sobota, 18 stycznia 2020

Mordercza skarpa?

Podobno liczba 66 to kwintesencja artyzmu, wolności i swobody duchowej. Jadąc na 66. OrtInO zastanawialiśmy się jak ta wolność duchowa się objawi u budowniczego(ej) trasy TZ. Miejsce startu znaliśmy z jakiejś wcześniejszej imprezy – o ile pamiętam był to jeden z pierwszych Oswojów Smoka. O dziwo, udało się zaparkować tuż obok startu – imprezy w centrum zawsze są ciężkie do ogarnięcia od strony znalezienia miejsca parkingowego – a tu taka niespodzianka;-)

Start było widać z daleka z powodu światełek krążących wokół jednego miejsca w ciemnym parku. Aby nie zwlekać pobraliśmy mapę. Dostaliśmy jakieś takie kropki. Trochę czytania opisu i wyszło, że 1/3 wycinków jest na terenie parku ze startem. Park miał na oko jakiś hektar, kilka alejek, więc przeczesanie każdego drzewa i krzaczka nie wydawało się niewykonalne – czyli nie jest źle (choć wycinki są obrócone i zlustrowane)! Druga 1/3 wycinków była w planie mapy i tylko dwa z nich zamienione miejscami - to także do ogarnięcia. Zostały wycinki czerwone, które trzeba było dopasować do tych w planie mapy. Tu zaczęły się schodki. Jeden wycinek (I,Y) – wiedziałem gdzie jest w terenie – tam była pamiętna „mordercza skarpa”. Kolejny (K,L) dało się dopasować w miarę łatwo. Jeszcze wycinek z PK A obejmował park ze startem, więc sam się wpasował gdzie trzeb. Zostały dwa wycinki, które jakoś do niczego nie pasowały (T,Q i C,F). Ale nie było co stać - był na nich dość charakterystyczny teren, więc liczyliśmy, że gdzieś na trasie się znajdzie.
Startujemy!
Na początek poszedł wycinak A, ale aby nie iść po parku na próżno, dopasowaliśmy 3 punkty parkowe. Gdzieś w zasięgu wzroku kręcił się Marcin K. – wiadomo, skoro on bierze lampion, to jest to ten dobry – mieliśmy te same typy co on, żeby nie było że ściągamy:-)

Nie braliśmy w parku wszystkiego, bo prawdę mówiąc, nie mieliśmy pojęcia, gdzie są pozostałe 3 wycinki, tylko poszliśmy na kolejny wycinek w planie mapy – chyba jedyny miejski (czyli na skarpie). Gdzieś na horyzoncie mignął Marcin, więc wiedzieliśmy, że idziemy w dobrą stronę. Znaleźliśmy PK B i przed nami stanął problem jak przedrzeć się na drugą stronę ul. Puławskiej. Niby ulicę było widać, ale odgradzał nas od niej płot z zamkniętymi bramkami i zaczął do nas zbliżać się groźnie wyglądający ochroniarz. Dziwne to jakieś – niby ogrodzone osiedle, ale tylko od jednej strony! Aby zdezorientować ochroniarza zgasiłem czołówkę i udawaliśmy autochtonów. Chyba dał się nabrać. Za chwilę natknęliśmy się na Maćka idącego z przeciwnej strony. Wyglądał na lekko spłoszonego. Dopytywał się czy my jesteśmy na jakimś zamkniętym osiedlu i czy jest z niego jakieś wyjście. On miał lepiej, bo przed nim było jakieś wyjście, a nas czekało forsowanie zamkniętej furtki, przez którą Maciek prześlizgnął się korzystając z nieuwagi jakiegoś mieszkańca. Znaleźliśmy furtkę, naciskamy przycisk i nic. Ale po kliku sekundach (ochrona? a może jakaś sztuczna inteligencja) ulitowała się nad nami i bzyknął rygiel odblokowujący furtkę. Udało się! Po podbiciu PK Ł, na kolejny wycinek z PK H i N poszliśmy bezpiecznie i… naokoło. Przy PK N spotkaliśmy jakieś tramwaje. Tu dołączał się jeden z czerwonych wycinków, odbiliśmy więc, by podbić na nim punkty (dokładniej to wróciliśmy się – gdybyśmy nie szli naokoło….). Po podbiciu PK K i L poszliśmy dalej, gdy kapnęliśmy się, że to był punkt podwójny! Dopasował się nam jeden z 2 niedopasowanych do tej pory wycinków! Uff.
PK Q

Po zaliczeniu czego trzeba wróciliśmy do jeziorek w parku Arkadia (nawet nie wiedzieliśmy, że się tak nazywa – na nazwę naprowadziło nas zadanie związane z areałem tego parku). Przy PK H znowu natknęliśmy się na Marcina. Albo nam idzie tak dobrze, albo jemu coś słabo – bo powinien być już dawno na mecie;-)

Do tej pory sądziliśmy, że owiany tajemnicą wycinek C,F przedstawia brzeg lasu, ale gdyby ta ciemna plama była stawem? Obeszliśmy oba stawy w tę i we wtę - nie zgadzało się niestety;-( Podbiliśmy więc PK Y i zaczęliśmy wspinaczkę w stylu alpejskim na skarpę, by znaleźć PK Y. Nie wiem co nami kierowało – pewno frustracja z niedopasowania ostatniego wycinka – bo logiczniej było iść dołem do PK S i po drodze rozglądać się, by może coś dopasować, a tak zaliczyliśmy wspinaczkę po pionowej skarpie. I oczywiście po podbiciu PK Y zajście pionową skarpą i wędrówka dalej wzdłuż jeziorek do ostatniego wycinka w planie mapy. Gdzieś tak zaczęło mi świtać, że właściwie może coś by pasowało tu na końcu parku. I rzeczywiście, było drzewo z lampionem na brzegu stawu i widać było półwysep wchodzący w wodę i jeszcze jakiś mokry ciek za ścieżką. Podbiliśmy. I tu pojawił się Marcin zdziwiony, że coś tu podbijamy. I tu następuje moment chwały (fanfary) – uświadomiliśmy Marcina, że jest to PK F! Po chwili oglądania terenu przyznał nam rację! W ramach odwdzięczenia podał nam powierzchnię parku – nam do tej pory nie udało się znaleźć tablicy z tą wartością. Ale po przejściu 10 kroków… okazało się, że jest tablica potwierdzająca ten areał;-) Sami ją znaleźliśmy jakby co:-)

