piątek, 10 lipca 2020

Wawel Cup - etap 1. Na Telimenę.

No i zaczęło się bieganie na serio, nie jakieś tam treningi z podjadaniem poziomek. Start pierwszego etapu z Mirowa, siedem minut jazdy z naszej kwatery. Oczywiście tradycyjnie byliśmy sporo przed czasem, ale lepiej przed niż po czasie. Tym razem nie było bazy zawodów, każdy parkował gdzie mógł i dopiero na samym starcie była szansa spotkać kogoś ze znajomych. Nie było też kramików z biegackimi akcesoriami i czuję się tym zawiedziona. Bo jak to - żadnych zakupów?
Tomek startował prawie godzinę przede mną, ale na start poszliśmy razem, bo czy miałam czekać na parkingu, czy na starcie, to w sumie wszystko jedno, a na starcie to nawet ciekawiej. I nawet dawno niewidziani znajomi się znaleźli.

Na przykład Mirek.

Tak z 15 minut przed moją minutą startową zaczęłam się już denerwować i moje tętno rosło - 80, 95, 113, 129... Jeszcze trochę i zeszłabym na zawał czy inne takie, ale akurat nadeszła moja minuta startowa i pora było się zbierać.
W miarę szybko ogarnęłam gdzie na mapie jest trójkącik i kiedy dobiegłam do lampionu oznaczającego start, od razu skręciłam w ścieżkę w lewo. Ścieżka powinna po chwili rozdzielić się na lewą i prawą, a ja powinnam pobiec prawą. Albo przeoczyłam, albo nie rozdzieliła się, albo co - ja w każdym razie wciąż pięłam się pod górę i nie miałam pojęcia na której ścieżce jestem. Tak czy siak mój punkt miał być od obydwu w prawo. Przebiłam się w prawo-górę, nawet znalazłam jakiś większy kamyk, co to mógłby robić za małą skałkę, ale lampionu przy nim nie było. Pokręciłam się chwilę po okolicy usiłując ustalić gdzie jestem, ale mogłam być wszędzie. Podbiegł do mnie jakiś biegacz i chwilę konsultowaliśmy, gdzie które z nas ma swoją jedynkę i gdzie możemy być. Obydwoje mieliśmy chyba takie samo pojęcie, czyli żadne. Nagle kolega zauważył, że nasze konsultacje wypadły akurat w mrowisku i... zaczęło się. Wyskoczyłam z krzaków i wyleciałam na ścieżkę, bo wygodniej się otrzepywać. Popatrzyłam na nogi i aż mną wstrząsnęło - tak do pół łydki moje nogi były jedną ruszającą się masą, wyżej jeszcze prześwitywało ubranie. Wrzasnęłam rozdzierająco, ale tylko wewnętrznie, bo zewnętrznie oniemiałam z przerażenia. Rozpaczliwie zaczęłam się otrzepywać i to gołymi rękami pomimo obrzydzenia. Brrr. Noż kurna, czy ja jestem podobna do Telimeny żeby mię to ohydztwo obłaziło????
- Auć! Auć! - krzyczałam wewnętrznie przy każdym ugryzieniu, a mrówki były rozmiaru metr na metr, to wyobraźcie sobie jakie miały paszcze i zęby (czy czym tam one gryzą).
- Auuuuu! Tylko nie w tyłek!!!!
- Nie w cycki! Nie w cycki!
- Aaaaaaa!!!!!!!
- Jak dojdą do ust to umrę! - myślałam w panice.
Cały ten wewnętrzny dramat odbywał się w biegu, bo automatycznie rzuciłam się do ucieczki. A ponieważ zdecydowanie lepiej ucieka się w dół niż w górę, po chwili zorientowałam się, że jestem z powrotem prawie na starcie. Nooo, trochę głupio wyszło. Strzepnęłam z siebie resztki wroga, a skoro byłam tuż przy starcie namierzyłam się od nowa i tym razem udało się trafić. Niestety, taki początek zabił całą moją wolę walki i w dalszą trasę ruszyłam bez przekonania.

 Dookoła jedynki.

Kolejne punkty wchodziły przyzwoicie, na ogół wychodziłam na nie dość precyzyjnie, a nawet jeśli mnie troszkę zniosło, to  dawało się doprecyzować albo po terenie, albo w ostateczności po innych zawodnikach.
O ile nawigacyjnie dawało radę, to kondycyjnie - kaplica. Żar przenikający nawet pod drzewa odbierał wszelką energię, ciągle było pod górę, a nawet jak było w dół, znaczyło to jedynie, że za chwilę znowu będzie pod górę, a pod nogami leżało pełno gałęzi usiłujących złapać i zatrzymać. Wlokłam się noga za nogą i nijak nie idzie tego nazwać biegiem na orientację.
Powolutku doczłapałam sobie przez kolejne punkty do PK 9, namierzyłam się na PK 10, który ani nie był daleko, ani nie był  trudny, no ale ile może mi iść dobrze. Toż już najwyższa pora żeby coś się spieprzyło. Kompletnie nie mogę pojąć jakim sposobem przeoczyłam grupę skałek z lampionem i beztrosko szłam, szłam i szłam. W końcu coś pomarańczowego zamigotało mi w oddali. Podbiegłam (i to tak dosłownie), ale spotkało mnie rozczarowanie - owszem, lampion, ale nie mój. Inny kod i w dołku, a nie na skałce.
- To gdzie ja do licha jestem????? - pomyślałam.
Niby teren się zgadzał - była droga, była polanka, no może droga biegła niedokładnie w słusznym kierunku, ale kto by to tam w stresie zauważył. Powęszyłam trochę to tu, to tam i w końcu odpuściłam. Stanęłam przy znalezionym lampionie i upokorzyłam się doszczętnie - nadbiegającego zawodnika zapytałam:
- Gdzie ja jestem??????????
Człowiek ewidentnie się gdzieś spieszył i tylko machnął mi swoja mapą przed oczami pukając palcem w jakiś dołek i.. tyle go widziałam. Dołek, półokrągły dołek. Na szczęście na mapie w tej okolicy był tylko jeden taki, więc wreszcie mogłam się zlokalizować. Nooo, od dziewiątki to tak drugie tyle przeszłam niż powinnam. To na pewno musiał być efekt przegrzania mózgu, no bo co innego? Wróciłam więc i znalazłam co trzeba.

