka wozów straży pożarnej – gdzieś w okolicy PK 6. Na razie lecę na PK 5 - dołek w środku niczego. Znajduję go bezbłędnie i wracam na Grań Misia. Lekko obiegam teren okupowany przez strażaków i znajduje lampion PK 6. Jest cały, to nie on się pali! Wracam także naokoło na grzbiet wydmy. Na wydmie czeka na mnie łoś. Biedactwo wypłoszone pożarem ze swojej ostoi na torfowisku Natura 2000. Łoś swojski, stoi spokojnie o metr od ścieżki – biegnę sobie dalej do PK 7. 

Dalej idzie bez większych przygód. Wracam do lasu bardziej przebieżnego. Odkrywam jedną ścieżkę, która mi zniknęła z mapy. W oddali widzę jakiegoś rywal i staram się go dogonić. Okazuje się, że to Michał. Ścigamy się do ostatniego PK. Przeganiam go na dobiegu do mety. 

Zaliczone dłuższe wybieganie – jeszcze powrót do domu – w sumie ok 14 km. Po drodze do domu jeszcze bliskie spotkanie z dzikiem – zwierz chrumknął i odbiegł w krzaki. Widział, że go nie ścigam, to pasł się dalej spokojnie. 


 

 

sobota, 16 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 3, czyli nuda, bo wszystko idzie dobrze.

Trzeci etap rozgrywany był w tych samych okolicach co drugi i miał idealną dla mnie długość - 3 km. Niestety, po zawaleniu dwóch pierwszych etapów motywacja z lekka mi spadła, bo co bym nie zrobiła, to i tak nie łapałam się już do klasyfikacji generalnej. Stwierdziłam więc, że po prostu będę cieszyć się biegiem, nie wymagając od siebie zbyt wiele. 

W bazie zawodów.

Tym razem Tomek startował duużo wcześniej niż ja, więc nawet na start nie szliśmy razem. Nie dość tego, to jeszcze startowałam jako ostatnia z mojej kategorii. Taka kompletna sirota. Trochę bałam się, że bez przypominajki zapomnę włączyć zegarek, ale jakoś udało mi się pamiętać. Za to zapomniałam opiśnika i musiałam użyć taśmy klejącej, co wiąże się z przymusową depilacją. Z pozytywów (żeby nie było, że tylko marudzę) -  znalazłam się na fotce z boksu startowego, bo organizatorzy coś tam cykali. 
 
Zaraz startuję.
 
Zaczęłam dobrze - najpierw mała górka z PK 1, potem drzewo na skraju terenu otwartego, czyli łatwa dwójka. Od dwójki mogłam odbiec mądrzej - na otwarte zamiast w gęstwinę, ale jak się z tej gęstwinki już wydobyłam, to dalej poszło dobrze. Gdzieś przed czwórką wypatrzyłam przed sobą Ulę. Trochę mnie to zdziwiło, bo powinna być przynajmniej ze dwa punkty dalej i nawet przez moment cieszyłam się, że to ja taka szybka jestem. No, nie jestem - to Ula miała problemy nawigacyjne i po czwórce rączo wyrwała do przodu. Jeszcze mignęła mi przed piątką, co mnie totalnie zmyliło w poszukiwaniach, bo zamiast pójść na kompas, to poszłam "na Ulę". Dodatkowo nie zauważyłam na mapie, że rów ciągnie się dalej i koniecznie chciałam znaleźć lampion na jego końcu, zamiast bardziej na południe. Chwilę straciłam na tym punkcie, ale trudno.
 
Z piątką wyszło tak średnio.
 
Za to do szóstki pobiegłam po kresce. Kolejne punkciory szły równie dobrze jak szóstka, mimo że jakoś szczególnie się nie starałam - ot, tyle żeby się nie zgubić za bardzo. I z tym bieganiem to też raczej nie przesadzałam, w końcu obiecywałam sobie przed startem, że będzie na luzie. Ale przed metą troszkę się sprężyłam, bo Tomek tak dopingował i uwieczniał, że szkoda było nie biec.
 