Teraz wdrapanie się na skarpę (kulturalnie schodkami), PK S, D i dochodzimy do ostatniego poza startowym skwerem PK X. Miejsce jest ewidentne, lampionu nie ma. Jest za to znowu Marcin, który mówi, że już 10 minut tu czesze i lampionu brak. Już chcemy komisyjnie wpisać BPK, a tu nagle Marcin dostrzega wpis na mapie uczyniony małymi literkami „PKX: Ile gatunków zwierząt?”. Kolejny uff;-)

Zostały nam jeszcze 3 PK przy starcie. Niedopasowane. Marcin podpowiada, że E to G. Rzeczywiście! Człowiek ślepnie na starość. Brakuje jeszcze 2 PK. Marcin jeszcze podpowiada , że PK W to chyba BP K, bo go nie znalazł. Hmm. Idziemy w park dopasować coś z brakujących wycinków. Nagle dostrzegamy łuk, który przypomina łuk na wycinku A. Jest na nim PK W. Ale jego podobno nie ma…. Trzeba to potwierdzić. Idziemy patrzymy… i jest – minilampion na latarni. Łatwy do przeoczenia! Jesteśmy z siebie dumni. Brakuje jeszcze jednego PK i został jeden wycinek, który do niczego nie pasuje. Przeszukujemy wszystkie żywopłoty (bo taki charakterystyczny jest na wycinku) i wysokie drzewa typu świerk. Jeden świerk w pobliżu PK G by pasował, ale brak na nim lampionu. Co tu dużo pisać, błąkamy się po tym parku zbyt długo. W akcie desperacji idziemy w jedyny nie spenetrowany dokładnie kawałek parku tuż koło startu, bo są tam jakieś krzaki i… eureka! Jest! Mamy komplet. Tyle że minutę w ciężkich;-( Po chwili na metę wpadają Ewa i Darek – im udało się minutę przed ciężkimi;-(
Meta, a w tle nasze "kropeczki"!

No cóż, nie wygramy, ale chociaż nasz ślad ułożył się w ładnego psa z otwartą paszczą;-)

PS. Była w historii jeszcze jedna Mordercza Skarpa :-)

piątek, 17 stycznia 2020

Szkółka czyli... trening

Po sobotnim WesolInO tak byłam skąpana w endorfinach, że jak nałogowiec nie mogłam doczekać się powtórki. Na szczęście już następnego dnia była okazja pobiegać z mapą. Tym razem wybraliśmy się na ZZK czyli Zimowe Zawody Kontrolne, a mówiąc po ludzku - taki trening. Pogoda znacznie sie poprawiła i mieliśmy piekny, słoneczny dzień. Idealne warunki na bieganie.
Start był przy szkółce leśnej w Skierdach i mapa nazywała się Szkółka Skierdy. Tomek całą drogę przekonywał mnie, że już tam kiedyś biegaliśmy, ale dopiero kiedy na własne oczy zobaczyłam miejsce startu - uwierzyłam, czy raczej przypomniałam sobie. Złych skojarzeń z miejscem nie miałam, więc byłam pełna optymizmu. Las jest tam o tyle fajny, że cały w regularnych i dobrze utrzymanych przecinkach i mapa wygląda jak szachownica. Czyli zawsze wyjdzie się na jakaś drogę w razie czego.
Można by myśleć, że od razu skorzystam z tego dobrodziejstwa dróg, ale przecież nie można iść na łatwiznę, bo po drogach to każdy głupi potrafi, no nie? Tak więc na pierwszy punkt ruszyłam na azymut, bo po co drogą jak można przez najgęstsze krzaki. Nie wiem o czym myślałam po drodze, ale chyba nie o mapie, bo punktu zaczęłam szukać mniej więcej w połowie odległości. Trochę dziwiło mnie, że wszyscy lecą za drogę bez zatrzymywania się, ale zawsze mogli być z innej trasy. Dopiero po dłuższej chwili i przeczesaniu kawałka terenu dopatrzyłam się na mapie, że punkt to jest jednak za drogą, a nie przed nią. Taka drobna różnica.
Dalej poszło już lepiej. Dwójka i trójka wpadły bez problemu, a tak były położone względem siebie, że wyszło na moje - tylko na azymut miało sens, a drogi to sobie można... Dopiero na czwórkę skorzystałam z tego drogowego dobrodziejstwa, pod koniec skracając na przełaj, żeby nie latać naokoło. Piątka miała być w dołku przy ścieżce, tylko skąd wziąć ścieżkę? Niby wypatrzyłam jakieś przerzedzenie drzew, ale czy to ścieżka? Podobny dylemat miała inna biegaczka i razem zaczęłyśmy szukać lampionu. Nie znalazłyśmy, więc uznałyśmy, że to jednak nie była ścieżka. Właściwe miejsce było kawałek dalej, ale ścieżka wyglądała dokładnie tak, jak ta poprzednia, czyli nie wyglądała. Ale grunt, że był dołek i lampion.
W drodze na szóstkę tak się stresowałam tym, że spotkana przy piątce koleżanka biegnie za mną i jaki wstyd będzie jak się zgubię, że z tego stresu oczywiście pobłądziłam. Punkt miał być przy trzeciej drodze na wyznaczonym azymucie, ale pogubiłam się w tym liczeniu i zaczęłam szukać już przy drugiej. I kto by pomyślał, że w liceum kończyłam klasę matematyczno-fizyczną... Prawdę mówiąc, nawet gdybym dobrze liczyła te drogi, to i tak wylądowałabym w jakimś dziwnym miejscu, bo azymut to wzięłam jakiś mocno przekoszony. Ponieważ punktu nigdzie nie było, a koleżanka przekonała mnie, że szukamy za wcześnie, pobiegłyśmy dalej niespodziewanie wychodząc na przecinkę. Przez ten niedokładny azymut oczywiście. Na przecince to już przynajmniej wiedziałam, że sobie poradzę. Wzięłam już dokładniejszy pomiar ze skrzyżowania i w końcu znalazłam dołek w obniżeniu, a w nim lampion.
Siódemka na szczęście była łatwiutka i drogowa, więc pomknęłam szybko starając się uciec przed stresującą mnie konkurencją:-) Konkurencja dopadła mnie przy punkcie, a w drodze na ósemkę przegoniła, bo kondycyjnie to przy niej jestem cienias. To znaczy przy każdym jestem cienias w sumie.
Począwszy od szóstki biegałam już w zasadzie tylko po drogach, bo chyba się inwencja autorowi trasy skończyła i punkty były tuż przy głównych przecinkach. Ale nie żebym narzekała. Jeszcze tylko z dziewiątki na dziesiątkę zaszalałam z azymutem przez okropne chaszcze i tyle mojego. Dziesiątka była ostatnim punktem i od niej tylko dobieg do mety.
Na mecie zorientowałam się, że kluczyki od samochodu biegają z Tomkiem, nie mam zatem dostępu do kurtki i wody. Herbata serwowana przez organizatorów akurat wyszła i woda musiała się dopiero zagotować. Można było za to zjeść kiełbaskę z grilla i ciastka, a ja jak na złość dzień wcześniej zaczęłam się odchudzać. Normalnie - masakra. Przełknęłam więc ślinę, odwróciłam się plecami do tych pokus i... wróciłam do lasu pobiegać. W sumie to było po trzykroć korzystne, bo po pierwsze nie marzłam, po drugie spalałam dodatkowe kalorie, po trzecie produkowałam sobie kolejne endorfiny. I tym sposobem mimo przeciwności losu wyszłam na swoje:-) Po niecałych dwóch kilometrach spotkałam Tomka biegnącego do mety. Na mecie odwiodłam go od pomysłu obżerania się kiełbaskami (co ma mieć lepiej niż ja?), ale od ciastek już nie dałam rady - zeżarł na moich oczach sadysta. Przy samochodzie jeszcze uczciwie porozciągaliśmy się (bo akurat się nam przypomniało) i już można było wracać.
Mimo, że biegałam i nawigowałam jak ostatnia lebiega to był to bardzo fajny weekend (i sobotnie i niedzielne bieganie) i tak mi podładował akumulatory, że ho, ho. Powinno starczyć do FalInO:-)