 Gdzie ja jestem????

Od dziesiątki zaczęły się dłuższe przebiegi i trochę się bałam, żeby mnie nie zniosło a azymutu, ale dało radę. Na ostatni punkt i na metę wystarczyło lecieć za tłumem i nawet usiłowałam biec, skoro już nie musiałam patrzeć na mapę i mogłam pod nogi. A na mecie Tomek już czaił się z kamerką.

 Upragniona meta.

Po sczytaniu czipa lekko się zdziwiłam, że jakiejś rywalce udało się być na trasie dłużej niż mi i kto wie z jakimi potworami musiała walczyć, jak mi głupie mrówki zajęły 10 minut, a dziesiątka 13.
Trasę 2,8 km udało mi się przeciągnąć do 4,7 km, a jej przebycie zajęło mi godzinę i kilkanaście minut, ale czy to by się w ogóle opłacało biegać tak krótko? Przy moim wariancie cena za kilometr wychodzi jednak korzystniej.



Wawel Cup - Model Event z poziomkami.

Odkąd odkryłam Wawel Cup, mój coroczny urlop jest zespolony z terminem zawodów, dzięki czemu możemy przyjechać ciut wcześniej i po zawodach zostać dzień dłużej. Chociaż w tym roku zawody tylko trzydniowe (eh, ten wirus...) zasada urlopowa została zachowana.  Na Model Event szliśmy więc wypoczęci i zaaklimatyzowani, bo przyjechaliśmy dzień wcześniej.
Trochę się bałam jak po rocznej przerwie poradzę sobie z nietypowym dla mnie terenem, ale w końcu po to jest trening żeby takie rzeczy przetestować. Oprócz testowania terenu miałam także do przetestowania kamerkę, a nawet nie tyle kamerkę, co specjalną uprząż do niej. Tomek ubrał mnie w to chomąto, przypiął kamerkę, odpalił i wystartowałam.
Mapy dostaliśmy malutkie, formatu A5, za to w skali 1:10000. Co prawda jaka była skala mapy dowiedziałam się dopiero po biegu, bo gdzieś mi ta wiadomość umknęła, ale jak widać nie była mi do niczego niezbędna:-)
Do jedynki można było pobiec naokoło drogami, albo drzeć przez górę na azymut. Oczywiście, że wybrałam to drugie, ja czcicielka Św. Azymuta. Tomek poleciał systemem mieszanym - trochę ścieżką, trochę azymutem - najwyraźniej nie mógł się zdecydować. W efekcie spotkaliśmy się przy punkcie. Na dwójkę szłam idealnie po kresce, bez względu na przecinające mi drogę jary, poziomnice, chaszcze i inne okoliczności przyrody. Tomek, który biegł innym wariantem, na dwójce pojawił się w tym samym czasie co i ja.
- Ale mi dobrze idzie! - pomyślałam w związku z tym.
Na trójkę dało się większość trasy przebiec porządną drogą, no to już się nie wygłupiałam z azymutem, tylko skorzystałam z dobrodziejstw cywilizacji. Na tej drodze po raz ostatni widziałam plecy Tomka. Z trójki to już poszłam całkiem abstrakcyjnie - ani na azymut, ani ścieżkami, tylko gdzieś sporo powyżej, ale przynajmniej w dobrą stronę. Ponieważ punkt miał być w pobliżu duuużej skały, zakładałam, że raczej jej nie przeoczę.  Faktycznie, nie dało się przeoczyć. Z czwórki zaczęłam zbiegać ścieżynką, ale gdzieś mi się zgubiła po drodze i nie do końca widziałam, w który miejscu większej drogi wypadłam. Ustawiłam więc azymut bardzo na oko i poniooooslo mnie. Piątka niestety była usytuowana na mało charakterystycznym terenie i ciężko było znaleźć jakiś punkt odniesienia. Niby na mapie było zaznaczone spore obniżenie i nawet trafiłam na coś podobnego i jeszcze na dodatek z palikiem i wstążką na dnie, ale jak by się stamtąd nie namierzać, zawsze lądowałam na niczym. Miotałam się w coraz większej desperacji i na tę desperacje nadbiegł (no, nadszedł) Janusz. Uszczęśliwiłam go informacją, że lampionu nie ma w okolicy i rozeszliśmy się czesać dalej. Nadbiegł jeszcze jeden zawodnik, pognał na północ, potem mu się odmieniło i poleciał na południe, a skoro taki niezdecydowany, to nie zawracałam sobie nim głowy. Za zdecydowanym to bym pobiegła. Postanowiłam udać się na południe do drogi, znaleźć skrzyżowanie i z niego się namierzyć. Tak mi się fuksło, że na to południe musiałam przejść dokładnie kolo PK 5 i kiedy Janusz zaczął mnie nawoływać (dobry kolega!), że ma lampion, wystarczyło tylko wyjść zza krzaka:-)


Zemsta azymuta.

Dobrze, że do szóstki dało się dobiec drogami, bo w stresie mogłabym znowu coś spitolić, a tak to jedynym moim problemem było dogonienie i przegonienie Janusza. Oczywiście, że mi się to nie udało i tylko się zasapałam.
Przed siódemką rosły poziomki. Naprawdę walczyłam ze sobą, ale nie dało rady - schyliłam się i skubnęłam jedną, drugą, trzecią... Na tym procederze nakrył mnie Andrzej i zrobiło mi się trochę głupio. W końcu Wawel Cup to poważne zawody, a nie jakieś poziomkobranie.

