sobota, 6 lipca 2024

Korona Mazowsza czyli Popowo z porażką zapisaną w gwiazdach.

O ile w Nieporęcie dokuczał mi tylko jeden pośladek i jedno udo, to już przed kolejnymi zawodami czułam oba pośladki. Ale, ale... Nie będzie d..a mną rządzić! Może biegać się nie da, ale wziąć udział zawsze można. I oczywiście pojechałam do Popowa na Koronę Mazowsza.
Pierwszy raz Popowo poszło mi fatalnie, drugi raz bardzo dobrze (oczywiście mowa o części nawigacyjnej, nie biegowej), więc teraz znowu wypadało trochę się pogubić. Ale co tam - będzie, co będzie.

Gotowi do startu.
 
Start z dołka na górce i od razu kłody pod nogi i to dosłownie, co widać na fotce poniżej.

Start!
 
Pierwszy punkt był blisko i nie wyglądał na skomplikowany, tyle tylko, że lampion był niezauważalny dla osoby nadchodzącej od startu. Spokojnie przeszłam obok dołka, nawet zaglądając do niego i poszłam dalej. Po jakimś czasie spojrzałam za siebie i dopiero wtedy dojrzałam kolorową szmatkę. Ufff... udało się.
Nie wiem jakim cudem przeszłam dwójkę, bo przecież musiałam zauważyć ścieżkę, której nie powinnam przekraczać. A jednak... Na szczęście było się skąd namierzyć i wszystko skończyło się dobrze. Ale skoro już dwa pierwsze punkty nie chciały wchodzić, to co będzie dalej?

PK 2

Sprężyłam się i trzy kolejne zaliczyłam bezbłędnie. A potem kompas przestał ze mną współpracować. Szłam jak mi pokazywał i byłam coraz bardziej na prawo. Z punktem rozminęłam się w sporej odległości, doszłam do drogi (więc przynajmniej wiedziałam, że jestem za daleko) i zawróciłam. To, że zawróciłam oczywiście wcale nie znaczyło, że poszłam od razu we właściwe miejsce i znalazłam lampion. Bynajmniej. Zaliczyłam jeszcze pętelkę po okolicy zanim los uznał, że dość mnie już doświadczył i można poluzować.

Oporny PK 6

Do siódemki szłam dziwnie, ale skutecznie. Zresztą trudno by było przeoczyć jeziorko, nawet jeśli bardzo, bardzo wyschło. No to nie przeoczyłam. Ósemka i dziewiątka poszły też dobrze, a potem znowu poniosło mnie w prawo, hen, hen za punkt. Jak by nie wystarczyło, że miałam problemy z chodzeniem (nie wspominając o bieganiu), to jeszcze kompas pokazywał swoje, mapa swoje, a teren jeszcze coś innego. Normalnie plaga niepowodzeń.

Za dużo tych wykrotów.
 
Przed jedenastką spotkałam Tomka  i byłam pewna, że czeka specjalnie na mnie, że już skończył swój bieg i chce mi zrobić fotki metowe. Zupełnie umknął mi fakt, że do mety to mam jeszcze oprócz jedenastki trzy kolejne punkty. Kurcze, oprócz rwy, niewspółpracującego kompasu i mapy to jeszcze jakieś zaburzenia umysłowe mi się doczepiły.

Tak ładnie pozowałam myśląc, że to już końcówka.

Na szczęście wszystkie niedyspozycje (oprócz fizycznych) nagle przeszły mi jak ręką odjął i kolejne trzy punkty zdobyłam w rewelacyjnie dobrym (pod względem nawigacji) stylu. Na metę też traflam po kresce.
I nie można tak było cały czas? No, ale skoro teraz była kolej na Popowo z porażką, to w sumie nie miałam na to wpływu. Co zapisane w gwiazdach, to zapisane. Za to następne Popowo powinno być dla mnie rewelacyjne. Tylko ile będę na nie czekać?

Moja trasa - wzloty i upadki.

wtorek, 2 lipca 2024

Trening KOS z poślizgiem, kaniami i rwą.