 Te poboczne punkty, to z trasy Tomka.

środa, 15 stycznia 2020

Parkrun i cud na WesolInO

Po noworocznej sześciodniówce zrobiliśmy sobie kilka dni przerwy (bo też i w najbliższej okolicy nie było żadnych imprez) i kolejny weekend postanowiliśmy zacząć z przytupem - w sobotę najpierw parkrun, a potem WesolInO.
Na parkrun udało nam się wyciągnąć Agatę i był to jej debiut  w bieganiu zorganizowanym.  Jej udział miał być dla mnie świetną zasłoną dymną odwracającą uwagę od mojego marnego (jak przewidywałam) wyniku.

 Przed startem. (Za zdjęcie dziękuję Agnieszce)

 Zaczęłyśmy razem - najpierw powoli - jak żółw ociężale, ruszyła - maszyna - po szynach - ospale. Przez spory kawałek tak sobie truchtałyśmy, aż w końcu Agata przeszła do marszu, a ja poleciałam dalej. Po trzech kilometrach nawet ogarnęłam się w sobie i ciut przyspieszyłam i choć wynik faktycznie wyszedł marny, to jednak nieco lepszy od poprzedniej próby, kiedy to pobiłam już wszelkie swoje rekordy w długości pokonywania 5 km. Tak za bardzo to się nie wysilałam zresztą, żeby zachować siły na bieganie z mapą.
Na WesolIno pojechaliśmy już tylko we dwójkę z Tomkiem. Pogoda w międzyczasie zrobiła się z lekka wilgotna, aczkolwiek nie padało tak regularnie. Zmieniłam więc warstwę wierzchnią na mniej przemakającą, co dawało mi gwarancję zapocenia się na śmierć w razie szybkiego biegu.  No i jak to dobrze, że biegam powoli:-))
Start tym razem był w innym miejscu niż start biegaczy górskich i musieliśmy dość daleko dojść z bazy. Ale przynajmniej mieliśmy od razu rozgrzewkę. Moja trasa miała mieć niecałe sześć kilometrów. Teren milion razy już obiegany, co oczywiście w moim przypadku nic nie wnosi, no może tyle, że nie boję się zgubić.
Pierwszy punkt dostępny niemal ze ścieżki, więc bezstresowo, tak na dobry początek. Do dwójki między zabudowaniami, a potem ze skrzyżowania na azymut - idealnie na punkt. Jak widać z przebiegu (a i Tomek posprawdzał na lidarach) trójka stała w złym dołku, ale najwidoczniej bliski był mi tok myślenia osoby wieszającej lampiony, bo trafiłam bez problemu:-) Do czwórki na wszelki wypadek namierzałam się trzyetapowo - do skrzyżowania, do wykrotu i dopiero dołek. Zadziałało. Piątka była bardzo blisko i myślałam, że ją z daleka zobaczę, ale lampionów z dna dołka nie widać i oczywiście najpierw trafiłam do dołka stowarzyszonego. Za to do szóstki poleciałam jak po sznurku. Przy szóstce teren już się zaczął fałdować, a do siódemki trzeba było przeciąć wydmę. Starałam się nawet biec pod górkę i prawie mi się udało. Ale zmachałam się tak, jakbym wbiegła. Więc uważam, że zaliczone. Tak mi dobrze szlo nawigacyjnie, że w końcu straciłam czujność, zdekoncentrowałam się i przed ósemką zniosło mnie na zachód, na skrzyżowanie, tylko nie wiedziałam na które. Na szczęście czasy wpadania w panikę przy zgubieniu się dawno mam już za sobą, więc po prostu przeleciałam się kawałek drogą patrząc jaki ma przebieg, gdzie z czym się krzyżuje, gdzie zakręca. A może ze zmęczenia tak się zakręciłam, bo od siódemki znowu trzeba było wrócić na drugą stronę wydmy. A zgadnijcie gdzie była dziewiątka!? Oczywiście znowu za wydmą. I proszę - żadne biegi górskie mi niepotrzebne, wystarczy sama orientacja, żeby się zarżnąć. Na dziewiątkę wyszłam prawie idealnie i nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamiast podejść do najbliższego dołka (z lampionem) zacząć przeszukiwać te dalsze. Zaćmienie umysłowe normalnie. Dziesiątka i jedenastka weszły bez problemu, a w drodze na dwunastkę coś zaczęłam omijać (za cholerę nie pamiętam co, a na mapie nic do omijania nie ma). Trochę mnie znosiło, ale że punkt był między dwoma posesjami, więc wiedziałam, że i tak trafię, bo miejsce zbyt charakterystyczne żeby je zgubić. Trzynastka chyba przeniosła się do sąsiedniego dołka, ale i tak ją zdybałam. Do czternastki, przez wydmę, już nie miałam sił biec, ale za to idąc spokojnie mogłam się dobrze namierzyć i wyszłam na nią idealnie. W połowie drogi do piętnastki zmieniła mi się koncepcja i zeszłam z azymutu, żeby dojść do drogi prowadzącej do zabudowań. Prawdę mówiąc zupełnie nie wiem po co zrobiłam taki manewr, bo wcale ani szybciej, ani łatwiej nie było. Chyba tylko dla urozmaicenia sobie trasy. A potem już tylko meta, metunia, meciątko. Na mecie czekał już Tomek, który swoją dłuższą trasę jakoś pokonał szybciej niż ja swoją krótszą i wstrzeliłam się w moment, kiedy opowiadał komuś o przekoszonej północy na mapie. Kurcze, zupełnie o tym zapomniałam. Więc jakim cudem trafiłam na wszystkie punkty, a na niektóre do tego idealnie??? Cud, normalnie cud.
A poniżej dowód, że nic, ale to nic nie naściemniałam:-)



niedziela, 12 stycznia 2020

Trzej Królowie Nawigacji

Takim oto ślicznym obrazkiem Igor zachęcał do wzięcia udziału w historycznym (bo pierwszym) treningu trójkrólowym organizowanym przez Team 360. Nas to nawet nie trzeba było specjalnie zachęcać, bo aż rwaliśmy się do tego biegania.


