czwartek, 10 maja 2018

Zwykła pięćdziesiątka czy już rajd przygodowy?

Na trasie byliśmy już czwartą godzinę, a od startu byliśmy oddaleni zaledwie jakieś półtora kilometra. Nie wyglądało to zbyt dobrze, szczególnie, że po OS-ie zmęczona byłam bardziej niż po sześćdziesięciu kilometrach Jaszczura. Głupio mi było odmówić współpracy i wrócić do bazy, poza tym wiedziałam, że żałowałabym takiej decyzji do końca życia. Zawzięłam się więc w sobie i poszłam dalej.
Pierwszym naszym punktem z trasy normalnej był Zamek Bolczów. Jak wiadomo zamek musi być na górze - im wyżej, tym lepiej. No, to ten miał się całkiem dobrze. Trafić było łatwo, ale dotrzeć w dobrej kondycji - trudno. Do tego punktu mieliśmy rozświetlenie, które trochę utrudniało dotarcie do celu i lepiej było posługiwać się mapą główną. Na górze zastaliśmy pionowe skalne ściany i zero wejścia do miejsca gdzie powinien  stać lampion. Okazało się, że trzeba albo wejść pionowo w górę, albo oblecieć zamek dookoła. Wybraliśmy oczywiście drugą opcję, ale i tak na koniec nie obyło się bez wspinaczki, do której zadeklarował się Tomek. Ostatecznie szkoda by było gdybyśmy oboje spadli ze skał. Z tym całym Zamkiem Bolczów to w ogóle dziwna sprawa. Ja przez cały czas byłam święcie przekonana, że tę nazwę nosi formacja skalna, a kilka dni po imprezie dowiedziałam się, że tam faktycznie są ruiny zamku. Jak je obejrzałam na fotkach w internetach to aż mnie zatchnęło - jak ja mogłam nie zauważyć tak dużej budowli????
Zamek wygląda tak:

By Takasamarasa - Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=35705671

W moich wspomnieniach zaś wygląda tak:

Różnica jakby z lekka zauważalna. Cóż, ja naprawdę byłam już bardzo zmęczona...
Całe szczęście, że do kolejnego punktu - A3 było w dół, więc trochę lżej. W okolicach punktu spotkaliśmy Krzysztofa i Sylwię.
Robiło się coraz cieplej i w końcu przestałam wierzyć w prognozy mówiące o dwudziestu stopniach - w moim odczuciu było co najmniej ze czterdzieści. Kiedy w drodze z A3 na A4 szliśmy wzdłuż strumyka nie mogłam się powstrzymać od pomysłu zamoczenia sobie czapeczki. Nie chciałam moczyć jej na płyciźnie, żeby mi się nie nabrały śmieci w razie zmącenia wody, zaczęłam sięgać więc do małego wodospadziku. Noż kurna! Chciałam zmoczyć czapeczkę ale przecież nie w kolejności: stopy, kolana, uda, pas, piersi, szyja, głowa i na końcu czapeczka. Kiedy cała (z czapeczką) zniknęłam pod wodą, Tomek rzucił się na ratunek z okrzykiem:
- Telefon!!!
Po czym skoczył, złapał plecak i wyciągnął go (mnie przy okazji) na brzeg.

 Odświeżona

Nie powiem, kąpiel była bardzo odświeżająca i zmyła ze mnie przynajmniej połowę zmęczenia. Od razu zaczęłam szybciej iść, ale głównie po to żeby się rozgrzać. Początkiem maja górskie potoki nie należą do najcieplejszych.
A4 mieścił się w niedużej jaskini, którą znaleźliśmy dzięki tłumowi kłębiącemu się przy niej. Jaskinia była na tyle płytka, że wlazłam do niej pomimo mojej klaustrofobii.

Wbrew pozorom to nie lisia nora.

Między A4 a A5 spotkaliśmy Michała z setki - wciąż jeszcze biegł, choć już nie wyglądał zbyt świeżo:-) 
Z A5 na L1 prowadziła bardzo porządna droga, ale co z tego, kiedy cały czas pod górę. Tam dopadł mnie niesamowity kryzys. Szłam coraz wolniej i wolniej i wyprzedzał nas kto tylko chciał. A chciało dwóch delikwentów z kijkami. Na ogół gdy ktoś mnie dogania, to przyspieszam, tym razem wręcz zatrzymałam się i oznajmiłam, że muszę coś zjeść. Nie żebym jakoś głód bardzo odczuwała, ale zawsze lepiej to brzmi niż zwykłe: nie mam siły. Zjadłam, popiłam i nawet trochę pomogło, bo w końcu wgramoliłam się na to L1 - 881 m. n. p. m.
Przed L2 spotkaliśmy grupkę setkowiczów i wymieliliśmy się cennymi informacjami o trasie. Po L2 zrobiliśmy zygzaka i jak wcześniej cały czas szliśmy na południe, tak teraz wróciliśmy na północ.  W planach mieliśmy kolejność: L2, B1, B5, B4, a potem już normalnie, bez zawracania. B5 i B4 szukaliśmy już we czwórkę, razem z ponownie spotkanymi Sylwią i Krzysztofem.

Podbijamy B5

Po B4 nasze drogi rozeszły się, bo mieliśmy w planach inne PK. My poszliśmy na B2, oni na L2.
B2 to była pestka w porównaniu z tym co miało nastąpić potem. A miało nastąpić ponad dziewięćset metrowe L5 - góra z niekończącym się podejściem. I wiecie co się stało? Nie, wcale nie położyłam się na ścieżce i nie odmówiłam współpracy - ja po prostu szybkim marszem wlazłam na tę górę i nawet niespecjalnie się zmęczyłam. Mało tego - chwilami odczuwałam wręcz lekką euforię.  Chyba ze zmęczenia znalazłam się w innym wymiarze i innej czasoprzestrzeni, bo nie wiem jak to inaczej logicznie wytłumaczyć. L5 był to punk widokowy i faktycznie z wrażenia aż dech zapierało. Za to przy lampionie nie było perforatora i musieliśmy zrobić sobie sesję zdjęciową żeby w bazie móc udowodnić organizatorowi, że byliśmy na punkcie.

Okoliczności przyrody zaiste piękne!