Słodkie, pachnące poziomki. (Fot. A. Krochmal)

Mimo skupienia się bardziej na poziomkach niż mapie, siódemkę i ósemkę zaliczyłam jak po sznurku. Ale za to głupio. Do ósemki szybciej było obiec drogami niż pchać się przez szczyt góry. Jeszcze do tego szaleństwa zachęciłam Andrzeja... Jak widać głupota jest zaraźliwa.
Do dziewiątki to już leciałam za tłumem, a że tłum wędrował jakimś dziwnym zawijasem, to ja też. Najważniejsze, że skutecznie. Dziewiątka była punktem ostatnim i po niej już tylko meta. Ufff - i znowu się udało.

 Pamiątkowa fotka zrobiona Andrzejem:-)

A tak to wyglądało na trasie.

Komunikat techniczny

Moi drodzy - wiem, że teraz powinno wejść na tapetę Grillowanie Kosmatych InOków, ale z Grillowaniem nie taka prosta sprawa - 10 etapów, przejścia nocne, etapy wielogodzinne, skomplikowane mapy. Tymczasem jesteśmy na Wawel Cup a tutaj się dzieje - szybko, krótko, intensywnie i trzeba to łapać w locie.
Do Grillowania wrócę na spokojnie, po powrocie do domu, a tymczasem zapraszam na relacje z biegania po skałkach.

piątek, 3 lipca 2020

Korona Mazowsza czyli lampionowe szaleństwo na skrawku lasu

Ostatnia impreza z cyklu Korona Mazowsza okazała się z lekka zwariowana. W małym kawałku Parku Młocińskiego, na dość krótkich trasach, organizatorom udało się upchnąć miliony punktów kontrolnych - może nie w sensie ilości samych lampionów (choć tych też było bez liku), ale trasy z licznymi motylkami wymagały nawet  kilkudziesięciu potwierdzeń pobytów na PK. Rekordowy był "Chojrak" - aż 50 PK, co przy pojemnościach większości czipów zaczynało stanowić problem. Moja trasa - "Wkręcony" - na długości 4,5 km miała 34 PK.
Żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić imprezę, organizatorzy wymyślili konkurs polegający na typowaniu zwycięzcy każdej z 22 zestawionych przez nich par. Ponieważ załapałam się na jedną z tych par, Tomek śmiał się, że muszę wygrać, bo postawił na mnie fortunę. Kurcze, emocje niczym w Monte Carlo:-)))

Przedstartowe spotkania

No to start! Na jedynkę najpierw planowałam pobiec na azymut, ale w ostatniej chwili zmieniłam decyzję i jednak wybrałam ścieżki. Biegłam rozglądając się za odgałęzieniami w prawo, coraz dłużej, a tu nic. Za to po jakimś czasie natrafiłam na leśną mogiłkę, czy coś w tym rodzaju. Zaczęłam szukać jej na mapie. No tak... Nie dość, że byłam hektar za jedynką, to jeszcze nawet nie na linii łączącej z nią start. Wbiegłam w pierwsze rozgałęzienie ścieżki zupełnie tego nieświadoma, a na kompas nie chciało mi się patrzeć, no bo po co na ścieżce. Kolejna nauczka. Skoro wiedziałam gdzie jestem, udało się opanować sytuację i w końcu trafiłam na punkt.

Na jedynkę troszkę naokoło:-)

Dwójkę znowu wzięłam trochę zza winkla, ale już bez okrążania jej tak wielkim łukiem jak jedynkę. Dalej poszło już lepiej. Na szczęście lampiony nie były pochowane, a tłum ludzi zawsze na jakiś mógł naprowadzić (lepszy, czy gorszy, ale przynajmniej można się wtedy umiejscowić). Z bieganiem tylko było słabo, bo raz, że gorąco, dwa - małe odległości między lampionami nie dawały się rozpędzić, a i czujność jest mi łatwiej zachować w marszu. Poza tym teren też nie zachęcał do wyczynów. Już w pierwszej połowie trasy noga wpadła mi w jakąś dziurę, a ponieważ ta sama co na poprzedniej imprezie, więc mocniej to odczułam i do wieczora czułam potem kolano.
Kryzys nawigacyjny nadszedł po dziewiątce. Ustawiłam kompas, ruszyłam niemal po kresce i nagle coś mi odbiło. W prawo mi odbiło, jak zwykle:-) Po jakimś czasie skorygowałam co prawda, ale za późno i dziesiątkę minęłam w pewnej odległości. Przy ilości lampionów w lesie wiadomo było, że wcześniej, czy później na jakiś się natknę i trafiłam na dwójkę/szóstkę. Nie powiem - trochę się zdziwiłam. Znowu ustawiłam kompas i ambitnie ruszyłam w stronę dziesiątki. To znaczy wydawało mi się, że w stronę dziesiątki, bo w rzeczywistości szłam na siódemkę. Nawet całkiem logicznie - z szóstki na siódemkę i chyba tym się kierowałam namierzając się. Ale wtopa... Na siódemce kolejny raz mocno się zdziwiłam i już myślałam, że dziesiątka to jakiś punkt-widmo, ale po trzeciej próbie udało się w końcu ją znaleźć. Gdybym mniej ufała kompasowi, a więcej własnym oczom, szybciej zorientowałabym się, że coś nie gra, szczególnie kiedy pojawiały się przede mną drogi, których nie powinno być na mojej trasie. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe. Przy tej dziesiątce to już zaczęłam rozpaczać nad ruiną finansową Tomka, co to wszystkie pieniądze postawił na niewłaściwego konia i co my teraz zrobimy...

Okołodziesiątkowe wędrówki zajęły mi prawie 8 minut!