Tak nam się ułożyło, że od początku roku w jeden dzień maszerujemy, w drugi biegamy i akurat szóstego przypadało bieganie.
W Zagórzu było już kilka imprez i choć w ogóle nie kojarzyłam terenu, to jakaś taka dość wyluzowana byłam. Może po FalInO tak mi wiało optymizmem:-)

 Taka tam pamiątkowa fotka przed startem:-)

Wystartowaliśmy jako jedni z pierwszych, Tomek na najdłuższej trasie, ja na średniej. Punkt pierwszy był blisko startu, na "cycku", co to nigdy nie wiem czy to mulda, czy jakoś inaczej. W każdym razie szukałam jakiegoś odkształcenia terenu. Ufff, poszło dobrze, odkształcał się. Dwójka o tyle prosta, że za mokradłami, więc wystarczyło obserwować roślinność. Roślinność i innych biegaczy, bo nagle na trasie zrobiło się dość tłoczno.  Od razu zaczęłam napominać sama siebie:
- Nie leć za innymi! Mogą nie być z twojej trasy!
No to nie leciałam za nimi, tylko pilnie patrzyłam w mapę i na kompas. O dziwo, trójka weszła bez problemu, choć trafienie idealnie na zakręt ścieżki wydawało mi się dość karkołomne. A jednak... Pięć kolejnych punktów było w dołkach i nie rzucały się z daleka w oczy Do wszystkich leciałam na azymut, bo chyba inaczej to się nawet nie dawało. A przynajmniej ja nie widziałam sensu. Od trójki teren był coraz bardziej pofałdowany i w miarę jak coraz bardziej sapałam i zwalniałam, miałam wrażenie, że na moich oczach dochodzi do wypiętrzenia nowych gór.
Trochę sobie biegłam, trochę sobie szłam, aż w końcu trochę się zgubiłam. Ale to wszystko przez Michała i jedną kobitkę, którzy byli z mojej trasy, przegonili mnie i z ósemki na dziewiątkę ruszyli  drogami. I tak mnie ten pomysł biegania po drogach zainteresował, że zamiast patrzyć w mapę, gapiłam się na nich, leciałam bezmyślnie za nimi, a kiedy zniknęli mi z oczu, nie bardzo wiedziałam w którym dokładnie miejscu jestem. Na dokładkę punkt znowu miał stać na "cycku", czyli nie wiedziałam czego mam wypatrywać. Chyba zniosło mnie za bardzo na zachód, ale niestety nie mam zapisanego śladu, bo zapomniałam włączyć rejestrację trasy i w sumie to nie wiem dokładnie gdzie się błąkałam. Skończyły mi się pomysły gdzie jeszcze szukać, ale akurat nadeszła Sylwia z Krzysztofem i ewidentnie też rozglądali się za punktem. Niestety, nie za tym samym.
- Kochana, to na tamtej górce - pokazała gdzieś w przestrzeń Sylwia, kiedy już dogadaliśmy się jakich punktów kto szuka.  No to poszłam na najbliższą górkę, ale tam nic, ale to nic nie było. Co prawda wydawało mi się, że moja górka powinna być przed drogą, ale w końcu górka to górka. Z opresji wybawił mnie Janusz, pokazując gdzie dokładnie jestem. A jak człowiek wie gdzie jest, to i wszędzie trafi.
Dziesiątka i jedenastka były na karpach, więc przynajmniej wiadomo za czym patrzeć, a i na ogół sterczy to trochę w górę i widać z daleka. Dwunastka była prawie na ścieżce, więc nie sposób przegapić, a trzynastka była tym samym miejscem co piątka, ale ja oczywiście czułam się jak bym była tam pierwszy raz w życiu i nawet żadnego deja vu nie miałam. Końcówka była już prosta do tego stopnia, że z czternastki było widać lampion piętnastkowy. No, może nie z samej czternastki, ale wystarczyło przebiec parę metrów.
Na metę, o dziwo, dotarłam przed Tomkiem, ale niewiele. Tyle, że zdążyłam wziąć z samochodu komórkę i cyknąć kilka nieostrych i poruszonych fotek.

Tak szybko finiszował, że aż rozmyźgany wyszedł.

Ciut ponad czterokilometrowa trasa zajęła mi aż sześćdziesiąt sześć minut, co nie najlepiej świadczy o mojej kondycji. No i ten nieszczęsny PK 9. Po kilku latach biegania to już naprawdę trochę obciachowo tak się gubić. I nie ma się co pocieszać, że jeszcze kilkanaście osób przybiegło z gorszym czasem. Za to chyba po raz pierwszy w tym roku pamiętałam o rozciąganiu się po biegu i tego pozytywu się trzymajmy:-)

Drzewa nie udało się przepchnąć. Stoi jak stało.

sobota, 11 stycznia 2020

O! jak Orient

Można powiedzieć, że tradycyjnie Orient jest pierwszą imprezą TMWiM w nowym roku. Od kilku lat był zawsze dwuetapowy, jednak ten rok zapowiada się nietypowo – Orient ma tylko jeden etap, ale za to rozbudowane (czytaj: długie) trasy BnO. BnO ściągnęło na start sporo biegaczy, a ogólnie sześciodniówka zaczynająca się od pierwszego stycznia w tym roku cieszy się sporą frekwencją. Pewnie swoje dołożyła pogoda – raczej jesienna lub wiosenna i zdecydowanie nie zimowa. Na start przyjechaliśmy punktualnie, ale musieliśmy poczekać chwilę nim organizatorzy ogarną się z uruchomieniem wszystkiego. Udało się wreszcie doczekać startu. Dostaliśmy mapę pełną wyglądającą raczej na poziom TT niż TZ. No cóż i tak bywa. Nie zawsze organizator ma czas przyłożyć się do imprezy, co dobrze znamy z własnego doświadczenia. Choć może wolałbym choć troszkę więcej wyzwania intelektualnego – zawsze milej polec na czymś wymagającym, niż przegrać o pojedyncze punkty na wróżeniu azymutu z fusów;-)