Meta.

W efekcie padłam i nie miałam siły wstać. A tu z mety jeszcze trzeba było podejść kawałek do bazy.

Nie wstanę.

W bazie zaś przebieg trzeba było przedyskutować w zaprzyjaźnionym gronie i zobaczyć jak która biegła.

A ja pobiegłam tędy...

Ponieważ Tomek w generalce załapał się na podium, musieliśmy zostać do końca zawodów, żeby mógł odebrać medal. Srebrny medal.
 
Tomek na "podium".
 

Moja trasa.

środa, 13 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 2, czyli "co ja to ostatnio podbiłam?"

Drugi dzień GPM odbywał się już w lesie - klasyk z 25 punktami na dystansie 4,7 km. Oczywiście dotyczy mojej kategorii. Z jednej strony super, że na łonie natury, ale z drugiej las daje jednak wyższą szansę popełnienia różnorakich głupot. Nie żebym planowała, zdecydowanie wystarczył mi wyczyn pierwszego dnia.
Tym razem startowaliśmy z Tomkiem w odstępie kilku minut, więc i na metę spodziewaliśmy się przybyć w zbliżonym czasie. Tymczasem oczekując na rozpoczęcie etapu robiliśmy głupie miny do obiektywu:-)
 
Czekanie wyzwala dziwne zachowania.

Na sam start trzeba było kawałek podejść, więc od razu była rozgrzewka, bo taką normalną to się można za bardzo zmęczyć, więc nie robię.
 
W boksie startowym.

Pierwsze punkty rozłożone były na obrzeżach wielkiej łąki, czy tam nieużytków (a może i użytków), więc nie dało się zabłądzić, bo wszystko było widać na przestrzał.
Czwórka, piątka, szóstka i siódemka to karpy, których w lesie było zatrzęsienie, ale jakoś udało mi się od razu trafiać na właściwe. Kolejne punkty to charakterystyczne drzewa, znowu przebieg przez łąkę i kolejne kilka karp. Gdzieś po drodze spotkałam Dorotę i żeby dotrzymać jej kroku (co gwarantowało lepszy wynik) gnałam jak szalona, choć niekoniecznie tymi samymi wariantami. W okolicach PK 9 i PK 10  swoim sokolim wzrokiem wypatrzył mnie Tomek, ale nie miałam czasu zatrzymywać się na sesję zdjęciową:-)
 
Koło PK 9

 

I okolice PK 10.

Do PK 17 szło świetnie - biegło mi się dobrze, jak na moje możliwości dość szybko, niemal bezbłędnie, głownie na azymut. A po siedemnastce nastąpił dramat. Odbiegłam od punktu i w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie pamiętam ani z jakiego punktu biegnę, ani na jaki. Totalna pustka w głowie. Coś mi tam kołatał się kod 80, co wskazywałoby na dziewiętnastkę, ale dlaczego? W końcu wypatrzyłam Dorotę, a ponieważ jeszcze chwilę temu razem podbijałyśmy jakiś punkt, miałam nadzieję, że podpowie mi, co powinnam teraz brać. Dorota stwierdziła, że ostatnio brała osiemnastkę i nawet pokazała mi ją, bo lampion stał stosunkowo niedaleko przy drodze, a teraz szuka dziewiętnastki.  W mojej głowie zabrzmiało to jak: brałaś osiemnastkę, idź z Dorotą na dziewiętnastkę. A przy tym wszystkim miałam świadomość, że pokazywanego punku wcale, ale to wcale nie podbijałam. Ale ten kod 80 jakoś tak mnie wabił. W końcu podbiłyśmy dziewiętnastkę i pognały dalej.

Ale gdzie ja jestem?