Reszta trasy przebiegła jako tako. Z siedemnastki zrobiłam sobie indywidualnego motylka, bo trafiłam tam trzy razy - zaliczając siedemnastkę oraz miedzy PK 20 a 21 i między 27 a 28. Siedemnastka musiała mieć w sobie jakiś niezwykły magnetyzm.
Przez całą trasę bałam się też jednego - że zapomnę z jakiego punktu na jaki biegnę (no zdarza mi się), pominę któryś i będzie NKL-ka. Skrupulatnie sprawdzałam na każdym punkcie numerki i usiłowałam zapamiętać albo numer punktu, albo kod. Udało się! Nie pominęłam niczego! Moja rywalka z pary nie miała tyle szczęścia i zgubiła jeden punkt. Tylko to uratowało mi tyłek, bo inaczej przegrałabym z kretesem o prawie 25 minut! Co prawda byłyśmy na różnych trasach (ja na dłuższej), ale takie były zasady konkursu.
Ufff, co to były za emocje:-))))
Szkoda tylko, że to była już ostatnia impreza z tego cyklu. Liczę na to, że Organizatorom podobało się nie mniej niż mi i też będą chcieli więcej. Halo! czy Organizatorzy mnie słyszą??!!

Cały przebieg, żeby ktoś nie myślał, że po kresce to nie potrafię:-)

czwartek, 2 lipca 2020

WOR 4 w morderczym upale.

W niedzielę od rana biło z nieba żarem i zamiast zastanawiać się co na siebie włożyć, intensywnie myślałam czego na siebie mogę nie wkładać, żeby jednak zachować jakieś minimum przyzwoitości. Bo tak całkiem bez niczego chyba by nie przeszło. Biegać mieliśmy po mieście, więc na cień nie było co liczyć.
Znowu ambitnie zapisałam się na trasę "profesjonaliści" chociaż z moim profesjonalizmem to tak różnie bywa - vide kilka poprzednich zawodów. Na start przeszliśmy sobie przez metę usytuowaną na górce. Czyli finisz zapowiadał się ciężko.

Zaczynamy od mety:-)

Na trasę ruszyłam jako jedna z pierwszych, bo była luka, a do mojej minuty startowej masa czasu, który musiałabym spędzić na słońcu. Od razu pobiegłam nieoptymalnie, bo zasugerowałam się moim przedbiegcą, zamiast dokładnie obejrzeć mapę. Dużo nie nadłożyłam, ale zawsze. Dodatkowo już przed pierwszym punktem wpadłam nogą w jakąś dziurę w trawniku i grzmotnęłam jak długa. Poderwałam się jeszcze szybciej niż padałam, bo w zasięgu wzroku miałam lampion.
Do jedenastki szło dobrze. Nawigacyjnie dobrze, bo z bieganiem w tym gorącu to różnie było. Jak już miałam mroczki przez oczami to przechodziłam do marszu:-). Od jedenastki prawidłowo dobiegłam do przejścia między dwoma blokami i dlaczego potem zamiast w lewo, pobiegłam w prawo - do teraz nie mogę pojąć. Najwyraźniej to musiało być słynne kobiece "drugie lewo". Co ciekawe, jeden z zawodników zrobił ten sam manewr i kiedy dobiegłam, stwierdził, że pięć minut już szuka i nigdzie nie ma lampionu. Swoją obecnością utwierdził mnie, że jestem w dobrym miejscu, więc nie patrzyłam na mapę, a trzeba było. Zaczęłam systematycznie powiększać obszar poszukiwań i w końcu trafiłam we właściwe miejsce, choć wciąż byłam przeświadczona, że lampion źle wisi. W związku z tym przez chwilę miałam problem z ruszeniem na trzynastkę, bo coś mi nie grało. W końcu zorientowałam się w czym rzecz i poleciałam dalej. Szkoda tylko, że na mapie nie sprawdziłam czy lampion wisi wewnątrz, czy na zewnątrz ogrodzenia.... Oczywiście, że wisiał wewnątrz i popatrzywszy zza płotu na niego tęsknym wzrokiem, musiałam oblecieć spory budynek dookoła.

Walka z dwunastką i trzynastką.

Ponieważ straciłam dużo czasu na tych dwóch nieszczęsnych punktach, usiłowałam nadrobić stratę szybszym tempem. Oczywiście od razu się to na mnie zemściło, bo szybkie bieganie w upale nie jest jednak wskazane dla starszych pań. W efekcie między końcowymi punktami już tylko człapałam, ale starałam się to przynajmniej robić żwawo:-)

Ostatni punkt podbity.

Ostatni zryw zrobiłam przed metą. Uparłam się, że wbiegnę na górkę choćbym potem miała wyzionąć ducha. I po prawdzie to niewiele brakowało.

Aż musiałam się położyć.

W porównaniu do ostatnich leśnych zawodów, to poszło mi całkiem dobrze. Fakt - skopałam dwunastkę koncertowo, ale przecież mogłam skopać jeszcze z pięć innych punktów, a nie zrobiłam tego:-) No i nie byłam ostatnia. Wyprzedziłam całe dwie osoby:-)
Cóż - jaki zawodnik, takie sukcesy.

wtorek, 30 czerwca 2020

Zagubiona w Zolskim Bagnie.

Chyba muszę zacząć mówić, że ostatnio na wszystkich zawodach to gubię się specjalnie, żeby mieć o czym pisać, bo mi czytelnictwo spada. Bo już naprawdę mi głupio wciąż przyznawać się do totalnej ignorancji w nawigacji. Im więcej doświadczenia, tym gorzej idzie? No, coś nie tak. Słusznie podejrzewacie - Warszawską Milę skopałam aż miło.


Pamiątkowa przedstartowa fotka.

Pogoda na bieganie zapowiadała się taka sobie, a jak już byliśmy gotowi do startu, to zaczęło padać. Mieliśmy dylemat - lecieć czy przeczekiwać? Ale bo to wiadomo, czy nie będzie jeszcze gorzej? Postanowiliśmy wystartować mimo deszczu.
Ponieważ Tomek ma ostatnio jedną nóżkę bardziej, więc wyjątkowo zrezygnował z najdłuższej trasy i obydwoje wybraliśmy średnią. Tradycyjnie ja ruszyłam pierwsza, bo mi zawsze dłużej schodzi.

