piątek, 22 maja 2020

Półmaraton - Mazowiecki Track

Półmaraton sobie pyknęłam. A co sobie będę żałować? Tomek wynalazł fajną imprezkę Mazowiecki Track i mieliśmy straszny dylemat co wybrać – leśny półmaraton czy rajd 6h na orientację. Jedno kusiło, drugie nęciło. Na szczęście z trasami rowerowymi nie mieliśmy problemu, bo oboje mało rowerowi jesteśmy.

 Gotowi na wszystko!

W końcu stanęło na tym, że ja wybrałam półmaraton, a Tomek orientację. Wzięliśmy sobie na środę urlop i o dziewiątej rano zameldowaliśmy się na starcie w Aleksandrowie. Pobraliśmy od organizatora urządzenie GPS i każde ruszyło w swoja stronę.

 Przy okazji przeprowadziłam test nowego plecaczka.
Pogoda idealna – ani za zimno, ani za ciepło, okolica piękna – aż się chciało biec. Pierwsze kilka kilometrów to las, najpierw w miarę płasko, potem wydma, do Pomnika Lotników. Na wydmie miałam pierwsze przystopowanie, bo zgubiłam ustnik od camelbaka i musiałam go chwilkę szukać. Ale nic to, przynajmniej odpoczęłam i złapałam oddech. Po niedługim czasie krajobraz się diametralnie zmienił, bo dobiegłam do rzeki Mieni. To był chyba najpiękniejszy odcinek trasy. Aż miałam ochotę siąść nad rzeką i podelektować się widokami. A tu biec trzeba… Tak sobie pomyślałam, że tym, którzy biegają szybko, to ta trasa się zupełnie marnuje, bo co można zobaczyć pędząc. Ja z moim żółwim tempem to jeszcze mogłam podziwiać krajobraz i od razu doceniłam swoje marne możliwości. Jednak jest ciut prawdy w powiedzeniu: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło:-) 
Mienię przekraczałam dwa razy – na początku mostem, na końcu po zwalonym pniu drzewa. Od razu pomyślałam sobie o Tomku, że on to by pewnie wpław się przeprawiał:-)
Potem czekał mnie najtrudniejszy fragment trasy – prawie pionowe podejście pod ogromną górę. No dobra, może trochę przesadzam, tym niemniej łatwo nie było. Lazłam tak powoli, że zegarek (z wgraną trasą) upominał mnie żebym się ruszyła, bo nie może wyznaczyć kierunku marszu. A ja cały czas byłam w ruchu! W końcu wylazłam na wierzchołek i dalej poszło łatwiej.
Znów zaczęły się lasy podobne do tych z pierwszej części trasy, więc już nie robiły na mnie takiego wrażenia. Poza tym zaczęłam odczuwać zmęczenie. Nigdy nie biegałam tak długich tras, bo na pięćdziesiątkach na orientację to jednak część się biegnie, część idzie, trochę stoi (jak się człowiek zgubi i duma nad mapą) a tu tylko biec i biec. W sumie to nikt mi nie zabronił iść, czy nawet usiąść na chwilę – pomyślałam i… pobiegłam dalej. Gdzieś koło siedemnastego kilometra postanowiłam się ciut posilić i wsunęłam malutkiego batonika. Oj, od razu mnie pokarało – nie chciał się przyjąć w żołądku na dłużej i musiałam najpierw zwolnić do tempa spacerowego, potem zatrzymać się w krzakach, spróbować iść, postać, znowu ruszyć. W końcu złe zostało za mną i mogłam dalej biec. Cieszyłam się, że do mety już blisko, ale moja radość okazała się przedwczesna. Ponieważ trasę miałam wgraną do zegarka, to co chwilę zerkałam, czy dobrze biegnę. Kiedy mój ślad zaczął się oddalać od trasy, zbytnio się nie przejęłam, bo przez cały czas wyglądało jakbym biegła gdzieś obok, do tego ścinając wszystkie zakręty. Ale kiedy zegarek zaczął piszczeć i wyświetlać komunikat, że zeszłam z trasy, to już zaczęło mnie zastanawiać trochę. Strzałki wskazującej kierunek od dawna nie widziałam, ale mogłam przecież przegapić. Dwa razy wracałam się do skrzyżowania, gdzie według zegarka powinnam skręcić, ale strzałki wciąż nie było. Cóż, postanowiłam zaufać nawigacji. Na kolejnych skrzyżowaniach też nie zauważyłam ani pół strzałki, kurczowo trzymałam się więc śladu. Mój entuzjazm nieco osłabł, bo straciłam masę czasu na to bieganie tam i z powrotem, no i nabiłam nadprogramowe kilometry.
Na metę udało się trafić, a mój półmaraton miał w sumie 22,63 km. Mimo tej niewydarzonej końcówki i tak jestem zadowolona, że dałam radę, a bezgranicznie jestem oczarowana trasą. Tak sobie nawet po cichu kombinuję, czy by nie przelecieć się jeszcze raz…

TNCZ w Zielonce!