Kolejne punkty wpadały łatwo i szybko, choć im bliżej mety tym dalej zostawałam w tyle za Dorotą. Ale i tak miałam poczucie odwalenia solidnej roboty. Dumna z siebie wzięłam do ręki wydruk z wynikiem i... wszystko zdechło. Jak wół widniało, że jednak nie podbiłam PK 18 i w związku z tym mam nkl-kę.

Na dobiegu dałam z siebie wszystko.

Teraz z nostalgią wspominam czasy kart startowych i perforatorów, gdzie w każdej chwili można było sobie sprawdzić, gdzie już się było, a gdzie nie. Najwyższy czas wymyślić takie czipy, które będą pokazywały jakie punkty ma się już podbite. Ludzie latają w kosmos, a takiej prostej rzeczy nie da się skonstruować???? A może już są takie, tylko ja nie wiem? Dajcie znać jeśli ktoś widział coś takiego.

Cała długa trasa.
 

piątek, 8 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 1, czyli jak odróżnić jedynkę od dwójki.

Podczas gdy Tomek przygotowywał się do Grand Prix Mazowsza, ja nie robiłam nic. To znaczy nic w zakresie BnO, bo ogólnie to miałam zajęć po kokardę. Uznałam, że jakoś to będzie, a nawet jak będzie źle, to w regulaminie nie znalazłam jakichś sankcji na to.
Pierwszy bieg trzydniówki to sprint na Muranowie. Super. Lubię biegać po mieście, więc cała nastawiona byłam pozytywnie. Do tego piątek był pięknym, słonecznym i ciepłym dniem, to czego chcieć więcej.
 
 Przy namiocie startowym
 
Czekamy na nasze minuty startowe

W tym etapie ja startowałam pierwsza, Tomek jakieś pół godziny po mnie, czyli miałam szansę wrócić zanim on ruszy.
 
 Start

Wystartowałam, obejrzałam mapę, nawet szybko znalazłam trójkąt startowy i pobiegłam tam, gdzie wszyscy wcześniej skręcali. Obiegłam blok, jakiś budynek, wyleciałam na skwerek i dopadłam lampionu. Już miałam podbijać, ale z przyzwyczajenia zerknęłam na kod. Co u licha? Kod mi się nie zgadza! Obejrzałam mapę, teren - wszystko ok, tylko ten kod. Stanęłam ogłupiała nie wiedząc co robić. Dopiero po chwili gapienia się na mapę dotarło do mnie, że dwójkę wzięłam za jedynkę, więc kod nie miał prawa się zgodzić. Jedynka widniała na mapie tuż obok. Niemal na wyciągnięcie ręki. I co z tego, skoro w totalnym zaćmieniu nie wiedziałam, w którą stronę wyciągnąć tę rękę. Zaczęłam nerwowo i całkowicie bezmyślnie obiegać skwerek, coraz bardziej chaotycznie i bezsensownie. Drugiego lampionu nigdzie nie było. Kiedy już się trochę wyeksploatowałam ruchowo wpadłam na genialny pomysł, żeby użyć kompasu, skoro z rozumem mi nie wychodzi. Kompas wskazał na gęsty żywopłot rosnący tuż obok, a schowany w gąszczu lampion znalazłam już sama. Cała operacja od startu do podbicia jedynki zajęła mi prawie 7 minut. Czas zwycięzcy w mojej kategorii wynosił  13.15. 
 
Najtrudniejszy pierwszy krok...

Skoro po pierwszym punkcie miałam już pozamiatane, to w zasadzie było wszystko jedno jak pobiegnę dalej. Ograniczyłam się więc biegowo, za to starałam się przynajmniej dobrze czytać mapę, żeby na jednym etapie nie zrobić dwóch głupot, bo wtedy to już byłoby mi wstyd pojawić się na kolejnych etapach. W sumie to i tak było. Na szczęście do wszystkich kolejnych punktów trafiłam bezproblemowo, aczkolwiek niektóre przebiegi mogłam zrobić bardziej optymalne. Przynajmniej takie mam wrażenie oglądając swój ślad.
Ponieważ na trasie byłam znacznie dłużej niż przewidywałam, na mecie nie zastałam już Tomka, bo pomaszerował na start. Za to upolowałam go jak kończył swój bieg. 
 