Start (jak widać).

Plan na jedynkę miałam taki: polecieć ścieżką do skrzyżowania pierwszego albo drugiego (bez znaczenia),  od skrzyżowania namierzyć się na azymut, pobiec, podbić i gotowe. Ruszyłam. Im dalej biegłam, tym bardziej nie było widać żadnych skrzyżowań. No dobra, musiałam przegapić, ale przecież nie będę wracać na start. W końcu jakieś zobaczyłam, ale które to z kolei? Na pewno nie pierwsze sądząc z pokonanej odległości, drugie też raczej nie. Trzecie? Czwarte? Piąte? Które by nie było, trzeba skręcić na wschód. Miałam nadzieję, że może gdzieś wypatrzę Tomka, który miał startować zaraz po mnie i śledząc go trafię na punkt. Dookoła co prawda widziałam nawet sporo osób, ale każdy biegł w inną stronę i miałam poczucie jakiegoś kosmicznego chaosu. To chyba przez to, że jedynka (znajdująca się niewątpliwie gdzieś w pobliżu) była punktem potrójnym. Tak sobie biegłam, biegłam, biegłam, trochę szłam i wydawało mi się, że to już stanowczo za długo trwa, ale nie miałam pomysłu co zrobić. W końcu gdzieś w oddali zamigotało mi coś pomarańczowego. Lampion! Rzuciłam się do niego pędem. Od razu sprawdziłam kod i zgodnie z moimi podejrzeniami nie była to jedynka, tylko szóstka. Ale przynajmniej wiedziałam wreszcie gdzie jestem. Z szóstki udało mi się bezproblemowo dotrzeć do jedynki i wreszcie miałam zaliczony pierwszy punkt. Zajęła mi ta cała operacja prawie 12 minut. Niezły początek!

Jedynkę ominęłam łukiem.


Dwójka miała być za bagienkiem. Bałam się, że po deszczach mogą być trudności z przejściem na krechę, ale okazało się, że nie jest tak źle. Źle było tylko z moim kierunkiem, bo tradycyjnie zaczęło ściągać mnie w prawo. Oczywiście dowiedziałam się o tym dopiero kiedy dotarłam do ścieżki, której wcale nie powinno być przed punktem. Ponieważ w zasięgu wzroku miałam skrzyżowanie, więc mogłam się zlokalizować i namierzyć. Poszło. Trójka, o dziwo, weszła bezproblemowo - może dlatego, że była blisko i nie zdążyło mnie nigdzie znieść. Czwórkę oczywiście przestrzeliłam i znowu pomocne było skrzyżowanie oraz przechodząca obok zawodniczka, która upewniła mnie, że jestem tam, gdzie myślę, że jestem. Ale za to na piątkę poszłam jak po sznurku. Aż do dziesiątki miałam dobrą passę, trafiałam bezproblemowo, nigdzie mnie na boki nie znosiło i już się nawet zaczęłam cieszyć z lekka, że tak dobrze idzie. I znowu stało się jak w Bajeczkach Babci Pimpusiowej:

Latał sobie z radarem pewien gacek młody
I po drodze omijał przeróżne przeszkody,
Lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
Wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja.

 
Ja rozbiłam sobie ryja na jedenastce. Na dziesiątce ustawiłam azymut, który leciał skrajem terenu podmokłego i ruszyłam. Szło się ciężko, bo las był w bruzdach i trzeba było dobrze uważać żeby nóg nie połamać. Nie miałam pojęcia jak znaleźć wykrot jeśli nie wejdę na niego idealnie, bo teren był idealnie cały jednakowy, zarośnięty wysokim poszyciem. Po chwili nie miałam pojęcia gdzie jestem, bo kompasowi to tak do końca nie wierzyłam. I słusznie zresztą, bo znowu sprowadził mnie na prawo. W końcu zdecydowałam, że nie ma sensu kręcić się po krzakach, trzeba wyjść do drogi i od niej się namierzać. Przy skrzyżowaniu spotkałam Piotrka, który też się stamtąd namierzał, ale na coś innego, a szkoda, bo bym się podpięła na bezczelnego:-) Szłam, szłam i szłam, a wykrotu ani śladu. Tym niemniej chyba byłam już blisko, bo najpierw spotkałam młodego chłopaczka, a potem dorosłego zawodnika i obydwaj szukali tego co i ja. Przez dłuższą chwilę nawet we trójkę nie mogliśmy znaleźć, w końcu szczęście uśmiechnęło się do mnie. Zawołałam całe towarzystwo, bo taka świnia to nie jestem, żeby podbić w konspiracji i zwiać.

Jedenastka zatrzymała mnie aż na 17 minut!

Dwunastkę znalazłam z lekkimi oporami, ale potem było już tylko lepiej. Nagle poprawiło mi się bieganie na azymut i przestało mnie znosić i na kolejne punkty wchodziłam bezbłędnie. Zupełnie tego nie rozumiem - dlaczego raz tak bardzo ściąga mnie na prawo, a za chwilę wszystko idzie idealnie. Przecież za każdym razem postępuję dokładnie tak samo.
Tomek mimo nóżki bardziej dotarł na metę dużo, dużo wcześniej niż ja i był już z lekka zaniepokojony moją przedłużającą się nieobecnością.

Meta!
Jak widać, w końcu się doczekał:-)
Do wyników to aż się bałam zaglądać, bo to jednak przykre zobaczyć swoje nazwisko na szarym końcu i faktycznie byłam w  ścisłym ogonie, tuż przed panami Chachurskimi, którzy - podejrzewam - szli sobie szkoleniowo ze względu na młodszego. Cóż, trzeba jakoś przełknąć tę żabę....