Zrobili nam InO koło domu! Wyjątkowe, takie TNCZ, ale w odmianie turystycznej.

Akurat we wtorek przestało padać, więc postanowiliśmy to turystyczne InO odwiedzić. Tym bardziej, że spontanicznie na środę zapisaliśmy się na coś dłuższego – taki mały 6-cio godzinny rogaining lub odpowiednio półmaraton – nie należało się więc przemęczać.

Na start – prawie kilometr – pod budynkiem, w którym to dwadzieścia kilka lat temu pracowałem;-) Dalej w las po ściętych gałęziach w poszukiwaniu jedynego w okolicy ubytku w skorupie ziemskiej czyli dołka. Udało się – znaleźliśmy dołek i kolorowe oznaczenie na drzewie – bo ta trasa nietypowa – zmywalnym sprayem pomalowane różne literki na drzewach;-)

Tu jest dołek i literki na drzewie!
Renata zadecydowała, że do drugiego PK idziemy „na azymut”. Azymut - wiadomo rzecz święta – więc brnęliśmy przez te ścięte gałęzie, jakieś czepliwe jeżyny i inne takie. Znowu się udało;-) Po tym doświadczeniu – już drogami pomaszerowaliśmy dalej. Dalej w kierunku odgłosów warczenia. Po chwili odgłosy się nasiliły, jakieś metalowe potwory buszowały wokoło i pojawiła się tabliczka –taka żółta z ludzikiem, drzewka i tekstem o ścince i jakimś zakazie. Popatrzyliśmy po sobie – kto nam będzie zakazywał w naszym lesie??? Szczególnie, że z naprzeciwka pomimo zakazu jakaś rodzina wesoło zasuwała. Poszliśmy więc omijając warczące maszyny bokiem. Kolejny dołek – oszczędzili specjalnie drzewo z wymalowaną kolorowym sprayem literką! Wiadomo: leśnicy – nasi ludzie;-)

Oryginalny widmowy lampion;-)

Dalej poszliśmy już w spokojniejsze rejony szukać niewielkich dołków występujących w sporej ilości. Dołki nam znane, sami stawialiśmy tu lampiony;-)

Przez teren dotknięty wycinką, przez doły, w których wygrywaliśmy kiedyś po raz pierwszy trasę na WiMnO dotarliśmy do umownej granicy Zielonki i Rembertowa – linii energetycznej.

Przy szukaniu punktów w rowach spotkaliśmy dwa łosie. Najpierw zwierzęta wycofały się w gęstwinę, a potem ciekawe zerkały na nas zza drzewa, patrząc po co włóczymy się po ich lesie;-)

Pomachaliśmy sympatycznym łośkom i poszliśmy dalej, do kolejnych rowów i dołków. Miejsc gdzie tradycyjnie wszyscy (łącznie z nami) stawiają lampiony;-) Prawie „na pamięć” odwiedziliśmy kolejne znane miejsce.
Na sam koniec zostawiliśmy sobie punkt G. Kiedyś Renata miała zebrać postawiony na tym rowie lampion – wtedy szło jej jakoś długo, bo nie mogła go znaleźć. Tym razem trafiliśmy bezbłędnie:-)

Punkt G?
Jeszcze tylko przedarcie się przez krzaki i dotarliśmy na metę. W czasie i z kompletem punktów. Kilometr dreptania do domu i z przepisowych 4,2km wyszło nam prawie 8. Nie ma to jak odpoczynek przed zawodami;-)

Selfie sponsoruje literka "M"