Na L5 spotkaliśmy Wojtka i dalszą trasę pokonywaliśmy już we trójkę. Bardzo dobrze wpłynęło to na moje morale i zebrałam się nawet do biegu. Szczególnie, że skoro wleźliśmy najpierw na tę pioruńską górę, to teraz było już tylko w dół. 

 Zbiegamy z C3

Do bufetu zostały nam jeszcze tylko trzy punkty. Już dużo wcześniej pomyślałam sobie, że najważniejsze to dojść do bufetu. Bo tak - jeśli jest z obsługą, to obsługa czymś musiała przyjechać i jest szansa na zwiezienie do bazy w razie czego, a jeśli jest bez obsługi, to może chociaż przyjadą po śmieci i przy okazji zabiorą też napotkane zwłoki. W końcu głupio tak nie posprzątać uczestników z trasy. 
Do bufetu dotarliśmy już po ciemku, obsługa była, żarcie było i to dobre i dużo i okazało się, że po chwili odpoczynku i podjedzeniu sobie jestem w stanie pójść dalej o własnych siłach. Jedynym problemem był limit czasu i dyskwalifikacja po jego przekroczeniu. Od razu ustaliliśmy, że lecimy w kierunku bazy i w zależności od czasu, zbieramy to, co po drodze. Wyciągnęliśmy z plecaków wszystkie ubrania (jak dobrze, że nic mi nie zamokło przy okazji kąpieli) bo zrobiło się strasznie zimno. Żałowałam, że nie mam rękawiczek i czapki uszanki.
W drodze do bazy zdołaliśmy podbić jeszcze tylko dwa punkty - C1 i K7.

 C1 na górce, ale na szczęście tylko 535 metrów.

Teoretycznie mieliśmy zapas czasu pozwalający na wzięcie jeszcze jednego punktu i Tomek trochę namawiał na pójście na K4, który miał być przy schronisku Szwajcarka. Wojtek też miał ochotę, ale ja już zupełnie odpadłam. W pewnym momencie zaczął mnie boleć cały człowiek - od stóp do głów, zwolniłam do pełzania i zaczęły mnie wyprzedzać nawet żółwie i ślimaki. Chłopaki bohatersko dotrzymywali mi towarzystwa do samej bazy. O jakimkolwiek podbieganiu, nawet z górki, w ogóle nie było już mowy. W końcu nastąpił upragniony moment przekroczenia progu bazy i oddania karty startowej. Uffff...

Szczęśliwi na mecie.
c. d. n.

środa, 9 maja 2018

Ile razy można umrzeć na OS-ie?

Start naszej trasy był zaplanowany dopiero na godzinę dziesiątą, więc można było się wyspać do woli, ale i tak emocje (oraz Tomek) wygnały mnie ze śpiwora koło siódmej. Miałam więc okazję zobaczyć jeszcze ruszających na trasę rowerzystów, a zaraz potem, o 9.15 odbyła się nasza odprawa i dostaliśmy do rąk mapy.

 Czekamy na rozpoczęcie odprawy.
Nasze omapowanie składało się z :
- wytycznych budowy trasy,
- opisów punktów (w formie piktogramów, czyli śmiesznych obrazków, co to w większości nie wiadomo co znaczą:-),
- rozjaśnień do kilku punktów,
- mapy BnO "Szwajcarka",
- mapy właściwej.
Jednym słowem - cała masa makulatury, z którą trzeba było sobie jakoś organizacyjnie poradzić.

Według tych wskazówek musieliśmy sobie zbudować przebieg trasy.

Rozłożyliśmy się z całym tym chłamem na ławeczce i zaczęliśmy kombinować jak zrobić żeby było mało kilometrów i mało przewyższeń. O dziwo, przy ustalaniu trasy nawet nie wzięliśmy się za łby i byliśmy wyjątkowo zgodni. Na początek postanowiliśmy zrobić całą Szwajcarkę, żeby mieć ją już z głowy.
Z bazy ruszyliśmy żwawym krokiem, pełni optymizmu i pogody ducha.

To ja poprowadzę...

Problemy zaczęły się chwilę po wyjściu. Ustaliliśmy, że zaczniemy od PK S03, ale sposób dojścia każde z nas miało zakodowane inny, mimo, że niby razem to ustalaliśmy. Do tego przegapiliśmy drogę, w którą mogliśmy wejść i zamiast zawrócić szliśmy głupio przed siebie. W końcu nie pozostało nic innego jak zmienić plany i zacząć od PK S01. Miejscowi, którym usiłowaliśmy wedrzeć się na podwórko, wykierowali nas na ścieżkę wiodącą ostro w górę i tak już było przez jakieś 25 minut. Przez pierwszą minutę maszerowałam dziarsko, w drugiej usiłowałam sobie wmówić, że jest spoko, w trzeciej poczułam niepokój, w czwartej zwolniłam, w piątej byłam skrajnie wyczerpana, w szóstej szłam już z automatu, w siódmej chciałam wracać do bazy, ale bałam się powiedzieć o tym Tomkowi, w ósmej przestałam kontaktować, a potem nie wiem co się działo bo najwyraźniej umarłam. Przy punkcie zostałam zreanimowana żeby podbić kartę.

Krótka chwila ożywienia.

 Ponieważ zaczęliśmy od innego punktu niż było w planach, musieliśmy zmienić też dalszą marszrutę. W pierwszej chwili chcieliśmy pójść na S02, ale po krótkiej kalkulacji i analizie dostępnych dróg wyszło, że jednak lepiej na S03. Ten wariant miał zdecydowaną przewagę nad wszystkimi innymi wariantami - nie dość, że po ścieżkach, to jeszcze w dół. Po raz pierwszy uniosłam głowę i rozejrzałam się dookoła. Pięknie! Tylko po cholerę te górki...

W dół, ale wrócić trzeba będzie pod górę:-(

Z S03 drogami, jak cywilizowani ludzie, poszliśmy na S04. Podejścia na szczęście nie było dużo, ale zaczęliśmy szukać nie w tych skałkach co trzeba, o jedną ścieżkę za wcześnie i chwilę miotaliśmy się dookoła punktu.