A to wszystkie moje wyczyny.

piątek, 26 czerwca 2020

WOR 3, czyli nieudana rehabilitacja.

Niedziela miała być dniem rehabilitacji za sobotę. Miało to szansę powodzenia, bo mieliśmy biegać po mieście, a w mieście trudniej się zgubić.
Tym razem znowu wybraliśmy się rodzinnie we trójkę, Agata -zuchwała, my - profesjonaliści. Krótkie te traski były, więc szkoda mi było wybierać zuchwałych.


Przedstartowa rodzinna fotka.

Niby mieliśmy powyznaczane jakieś tam godziny startowe, ale ponieważ przyjechaliśmy dużo za wcześnie, a bloki startowe świeciły pustkami, więc puszczono nas od razu.

Ja poszłam na pierwszy ogień.

No dobra, ale gdzie na mapie jest ten trójkącik????

Tradycyjnie zaczęło się od szukania startu na mapie. Zawsze ten trójkącik jest tak ukryty, że człowiek stoi jak głupi tuż za blokami startowymi i nie wie, w którą stronę ruszyć. W końcu znalazłam i mogłam zacząć. Ruszyłam z pewną nieśmiałością, ale po chwili jedynka była moja. Dwójkę już z daleka pokazywali mi uczynni spacerowicze, którzy emocjonalnie angażowali się w nasze bieganie. Do trójki blisko, ścieżką, tylko ... lampionu nie ma. Śmietnik (czy jakieś trafo - już nie pamiętam) owszem był, żywopłot też, ale nic pomarańczowego nie było widać. W końcu mignęło mi coś w przyblokowym ogródku, za żywopłotem. Tam to nawet nie próbowałam szukać nauczona doświadczeniem, że wchodzenie na ogródki kończy się standardowo awanturą, bo "to prywatne, a wy depczecie i niszczycie". Z duszą na ramieniu podeszłam do lampionu, w każdej chwili gotowa do ucieczki, ale jeszcze przytomnie sprawdziłam kod i co się okazało??? Byłam nie na trójce, tylko na trzynastce! Tak trzymałam mapę, że palcem zakryłam sobie jedynkę od trzynastki i w efekcie z dwójki pobiegłam dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam. No to już na wstępie miałam w plecy i tyle mojej rehabilitacji za niedzielę:-(

Gdzie PK 3, a gdzie PK 13...

Cóż było robić? Podkuliłam ogon i poleciałam na prawdziwą trójkę. Teraz już dokładnie oglądałam mapę i więcej takich wtop nie zaliczyłam. Starałam się nadrobić stracony czas i chwilami biegłam trochę powyżej swoich możliwości. Przy panującym upale oczywistym było, że to się na mnie zemści, ale człowiek to zawsze głupi. Za połową trasy nie byłam już w stanie w ogóle biec i mogłam jedynie raźno maszerować. Ostatni zryw zrobiłam przed metą, która złośliwie usytuowana była na górce i ledwo zipiąc wbiegłam jak mogłam najszybciej, no bo przecież finisz musi jakoś wyglądać.
Zajętą pozycją nie ma się co chwalić, z rehabilitacji nici, ale przynajmniej fajnie spędziłam czas.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

LZK - Skierdy wstydu.

No i znowu dałam ciała:-(
A miało być tak pięknie...
Ponieważ na weekend zapowiadały się burze, więc chcieliśmy zacząć nasz bieg jak najwcześniej, żeby zdążyć przed deszczem. Szybko załatwiliśmy formalności, pobraliśmy mapy, przywitali znajomych i ruszyli na start.

Oj, chyba zapomnieliśmy o dystansie społecznym.

Start nie od razu udało nam się namierzyć, bo przegapiliśmy jedną ścieżkę, ale w końcu udało się trafić. Nooo, jak już w drodze na start się gubimy, to co będzie dalej?

Clear, check, start, a w tle meta.

Jedynka nie wyglądała groźnie - dołek niedaleko od przecinki, na końcu rowu. Poleciałam przecinką na odpowiednią odległość, znalazłam rowek, dół i... brak lampionu. No to zaczęłam kręcić się po okolicy i znalazłam jeszcze ze trzy rowy, 1764 dołki i ani jednego lampionu. No co jest grane? Wkurzyłam się i wróciłam na start, żeby spróbować na azymut. A skoro już byłam na starcie... to postanowiłam zacząć zabawę od nowa: clear, check, start. Nie żeby mi to wiele dało - azymut znowu doprowadził mnie do rowu, dołka i braku lampionu. Znowu bezradnie kręciłam się dookoła czesząc okolicę, ale końcu wyczaiłam dobrze skitrany lampion, schowany niemal pod gałęziami, tak że trudno go było z daleka wypatrzyć. Ufff...
Łatwa dwójka ukoiła moją irytację po jedynce, a potem się zaczęło... Z dwójki dobiegłam do skrzyżowania przecinek, a potem ruszyłam na azymut. Minęłam rowy, górki, znalazłam parę dołków i znowu tylko lampionu brak do szczęścia. Nie widząc perspektyw dalszego chodzenia po krzakach (a po deszczach wszystko bujnie wyrosło) postanowiłam wyjść na  przecinkę i namierzyć się ze skrzyżowania. Ostatecznie nieco zmodyfikowałam strategię, przecinką doszłam do polanki i stamtąd na azymut. Tym razem się udało. Jak pokazuje ślad, lampion stał na obrzeżu kółeczka, a nie w jego środku.
Miałam nadzieję, że to już koniec mojego pecha, ale gdzie tam. Z czwórką rozminęłam się, bo zniosło mnie w prawo, a że stała praktycznie na niczym, więc trudno było jej szukać po charakterystycznej rzeźbie - ot, taka drobna zagięta poziomnica, w naturze niemal niezauważalna. Znowu zaliczyłam zejście do przecinki, spacer do skrzyżowania i mozolne namierzanie się od innej strony. Znalazłam.