Do pierwszego PK ruszyliśmy za Marcinem Szajko, bądź co bądź wygrywcą TMWiM za poprzedni rok. PK 1 był oczywisty. Kolejny PK 2 i przy okazji wyskalowanie mapy. Tu niestety lampion wisiał niedokładnie, tak na granicy dopuszczalnego błędu, ale że nie było innego… Przy lampionie dogonił nas Tomek Gronau, z którym przez kilka następnych PK się przeplataliśmy. Kolejny PK 4 na wysokiej górze. Trudne podejście, brak tlenu i zaparowane okulary spowodowały, że wzięliśmy stowarzysza – lampion w najwyższym miejscu zamiast taki bardziej na wschód. Ot, źle popatrzyliśmy na mapę;-(
Łapiemy stowrzysza na PK4

Kolejne punkty 8,7,14,16 i 18 bez żadnej historii. Na pełnej i dokładnej mapie – cieniowaniu z lidara ciężko zabłądzić. Choć nam udało się to na PK 17. Szliśmy trochę na azymut, trochę po rzeźbie i znaleźliśmy dołek, ale bez lampionu. Coś się nie zgadzało. Dopiero namierzenie się od skrzyżowania ścieżek pozwoliło trafić gdzie trzeba – idąc grzbietem nie mierzyliśmy odległości i nie dostrzegliśmy na mapie, że jest jeden skręcający grzbiecik wcześniej.

PK17 udało się wreszcie znaleźć
Ale udało się i poszliśmy dalej na PK 15 - dla bezpieczeństwa lekko naokoło, ale wyraźnymi drogami. Tu spotkaliśmy biegaczy wybiegających z „zakazanego lasu” (ostoja zwierzyny – wstęp wzbroniony, czyli słusznie ominęliśmy teren zakazany), a potem Beatę idącą z naprzeciwka, która zadała nam dość dziwne pytanie: co to jest „tabliczka”? Zgodnie odpowiedzieliśmy „coś płaskiego, raczej prostokątne i z jakimś napisem”. Okazało się, że problem tabliczek dotyczy LOP-ki, która jest dopiero przed nami. Podobno na LOP-ce nie ma żadnych tabliczek, tylko jakieś kartki obwiązane wokół drzewa i coś co niekoniecznie spełnia definicję tabliczki. Nic, zobaczymy jak dojdziemy. Spotkanie z Beatą trochę nas rozkojarzyło odnośnie liczenia kroków – pojawiła się ścieżka niewidoczna na lidarze i nie byliśmy pewni, czy właściwe obniżenie terenu jest po prawej czy lewej stronie ścieżki. Chwilka zastanowienia i decyzja – z wydruku wygląda to na najgłębsza dziurę – czyli ta po lewej;-)

PK 9 na azymut idealnie. Idąc na PK 10 na azymut trafiliśmy na wspomnianą wcześniej LOP-kę. Kilka zespołów biegało i liczyło głośno zastanawiając się co to jest tabliczka. My także nie wiedzieliśmy co autor miał na myśli i na wszelki wypadek opisaliśmy stan faktyczny, czyli trzy drewniane tabliczki/drogowskazy + 3 kartki.

Liczenie tabliczek na LOPCe
Dalej wróciliśmy na azymut do PK 10. Tu natknęliśmy się na Zuzę z Maćkiem, którzy mieli PK po drugiej stronie dziury w ziemi niż my. Przez PK 11 dotarliśmy do PK 12. Tu lekkie zdziwienie – brak lampionu. Sporo biegaczy i wisi lampion biegowy. Na mapie nie ma informacji, że będą lampiony biegowe. Chwilka upewnienia się że na pewno jesteśmy we właściwej dziurze i bierzemy co jest. Ciągle na azymut do PK 13. Po drodze ratuję jakąś zagubioną biegaczkę, wskazując gdzie jest. Przed nami kolejne obniżenie z lampionem biegowym. Ale na mapie i w terenie obniżeń cała masa. Ta chwila dekoncentracji i ratowania innych spowodowała, że nie jesteśmy pewni dziury. Na wszelki wypadek idę namierzyć się do drogi – stąd łatwo policzyć obniżenia i okazuje się, iż przeczucie nie myliło - trafiamy na lampion płaski. Nurtuje mnie ciągle poprzedni PK czy na pewno ten lampion biegowy był właściwy? Ale na mapie nie ma żadnych innych dziur w okolicy.
PK5?
 Zostają punkty 6, 5, 3 i do mety.
PK3
 Od PK 3 mierzymy jeszcze raz skalę mapy do charakterystycznego dołka przy ścieżce. Skomplikowane obliczenia matematyczne i mamy odległość i za chwilę także zmierzony na oko azymut. Zostaje dojść do mety.

Wstępnie planowane było dodatkowo BnO, ale nasze chodzenie na azymut pokazało nam, że teren ma sporo krzaków i bieganie nie musi być przyjemnością – szczególnie, że następnego dnia w planach mamy bieganie w Zagórzu.

czwartek, 9 stycznia 2020

FalInO

Lubię biegać w Falenicy, bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie nie boję się, że zabłądzę i nigdy się nie odnajdę. Tak - wreszcie zaczęło się FalInO i w sobotę przed południem ruszyliśmy w "nasz" las. Zanim ruszyliśmy, musieliśmy jeszcze zaparkować, co okazało się mocno utrudnione, bo wszystkie ulice były zastawione, ale po objechaniu całego terenu, w końcu się udało.
Pierwsze dwa punkty miałam na podwórku szkolnym, więc łatwizna. Już przy drugim po piętach deptała mi Zuza, która wystartowała tuż po mnie. Na trójkę musiałyśmy biec innymi wariantami, bo nie widziałam jej ani przed sobą, ani za sobą i spotkałyśmy się gdzieś w okolicy punktu. A potem cały czas tak się przeplatałyśmy i tylko trochę mnie dziwiło czemu ona tak uparcie trzyma się ścieżek. Las był przebieżny i to co traciłam na szybkości, nadrabiałam lecąc na skróty. Dopiero gdzieś w połowie trasy okazało się, że Zuza zapomniała kompasu i leci bez. Noo, to wiele wyjaśnia:-)
Nawigacyjnie, jak zresztą na ogół na FalInO, było łatwo, a najbardziej na tej imprezie podoba mi się to, że lampiony nie są chowane, tylko z daleka dają po oczach. Tak więc nie zgubiłam się, nie miałam problemów ze znalezieniem punktów i mogłabym odtrąbić sukces, gdyby nie moje tempo. Takie bardziej żałosne. Pod górę wręcz marszowe. Moja kondycja, która zresztą nigdy nie była zbyt nachalna, obecnie zaginęła w mrokach niepamięci. Tym bardziej zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam wyniki - byłam gdzieś w połowie stawki, a nie na szarym końcu. To może jeszcze jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja...