Jak to w polityce - jedna wielka Niewiadoma II

Tak się wszyscy rozpolitykowali, że niemal natychmiast trzeba było zorganizować kolejne spotkanie przedwyborcze i już następnego dnia pojechaliśmy do Olszewicy, żeby przeanalizować programy wyborcze innych kandydatów. Znowu tak się dziwnie złożyło, że miejsce obrad było na skraju lasu, a w lesie wisiały urny. Taka polityka to nam się bardzo podoba.
Tym razem do przeanalizowania mieliśmy 23 punkty, z czego część była dość wzniosła i wręcz przypominała mi pagórkowato-wydmowy krajobraz. Przestawienie się z punktu drugiego na trzeci wręcz powaliło mnie na ziemię, szczególnie kiedy zobaczyłam w jakim stylu mistrzowie rozprawiają się z tym dylematem i zachciało mi się dorównać im szybkością. A trzeba było więcej patrzeć pod nogi, a mniej w program wyborczy. Jakoś pozbierałam się z upadku bez większego uszczerbku na zdrowiu, bo już na honorze to i owszem.
Podobnie jak poprzedniego dnia wciąż na prowadzenie wychodził mi kandydat centrum, bez żadnych znaczących odchyłek w lewo czy w prawo. Nawet między punktem piątym a szóstym, znacznie od siebie oddalonymi światopoglądowo, zachowałam wzorcową równowagę. Podobnie między punktem dziewiętnastym, a dwudziestym trzymałam się twardo swojej linii ideologicznej.
Nie jestem dość silna w podążaniu za myślą polityczną, dlatego cały program był dla mnie nie lada wyzwaniem, aż się spociłam jak mysz w połogu. Długo trwało zanim dotarłam do ostatniego punktu programu i niewiele brakowało, a organizatorzy wykasowaliby mi go, bo spotkanie przedwyborcze już się zaczynało kończyć. Tomek, który znacznie wcześniej dotarł do celu, własną piersią bronił dla mnie tego ostatniego punktu. Taaak, chyba koniecznie muszę potrenować szybkie czytanie...

Zbliżam się do ostatniego punktu programu wyborczego.


Uff, dotarłam do mety.

Pamiątkowe pod urną:-)

czwartek, 21 maja 2020

Sobotni wiec wyborczy w Wesołej.


Ostatnio trochę zaangażowaliśmy się w politykę. Tak na okoliczność niedoszłych przyszłych wyborów. W sobotę w Wesołej odbyło się spotkanie wyborcze i tak się dziwnie złożyło, że wielu znajomych orientalistów też się tam wybierało. Ale to chyba zupełny przypadek. Nawet nasza córka wykazała zainteresowanie polityką, ale skusiła się tylko na krótki program wyborczy. Młodzi to nie mają cierpliwości tyle czytać…
My zapisaliśmy się na debatę o najwyższej liczbie punktów do przedyskutowania, dlatego na miejsce przyjechaliśmy dość wcześnie i nawet nie mieliśmy okazji spotkać dawno nie widzianych znajomych. Ale izolacja, to izolacja. Szybko pobraliśmy przynależne nam programy wyborcze i postanowiliśmy zapoznać się z nimi podczas spaceru po lesie, żeby uniknąć tłoku i mieć więcej przestrzeni. Ot, takie dwa w jednym. Organizator dla zrobienia na nas wrażenia zaszalał do tego stopnia, że w lesie porozwieszał takie małe urny. Ma człowiek gest!
Od razu mieliśmy pod górkę, bo aczkolwiek pierwszy punkt łatwy do zrealizowania, to pewne przeszkody trzeba było pokonać. Zaczęłam powoli, ale potem poszło szybciej. Muszę przyznać, że otrzymany program trochę mnie zdołował – dołki, doły, obniżenia – czy kandydat nie cierpi czasem na depresję? Może lepiej na niego nie głosować? Chociaż z drugiej strony każdy kolejny punkt programu okazywał się łatwy do realizacji. W przenośni można rzec – szłam od punktu do punktu jak po sznurku. Punkt szesnasty musiałam chwilkę dłużej przeanalizować, ale stosunkowo szybko się z nim uporałam. Co ciekawe, okazało się, że pojawiające się wcześniej u mnie odchyłki prawicowe całkowicie zanikły, lewicowe się nie objawiły (to domena Tomka) i tym sposobem okazało się, że powinnam zagłosować na kandydata centrum. Ot i jaka owocna ta debata się okazała!
Ponieważ wszystkie punkty analizowałam powoli i dogłębnie, to oczywiście zajęło mi to sporo czasu. Kiedy wróciłam do miejsca wydawania programów wyborczych  Agata z Tomkiem już na mnie czekali. Analiza dziewiętnastu punktów programu zajęła mi ciut ponad półtorej godziny, ale były osoby, którym zajęło to jeszcze więcej czasu.
No i patrz pan - wcale ta polityka nie jest taka nudna!

 Przy urnie, z programem wyborczym w garści:-)

piątek, 15 maja 2020

Długie Dęby Gajowego

W niedzielę postanowiliśmy zaliczyć normalną trasę, do której dodatek zrobiliśmy w sobotę, czyli pojechaliśmy w to samo miejsce.  Po krótkich perturbacjach żołądkowych trwających miedzy parkingiem, a startem (stres???) ruszyliśmy. Już na pierwszy punkt każde z nas wybrało inny wariant dobiegu - ja naokoło drogami, Tomek na azymut przez las. Widziałam go jak pomykał między drzewami i nie mogłam wyjść ze zdziwienia po co najpierw leci na dziesiątkę. On też nie mógł podobno, jak już się zorientował gdzie jest. Dogonił mnie przy dwójce, więc zrobiliśmy sobie wzajemnie fotki na pamiątkę pobytu na PK 2:-)

 Dobieg do punktu.
 