Lampion wisiał u podnóża skały, ale my oczywiście najpierw przeszukaliśmy szczyt:-)

Po S04 poszliśmy z lekka abstrakcyjnie, bo na S02, ale nie mieliśmy innego wyjścia - odcinek specjalny chcieliśmy skończyć w okolicach K6, a że zaczęliśmy głupio, to i konsekwencje musieliśmy ponieść. Szliśmy drogami, ale co z tego - cały czas pod górę, a ostatni odcinek to już w ogóle...  Na S02 umarłam po raz drugi.

W sumie to całkiem dobre miejsce na pochówek.

Od S02 w naszej marszrucie zapanowała już jako taka logika i posuwaliśmy się ruchem przeciwnym do wskazówek zegara, ale przynajmniej punkt po punkcie, a nie skacząc po całej mapie. Ostatni odcinek przed S05 był rzeczywiście odcinkiem specjalnym, przez gęstwinę leżących drzewek, tuż przy metalowej siatce, gdzie często nie było miejsca na postawienie nogi, a co kawałek dodatkowo z ziemi wystawał jakiś kamyczek. Z tych takich ciut większych.

Ciekawe czy było jakieś lepsze dojście.

Od punktu musieliśmy wrócić tą samą drogą przy ogrodzeniu. Ponieważ teren poza możliwością połamania nóg nie zabijał kondycyjnie (przynajmniej nie natychmiast), postanowiłam zabić się na własną rękę. Tak dosłownie za pomocą ręki, bo jak nawinęłam na nią kompas na sznureczku, jak machnęłam, jak mi przywaliło kantem w twarz... Przez chwilę zobaczyłam wszystkie gwiazdy. To znaczy zobaczyłabym gdyby była noc - powiedzmy, że zobaczyłam wszystkie skały. W życiu nie przypuszczałam, że kompas to tak niebezpieczne narzędzie zbrodni.
Jeszcze nie zdążyłam dobrze dojść do siebie po kontakcie z kompasem, a tu znowu trzeba było zasuwać pod górę i to ostro. Zupełnie nie pamiętam tego odcinka, najwyraźniej przeszłam już w tryb "zombie". Punktu, do którego podobno schodziliśmy z górki w dół, też nie pamiętam, pewnie podbiłam go na autopilocie.
Odżyłam w drodze na S09, szczególnie, że szliśmy większą grupą, a wiadomo, że przed obcymi to człowiek trzyma fason. Poza tym większość trasy wiodła drogami, a i teren był jakiś przyjaźniejszy. Pod koniec oddzieliliśmy się od grupy i... weszliśmy nie w tę drogę co trzeba. Nie muszę mówić, że w miejscu skrupulatnie przez nas przeszukiwanym znaleźliśmy wielkie NIC. W końcu Tomek jakoś wykoncypował na czym polegała nasza pomyłka i doprowadził na właściwe miejsce.

     PK S09

Z S09 znowu pod górę, do tego nie ścieżką tylko na azymut. Chyba poszaleli z tymi górami. Nie można było jakiegoś spychacza przepuścić po trasie przed nami? Tak, wiem - te cholerne głazy wystające z ziemi co kawałek mogłyby zepsuć cenną maszynę. Ale czy ja nie jestem jeszcze cenniejszą maszyną??  Widmo śmierci znowu pojawiło się przede mną, pot ściekał strumieniami, dyszałam jak stara lokomotywa, mięśnie łydek zbiły się w twarde, bolące buły i tak sobie zaczęłam kombinować, że po OS-ie to chyba trzeba będzie skończyć tę mordęgę, bo inaczej totalna kaplica. I tak na tych rozmyślaniach minął mi czas do PK S10. 

Resztką sił przejęłam kamerkę, żeby i Tomek miał szansę zostać gwiazdą internetu:-)

Od S10 do S08, między którymi wbrew prawom logiki nie mieliśmy S09 (bo był wcześniej), doszłam potykając się już o własne nogi i w zasadzie było mi już obojętne czy idziemy w górę, czy w dół. Przy punkcie kręciło się kilka osób, ale chyba z najkrótszej trasy, bo było sporo dzieci. Nie powiem, punkt umiejscowiony w pięknych okolicznościach przyrody, ale co z tego kiedy i tak wlokłam się ze spuszczoną głową szukając oparcia w czym tylko się dało.

 Od drzewa do drzewa.

Do ostatniego OS-owego punktu szliśmy teoretycznie ścieżką. Zupełnie tylko nie wiem skąd w takim razie w moich wspomnieniach są głównie chaszcze i to takie czepliwe typu jeżyny i dzikie róże.

Na pewno idziemy ścieżką?


Po trzech i pół godzinach od ruszenia z bazy wreszcie zakończyliśmy odcinek specjalny i mogliśmy zacząć właściwą trasę.  Trzy i pół godziny! W głowie się nie mieści. A ja się nastawiałam, że to będzie najłatwiejsza i najszybsza część przebiegu. 
Na zakończenie OS-a umarłam po raz  kolejny. Tym razem ze śmiechu, bo na pytanie Tomka czy dam radę iść dalej odpowiedziałam, że oczywiście, a on mi uwierzył! Cha, cha, cha...

c. d. n.

wtorek, 8 maja 2018

Jedziemy na Rudawską Wyrypę!

Piątek przed Rudawską Wyrypą mieliśmy wolny, bo to dłuuuugi weekend, więc do Janowic wyruszyliśmy świtkiem koło południa zgarniając po drodze Krzysztofa, czyli ukonstytuowaliśmy się w standardowy zestaw turystyczny. Ponieważ nudno tak jechać i jechać, więc najpierw zatrzymaliśmy się w celu nagromadzenia kalorii:

Gdzie ładowaliśmy kalorie, to widać w tle.

A potem zatrzymaliśmy się we Wrocławiu w celu utraty zgromadzonych wcześniej kalorii. Pomocne w tym było TRInO, bo wymusiło na nas kilkukilometrowy spacer. Warto było, bo niektóre miejsca były bardzo urokliwe.
 Prawda, że śliczne miejsce?


 Zadowoleni z wycieczki!


Sama radość.


Za nami dąb im. Jana Dzierżonia.