Moja trasa

poniedziałek, 6 stycznia 2020

W poszukiwaniu bombek

Street-O wymaga umiejętności szybkiego czytania i pisania na kolanie. Bo gdy zamiast lampionów do podbicia (przedziurkowania lub zapikania) w BnO stosuje się zagadki, na które trzeba odpowiedzieć, gdy człowiek zadyszany staje po biegu, a okulary mu całkowicie zaparowują? Oko ma trudności z przeczytaniem o co autorowi w pytaniu chodziło, mózg ze zrozumieniem, a okulary uniemożliwiają dojrzenie odpowiedzi. Gdy już odpowiedź się dojrzy, to skostniałe z zimna ręce (mamy styczeń) walczą z zamarzniętym długopisem, którym bazgrają na kolanie coś w malutkim polu karty startowej.

Takie właśnie było street-0 #19. Zaczęliśmy na rozgrzewkę od PK 1A. Udało się znaleźć donicę z napisem (jakiś taki nieoczywisty był ten napis i sam nie wiem co nabazgrałem w karcie startowej). PK 2J miał być tuż przy placu zamkowym, dokładnie nad wylotem trasy W-Z. Trasę W-Z znaleźliśmy, jej wylot spod placu zamkowego też, ale z mapy wychodziło nam, że powinniśmy szukać czegoś pomiędzy ulicą a krawędzią placu. Nic tam nie było. Tzn, była masa ludzi, nawet jakaś ruchoma ozdoba świąteczna, ale nijak się ona miała do pytania o wieniec, czy jakoś tak. Zgłupieliśmy. W międzyczasie usiłowała nas przebiec i zadeptać jakaś wielka grupa biegaczy. Odpuściliśmy i polecieliśmy na PK 1K i sprawdzić, czy nie powinno być tego punktu 2J u drugiego wylotu trasy W-Z. Nie było. Wróciliśmy na Plac Zamkowy, pod choinkę (która była PK 3C) i dalej nawigując wśród straganów i licznych przechodniów (kurczę – powinien być zakaz wychodzenia na ulicę gdy jest Street-O;-)
Dotarliśmy na rynek Starego Miasta i przepychając się przez tłum łyżwiarzy próbowaliśmy ustalić ile wynosi opłata za godzinę wypożyczenia kasku dla dziecka do 10 lat. Udało się odczytać, że 5 zł. Dalej zbiegliśmy w dół nad Wisłę do fontann. Tu mignął nam jakiś OK! Sportowiec biegnący z naprzeciwka. Są sanie, tylko gdzie jest ich numer? Czołgamy się pod siedzeniami (w międzyczasie turyści fotografują się w tych saniach, a my im co chwila wbiegamy w kadr) i próbujemy odczytać kartkę. Wreszcie znajdujemy coś, co pasuje do odpowiedzi. Czas na bombkę. Właściwie to na Bombę, bo miała tak ze 150 cm średnicy. Tyle że w tej bombce są dziury w kształcie gwiazdek. Masa tych dziur. Co zaczynamy liczyć, to coś się nie zgadza. Masakra! Wreszcie ustalamy ilość gwizdek i po schodach wbiegamy na skarpę licząc łuki. Rynek Nowego miasta i samochód w karuzeli z literką na kole. Potem kilka PK na ul. Freta ukrytych w witrynach. Dalej w kierunku ul. Miodowej i przelot do zagłębia PK o wadze 2 pp. Czas się kończy – wracamy. Spisuję jeszcze PK 1Y i gonię Renatę tempem 3:38 min/km. Z rozpędu przebiegamy PK 2F i zostaje nam ostatni PK 1B. Liczymy łańcuchy na choince dokładnie. Jeden w rękach nam się „rozdwaja” i przybywa jeden element. Uciekamy, by nas nie posądzono o dewastację. Uff meta. Zjadamy po cukierku i uciekamy do ciepłego auta, aby zregenerować się do jutrzejszego FallInO

A tak biegaliśmy;-)

Trenujemy na BPK-u

Jednym z naszych noworocznych postanowień było częstsze bieganie, bo zupełnie się rozleniwiliśmy i nasza (no dobra, głównie moja) kondycja zaczęła dramatycznie pikować. W związku z tym pozapisywaliśmy się na wszystkie dostępne zawody, żeby mieć motywację i tym sposobem drugiego stycznia wieczorem znaleźliśmy się na stacji metra Stare Bielany skąd miał startować stowarzyszony BPK. Oczywiście nie zamierzaliśmy biegać po torach, tylko po lesie Lindego. Akurat z tym laskiem to miałam złe skojarzenia, bo podczas którychś wcześniejszych  wieczornych zawodów biegackich wygrzmociłam się tam jak długa, ledwo się pozbierałam do kupy i z wrażenia totalnie się pogubiłam. Tomek w drodze na start uspakajał mnie, że teren z każdej strony otoczony jest ulicą, więc tak na zawsze to się nie zgubię. No, może i nie, szczególnie, że tego lasku to tyle co kot napłakał.

 Zbiórka na stacji metra.