 Tomek "podbija" punkt.

Ponieważ do dwójki szło się przez okropne bruzdy, to już na kolejny punkt postanowiłam lecieć przecinkami, trochę naokoło, ale na pewno szybciej. Tomek wolał męczyć się wśród bagiennej roślinności, którą miał na azymucie. Co kto lubi.
Do piątki każdy kolejny punkt był w coraz większej odległości i trochę się bałam, czy się nie pogubię, ale na szczęście dużo dało się biec drogami. Fakt - naokoło, ale biorąc pod uwagę podłoże (a to bruzdy, a to pościnane gałęzie) i górki na azymucie, to chyba nie najgorzej wyszłam na tym obieganiu. Szczególnie, że trafiałam bezproblemowo.
Szóstka była już po drugiej stronie drogi przy której parkowaliśmy, za to nie było nawet najmarniejszej ścieżki i trzeba się było przedzierać przez zielone. Siódemka znowu daleko i gdzie się dało korzystałam z przecinek. To najwyraźniej nie był dzień na azymuty:-) Do ósemki zniosło mnie - o dziwo! - w lewo i aż musiałam wyjść na drogę za punktem, żeby zorientować się gdzie jestem. Tomek też miał problemy z ósemką, ale jego - dla odmiany - zniosło w prawo. Dziewiątka była bliziutko i bez problemu, a na dziesiątkę autor trasy zrobił rekordowy przebieg - przez 3/4 mapy. Aż mnie nicość ogarnęła jak to zobaczyłam. Oczywiście znowu skorzystałam z przecinek, a dobiegając do drogi, przy której parkowaliśmy tak się łudziłam, że może Tomek już jest przy samochodzie i da mi łyk wody. Niestety, autko było zamknięte, więc z bólem serca poleciałam dalej. Od drogi na dziesiątkę można było skrótem przez górkę, ale nie chciało mi się i wybrałam wariant naokolny, za to skuteczny. PK 11, 12 i 13 weszły bezproblemowo, wreszcie na azymut, niemal po kresce. Ale już bez biegania.
Ponieważ meta była w miejscu sobotniego startu, więc byłam pewna, że trafię bezproblemowo i nawet nie ustawiałam azymutu, tylko poleciałam przed siebie. Wszystko było tak jak w sobotę, tylko mety nie było. W końcu przypomniało mi się, że i w sobotę mieliśmy problem z jej znalezieniem i najlepiej to przeczesać okoliczne zagłębienia, aż do skutku. Pomogło. Odhaczyłam metę i teraz już całkiem na spokojnie mogłam wrócić do samochodu. Ufff. Znowu się udało:-)

 Powrót z mety. Biegiem - dla fasonu.

Na koniec obowiązkowe rozciąganie!

 A tak nam to wyszło na trasie - moje czerwone, Tomka niebieskie:

 

sobota, 9 maja 2020

Mikro czy jak to zwał

Czas zarazy, to czas biegania. Ostatnio zrobiła się mała przerwa, bo jak to biegać w deszczu? My biegamy dla przyjemności! Gdyby to były jakieś zawody….

W każdym razie od czwartku zaczęliśmy znowu biegać. Na rozgrzewkę jakieś marne 10 km, potem w piątek miało być ciut więcej. Postanowiliśmy zobaczyć sławetne Mosty Kalińskie. Całkiem znośnym tempem dobiegliśmy do Ossowa i ruszyliśmy na wschód w stronę rezerwatu. Wkrótce pojawiły się czerwone tablice informacyjne, tyle, że nie mając mapy na czuja biegliśmy szukając drogi w prawo, by zawrócić do Zielonki. Dla ścisłości do Ossowa było 6 km, a tu biegniemy dwa kilometry oddalając się od domu i nic. Na szczęście gdy już gotowi byliśmy zawrócić, pojawiła się droga w prawo. Co tu dużo mówić – bez mapy, trochę na około zrobiliśmy dobrze ponad 16 km. Po kilkudniowej przerwie od biegania! W następstwie tego mając w sobotę do wyboru kilka tras TNCZ wybraliśmy taki krótki mikro sprint po Dębach Gajowego. Okolice owych Dębów Gajowego swego czasu zwiedzaliśmy nocą na Nocnych Manewrach SKPB, więc można powiedzieć, teren dosyć dziewiczy dla nas.