Tomek na mecie
 
Ten to przynajmniej się postarał i zajął drugie miejsce w swojej kategorii. 
Cóż, zostały mi jeszcze dwa etapy, żeby się zrehabilitować. No bo przecież gorzej to już chyba nie będzie?
 
Cała trasa.

środa, 6 maja 2026

Czas zacząć majówkę czyli trening w Wesołej

W piątek 1 maja rusza Grand Prix Mazowsza. Ale rusza dopiero biegiem popołudniowym, więc z rana, aby wyrobić kilometraż, należy pobiegać;-) Trening w Wesołej na znanej, choć ostatnio mniej bieganej mapie Groszówka. 

Takie logo zachęcało uczestników do biegu

Przyjeżdżam sobie wcześniej na miejsce startu- miały być to znane wiaty przy UM Wesoła, ale coś tych wiat nie widać. Z auta dostrzegam samotną znajomą postać rozglądającą się po zagajniku, gdzie wiaty kiedyś stały. Na parkingu dzwoni telefon – Ania (którą widziałem przed chwilą) dzwoni lekko zrozpaczona, czy już wyjechałem z domu i czy nie mogę zabrać stolika. No cóż, skoro już dojechałem, to ciężko zabrać stolik. Ale ratuję organizatorkę składanym krzesełkiem, które wożę w bagażniku;-) 

Wkrótce wraca z lasu Barbara, która stawiała ostatnie lampiony dla trasy długiej i można ruszać. W lesie sucho. Bardzo sucho. Pod butami trzask łamanych suchych patyków. Przy PK 1 doganiam ekipę z trasy rodzinnej, co pierwszy raz są na BnO. Krótki instruktaż jak się podbija kartę startową przy pomocy perforatora, jak używać kompasu i ruszam dalej. 

Nie przemęczając się (mam na uwadze popołudniowy sprint) drogami lecę na PK 2, 3, 4. Teren znany, więc błędów praktycznie nie ma. Przy PK 5 znowu spotykam ekipę z trasy rodzinnej. Już z daleka machają i krzyczą, że wszystko już wiedzą i przećwiczyli przy znajdywaniu kolejnych lampionów. 

PK 6 na zboczu górki. Górki bardzo mało przebieżnej – taki wyrosły już młodnik, gdzie część zbyt gęsto posadzonych sosen wyschła lub została ścięta i leży sobie pomiędzy tymi, co dalej rosną. Chwilę szukam lampionu – jest gdzie indziej, niż się spodziewałem. 

Kolejne PK w znanych miejscach. Choć PK 8 jest sprytnie schowany w rowku pomiędzy dwoma kopczykami i chwilę go szukam. 

Dalej góra-dół-krzak-góra czyli typowa wydma w Wesołej. Za PK 11 spotykam biegnący z naprzeciwka tramwaj zawodników z trasy średniej. Przy PK 16 dogania mnie i przegania Marcin. Jako że biegłem pierwszy – dla potomności uwalniałem perforatory z uchwytu mocującego je do przewozu. Teoretycznie można dziurkować bez tej operacji, ale jest to niewygodne i można przedziurkować uchwyt. 

Ostatnie punkty to typowa „łydka”. Można biegać „na pamięć”. 

Wreszcie meta. Nie dawałem z siebie wszystkiego – więc wynik taki sobie, ale przynajmniej poranny rozruch zaliczony. Teraz pozostała chwila na regenerację i popołudniowy start w sprincie na Muranowie.

 


sobota, 25 kwietnia 2026

Jak nie zostałem Mistrzem Polski;-)

Zawsze wolałem dłuższe dystanse. W tym roku na Warsaw City Race najlepiej poszedł mi bieg najdłuższy. W zeszłym roku na MP Ultralongu także nie byłem ostatni. Dlatego z dużymi nadziejami zapisałem się na tegoroczne Mistrzostwa Polski w długodystansowym BnO. 