Latem, kiedy odbywają się różne poważne imprezy wyższych rang, zdarzają się weekendy bez BnO w najbliższej okolicy. No, serio. Ale zawsze można wtedy liczyć na KOS Azymut, który stara się zapełnić takie luki. I tym razem też zorganizowali niedzielny trening w przedostatnią niedzielę czerwca. Wyjechaliśmy dość wcześnie, żeby wystartować na samym początku i jakież było nasze zdziwienie, kiedy na miejscu nie zastaliśmy niczego - ani organizatorów, ani uczestników. 
- Nie dzisiaj? Nie tutaj? - zadawaliśmy sobie pytania. 
Tomek od razu odpalił internety i okazało się, że start przesunięto o pół godziny. Ufff. Po chwili zaczęli pojawiać się inni amatorzy biegania, a także przedstawiciel organizatora, czy raczej organizatorki treningu, której przytrafiło się zaspać i z organizacją była jeszcze w lesie. Tak dokładnie to z lampionami była w lesie, żeby je rozwiesić. W sumie przeciągnęło się to do godziny, ale pogoda była przepiękna, w samochodzie mieliśmy wygodne krzesełko, wokół miłe towarzystwo i jeszcze w bonusie dostałam kilka pięknych, wielkich kani na obiad.
 
Czekamy.

Pani zamawiała kanie?
 
W końcu organizatorka się znalazła, biuro zawodów ruszyło i można było startować.

Przed startem
 
Start mieliśmy tuż za naszym miejscem postoju, przy drodze. Tradycyjnie ja pierwsza, po mnie Tomek. Ponieważ moja rwa kulszowa wciąż mocno się trzymała, nawet nie planowałam biegać, co najwyżej iść energicznie.
 
 Od razu w krzaki.
 
Ze startu ruszyłam po kresce, bo w sumie innego wyjścia nie było - żadnej drogi w pożądanym kierunku. Kreska doprowadziła mnie też do PK 2, a trójkę zaszłam od lewej, ale skutecznie. Czwórka znowu po kresce, a piątka za torami, więc wystarczyło iść w kierunku torów nie przejmując się za bardzo kreską i kompasem. Może nawet ciut za bardzo się nie przejmowałam, bo sporo zniosło mnie w lewo, szczególnie, że starałam się izolować od innych biegaczy, a ci bardziej trzymali się kreski. 
Za torami piątka i szóstka weszły gładko. Szóstka to chyba nie stała we właściwym dołku i namierzając się z niego nie weszłam na kreskę. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo do siódemki było daleko, a po drodze masa charakterystycznych miejsc do namierzania się.
Lekki problemik pojawił się przy dziewiątce. Z ósemki szłam po lewej stronie kreski, a im bliżej dziewiątki, tym bardziej mnie znosiło, aż doszłam do drogi za punktem. Dobrze, że ktoś tam jeszcze szukał, to było raźniej.
Do dziesiątki bardzo pilnowałam azymutu. Za mną niczym tajemniczy Don Pedro podążał Tomek i przy dziesiątce mnie wyprzedził. 
 
Tuż za PK 10.
 
Jedenastka daleko, znowu po pierwszej stronie torów. Bezproblemowo, jeśli nie liczyć znaczącego ubytku sił i chęci położenia się zamiast iść dalej. Do dwunastki miało być blisko i łatwo, a wyszło daleko i ze zdziwieniem. Ponieważ byłam już zmęczona, więc postanowiłam iść po ścieżkach, a nie na azymut. I to był wielki błąd. Ścieżki nie znalazłam, a kiedy zorientowałam się, że coś za długo jej nie ma, byłam już przy drodze. Musiałam wracać kawał drogi i jedyną satysfakcją było to, że i ze dwie inne osoby zrobiły to samo. Tomek zaś zarzeka się, że ścieżka była. No jak była, jak nie było? Nawet po dojściu już do dwunastki sprawdzałam dlaczego nie udało mi się trafić od razu i od drugiej strony też ścieżki nie znalazłam. No, chyba, że ona pojawia się i znika w zależności kto nadchodzi.