Wycieczki krajoznawcze przy PK 3 i PK 4

Piątka wydawała się łatwa - najpierw ścieżką (przecinką), potem grzbietem górki, spaść na lewo i gotowe. Już w pobliżu przewidywanego celu zauważyłam kilka osób wchodzących w krzaki, wychodzących - ogólnie ruch w interesie. Weszłam i ja. I co? I nico! Po chwili czesaliśmy w kilka osób, ale ilość poszukiwaczy nie przeszła w jakość. Postanowiłam namierzyć się od drugiej strony, czyli od kapliczki i... wróciłam w to samo miejsce. W końcu jakiś zawodnik powiedział nam, że punkt wisi dopiero za następną górką. No ale jak to? Przecież mapa mówi co innego? Ewidentnie punkt był źle postawiony. Lampion udało się namierzyć w miejscu, gdzie absolutnie nie powinno go być.

Kolejny punkt, na którym straciłam masę czasu:-(

Szóstka chyba też nie stała idealnie, ale tym razem miałam szczęście i po prostu wlazłam na nią. W ogóle wszystkie te punkty oznaczane jako mulda są dla mnie zawsze zagadką, bo w terenie na ogół stoją na niczym i kompletnie nie wiem jak je ugryźć.
Siódemka była wreszcie punktem charakterystycznym, bo na górce i łatwo dawała się wyczaić. Do ósemki przebiegle poleciałam przecinkami i tylko końcówka została mi na azymut. Szłam jak po swoje, ale w końcu coś zaczęło mi się wydawać, że jakoś długo idę, a obniżenia nie widać. To znaczy widać, ale nie przemawiało do mnie. Jak widać na śladzie, zamiast zejść po pierwszej górce, ja zeszłam dopiero po drugiej. Ale też te górki to tak się mało wyodrębniały jedna od drugiej. W końcu znowu zastosowałam sprawdzony manewr, czyli zejście do przecinki i atak od innej strony. W sumie to ciekawe, że za każdym razem od dupy strony było jakoś łatwiej.


Do ósemki przez dziewiątkę - można i tak!

Dziewiątka, dziesiątka i jedenastka stały przy samych drogach. Albo autorowi trasy skończył się koncept, albo przewidział moją sytuację i chciał mi dać trochę luzu na koniec, żebym nie wpadła na metę z żądzą mordu w oczach. Ale co tam miałam kogo mordować...Nawigator do bani ze mnie i tyle.

Upragniona meta.

Czterokilometrową trasę zrobiłam w siedem i pół kilometra i prawie półtorej godziny - normalnie rekord świata.  PK 3 zajął mi prawie 16 minut, PK 4 prawie 11, PK 5 - 16 minut, PK 8 - 18.
Chyba nikt mnie już nie przebije.

piątek, 19 czerwca 2020

Wkręcona w Koronę Mazowsza (etap 3)

Ponieważ przepadł mi Szybki Mózg, więc czułam się niedobiegana, ale na szczęście  już następnego dnia jechaliśmy na trzeci etap Korony Mazowsza, który odbywał się dokładnie w tym miejscu, gdzie nie udało mi się zaliczyć całej trasy Zaw-Or-a. Niestety - pogoda znowu nie należała do najłatwiejszych - duszno i parno niczym w tropikach. Człowiek pocił się już od samego istnienia, a gdzie tam jeszcze biegać...

Idziemy do biura zawodów...

... żeby sobie "kupić" mapy:-)

Moja trasa miała jeszcze w miarę ludzką długość - pięć z hakiem, ale Tomek to przychojrakował i wybrał się na 10 km. Nominalnie 10 km, bo ile kto zrobi, to jego.
Już od startu zaczynały się schody - podejście na wydmę. Idąc (bo przecież nie biegnąc) czułam się jakbym przedzierała się przez bardzo gęstą lepkość, która usiłuje mnie zatrzymać i zadusić. Od razu przypomniał mi się czytany parę godzin wcześniej artykuł o ukraińskiej ultramaratonce, która zmarła podczas zawodów rozgrywanych przy temperaturze 40 stopni. U nas może tyle nie było, ale na wszelki wypadek szłam sobie powolutku z tętnem (jak pokazał potem pomiar) ponad 200 uderzeń na minutę. Na szczęście podejście było w miarę krótkie, a potem już grzbietem wydmy. Ścieżka prowadziła praktycznie pod samą jedynkę, trzeba było tylko w odpowiednim miejscu zejść w krzaki. Wycelowałam idealnie. Do dwójki i trójki poszłam praktycznie po kresce, a z trójki zniosło mnie w prawo ho, ho jak daleko. Dodatkowo z daleka zobaczyłam znajomych i zupełnie się zdekoncentrowałam. Od razu pomyliły mi się ścieżki i kierunki świata i dopiero widok asfaltu, którego nie powinno być tak blisko, przywołał mnie do porządku. Obejrzałam teren, mapę, wyczaiłam gdzie jestem i dopiero poszłam na punkt. I nie można było tak od razu?

Asfalt przyciąga.

Do piątki daleko, ale ścieżkami. Do szóstki prułam po prostej (na azymut oczywiście) i nagle zachciało mi się zrobić skok w bok, prawy bok oczywiście. Nie mam pojęcia co mną kierowało i dlaczego nagle odpuściło i pozwoliło znaleźć szóstkę.

Nagła odchyłka.