Zawody dość daleko -z moje perspektywy to  „pod Gdańskiem”, a tak dokładniej tuż obok Gniewu. Ale to taka odległość, że daje się wyjechać rano, pobiec i wrócić. 

Organizator – bliżej mi nieznany – ale fajnie jest odkrywać nowe tereny i budowniczych. 

Wyjechałem skoro świt. Forma taka sobie, bo dopadł mnie katar, ból głowy i inne takie. Z perspektywy czasu podejrzewam jakąś formę morderczego covidu… 

O godzinie 8:00 miało ruszyć biuro. O tej godzinie było nas dwoje uczestników przytupujących, by odebrać numery startowe, ale musieliśmy poczekać z pół godziny zanim centrum zawodów się ogarnęło. Ale czekających niewielu, więc nie ma sprawy – udało się. 

W centrum zawodów
W tym roku start masowy dla większości kategorii. Nie znoszę startu masowego. Bo zawsze biegnie się nie tam gdzie trzeba, nie za tym co trzeba, a ci co potrafią biegać w tramwaju (czyli na plecach upatrzonego zawodnika) zyskują, sami nie nawigując. Jeszcze rok temu w regulaminach BnO był zapis, że zawody mistrzowskie muszą być rozgrywane interwałowo lub w postaci OneManRelay. Zapis był, po cichu się zmył. Szkoda, że PZOS takie zmiany wprowadza po cichu, że na ich oficjalnej stronie brak jakichkolwiek sensownych informacji – pojawiają się tylko newsy typu „uścisk dłoni Prezesa i Nadleśniczego”, albo powołania do Kadry Narodowej. Nigdy nie widziałem np. komunikatu/uzasadnienia anulowania jakiegoś etapu w zawodach wysokiej rangi (zresztą na stronach zawodów także tego brakuje), czy choćby opracowania o trendach w zmianach regulaminowych. 

Wracając do zawodów – moja kategoria miała mieć start masowy z jakimiś tam motylkami. Znajomych sporo. Na podium raczej mam szanse iluzoryczne – jest co najmniej trójka (a pewno i więcej) ludzi biegających ode mnie o niebo szybciej i do tego bardzo dobrze nawigujących. Takich co kompas wyssali z mlekiem matki, a nie jak ja - uczący się nawigacji u schyłku żywota;-) Ale BnO to taka dyscyplina, gdzie zawsze można strzelić babola. A na długim dystansie jeszcze ważna jest kondycja na końcu – więc zawsze może zdarzyć się niespodzianka. 

Teren – niby blisko morza, a góry całkiem porządne. Komunikat techniczny mówił dla mojej kategorii o 10 km i 250 m w górę. 

Clear, check i na linie startu
Start tuż za wiaduktem nieczynnej kolejki. Na starcie zamieszanie, jedna z kategorii startu masowego o 10:00 musiała się dopominać o wpuszczenie do boksu, bo kierownik startu coś o nich zapomniał i chciał ich wystartować 20 minut później. 

Dostaliśmy mapy pod nogę, odliczanie i start. Mapa – płachta jak na byka – format A3. Ale dzięki temu dość wyraźna jak na nasze starcze oczy. 
Do pierwszego punktu tramwaj. Od razu pod górę, ale sporo drogą. Dopiero końcówka po nieużytku przypominającym łąkę. Od samego początku na plecach czułem oddech Józefa. Uparł się, że mnie będzie gonił… Strasznie stresująca sytuacja… 

Po PK 1 ciut się przeluźniło (czytaj zostałem z tyłu, bo nie lubię szybko biegać po krzakach). Na PK 2 chyba najdłuższy z przebiegów na mapie. Przedzieram się przez krzaki, zbiegam w dół i mam dylemat – biec po kresce przez dwie góry, czy drogą? Jednak szybciej będzie drogą. Skręcam w lewo i po kilkudziesięciu metrach wiem, że to pierwszy błąd. Drogą w lewo musiałem pokonać wzniesienie i zbiec, a w prawo, przy tej samej odległości byłoby tylko w dół lub po różnym. Ale nie ma sensu już wracać – biegnę i uciekam ile się dam Józefowi. 