Ponieważ na stacji były okropne przeciągi i strasznie marzliśmy, więc jak tylko zjawił się organizator z mapami, pobrałam swoją, wklepałam te wszystkie kody (pod czujnym okiem Tomka) i czym prędzej ruszyłam na trasę.
Już do jedynki pobiegłam głupio. To znaczy ostatni kawałek głupio, bo zamiast po ścieżce biegnącej wzdłuż budynku, ja przedzierałam się przez krzaki przy samej ścianie. Ale dobra, nie byłam tam dla przyjemności. Do dwójki to już inaczej jak po alejce się nie dało, więc nie kombinowałam. Trójka odpipała mi się na komórce i dopiero kiedy odbiegłam już kawałek dalej, uświadomiłam sobie, że przecież nie byłam na punkcie, bo nawet nie zeszłam ze ścieżki, a punkt był oznaczony w dołku. Trudno. I tak bardziej odpipać się go nie da. Czwórka też pipnęła ze ścieżki, ale honorowo wlazłam do dołka, żeby nie było. Piątka i szóstka spokojnie, a siódemka była ho, ho, ho jak daleko - za szpitalem bielańskim. Można było albo lecieć przez las wzdłuż ogrodzenia, albo ulicami. Ulicami wyglądało trochę dłużej, ale w nocy to zawsze ciągnie mnie do cywilizacji, gdzie jest jasno i gdzie widać co mam pod nogami. Wybrałam wersję naokoło. Potem aż do dwunastki najrozsądniej i najłatwiej było biec ścieżkami i tak też zrobiłam. Żeby kompas mi się nie marnował, to do trzynastki poleciałam na azymut, ale to taki krótki kawałeczek. Na wale, między czternastką i piętnastką, spotkałam Tomka, a on twierdzi, że widział mnie już wcześniej. Ja jego nie, bo głównie to patrzyłam w mapę. Potem co chwilę się spotykaliśmy, gdzieś do PK 21. Do PK 22 po raz kolejny biegłam tak, jak przedtem na siódemkę, tyle, że teraz znacznie wolniej.  Mój żołądek postanowił mnie trochę przeczołgać i chwilami aż musiałam stawać. Niech wreszcie skończy się wyjadanie resztek poświątecznych i posylwestrowych!!!
Na PK 24 wreszcie się zgubiłam. Ścieżka, którą powinnam pobiec (dobra, na tym etapie już pójść) była słabo widoczna, a ja bardziej skupiona na swoim wnętrzu niż mapie. Miotałam się chwilę nie mogąc wyczaić właściwego skrzyżowania i dopiero Andrzej, który też brał ten punkt, nakierował mnie gdzie trzeba. Co prawda nijak mi się kierunek nie zgadzał z moim wyobrażeniem terenu, ale zaufałam mu. Faktycznie, pipnęlo w tym miejscu, które wskazał. Została jeszcze łatwa dwudziestka piątka i już meta. Ufff - udało się. Las Lindego odczarowany.


Na mecie czekał Tomek, który przybiegł chwilę przede mną.

Kiedy wybierałam trasę z trzech dostępnych opcji: klasyk, scorelauf i open, wybrałam open, tak zachowawczo, w razie gdyby mi się w środku trasy odwidziało i zechciało skrócić. Tymczasem przebiegłam (przebyłam) normalnego klasyka, a teraz nawet nie jestem w klasyfikacji klasycznej. Buuuu:-( Czy to da się jakoś odkręcić???

sobota, 4 stycznia 2020

Noworoczne Bąbelki

Ledwo skończył się stary rok, a już od razu zaczął się nowy. Nawet człowiek nie miał kiedy odpocząć po Sylwestrze, a już trzeba było jechać na pierwsze InO w tym roku. Noworoczno-Bąbelkowe tym razem odbyło się w Józefowie, więc mieliśmy blisko. Może nie tak blisko jak w zeszłym roku, ale przynajmniej nie musieliśmy organizować:-)
Podobnie jak większość uczestników zgubiliśmy się już na dojeździe do startu, bo nawigacja swoje, a życie swoje. Twórcy nawigacji chyba powinni wziąć parę lekcji orienteeringu, żeby tak głupio nie prowadzić. Chociaż nie wiadomo, czy wtedy nie kazali by jechać na azymut przez krzaki:-)

Noworoczny tost.

Tradycyjnie zaczęliśmy od noworocznego toastu i życzeń, a potem jako pierwsi dopchaliśmy się do startu. Ponieważ byliśmy we trójkę z Agatą, a zapisaliśmy się na TZ (jest ryzyko, jest zabawa*), musieliśmy podzielić się na dwa zespoły - męski i żeński. Znaczy, nie musieliśmy akurat w takim układzie, ale tak nam wyszło. Mapa nie wyglądała jakoś groźnie, a ponieważ Tomek odbierał fanty od znajomych i trochę mu zeszło, więc postanowiłyśmy ruszyć same. Takie bohaterki jesteśmy:-) A nie, zanim ruszyłyśmy jeszcze dopasowałyśmy część wycinków. No dobra, Agata większość dopasowała. Ale ona w Sylwestra wcześniej poszła spać niż ja:-)
No to w drogę! Na trzynastkę. Znalazłam polanę, już miałam włazić na jej róg, a Agata mi na to, że po złej stronie ścieżki. Nooo, jakby faktycznie. Wszystko się zgadza, tylko strony nie. Zgłupiałam totalnie i nijak nie umiałam rozwiązać tego problemu. No bo niby lustro, a jak nie lustro to nie pasuje do schematu i rób co chcesz - nie ugryziesz. Z tego zgłupienia zaczęłyśmy wracać po Tomka, co się nam gdzieś zawieruszył, bo w nim cała nadzieja. I wiecie co się okazało, jak już go znalazłyśmy? Że jesteśmy ciemnoty i nie zauważyłyśmy, że cały schemat był zlustrowany, a nie wycinek. Cha, cha, cha. Taki żarcik noworoczny autora trasy. A dodatkowo dopasowuje się po dwa (na ogół) wycinki w jedno miejsce. Do spółki dopasowaliśmy resztę wycinków i dalej już ruszyliśmy rodzinnie.
W okolicach PK X nad wodą.

Poza psikusem ze zlustrowanym schematem przejścia, więcej problemów już nie było. Akurat na tę imprezę autorzy nie przesadzają z utrudnieniami, bo i tak jest deficyt wygrywców:-) Wiadomo - kto wygra, musi organizować, więc czujność w poszukiwaniu punktów potrzebna jest często, żeby zamiast właściwego wziąć stowarzysza.
Cały czas poruszaliśmy się w tłumie, bo chyba wszystkie trasy marszowe miały tę samą trasę, a do tego jeszcze była cała masa biegaczy. W sumie szukać punktów nie trzeba było wcale, bo wystarczyło iść za wszystkimi i jedyną ewentualną trudnością było rozpoznanie jaką punkt ma nazwę:-) Sfrajerowaliśmy się trochę z PK 15, bo za późno zauważyliśmy, że jest na tym samym kawałku co jedynka i czwórka. Do tej pory w jedno miejsce wchodziły dwa wycinki, a jak autor mapy już uśpił czujność zawodników, to nagle walnął trzy. Taka przebiegła bestia. Czujnością wykazał się oczywiście Tomek, bo my nawet nie zauważyłyśmy, że jakaś piętnastka jest do wzięcia. Na szczęście niezbyt daleko musieliśmy wracać.


 Tę fotkę cyknął nam na trasie Andrzej.