W końcu dotarliśmy i do bazy. Do sali gimnastycznej nawet się nie ładowaliśmy, bo napchane tam było setkowiczów, a Tomek miał doświadczenia z innych rajdów, że oni wracają w środku nocy na chwilę, hałasują i w ogóle. Od razu poszliśmy więc na pięterko i zajęliśmy miejscówkę przy pokoju nauczycielskim.
Po kolacji i przygotowaniu plecaków na sobotnie wyjście (woda, żarcie, zapasowe ubrania) poszliśmy pokibicować setkowiczom. Nasz klub miał dwóch przedstawicieli - Marcina i Przemka, ale trzymaliśmy kciuki za wszystkich wychodzących na trasę. Organizator najpierw zamknął ich w osobnym pomieszczeniu, potem rozdał im mapy i przetrzymywał ich w tym odosobnieniu w nieskończoność. Pod drzwiami zaś stał tłum uczestników krótszych tras usiłując zapuścić żurawia do wnętrza. Tomkowi udało się wetknąć rękę z kamerką, nagrać film i cyknąć parę fotek:

Nie wiem co przeskrobali, że im organizator kazał klęczeć na twardej podłodze.

Siedzieli tam i siedzieli i już nawet zastanawialiśmy się czy nie wzywać jakiś oddziałów specjalnych od uwalniania więźniów, ale w końcu pojedyncze sztuki zaczęły chyłkiem wymykać się na zewnątrz. Strasznie żal mi ich było, że tak muszą iść w ciemną noc, no ale sami wybrali taki los. W końcu wyszedł ostatni uczestnik i można było oddalić się na zasłużony wypoczynek, nabierać sił przed własną poniewierką:-)
A w sobotę rano...

c. d. n.

poniedziałek, 7 maja 2018

Bieg Konstytucji

Kurcze, to było najdziwniejsze BnO w jakim brałam udział:-) Mapy organizatorzy upublicznili przed zawodami i to dużo przed - były na fejsie, na stronie organizatora i jeszcze w gazetce w pakiecie startowym, który to pakiet można było chyba z miesiąc przed biegiem odebrać. A i same mapy jakieś dziwne - start, meta i LOP-ka, tyle, że nie napisali ile punktów kontrolnych trzeba zebrać na tej LOP-ce.


Wycięliśmy sobie mapę z gazetki i nawet wzięliśmy ze sobą na start, ponieważ jednak nie wiedzieliśmy czy jest legalna, czy nie, to w końcu wyrzuciliśmy do kosza. Tymczasem okazało się, że organizatorzy zaplanowali pamięciówkę i na starcie nie dawali map - kto się nauczył trasy z tych opublikowanych wcześniej, ten wiedział gdzie lecieć. Ale kto się nie nauczył, też nie miał problemów, bo wyobraźcie sobie, od razu po starcie utworzył się jeden wielki tramwaj i wszyscy lecieli jeden za drugim całą kupą. Tramwaj liczący ponad sześć tysięcy osób - niezapomniany widok! Jedyny problem to był z wyprzedzeniem kogokolwiek, bo najpierw był straszny tłok i nie dawało się przepchnąć do przodu, a jak już się trochę rozluźniło, to zaczęło być ostro pod górkę i weź tu wyprzedzaj na podbiegu. Mimo to parę tysięcy luda udało się wyprzedzić, ale też parę tysięcy wyprzedziło mnie. Czasowo byłam tak gdzieś w okolicach  połowy stawki, a nawet przed połową, nie wiem tylko jak z punktami kontrolnymi, bo w wynikach nic o tym nie piszą - no, ale mówię, że jakieś dziwne to BnO było...
Za to załapaliśmy się na medale, ale dawali wszystkim, więc nie ma się co chwalić. Ale i tak się pochwalę, a co tam?


środa, 2 maja 2018

Multimedialny Jaszczur

Aby relacja była pełna dodam bardzo amatorską wizualizację:

https://photos.app.goo.gl/xMF98TWVEEMSk1JTA

track w 3drerun (można dodawać swoje  - jeden już jest dodatkowy):
http://3drerun.worldofo.com
i przebieg wrysowany na mapę (dokładniej)

Wszystkie śluzy znalezione, czyli Jaszczura cz.2

Od PK N do mety było mniej więcej tak daleko jak ze startu do PK N, ale na pewno szybciej, bo po pierwsze mniej punktów do zebrania, po drugie mniej wycinków do dopasowania, a dodatkowo w perspektywie mety, posiłku, prysznica i śpiwora człowiek leci ile fabryka dała, żeby szybciej skończyć.
Punktu 392 szukaliśmy razem, a raczej równolegle z Krzysztofem i Tomkiem K. i najpierw znaleźliśmy bułkę Krzysztofa, a potem punkt. Dogoniliśmy ich przy Kanale Mazurskim, oddaliśmy bułkę i cyknęliśmy sobie pamiątkową fotkę.

W zasadzie to nagraliśmy filmik, ale fotkę dało się z niego wyciągnąć.

Trzy kolejne wycinki weszły bezproblemowo i byliśmy pewni, że i kolejny zaliczymy w locie, zwłaszcza, że wycinek mieliśmy już dopasowany. Nasza pewność siebie została srodze ukarana. Niby weszliśmy w odpowiednią drogę, azymut się zgadzał, tylko lampionu i śladów po domostwie jakoś nie było. Łaziliśmy po coraz odleglejszych krzakach w nadziei, że może lampion źle powieszony, ale było tak, jak w Kubusiu Puchatku - im bardziej zaglądaliśmy w krzaki, tym bardziej lampionu nie było:-( Postanowiliśmy wrócić do nasypu kolejowego i namierzyć się od niego. Wszystko zrobiliśmy zgodnie z zasadami sztuki i... wyszliśmy w to samo miejsce co poprzednio. Dla pewności drugi raz przeczesaliśmy krzaki, bo nóż, widelec ktoś w  międzyczasie podrzucił lampion. Ale nie... Ponieważ łażenie w kółko nie wnosiło nic nowego do naszej sytuacji, namówiłam Tomka żebyśmy poszli na PK S, a z niego spróbowali, od d..y strony znaleźć punkty wycinkowe. Samego punktu S też chwilę szukaliśmy, bo po pierwsze z mapy wynikało nam, że będzie nad samą wodą (a nie był), a po drugie lampion był zerwany i poniewierał się na ziemi w bobrzych trocinach. Najście na wycinek od tyłu było dobrą decyzją, bo szybko znaleźliśmy PK 37, a potem 36. Niestety - na te poszukiwania straciliśmy równo godzinę!
Kolejne punkty na szczęście nie przysporzyły nam problemów i staraliśmy się biegiem i szybkim marszem nadrobić stracony czas. Gdzieś  w okolicach PK X zastał nas zmrok i musieliśmy wyciągnąć czołówki. Z tą chwilą mój aktywny udział w śledzeniu mapy i poszukiwaniach kolejnych punktów gwałtownie zmalał, głównie z powodu ślepoty i strachu przed dzikimi zwierzętami, które nocą tylko czyhają na ludzi błąkających się po lesie:-) Poza tym byłam pioruńsko głodna i senna, a  dodatkowo weszliśmy w rejon wycinków z hipsometrią, więc nawet nie zawracałam sobie nimi głowy - jakoś nie przemawiają do mnie. Niby teorię mam opanowaną, tylko praktyka tak mi średnio wychodzi. Za to mogłam wykazać się sprawnością fizyczną i śmigałam po kłodach nad wodą, a gdzie się nie dało lazłam prosto w bajoro. 