Popołudniem pojechaliśmy w stronę Nieporętu. Miejsce startu znane, obok baru na górce. Właściwie to miejsce mety, bo start był kilometr od mety. Wyszliśmy z auta i powlekliśmy się na start. Po drodze wielkie piaszczyste góry, lasy w odróżnieniu od Górek Radzymińskich suche, piaszczyste, pełne uschłych gałęzi po przecinkach. Po chwili poszukiwania znaleźliśmy wielki dół ze startem. Renacie pierwszej odpikał telefon, więc ruszyła na trasę. Ja jeszcze chwilę powalczyłem ze swoim telefonem i ruszyłem za nią. Dopadłem ją przy PK 1 i wyprzedziłem biegnąc do PK 2. Teraz zwrot w lewo ku kolejnemu wyschniętemu mokradłu. Droga, a za nią powinno być to mokradło. Niby coś jest, ale takie mało mokre. Dopiero po chwili załapałem, że zniosło mnie w lewo. W efekcie Renata na PK 3 była pierwsza. Na PK 4 ja byłem pierwszy. Przy PK 5 nie widziałem jej za sobą – dobra nasza! PK 6 na kopczyku, ale w terenie tych kopczyków było znacząco więcej. Grunt że telefon odpikał! Do PK 7 znowu zniosło mnie w lewo, ale skorygowałem, bo wpadłem na drogę, od której mogłem się namierzyć. PK 8 zaraz niedaleko, za gęstwinką, w dołku. Jest gęstwinka, jest dołek. Wprawdzie w gęstwince, ale wiadomo - gęstwinki po deszczu się rozrastają. Jeden dołek, drugi, rów i nic nie pika, ani nie ma wstążeczki. Patrzę na mapę i wyraźnie chodzi o dołek poza gęstwinką. W oddali na górce miga mi biała koszulka Renaty. Ona już jest na PK 8? Biegnę tam - jest dołek ze wstążką i telefon pika. Jak pokazał później ślad – niecałe 100m biegłem ponad 4 minuty. Nieźle!

Zniechęcony biegnę dalej. Przy PK 9 znowu doganiam Renatę. Do PK 10 pod górkę, więc znowu zdobywam przewagę. Teraz do PK 11 - najdłuższy przebieg. Zamiast grzbietem biegną na azymut i znowu ląduję na lewo od PK. Chwilę szukam go nie na tej górce co trzeba. Coś mi dzisiaj nie idzie;-(

PK 12 i PK 13 w obniżeniu, gdzie biegać się nie da. Teraz pod największą górę. Tu już nie da się biec, trzeba mozolnie piąć się w górę zakładając obozy pośrednie;-) PK 14 zdobywam idealnie. Ostatni PK 15 – decyduję się zbiec lepszą drogą i ciut nadłożyć kosztem przedzierania się przez kolejne wzniesienie. I jeszcze dobieg do mety, który brutalnie przerywa wał ułożony ze ściętych gałęzi. Oj, w takim terenie to żadne bieganie;-( 

W efekcie z nominalnych 2,7 km zrobiłem 4 km. Jak pokazują wynik + 52% dystansu. Ciekawe ile mi wyjdzie jutro jak pobiegniemy na trasę długą…. Może od razu ustawić sobie za wyzwanie "półmaraton" w Stravie?
Meta!!!!

Górki Radzymińskie - średniodystansowy powrót

Tak się nam spodobały te Górki Radzymińskie, że następnego dnia postanowiliśmy zrobić powtórkę, ale trochę dłuższą, czyli middla. Mój udział co prawda stał pod znakiem zapytania, bo coś mi weszło w plecy, ale postanowiłam w najgorszym przypadku przespacerować się przez kilka punktów. Ponieważ mapa była w skali 1:10000, czyli dla moich oczu nieczytelna bez lupy, Tomek wydrukował mi ją powiększoną, ale za to na dwóch kartkach.
Zaparkowaliśmy przy mecie i na start musieliśmy podejść jeszcze dalej niż poprzedniego dnia. Najbardziej ciekawiła mnie zaznaczona na mapie rzeczka przecinająca teren zawodów na pół. Idąc na start musieliśmy ją przeciąć i okazało się, że to zwykły rów i do tego suchy. Gdyby był wypełniony wodą na full pewnie stanowiłby problem, ale na szczęście mogliśmy się tym nie martwić.
Wystartowałam pierwsza. Do czwórki leciałam niemal po prostych na azymut i dwukrotnie musiałam przeskakiwać tę niby rzeczkę, czy rów. Przed trójką to nawet było dość głęboko, z wodą też pewnie próbowałabym jakoś przejść, ale mogło by być ciekawie:-).
Gdzieś tam przed czwórką dogonił i oczywiście przegonił mnie Tomek. Jeszcze kawałek za czwórką widziałam jego plecy i najwyraźniej ten widok mi zaszkodził, bo zdekoncentrowałam się i pomyliłam w liczeniu dróg. Może to i dziwne mieć problem z liczeniem do trzech, a jednak... Dołek z PK 5 powinien być kawałek za trzecią drogą, ja w swoim zagapieniu zaczęłam szukać już za drugą. Akurat teren był podobny, więc nic nie wzbudzało u mnie podejrzeń. Oprócz braku punktu. W końcu postanowiłam pobiec drogą do zabudowań i od nich się namierzyć. A przy zabudowaniach okazało się, że obok jest jeszcze jedna droga i to najwyraźniej ta właściwa.
 