PK 3 i PK 4 wchodzą dość dobrze – bez większego kluczenia. PK 4 to punkt węzłowy – pierwszy motylek. Ja biegnę w prawo, Józef w prawo. Wreszcie mogę spokojnie nawigować. 

Przed PK 9 znowu pojawia się Józek. Przecinamy drogę, teren odkryty, dół, lampion…. Tylko kod się nie zgadza! Konsternacja! Chwila zastanowienia i lecimy dalej - to był jakiś wcześniejszy „dół”. 

Lecimy do punktu węzłowego PK 4/10. Punkt ten to był wielki dół, z butelkami wody (taki punkt wodopojowy). Z daleka widzimy ludzi wbiegających w dół. Biegniemy i my: jest dół, butelki z wodą lampion. Podbijam i… konsternacja coś mi się kod nie zgadza. Chcę już pobiec dalej, gdy do lampionu dobiega Agnieszka. Agnieszka głośno zadaje pytanie jakiego kodu szukam. Sprawdzam na mapie - ma być 40, a na lampionie 74. Tyle że wszystko wygląda tak samo: dół, butelki z wodą… Burza mózgów, konsultacja z innymi i wiemy, gdzie jesteśmy. Ruszamy do właściwego dołka. Rzeczywiście wygląda tak samo. Mam wtedy wątpliwości czy za pierwszym przebiegiem przez ten lampion trafiłem na właściwy. Niby sprawdzam kody, ale kto by posądzał budowniczego o taką perfidię - tak upodobnić te dwa miejsca do siebie! 

Zwiedli mnie ludzie wbiegający do dołka, bo azymut miałem dobry

Biegnę dalej do kolejnego PK węzłowego. PK 12 za „trzema” górami. Znajduję przełączkę by się nie wspinać dodatkowo. Na lampion nie wchodzę czysto, szukam go najpierw na równoległej ścieżce 20 metrów poniżej punktu. Takie drobiazgi, brak dobrej techniki biegania po ternie nieprzebieżnym powoduje, że na takich przebiegach tracę do wyjadaczy. Na równej drodze i długim przebiegu jestem w stanie zyskać. Rok temu nadmorskie wydmy były idealnie przebieżne, stąd mój fajny wynik. Tu idzie troszkę gorzej. 

Przed PK 13 w zasięgu wzroku mam Tomka Pryjmę. Jak dobrze pójdzie, to go wyprzedzę przed metą. 

PK 15 – kolejny motylek i strome górki/dolinki o przewyższeniach rzędu 20 m. PK 16 wchodzi dobrze, biegnę na PK 17 – niewielki dołek w zielonym. Po chwili szukania znajduję lampion, ale znowu o innym kodzie. Niby też w jakimś dołku, ale takim bardziej „rozległym” . Konsternacja. Brnę dalej rozglądając się czujnie. Docieram do zbocza - w dole widzę lampion – to musi być PK 18. Sprawdzam kompas – azymut miałem dobry. Robię zwrot w tył i wpatrując się uważnie w igłę kompasu ruszam na poszukiwania właściwego dołka. Przechodzę obok lampionu, który znalazłem wcześniej. O! jest dołek z lampionem! To ten mój!. Widzę z niego ten lampion „stowarzyszony”. Tak na oko jest ze 30 m dalej… nie za blisko? Mój był całkowicie schowany w dołku, a tamten świeci niczym latania… 

Szukając PK 17 trafiłem na lampion stowarzyszony...
Wracam na PK 18 i kończę motylek na PK 15/19. Na poszukiwaniu tego dołka z PK 17 straciłem masę czasu (wydruk mówi, że z 5 minut na przebiegu czterominutowym). Czerwona koszulka Tomka zniknęła mi zupełnie z oczu…. 