 PK E - tak całkiem na sucho to się nie dało.
Tak uczciwie przyznam, że chwilami nawet z premedytacją lazłam, bo co to za impreza bez zamoczenia butów. No, nie liczy się i już. Tomek chyba też tak uważa, bo dla podniesienia dramatyzmu postanowił nawet poświecić swój but i utopić go w bagnie. Ktoś idący za nim namówił go jednak do wyciągnięcia buta i włożenia na nogę.
Kolejny wycinek, który dał nam w kość to ten z PK 24 i 25. Punktów szukało kilka ekip, a każdy z uczestników miał inną koncepcję gdzie powinien stać lampion. Przede wszystkim to nikt chyba nie wiedział gdzie tak dokładnie się znajdujemy. Ponieważ wysyłanie mnie nocą na jakiekolwiek poszukiwania związane jest wyłącznie z kolejnymi problemami, Tomek wykorzystywał mnie jako świecący znacznik orientacyjny, co polegało na tym, że zostawiał mnie samiuteńką w środku ciemnego lasy, kazał stać i świecić, a sam znikał gdzieś w oddali. Ja w tym czasie umierałam ze strachu, a każdy szelest wywoływał u mnie zawał, paraliż, porażenie układu oddechowego, dżumę, odrę i cholerę. Zwłaszcza cholerę. Znaczy cholera mnie brała, że muszę tak stać , a przecież można olać te dwa punkciki i wrócić do bazy. Z drugiej strony, gdybyśmy tak zrobili, to przecież w życiu bym sobie nie wybaczyła, że w ogóle taka myśl przyszła mi do głowy. W końcu udało się znaleźć co było do znalezienia i pozostał nam już tylko długi przelot do bazy z zahaczeniem o punkt H. Kiedy tylko wyszliśmy na asfalt, gnaliśmy ile fabryka dała. Muszę się pochwalić, że jak na sześćdziesiąty któryś kilometr, to sporo dała. Leciałam jakby to był dopiero początek zawodów, a nogi dosłownie same mnie niosły.
Wreszcie dotarliśmy na upragnioną metę. W bazie jakoś nie było tłoku, więc nie byliśmy ostatni. Ja od razu rzuciłam się na żarcie i wrzucałam w siebie grochówkę, chleb, sok pomidorowy, piwo, żurek, chleb, piwo, batonik - czyli jak mówiła moja babcia: wełna, nie wełna, byle kicha pełna! Potem zaserwowałam sobie dłuuugi, gorący prysznic w towarzystwie ćwiartowanego w sąsiedniej kabinie zająca. Smród był nieziemski od tego truchła, ale mi było już wszystko jedno. Zająca znalazł na drodze jeden z uczestników i wziął, bo co się ma dziczyzna marnować. Potem padłam, a kiedy się obudziłam, Tomek obwieścił mi, że wygraliśmy. Wygraliśmy? Ale jak to? Niby jechaliśmy na zawody z tym zamiarem, ale żeby tak się od razu spełniło...

Z medalami i pucharami.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze trino w Węgorzewie i tym sposobem powróciliśmy do tradycji trinowania przy okazji pięćdziesiątkowych wyjazdów. Polecam!

Stowarzyszona ekipa w Węgorzewie.
Wiecie co mi się najbardziej podobało na Jaszczurze? Mapa! Niby taka zwyczajna, ale jakoś tak mile połechtała mój zmysł estetyki. A w ogóle to widać było ogrom pracy włożony przez organizatora w zaplanowanie trasy - zobaczyliśmy fantastyczne miejsca, o których istnieniu w życiu bym się pewnie nie dowiedziała, okoliczności przyrody były przecudne, a dreszczyk emocji na niektórych punktach też dodawał smaczku (no, może tylko PK 8 był trochę przegięty). O ile z poprzedniego Jaszczura wyjeżdżałam z mieszanymi uczuciami, to o tym mogę śmiało powiedzieć - było fantastycznie!

wtorek, 1 maja 2018

Zagubione śluzy, ruinki i cmentarze (cz. 1)

Kolejna pięćdziesiątka. Tym razem obyło się bez żadnych atrakcji dojazdowych, bo przez miesiąc jaki minął od RDS-u pogoda zmieniła się z zimowej na letnią i co prawda mogła nam zaserwować jakiś huragan albo potop, ale litościwie nie zrobiła tego.
Tym razem jechaliśmy na północ, szukać zagubionych śluz. Jednym słowem - Jaszczur.
Jaszczur to taka trochę nietypowa pięćdziesiątka, bo rozgrywana na zasadach turystycznych InO i większy nacisk stawia na pracę z mapą i myślenie niż bieganie wyczynowe. I w tym właśnie upatrywaliśmy swojej szansy.
W bazie zastaliśmy bardzo kameralną atmosferę, bo większość szybkobiegaczy omija Jaszczura wielkim łukiem, niektórzy pewnie jeszcze odpoczywali po Irokezie, a inni zbierali siły na  Rudawską Wyrypę:-)  W niemal rodzinnej atmosferze uczestnicy wspólnie z organizatorem szykowali karty startowe, a i mapy też byśmy chętnie przygotowali, ale Malo strzegł ich przed nami.
W sobotę tradycyjnie stanęliśmy przed dylematem jak się ubrać, bo niby miało być ciepło, a zza drzwi wiało grozą. W końcu nadszedł czas na odprawę, ujawnienie co nas czeka po drodze, ustalenie minut startowych i pokazanie map.