 Taką uroczą taśmą były oznaczone w terenie punkty kontrolne.

Do szóstki i siódemki tradycyjnie zniosło mnie w prawo, ale po ukształtowaniu terenu szybko skojarzyłam gdzie lecieć, więc nawet trudno powiedzieć, że się zgubiłam, bo nie. Kolejne punkty praktycznie nie sprawiły mi już żadnych problemów, choć ilość poziomnic trochę mnie deprymowała i dobrze musiałam się skupić, żeby te nieregularne linie zamienić w wyobraźni w górki i obniżenia. Sporo punktów, podobnie jak poprzedniego dnia, było na kopczykach, którymi cały teren jest usiany.
Na PK 23 BPK w moim telefonie uprzejmie poinformował mnie, że przekroczyłam jakiś tam limit czegoś i on w związku z tym dłużej nie pracuje i idzie sobie do domu, czyli fajrant. No ale jak to? Ja w środku lasu sama, to kto mi powie czy jestem na punkcie, czy nie??? A jak na jakimś punkcie nie będzie taśmy, a ja nie będę pewna, czy jestem w dobrym miejscu??? No tak się nie robi ludziom! Na szczęście taśmy wszędzie były, a ja trafiałam na punkty bezbłędnie, aczkolwiek bardzo powoli. O bolących plecach co prawda zapomniałam zaraz po starcie, ale bieganie po pofałdowanym terenie nie jest moją mocną stroną. Zresztą im wolniej, tym dłużej przyjemności:-)
Tomek spodziewał się mnie na mecie jeszcze później i trochę go zaskoczyłam swoim pojawieniem się. Co sił gnał pod drzewo metowe, żeby zdążyć cyknąć mi fotkę. O tę:

To miał być gest radości, a nie poddawania się:-)

Jak ktoś jeszcze nie był w Górkach Radzymińskich, to bardzo, bardzo polecam! Przepiękny teren!

środa, 6 maja 2020

Górki Radzyminskie - sprint (teoretyczny)

W tygodniu dużo biegaliśmy tak zwyczajnie po lesie, więc w sobotę postanowiliśmy pozwolić sobie na rarytas i pobiegać na orientację. Akurat TnCZ zaproponowały nowe/stare trasy w okolicach Radzymina, więc po południu wybraliśmy się zmierzyć z Górkami Radzymińskimi. Padło na krótki sprint, bo znowu byłam trochę obolała i zmęczona.
Zaparkowaliśmy koło mety i na start trzeba było kawałeczek podejść. Już na tym krótkim odcinku byliśmy oczarowani urodą tego miejsca, a Tomek od razu zaczął cykać fotki.

W drodze na start robiliśmy skoki na boki.