Do dwunastki naokoło.
 
Dwunastka była ostatnim punktem, należało jeszcze tylko dotrzeć do mety. Wlokłam się krok za krokiem, a prawa noga zostawała gdzieś w tyle. Kiedy w końcu wyszłam na otwartą przestrzeń i zobaczyłam gdzie jest meta, to aż mnie osłabiło. Widzieć na mapie, a widzieć na żywo to jednak różnica. Meta była na piaszczystej górze, a ja dodatkowo szłam na nią najmniej optymalnym wariantem. Tomek dopingował mnie i poganiał, żebym nie dała się wyprzedzić konkurencji, ale moim jedynym marzeniem było dojść i siąść i całą konkurencję miałam w głębokim poważaniu. Oczywiście, że dałam się wyprzedzić i wcale nie cierpiałam z tego powodu, bo do cierpienia miałam inne.

 Wreszcie meta!
 
Ledwo dolazłam do biura zawodów, a potem już woda i ciastka podnosiły mnie na duchu i ciele. Te bolesne zawody nie są dobrym prognostykiem przed zbliżającym się Wawel Cup-em.  No, ale zobaczymy jak będzie dalej.

Raz lepiej, raz gorzej.
 

poniedziałek, 1 lipca 2024

Rowerem, ale pieszo

Kiedyś, chyba raz, pojechałem na RJnO rowerem. Ale do RJnO potrzeba nie tylko rower – bez mapnika to nie jest jazda, a ja mapnika nie posiadam! 

Tym razem zawzięcie na kolejną rundę rowerowego Wszechpucharu (nazywanego skromnie Intergalaktycznym), a przy okazji Grand Prix Dzielnicy Wawer bardzo zapraszał Janek. Wysyłał e-maile, kusił…. Trochę daleko - 20 km w jedną stronę (rowerem), by pokonać rowerem trasę ok. 10km i wrócić (kolejne 20 km rowerem). Ale… można było startować i bez roweru! A co tam i tak miałem zamiar w sobotę pobiegać minimum 10 km, więc pojechałem (autem, a nie rowerem oczywiście) na te rowerowe zawody;-) 

We Wszchpucharze każdy dostaje imienny numer startowy na cały cykl
 
Pogoda upalna, teren to lasek w Michalinie ze znaną Górką Śmieciową, długości tras jak pisałem do jakiś 10km (dla rowerów). Przed zawodami, z rana/ w nocy ulewa. I to taka z tych większych. Gdy przyjechałem organizatorzy na wszelki wypadek rozbijali namiot, choć wg prognoz padać już nie miało. 

Przeczekawszy uzbrojenie bazy startowej w zadaszenie pobrałem mapę i ruszyłem. Dostałem mapę „ze wszystkimi punktami”, ot taki scorelauf i do tego dwie karty startowe. Dwie karty, bo na mapie numeracja PK zaczynała się od 1, a kończyła na 39. Dystans – bliżej nieznany, bo najdłuższe trasy rowerowe miały tylko część z PK obecnych na mapie, a długości scorelaufu nikt nie mierzył. 

Z zapałem ruszyłem na wschód do PK 26, potem PK 27. Odbiegając od niego w kierunku PK 7 zorientowałem się, że przeoczyłem punkt w samym rogu mapy (PK 38). Teraz wracać się po niego to dodatkowy kilometr;-( A mogłem go zaliczyć jako pierwszy, bo był „prawie po drodze”. Popatrzyłem uważniej na mapę i wyszło mi, że mogę go zaliczyć jako ostatni PK - może będzie ciut bliżej, niż gdybym zrobił to teraz. 

Pobiegłem dalej. 

Bieganie na mapie rowerowej, gdzie lampiony są przy drogach, nie daje wielu możliwości wykazania się przedzieraniem przez krzaki na azymut. Drogą biegnie się szybko, punkty nie są w miejscach super charakterystycznych, więc lepiej nabiegać drogą niż na azymut, bo potem nie zawsze widomo czy lampion będzie na prawo, czy na lewo. 