Odprawa. I wszystko jasne.

Startowaliśmy chyba jako trzeci zespół. Nasza mapa składała się z dwóch wielkich płacht upstrzonych białymi prostokątami, w które trzeba było wpasować wycinki. Nawet chciałam od razu na nie rzucić okiem, ale Tomek stwierdził, że dopasowywać będziemy na bieżąco. Okazało się, że faktycznie ma to sens, bo większość wycinków była dość banalna, żaden nie był obrócony ani zlustrowany i jedyne, które mnie trochę odstraszały to te z hipsometrią. Na szczęście Tomek to ogarnia, więc nie musiałam się martwić.
Od razu ruszyliśmy na wschód w myśl zasady, że tam musi być jakaś cywilizacja. Nooo, była - tylko taka jakby trochę przechodzona i w ruinie. Naszym zadaniem było narysowanie kształtu budowli od strony południowej. Wspięłam się na wyżyny talentu i narysowałam.
Pięknie i romantycznie.

 Takich punktów rysunkowych było więcej, bo i PK A, R, T i 38, a co jeden to ciekawszy. Trzeba przyznać, że organizator postarał się i wyszukał w terenie naprawdę interesujące obiekty. Nasza karta startowa w efekcie prezentowała sie tak:


PK 4 i G wzięliśmy bezproblemowo, chociaż ja reper zawsze wyobrażałam sobie jako słupek, a nie płaski kawał betonu z metalowym kółeczkiem z numerkiem. Na G zaś zmoczyłam sobie połowę nóg próbując dostać się do lampionu.
Nadszedł czas na pierwszy wycinek. Mi od razu narzucił się punkt 292, ale w terenie okazało się, że jakoś nic nam nie pasuje. W końcu Tomek dopatrzył się na mapie głównej strumyka wchodzącego w wycinek i wszystko stało się jasne - byliśmy na PK 293.
Potem zaliczyliśmy LOP-kę, która w zasadzie nie była LOP-ką, bo nie była obowiązkowa, ale postanowiliśmy brać wszystko jak leci, bo co sobie będziemy żałować - zapłacone, to nie ma co odpuszczać:-)
Punkt F zawiódł nas na stary poniemiecki cmentarz, gdzie szukaliśmy grobu Heinricha. Takich cmentarzyków mieliśmy na trasie jeszcze kilka. Jedne były bardziej, inne mniej zapuszczone, ale wszystkie takie... romantyczne.

Krzyż na jednym z odwiedzonych cmentarzy.

Wraz z punktem 39 zaczęły się wycinki "historyczne", czyli fragmenty starej mapy, praktycznie nie mające odzwierciedlenia w obecnym stanie rzeczy. Tam, gdzie kiedyś były liczne zabudowania teraz jest tylko las, resztki podmurówek i piwniczek.
PK osiem wprawił nas w totalną konsternację. Opis brzmiał: "lampion (po drabinie)". Pierwszą myślą była ambona, ale to, co zobaczyliśmy na miejscu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Drabina była bardzo długa, absolutnie pionowa i wiodła na szczyt zapory. Ponieważ Tomek ma lęk wysokości, wiedziałam, że to ja muszę wejść po lampion. Nie powiem, trochę mi skóra ścierpła ze strachu ale dałam radę. Wlazłam, rozejrzałam się i... nigdzie nie zobaczyłam lampionu. Ostrożnie, na czworaka obeszłam  całą platformę sprawdzając czy lampion nie zwisa gdzieś w dół, ale nie. Już miałam zrezygnować i wbić BPK-a kiedy wreszcie go dojrzałam - wisiał na gałęzi rosnącego przy zaporze drzewa. OK, lampion był zlokalizowany, ale co z tego? Był tak daleko od krawędzi, że nie byłam w stanie go dosięgnąć. Podskakiwać, czy przesadnie wychylać się jakoś nie miałam zamiaru, bo raczej nie mam skłonności samobójczych. Najwyraźniej organizator nie przewidział, że istoty niskie i z krótkimi kończynami także będą chciały podbić ten punkt:-(

Próba dosięgnięcia za pomocą patyka nie powiodła się.