Tym razem Tomek ruszył pierwszy, bo nagle i niespodziewanie odpipał mu się start (biegaliśmy na BPK-a), więc nie chciał tracić cennych sekund. Po chwili potrzebnej na ogarniecie się, pognałam za nim. Ponieważ coś go zniosło z dwójki i chwilę krążył, spotkaliśmy się na punkcie i do trójki lecieliśmy niemal łeb w łeb. Czwórka nie chciała mi się odpipać, mimo że znalazłam szarfę, więc chodziłam chwilę wokół punktu. Ostatecznie nigdzie mi się nie spieszyło. Z tym odpipywaniem to miałam ciągle problemy, bo albo nie chciało, albo pipało nie tam gdzie wisiała szarfa. Ale konsekwentnie (aczkolwiek długo) łaziłam dookoła punktów aż oba warunki - pip i szarfa - były spełnione.
Większość punktów była na kopczykach, których w terenie było zatrzęsienie, chyba dużo więcej niż na mapie. Co dziwne, część punktów w terenie była oznaczona na niewielkich kupkach ziemi, podczas gdy obok piętrzyły się dużo konkretniejsze kopce.
Na dwunastce i trzynastce z lekka poległam. Tradycyjnie zniosło mnie w prawo i szukałam nie tam gdzie trzeba. Nawet niespecjalnie mi to przeszkadzało, bo sam pobyt w lesie był przyjemnością, więc godzinę dłuższe szukanie, to godzina więcej przyjemności - prawda? Długi przelot z dwunastki na czternastkę dla pewności jednak zrobiłam drogą, bo na takim odcinku moja prawostronna odchyłka mogłaby być już spora. A na piętnastce to już popłynęłam na całego. W bardzo ogólnym zarysie wiedziałam gdzie jestem, bo widziałam szereg domków letniskowych, ale znalezienie jednego dołka w tym zarysie okazało się niemożliwe. Po jakimś czasie kręcenia się w kółko postanowiłam jednakowoż namierzyć się od czegoś konkretnego i padło na róg ogrodzenia. A że róg ogrodzenia był bardzo, bardzo daleko... No to co? Przecież się nie pali:-) Do samego rogu co prawda nie doszłam, ale mając go w zasięgu wzroku ustawiłam mniej więcej azymut i o dziwo - udało mi się trafić, gdzie trzeba. A jak kurcze ustawiam nie na oko, to mnie znosi. Gdzie tu sens i logika?
Przez trzy kolejne punkty żarło dobrze, pominąwszy oczywiście rozbieżność miedzy szarfą a pipaniem, a potem znowu sknociłam. Na osiemnastce rzuciłam niedbale okiem na mapę i stwierdziwszy, że łatwizna, bo na rogu pobliskiego budyneczku, poleciałam do tego, który zauważyłam jako pierwszy. Nawet nie zhańbiłam się określeniem kierunku - budynek, to budynek. Co ja się nałaziłam dookoła żeby wymusić pipnięcie... Już chciałam to załatwić siłowo, ale system podpowiedział, że jestem za daleko od punktu. Dopiero teraz  dokładniej obejrzałam mapę i okazało się, że obok jest drugi budynek. Ten już okazał się właściwym.
Do końca pozostała mi tylko pętelka od PK 21 do 25, punkt za drogą i już meta. Przed PK 21 spotkałam Roberta K., który nic nie wiedząc o trasie, akurat tu wybrał się z rodziną na spacer. Ponieważ na parkingu spotkał Tomka, który był już po biegu, wziął od niego mapę i coś tam sobie powolutku rzeźbił.
Znowu zeszło mi z lataniem dookoła punktów w oczekiwaniu na pipanie, bo szarfa sobie, pipanie sobie. Za PK 25 już czekał z aparatem Tomek, a właściwie czekał już od dawna, tylko ja tak się ślimaczyłam.

Lecę, już lecę przecież....

Jeszcze został tylko punkt za drogą, tuż obok samochodu i meta - ciut dalej na pustym polu, pod drzewem.
Ten krótki "sprint" zajął mi niemal godzinę, podczas gdy Tomkowi jedynie pół. Wziąwszy pod uwagę piękne okoliczności przyrody, fajną pogodę i chwilę oderwania się od epidemii, to kto był wygranym w tych zawodach? No, oczywiście, że ja! I w sumie to nawet żałowałam, że tak szybko wróciłam na metę.


Meeetaaa!!!

sobota, 25 kwietnia 2020

Powrót na TnCZ - Wesoła

Ledwo odwołali zakaz wstępu do lasów, a już pojawiły się nowe trasy na orientację. Autorzy tras wykazali się najwyższą czujnością, więc i my - uczestnicy - nie mogliśmy być gorsi. Dobrze się złożyło, że znowu trafiła się trasa blisko nas, w Wesołej, więc we wtorek po południu podjechaliśmy przetestować ją. Ja co prawda miałam obolałe nogi po poniedziałkowym bieganiu w zielonkowskim lesie, ale ostatecznie nigdzie mi się nie spieszyło i trasę w Wesołej mogłam nawet przejść spacerkiem. I w zasadzie tak się stało, nie tylko z powodu kondycji, ale i masy gałęzi jakie leżały pod nogami i utrudniały bieg. Bo wiecie, ja to tylko na azymut, choćby ścieżka była metr obok:-) Zauważyłam, że trochę odwykłam od biegania przełajowego, bo ostatnio więcej było po ścieżkach i drogach. Z nawigacją na szczęście nie było jeszcze najgorzej, chociaż przy szóstce pogubiłam się koncertowo. Mapa a teren to były dwie zupełnie różne sprawy i nijak nie mogłam ich połączyć w całość. Oczywiście szukałam o jedną, niezaznaczoną na mapie, ścieżkę wcześniej. Poza tym - spoko.
Ponieważ na start musieliśmy dojść terenem miejskim, zaopatrzyliśmy się w obowiązkowe maseczki. Po kilku próbach uszycia maseczek z różnych materiałów, najlepsze okazały się te zrobione z cienkiego buffa, a ponieważ miałam kilka z nocnych manewrów, więc intensywnie reklamujemy zaprzyjaźnioną imprezę:-)

 Start i meta na początku rolkostrady.