Siódemka była tuż przy szóstce, a do ósemki poleciałam naokoło, ale ścieżkami. Teren nie zachęcał do latania po prostej. Dziewiątka znowu była blisko i to tak fajnie jak punkty szybko przybywają. Ma się wrażenie, że lada moment będzie meta. Gdzieś tak tuż za szóstką spotkałam Zuzę i co chwilę przeplatałyśmy się na trasie - raz jedna przodem, raz druga. Za dziesiątką to już praktycznie biegłyśmy razem. Przy trzynastce miałyśmy trochę problemów, bo chcąc się wykazać pognałam przodem i skręciłam ścieżkę za wcześnie spod linii wysokiego napięcia. Zmyliło mnie, że w terenie była dodatkowa ścieżynka nie zaznaczona na mapie, być może wydeptana już przez zawodników. Na szczęście Zuza wykazała się czujnością i wykierowała nas w dobra stronę.
Czternaście, piętnaście i szesnaście poszło jak po maśle. Zuza została trochę w tyle i na siedemnastkę pomknęłam już sama. I co? I oczywiście musiałam spieprzyć. Zaczęłam całkiem dobrze, a potem zamiast trzymać azymut biegłam sobie (po równym było) beztrosko ścieżką, której zresztą nie było na mapie, myśląc o niebieskich migdałach i ani się obejrzałam i już byłam na mecie.

 Z szesnastki prosto na metę!

 Zaraz, zaraz! Meta, a ja bez siedemnastki i osiemnastki! No i trzeba było wrócić:-(((( Przed siedemnastką znowu spotkałam Zuzę, która z inną zawodniczką czesała krzaki, więc dołączyłam do nich. Znowu przytrafiła się ścieżka spoza mapy, która wprowadzała zamieszanie i przez chwilę nie mogłyśmy obczaić co się dzieje, bo lampion miał być po jednej stronie ścieżki, a był po drugiej. Jak się potem okazało, nie tej ścieżki. Osiemnastka była formalnością, a do mety dopingowałyśmy się wzajemnie, żeby dobiec z fasonem.

Wspólny finisz. (Fot. A. Krochmal)

Potem pozostało mi już tylko długie czekanie na Tomka. W międzyczasie powitałam na mecie Chrumkającą Ciemność, a potem Mateusza, który uspokoił mnie, że Tomek jest już niedaleko. Może i był niedaleko, ale zeszło mu strasznie długo.

Wreszcie dotarł!

Po tych teoretycznych dziesięciu kilometrach wyglądał jak siedem nieszczęść i można go było wyżymać. Zanim ruszyliśmy do domu musiał chwilę dojść do siebie.
Niech ta pogoda już wróci do normy - szkoda żeby wszystkie najbliższe BnO pokonywać marszem....

Mózg może i szybki, ale lekko przegrzany

Kolejny etap Szybkiego Mózgu – tak nietypowo jeden po drugim i w dodatku w zamienionej kolejności – etap czwarty tuż po etapie drugim. Ale tak to już bywa w czasach, gdy niejaki koronawirus szleje;-)

Tym razem ekipa w składzie okrojonym – Renata została z kotem, który właśnie nabawił się jakiejś dziwnej kontuzji i trzeba było go wozić po doktorach.

Upalne lato mamy tego roku i burzowe. Gdy wracałem z pracy do domu, dopadła mnie niezła ulewa na północy Warszawy. W Zielonce było sucho, choć parno. Czarnie niebo gdzieś tam na północy, a w stronę Ursynowa jakby jaśniej. Pełen niepewności czy brać strój do biegania, czy raczej kąpielowy wsiadłem w auto i pojechałem na start.

Cynamonowa – miejsce wydało się znajome… tak były już tutaj jakieś zawody. I to nie tylko biegowe. Ciekawie zapowiadał się start – boks startowy za górką, wygrodzony wybieg…. prosto w zamkniętą na wielką kłódkę furtkę! Czyżby szykował się jakiś Runmagedon z przeszkodami???

Po kilku rozgrzewkowych okrążeniach niewielkiego tartanowego boiska znowu zajrzałem na start – kłódka zniknęła – a szkoda byłoby ciekawie;-) Podpatrzyłem, że profesjonaliści po wyjściu przez furtkę biegną w lewo. Cenna wiedza;-)

Startowałem w 16 minucie, czyli dość wcześnie. Łaps za mapę, wybieg za furtkę, w lewo… i jak przystało na profesjonalistę (czyli poza widokiem kibiców na starcie) mogłem się spokojnie zatrzymać i poszukać startu na mapie;-) No cóż chwilę to trwało, bo do jedynki chyba najdłuższy przebieg z całej trasy!

Reszta punktów, o dziwo (bo to niespotykane na sprintach UNTSu), blisko siebie. Ot, takie zawody na szybkie podbijanie lampionów – wiadomo krezusi z SIAC-ami mają fory w takiej sytuacji. Ja sobie spokojnie truchtałem od lampionu do lampionu starając się nie tracić zbyt dużo czasu na zastanawianie się, jak odbiegać do następnego punktu. Wszystko szło nawet znośnie, powoli się rozgrzewałem, aż do PK6. PK 7 na drugim końcu bloku, tyle że to są dwa bloki ustawione w literkę L. Nie spojrzałem na kompas i oczywiście pobiegłem na koniec złego budynku;-( Niby nie dużo, ale przy tak szybkiej trasie to strata nie do odrobienia;-( Jak pokazują międzyczasy – spadek o 10 oczek w dół:-(

Główna wtopa w przebiegu PK6-PK7
Ogólnie bieganie po terenach bardzo zurbanizowanych jest dla mnie niemiłe, odkąd rzucił się kiedyś na mnie martwy policjant i rozbił mi to i owo – po alejkach jak na Ursynowie pełnych krawężników i innych przeszkód zawsze biegam wolniej niż bym mógł, uważniej patrząc pod nogi, niż na mapę.

Dalej szło znośnie, no może poza małymi wyjątkami. Wiadomo, gdy jest duszno i upalnie szybki mózg wymaga chłodzenia, więc moje przegrzane neurony doprowadziły mnie okrężną drogą na PK 23 i dały mały reset na PK 12, gdzie jakoś nie mogłem oczywistego lampionu namierzyć.

Grunt, że cały dotarłem na metę, przed deszczem, choć z lekkim niedosytem, że mogło być znacznie lepiej.