Tomek w akcie desperacji chyba dwukrotnie wlazł na szczyt drabiny zrobić rozpoznanie sytuacji i dostarczyć mi patyki, ale nie zdecydował się na sięganie poza krawędź, zresztą i tak bym mu nie pozwoliła. Kiedy już się wydawało, że musimy spisać punkt na straty, nadeszła wysoka konkurencja i litościwie wpisała nam do karty co trzeba. Teraz to się fajnie wspomina te atrakcje, ale tak prawdę mówiąc, to umieszczanie lampionu w tym miejscu było raczej mało odpowiedzialne.
Dalszy fragment trasy przeszliśmy w towarzystwie "konkurencji". 
Wycinek z PK 29 dopasowaliśmy bez problemu, większym wyzwaniem było dotrzeć do niego po stromym, zakrzaczonym zboczu.
PK 9 przypomniał mi młodość. Nie żebym była aż tak stara żeby pamiętać czasy budowy śluzy, ale przypomniał mi się film "Czterej pancerni i pies" i wysadzanie zapory. My nie mieliśmy nic wysadzać tylko policzyć schody. Fajnie wyglądało jak wszyscy biegali po nich góra-dół licząc stopnie.
Po punktach A, B, C i wycinku z PK 31 przeszliśmy w końcu na drugą mapę. Za nami było koło piętnastu kilometrów. Ile przed nami? - nawet organizator nie był w stanie określić, bo długość trasy na mapie podał raczej z sufitu i sugerował na odprawie, żeby zawody potraktować trochę jak rogaining.
Do PK 391 szło dobrze - wycinki wskakiwały na swoje miejsce, lampiony, cmentarze, miejsca po zabudowaniach były gdzie trzeba, ale przy wycinku z Bajohrencośtam wymiękliśmy. Przy drodze stało drzewo podgryzione przez bobry z pięknie wyeksponowanym lampionem i za nic nie mogliśmy dopasować żadnego obrazka do zastanej sytuacji. Ja stawiałam na PK 36 i 37, Tomek na 26, więc rozeszliśmy się w różne strony i każde sprawdzało swoją wersję. W końcu Tomek sprawdzając swoją teorię znalazł drogę biegnącą na północ od punktu i dopiero z nią udało się dopasować wycinek. Uff.
PK M okazał się ciut abstrakcyjny - należało podać azymut i odległość do najbliższego widocznego domu. Rozejrzeliśmy się dookoła stojąc na szczycie wzniesienia, a po horyzont ciągnęły się lasy i pola. W końcu gdzieś tam między drzewami, hen daleko, dojrzeliśmy coś, co ewentualnie można było potraktować jako domostwo. Azymut wyznaczyliśmy idealnie, z odległością machnęliśmy się parę metrów. Z wyznaczeniem azymutu i odległości do wyspy przy kolejnym punkcie nie mieliśmy już żadnych problemów. Problemem za to okazało się zadanie z identyfikacją drzewa rosnącego na cmentarzu. Żadne z nas nie jest dendrologiem, ale obstawialiśmy dobrze - Tomek na podstawie dziupli, ja na podstawie liści. Ale takie trochę lipne było jednak to zadanie:-)
W miarę upływu czasu robiło się coraz cieplej, a my pozbywaliśmy się także kolejnych warstw odzieży. Chciało się pić. Mieliśmy oczywiście ze sobą wodę z izotonikiem i magnezem, przy PK C wstąpiliśmy do sklepu na pepsi, ale w końcu zamarzyliśmy o zwykłej, zimnej, czystej wodzie. Po PK L wstąpiliśmy więc do najbliższego gospodarstwa z prośbą o szklankę upragnionego napoju. Uczynny gospodarz po obejrzeniu naszych map od razu ustalił nam marszrutę nie przejmując się wcale, że po drodze mamy zbierać jakieś punkty:-) Oczywiście i tak poszliśmy swoim wariantem.
Po dość długim marszu (a nawet biegu) zbliżyliśmy się do granicy. Tam zaskoczyło nas pojawienie się Krzysztofa i Tomka K., którzy wyszli w naszą stronę mokrzy po pas, zdegustowani i zdezorientowani.  Ciut za wcześnie usiłowali wbić się na wycinek, a stojące im na drodze bagno postanowili sforsować wpław. PK 26 szukaliśmy razem - długo, namiętnie i wydawało się, że bezskutecznie, bo usiłowaliśmy dopasować coraz to inny wycinek i żaden nie wchodził. Tak po prawdzie to ja przy takiej ilości szukających poczułam się zwolniona z tego obowiązku, ale za to przycupnęłam sobie w spokoju i dopasowałam kilka kolejnych wycinków. W końcu udało się ustalić czego szukamy, a nawet znaleźć i mogliśmy ruszyć dalej.
Punkt N umiejscowiony niemal na samej granicy był formalnością.

W tle słupki graniczne.

Przy PK N mieliśmy w nogach już ciut ponad 30 kilometrów, a N był najdalej wysuniętym punktem na mapie. Zakładając, że jeśli odeszliśmy z bazy na taką odległość, to musieliśmy przyjąć, że i powrót nie będzie krótszy. Coś ta pięćdziesiątka zaczynała nam się przeciągać i już nie byłam pewna czy czasem z rozpędu nie wystartowaliśmy na jakąś setkę. Ale podobno nie. O dziwo, wcale nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona i czułam, że mogę iść, a nawet biec jeszcze dłuugo, dłuugo. Było to bardzo prorocze odczucie, jak się docelowo okazało.
c. d. n.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Yes, yes, yes!

Zrobiłam to! Wygrałam!
No, nie  - przecież nie całe zawody, bez przesady. Wygrałam z Tomkiem! I z ponad dwudziestoma innymi osobami, a jak liczyć i tych z NKL-ką , to z ponad trzydziestoma. Po raz pierwszy nie byłam w ostatniej trójce na Szybkim Mózgu, ale też i solidnie na to pracowałam. Nawet (a może zwłaszcza) zimą, kiedy zamiast wygrzewać się pod kocykiem z książką i czekoladą, zapylałam po polach, lasach i ulicach, a w międzyczasie pociłam się na gimnastyce dla staruszków i na siłowni. Tomek co prawda też zapylał i pocił się na siłowni, ale nie chodził na staruszki i najwyraźniej tego mu brakło:-)
No dobra, biegowo wziąłby mnie bez problemu, ale nawigacyjnie zrobił tyle błędów, ile się tylko dało. Mi nawigacja wyjątkowo szła bezbłędnie, a do tego mój nowy czip nie wymaga minutowego stania przy  stacji i czekania aż pipnie, więc pewnie i tu miałam spory uzysk czasu.

Na starcie. Fot. Orientuj się na WAT

Najwięcej problemów to miałam z Zuzą, która biega szybko i dogoniła mnie już w pierwszej części trasy. Znaczy nie żeby mi nogę podstawiała, czy coś takiego, ale musiałam strasznie się wysilać żeby nie zacząć bezmyślnie biec za nią, bo moje doświadczenie uczy, że najlepiej polegać tylko na sobie. Starałam się więc ją wyprzedzić i tym sposobem do kolejnych punktów raz ona dobiegała pierwsza, raz ja. Oczywiście długo jej tempa nie dałam rady utrzymać i w końcu poleciała przodem, zwłaszcza, że w jednym miejscu wybrała lepszy wariant dobiegu niż ja.
Najbardziej dał mi w kość przebieg z PK 5 na PK 6, ale ani się nie pogubiłam, ani za bardzo nie zwalniałam.  Zresztą całą trasę przebiegłam ile fabryka dała i na mecie żołądek miałam już w przełyku i niewiele brakowało, a mogłabym powiedzieć, że dałam z siebie wszystko:-)
Teraz planuję dwa dni regeneracji czyli totalnego leżenia do góry brzuchem, a potem jedziemy wygrać Jaszczura:-)
A co? Pomarzyć można.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Dwieście procent normy