Tak gdzieś od połowy trasy coraz mniejszą uwagę zwracałam na mapę, bo cała skupiłam się na szampanie, co to go przed wyjściem na trasę wypiłam (swoją i tomkową porcję), a który to szampan właśnie dotarł do przeciwległego końca układu pokarmowego i strasznie mnie uwierał. A tu tłum ludzi dookoła, ustronnego miejsca nie uświadczysz. Jakoś udało się dotrzeć na metę, tylko cały czas bałam się, że Tomek będzie chciał jeszcze pobiec na BnO, a ja chciałam w stronę domu. O dziwo, nawet specjalnie nie nalegał na to bieganie, szczególnie kiedy ustaliliśmy, że po przyjeździe do Zielonki od razu przelecimy się po naszym lasku. 

 I już na mecie.
 
Na mecie czekały pyszne sałatki, których nie omieszkałam spróbować i dopiero po fakcie przypomniało mi się, że właśnie zaczęłam się odchudzać. Ale nie żałuję - były warte grzechu. Czy ktoś wie kto jest autorem? Przepis bym wzięła na tę żółtą z kukurydzą.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Korzystając z okazji życzę wszystkim czytaczom dobrego 2020 roku - niech się Wam wiedzie!

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Kto wygra TZ, ten organizuje kolejną edycję imprezy.

Mafia Wołomińska kontra smok z Pruszkowa

Smok kusił dojściówką. Dojściówką nietypową. Bo "Na mapie zaznaczono miejsca, w których stołuje się puszkowski smok&quot. Dalej był opis co taki smoka zjada (jak by ktoś się pytał to koty, jelenie, żaby i inne stworzenia, byle nie mniejsze niż 10cm;-)
Część dojściówki dało się wyczaić przy pomocy StreetView (czego to nie można zrobić przy pomocy tego narzędzia) ale, że aktualność zdjęć była taka sobie, to nie wiadomo czy to smocze pożywienie się nie przeterminowało i trzeba było sprawdzić wszystko osobiście;-)

Pojechaliśmy chwilę wcześniej i metodą moto-pieszą przemieszczaliśmy się pomiędzy punktami, a gdzie nie dawało się dojechać autem wysyłaliśmy zwiad pieszy;-). Na trasie usiłowałem rozjechać Przemka gdzieś koło PK 8. Na koniec zaparkowaliśmy w okolicy startu i i zaliczyliśmy ostatnie PK, a następnie drogą okrężną – wprawiając w zdziwienie innych uczestników dojściówki, bo poruszaliśmy się pod prąd – dotarliśmy na miejsce startu.


Miejsce startu - w głębi wyspa - zastanawialiśmy się czy na niej będzie lampion

Miejsce startu położone na malowniczo wysuniętym przyczółku na Stawie Potulickich. Szybko pobraliśmy kartę i ruszyliśmy na trasę.
Startujemy
 Tzn. ruszyliśmy dopasowywać wycinki. Nawet całkiem sprawnie udało się znaleźć miejsce połączeń, ale zabrakło nam weny twórczej i nożyczek by zrobić całościowy obraz mapy z optymalnymi przejściami pomiędzy punktami. Trochę wyższej matematyki pozwoliło ustalić priorytety – z małych wycinków trzypunktowych bierzemy wszystko bo musimy, podobnie PK 5A a pozostałe 25 pp trzeba rozłożyć na 4 wycinki (czyli po 6 lub 7 pp z wycinka). Wydawało się to osiągalne, więc ruszyliśmy na trasę, by zaliczyć choć jeden PK i być klasyfikowanym;-) Po PK 28 narzucał się wycinek parkowy i PK 1E. I tu mała konsternacja – potwierdzenie to suma cyfr z obiektu, ale znaleźliśmy dodatkowy napis pracowicie wydrapany na kamieniu "Tu byłem 21-I-2001" czy jakoś tak (cytowane z pamięci). Czy miesiąc "I" to cyfra? Niby tak, ale jakaś taka inna, więc jak ją liczyć? Na wszelki wypadek wpisaliśmy sumę cyfr arabskich + "I";-).

Dalej było prosto, punkty z wycinka banalne. Wychodziło nam, że po tej stronie ul. B. Prusa więcej PK nie ma i wszystko kręci się wokół stawów. Logika mówi, że powinno być coś blisko, tylko co? Przeszliśmy pod mostem razem z biegiem Utraty (trochę po śladach konkurencji) i zobaczyliśmy, że wyczesali oni jakiś lampion na przepuście. Chwila burzy mózgów i dopasowaliśmy wycinak w kształcie gwiazdki, który wiedzieliśmy, z którym innym się łączy, ale nie mieliśmy go zlokalizowanego względem startu – oszczędziło nam to masę czasu i chodzenia;-)
Wycinki obowiązkowe (te trzypunktowe) mamy zaliczone. Teraz trzeba kalkulować, które PK brać, by uzbierać brakujące 27 pp. Podbiliśmy 3I, 3H, z tego wycinka zostaje 1H, który jest daleko, i po drodze zaliczymy PK z kolejnego wycinka. Tylko które? Kilka razy zmieniając decyzję (bo wynik sumowania wychodzi różny w zależności od wielu czynników) chwilę pomotaliśmy się po parku i totalnie naokoło zaliczyliśmy PK 5K, 3K i 2K i 1K z innego wycinku, docierając do wspomnianego wcześniej PK 1H. Wyszło nam, że jesteśmy w punkcie trasy najbardziej oddalonym od startu. Powrót przez wycinek z PK 2C, 2D i 3C był formalnością, tym bardziej, że wokoło krążyły inne zespoły.

Został nam wycinek ze startem i do podbicia z niego 2 PK. Sęk w tym, że ten wycinek był daleko i bezproduktywnie musieliśmy przejść przez teren który już wcześniej zwiedziliśmy.
Obowiązkowy PK 5A sprytnie schował się w nienarysowanej na mapie bramie – tu chwilę szukaliśmy go zwiedzając okoliczne podwórka.
Gdzieś tu ukrył się PK 5A
 Został jeszcze jeden PK i mało czasu. Trzeba trochę podbiec, bo marszem ciut się spóźnimy, a tak mamy realną szansę na komplet PK w czasie!
Co tu dużo mówić, łatwo nie było, ale zdążyliśmy (i mamy oficjalnie pierwsze miejsce – oczywiście nie sami, bo ten smok był wyjątkowo łagodny) – nawet udało się zapozować do zdjęcia z oddawaniem karty startowej;-)
Oddawanie karty startowej - zdjęcie pozowane

Smok puszkowski - taki nam wyszedł na mapie - trochę chyba przypomina pieska...