Jeszcze raz zaliczam sławny dołek (PK 17/20) i zostają mi dwa ostatnie punkty. Znowu dłuższy przebieg, spora góra do pokonania i dobrze wydeptany zbieg w kierunku mety. Na dobiegu do ostatniego PK na uczestników poluje fotograf – staram się biec lekko i rączo, by dobrze wyjść na zdjęciu. 

Złapany przed metą
Na mecie wyprzedza mnie jeszcze jakaś „elitarna” biegaczka – muszę popracować nad szybkością (albo jakiś cudowny eliksir i odmłodnieć o  40 tat...;-) 


Na mecie wydruk i zupka. I oczywiście picie. Niby na trasie leżała woda przy punkcie węzłowym (PK 4/10), ale to był początek trasy i kto by tam pił. Szczególnie, że wydobycie butelki ze sterty/folii, odkręcenie itp. To czas… którego zawsze brakuje. Po PK 10 (czyli połowie trasy) nie było punktu wodopojowego „na przebiegu”. Były gdzieś z boku, umiejscowione dla nas bezsensownie. A w drugiej połowie trasy pragnienie więcej dokucza. Niby regulamin mówi o punktach nawadniania co 25 minut, ale kto by tam patrzył na takie rzeczy (ot choćby kontroler ze strony PZOS). Znając życie, to za rok w regulaminie te punkty nawadniania zanikną w ogóle;-) 

Na wydruku jestem czwarty….. hmm coś za dobrze! Potem dowiaduję się, że jestem czwarty - ale na moim wariancie trasy. Ogólnie jest o wiele gorzej. Gorzej niż zakładałem. Gdyby nie te dwie wpadki przy PK 10 i PK 17 miałbym analogiczny wynik jak rok temu… 

Wsiadam w auto i wracam do domu. Czekam na dokładne wyniki, by przeanalizować co i jak. Docieram do domu – wyników brak. Pojawiają się jakieś dyskusje o problemach w jakiejś kategorii. Ale na bieżąco na stronie z wynikami informacji brak. Tak naprawdę to do tej pory (czyli prawie dwa tygodnie po zawodach) nie ma wyników oficjalnych. Wyniki zbiorcze pojawiły się dwa dni po imprezie z adnotacją o unieważnieniu wyników kategorii K20. Oglądając film z relacji na żywo wywnioskowałem, że w tej kategorii części uczestniczek dano źle wydrukowane mapy – miały być dwustronne, ale na drugiej stronie było to samo co na pierwszej… Oczywiście żadnego oficjalnego komunikatu. Brak linków do fotorelacji (więc po co zatrudniali fotografów?) – wszystkiego trzeba szukać własnym sumptem. Rozumiem, że najważniejsze jest przygotowanie do imprezy i jej przeprowadzenie, ale impreza nie kończy się na mecie. Analizy, międzyczasy, zdjęcia czy choćby słowo wyjaśnienia, jak coś wyniknie nietypowego, by się przydały. Nie chodzi tylko o tę kategorię K20. W wynikach jest bardzo dużo MP. Pewno to takie punkty „stowarzyszone”. Sprawdziłem na mapie - o ile przy PK 10 ten stowarzysz był dość daleko, to w przypadku PK 17 w/g mapy stał na granicy 60 m. W regulaminie jest „powyżej 60 m”, ale tak wizualnie wydawało mi się, że lampion był bliżej… gdyby był ukryty… 

Po tych mistrzostwach pozostał mi niesmak odnośnie tego startu masowego, nawadniania i braku podsumowania zawodów w internecie. Brak tego, co obiecano w zakładce live np. GPS tracking. Pochwalę zupkę na mecie, bezpłatny parking, dobrą pracę biura i brak opóźnień na starcie. Teraz pozostaje mi czekać rok na kolejną szansę udowodnienia sobie, że jestem dobrym ultraorientalistą;-) 