W lesie dramatyczna susza, trochę spacerowiczów, sporo śmieci, no i te gałęzie. Ale człowiek spragniony lasu cieszy się w każdych warunkach:-) Szczególnie, że z powodu tej suszy pewnie lada dzień znowu wprowadzą jakieś zakazy, tym razem już uzasadnione.

 Zbliżam się (statecznie) do ostatniego punktu.

Tradycyjnie Tomek czekał na mnie na ostatnim PK, żeby cyknąć fotkę z trasy:-) Poza tym chyba mu się nudziło, bo na mecie był jakieś pół godziny przede mną, mimo że wyruszyliśmy razem. Już nawet podobno zaczął tracić nadzieję na mój powrót.

 
Zakaz korzystania wciąż wisi. Na wszelki wypadek?

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Zanim zamknęli las...

Znowu okazało się, że w czasie homeworking i ograniczeń w przemieszczaniu się ciągle brakuje czasu na wszystko. Nawet na pisanie na bloga. Zanim definitywnie zamknęli nam lasy zdążyliśmy jeszcze "zaliczyć" TNCZ w Lesie Sobieskiego.

Jadąc do Wesołej na rondzie przy ASzWoj zobaczyliśmy gnającą na rowerze znajomą zieloną koszulkę. Okazało się, że to Bartek, który także nas dostrzegł i pomachał z daleka.

Ta część lasu była przez nas dawno nie odwiedzana. Gdzieś tu był jeden z pierwszych ZetPeKów, ten na którym narodziła się Chrumkająca Ciemność;-). Krótkie przygotowanie i poszliśmy w las. Renata jak zwykle pierwsza.

Pa pa - do zobaczenia na mecie!
Mi trochę czasu zeszło zanim załapał GPS i uruchomiłem BePeKa, ale Renatę dogoniłem już na pierwszej górce. Coś jej wyraźnie nie szło szybkie przemieszczanie się po lesie. Wyglądało jakby szukała PK 1 stanowczo za wcześnie. Chwilkę ją podopingowałem i pobiegłem dalej. PK 1, PK 2… Przed PK 3 trafiłem na jakieś nielegalne leśne zgromadzenie – dwuosobowy biwak czy jakoś tak- obiegłem łukiem, by nie przekraczać dozwolonej liczebności zgromadzenia. PK 4, 5 i powrót do PK 4/6. I niestety nie trafiłem. Może dlatego, że nie było już tego nielegalnego biwaku. No cóż, bywa - oby nie więcej takich błędów. PK 7 daleko, ale dobrze trafiony. I na tym skończyło się szczęście.

Anomalie naniesione na mapę :-)
Nie wiem czemu, ale na tym terenie zawsze mnie znosi w lewo - dziwne, że nie w każdym miejscu, ale w wielu obszarach tak. Chyba z 10 minut szukałem charakterystycznych dołów z PK 8! Odbiłem sobie biegnąc na PK 9,10 i 11 prawie po kresce, ale tu po drodze były charakterystyczne elementy, po których można było nawigować. Przy PK 12 znowu zniosło mnie w lewo (kiedyś tu był PK zdaje się, że na Wiosennym 360 i wtedy także znosiło w lewo). Kolejna wpadka to PK 14 – szukałem tego (lub sąsiedniego dołka) na ostatnich WesolInO – tym razem znowu na 200m zniosło mnie ze 150m w lewo! Chyba będę musiał zrobić mapę Wesołych Anomalii Magnetycznych kiedyś;-) Jak łatwo się domyślić, podobnie zniosło mnie na kolejnym PK 16. Dalej było łatwiej, bo zaczęły się charakterystyczne elementy w terenie.

Wyszło 79 minut biegania i 9,5 km zamiast 7,4. Prawie 30 % więcej- niezły narzut.
Wyniki w GPS Orienteering

Zostało mi jeszcze poczekać ze 20 minut na Renatę. Jak wysłaliśmy wyniki na serwer – okazało się, że spotkany wcześniej Bartek wracał z Wesołej i biegł tą samą trasę! Jaki ten świat jest mały!