A tak z innej beczki - zapisaliśmy się na Bieg Konstytucji. W sumie to namówił nas Krzysztof, a sam pięknie się wymiksował z udziału:-) W ramach przygotowań wybraliśmy się na trening organizowany co czwartek przez Aktywną Warszawę, żeby zobaczyć jak powinno się trenować oraz żeby zrobić sobie test FMS, który informuje o potencjalnym ryzyku kontuzji.
Zaczęło się od "roztruchtania" jak to określiła dziewczyna prowadząca trening. Nooo, po tym roztruchtaniu to ja już padałam na pysk, a tu okazało się, że to nawet nie była jeszcze rozgrzewka. Rozgrzewkę zrobiłam już z wywieszonym jęzorem i na rezerwie, oszukując na co drugim ćwiczeniu.  Kiedy już miałam się położyć i spokojnie sobie umrzeć, okazało się, że teraz dopiero rozpocznie się trening właściwy. Ponieważ byłam ciekawa tego treningu, to umieranie odłożyłam na później. Trening polegał na przebiegnięciu 10 razy ośmiusetmetrowego odcinka, z przerwami na dwustumetrowe odcinki truchtu. 

Tak dla przypomnienia - to co oni tam nazywają truchtem, to jest mój bieg na jakieś 80 % możliwości.  Po dwóch  odcinkach poddałam się, ale chytrze wymyśliłam, że pójdę na test, żeby nie było, że nie daję rady. Na teście trzeba było zrobić siedem ćwiczeń, z których część mi wyszła bardzo dobrze, część dobrze, a na dwóch całkiem poległam. Ostatecznie osiągnęłam wynik 17 punktów na 21 możliwych. Wynik poniżej 14 oznacza, że lepiej nie wychodzić z domu, bo człowiek się rozsypie, powyżej - nie jest źle, a im więcej punktów, tym lepiej. No to ze mną wbrew pozorom nie jest tak źle.
Gorzej jest z Tomkiem, bo osiągnął tylko 15 punktów i nie wiem, czy w ogóle puszczać go na jakieś zawody, żeby mi nie wrócił jako inwalida. Na razie co wieczór staje na "karnym jeżyku" i ćwiczy równowagę.

Po teście przebiegłam dla przyzwoitości jeszcze jedno ośmiosetmetrowe okrążenie, a potem okazało się, że to wcale nie koniec. Bo teraz mieliśmy biegać jeszcze szybciej, tylko na krótszym odcinku. Według polecenia - sto metrów na 80% możliwości. Ja to chyba musiałabym lecieć na dwieście procent, bo osiemdziesiąt, to było u mnie "roztruchtanie":-) Parę razy przeleciałam się aż do wyplucia płuc i wreszcie doczekaliśmy się rozciągania i końca treningu. Całość trwała dwie godziny.
Kurcze, my do tej pory wychodziliśmy pobiegać pół godzinki i myśleliśmy, że robimy trening, a tu się okazało, że to było tylko roztruchtanie...
Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Ciąg dalszy?

Ten ciąg dalszy to taki problematyczny, bo o etapach TU i TZ to nic nie wiem, poza tym, że się odbyły. Gdzieś tam się odbyły z dala od bazy. Jedyną wieczorną atrakcją było dla mnie wyjście na nocną trasę TP jako obstawa braci Witkowskich walczących o zwycięstwo w kategorii TD.
Pobraliśmy mapy, wyszli za próg, chłopaki rzucili na nie okiem i ... schowali do kieszeni. To znaczy starszy schował, bo młodszy to nawet czasem zerkał. Krzysiowi od razu uaktywnił się aparat mowy dzięki czemu miałam okazję sporo dowiedzieć się o grach komputerowych, tylko nie pamiętam o jakich, bo marny ze mnie słuchacz.  Punkt pierwszy chłopaki wzięli z byle czego, a portem ruszyli przed siebie. Noo, jak się nie patrzy w mapę, tylko gada, gada, gada, to tak się zdarza. Ponieważ moją rolą było pilnowanie, a nie nawigowanie poszłam za nimi nic nie mówiąc. Jakieś pół kilometra później Krzyś jednakowoż zauważył, że coś długo idziemy i układ ulic się nie zgadza. Zawróciliśmy niemal pod szkołę.
- Jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bazy - zauważył młodszy z braci w pewnym momencie i faktycznie miał rację.
Zaczęliśmy drugie podejście. Po szybkim rzucie oka na mapę, Krzyś kontynuował opowieści o grach i ... ruszył dokładnie tą samą trasą co poprzednio. Ten manewr powtórzyliśmy jeszcze raz i kiedy pomyślałam, że do rana będziemy tak chodzić postanowiłam interweniować. Zażyczyłam sobie dokładnej identyfikacji która ulica na mapie, to ta, na której stoimy, dokąd mamy dojść i którędy. Wreszcie nasza marszruta uległa zmianie, ale już po kilku krokach Krzyś znowu zapomniał gdzie i po co idziemy. Kiedy dawno minęliśmy kolejny punkt, w końcu zalęgło się w nim poczucie, że coś nie gra. Ku mojemu zdziwieniu zauważył nawet, że przeszliśmy już na drugi wycinek i jeszcze do tego wiedział gdzie jesteśmy. Jakim cudem? - zupełnie nie wiem, bo nie widziałam, żeby w ogóle używał mapy. Wreszcie chłopaki znaleźli pierwszy właściwy punkt  i w zasadzie zwycięstwo mieli już w kieszeni. Mimo to postanowili przejść cała trasę. To znaczy starszy postanowił, bo młodszy miał wątpliwości, czy da radę. Na szczęście trasa nie była długa i zanim się zorientował, że może być zmęczony, już byliśmy na ostatniej prostej. Po drodze jeszcze kilka razy musiałam interweniować w kwestii patrzenia na mapę, bo inaczej łazilibyśmy po całej Zielonce chyba do rana, ale ogólnie nie było źle. Do bazy wróciłam totalnie ogłuszona słowotokiem, który cały czas wylewał się na mnie i powiedzmy szczerze - bez knebla, to już nigdy w życiu!!!!

Oczywiście, że chłopaki wygrali swoją kategorię!