 

 

czwartek, 9 kwietnia 2026

Do dwóch razy sztuka czyli trening u Aleksa

Dopadł mnie katar. Katar i przyległości z tym stanem związane. A wiecie, katar bywa co najmniej denerwujący. Najpierw dokuczył mi na tyle, że „na pamięć” pojechałem do Marek na trening we środę. Trochę się zdziwiłem, że polana postojowa jakaś taka pusta. Odgrzebałem komórkę, patrzę, a tu jak wół, że trening ma być nietypowo… w czwartek… 

W czwartek katar nie odpuszczał. Powiem wręcz, że wzbierał, pęczniał i coraz bardziej dokuczał. Tym razem na polanie w Markach samochodów było w bród. Pobrałem mapę i podreptałem do lasu. W lesie sucho jak pieprz. Jeszcze brak zieleni, więc bieganie po wyschniętym poszyciu jest takie sobie. Brak takiej typowej leśnej świeżości, która zwykle towarzyszy wyprawie do lasu. 

W tle górka ze startem
Start pod górkę, po piachu. Potem nieuporządkowanym lasem w kierunku PK 1. Zniosło mnie co nieco na lewo, ale lampion był widoczny z daleka, więc udało się trafić do punktu. Za to do PK 2 trafiam idealnie. 

PK 3 na górce. Niby liczyłem ścieżki poprzeczne i nie wiem jak przebiegłem tuż obok lampionu do następnej ścieżki. Chyba kurza ślepota… Albo ten katar rzucił mi się na spostrzegawczość. 

Do PK 4 i PK 5 idealnie po kresce, pomimo, że Alex coś tam z mapy powycinał. Tu muszę dodać, że w zasięgu wzroku pojawił się jakiś konkurent w widocznym z daleka seledynowym wdzianku. Nie lubię oddechu konkurencji na plecach, więc ustawiłem azymut i szybko ruszyłem na PK 6. Mapa była wycięta na tym przebiegu, ale PK miał być gdzieś obok drogi, więc pobiegłem drogą gubiąc konkurencję z zasięgu wzroku. Pojawiły się jakieś górki, powinna być żółciutka polanka i dołek. Szukam – nie ma. Dopiero po dłuższym błąkaniu się zauważyłem, że źle ustawiłem azymut… taka pomyłka o kąt prosty… Trzeba kawał wracać… 

Wstyd mi gdy patrzę na ten przebieg...
Dalej szło lepiej. Ale niezbyt szybko, bo ciężko jednocześnie biegać i dbać o drożność dróg oddechowych… 

Zamiast na PK 8 trafiłem najpierw na PK 10 – pamiętam, że kiedyś przy jakimś bieganiu na tej mapie miałem podobnie. Jakiś taki fragment mapy, którego nie lubię;-) 

Przy właściwym już dobiegu do PK 10 znowu pojawił się seledynowy konkurent. Widać także musiał się pogubić – i to całkiem nieźle, bo mi zeszło dobre 5 dodatkowych minut na szukaniu PK 6. 

Oczywiście w lesie coraz ciemniej, ale nie warto było wyjmować już czołówki z kieszeni. Kolejne PK, już bez takich atrakcji, to ściganie się z seledynowym. Wyprzedziłem go na dobiegu do przedostatniego PK 15 – wariant drogowy okazał się szybszy niż buszowanie na azymut. 

Na dobiegu do mety dołączył pędzący niczym rakieta Mateusz – solidarnie goniliśmy go niczym charty – nie uciekł daleko, że tak powiem i metę podbiliśmy wszyscy prawie razem. 

Uff trening zaliczony, choć tempo i samopoczucie niezbyt dobrze rokuje na MP w ultralongu, które czekają mnie już w niedzielę…