Gdzieś tak od PK 9 zaczęli pojawiać się rowerzyści. Na mapie punkty stały „stadami”, często na sąsiednich drogach. Wyraźnie jeden z nich był na sprint, a drugi na etap middle. Dzięki temu mniej więcej na co drugim PK pojawiali się rowerzyści, bo pierwszy wystartował sprint. Czasami dawało się przebiec „na skróty”, ale były to króciutkie przebiegi. 

Pierwsze mini problemy pojawiły się przy PK 24. Troszkę zniosło mnie w prawo i przymierzałem się do szukania lampionu na sąsiedniej ścieżce. Większą wpadką okazał się PK 11 – tu mnie wyraźnie zniosło (znowu w lewo), nie zauważyłem ścieżki i chwilę miotałem się w poszukiwaniu właściwej ścieżki i lampionu. Tak bywa gdy człowiek przyzwyczaił się do biegania drogami;-) 

PK 30 to długie (rowerowe) przebiegi. Lampion stał przy ulicy, ale na moje oko w zupełnie innym miejscu niż na mapie. Dobrze, że nie było skrótu, bo wtedy jego znalezienie byłoby trudne. 

Końcówka „zachęcała” do azymutów. Niestety, coś mi te azymuty nie wychodziły. Długie szukanie PK 2 – najpierw zniosło mnie tu wyraźnie w prawo na sąsiednie skrzyżowanie, a że lampiony 2 i 28 zamieniły się miejscami, po znalezieniu PK 2 (w miejscu PK 28) zacząłem szukać PK 28 na północ. Chwilę zajęło mi ogarniecie się w plątaninie ścieżek, zanim znalazłem brakujący lampion. 

Przy PK 36 (koło startomety) zaczęło podać. W efekcie PK 1 szukałem dość nieporadnie i długo. Z PK 1 zaś zamiast wybiec na ulicę trafiłem na płot, który mnie zdezorientował i cofnąłem się prawie do startomety;-( 

Zostały dwa ostatnie PK: PK 14 i ten zapomniany na starcie PK 38. Oba przy głównej drodze. Z nieba - ulewa. I to taka naprawdę dobra ulewa. Czekałem na grad, choć chyba przeszedł bokiem. Ale widoczność (w okularach) ujemna, pot spłukiwany strugami deszczu z czoła zalewa oczy (wiadomo jakie to nieprzyjemne), a ja biegnę skrajem uczęszczanej ulicy, po kałużach mkną oślepione deszczem  samochody… 

Ja, deszcz, namiot i rowerzyści

Ale znalazłem co trzeba i na metę dobiegłem, gdy opad zaczynał słabnąć. No, może bardziej właściwe było by określenie „dopłynąłem”. Nieliczni, którzy wrócili, tłoczyli się pod namiotem niczym zmokłe kury, a Janek nawet nie chciał oglądać przemoczonych kart (wysiadły pisaki którymi na karcie notował czas mety). Zatopione rowery leżały w okolicznych kałużach…. Słowem fajowo;-) 

 
Ostatnie krople deszczu

W gruncie rzeczy, można powiedzieć, że byłem na zawodach rowerów wodnych na piechotę i nawet mi się spodobało;-) Następna runda po wakacjach i może się wybiorę, skoro dostałem na starcie imienny numer startowy;-) 

Już po deszczu - zostało tylko morze śródlądowe

Organizator chyba przewidział powódź bo zapewnił Ratownika;-)

 


 

wtorek, 25 czerwca 2024

Szybki Mózg na jednaj nodze.

Pobiegaliśmy w lesie, więc można było wrócić do miasta na kolejny Szybki Mózg. Tym razem biegaliśmy na Mokotowie na mapie  Sielce Północ, z bazą w jednym z budynków Uniwersytetu. O dziwo, udało nam się zaparkować dość blisko, choć spodziewaliśmy się problemów.

 
Przed bazą zawodów.

Start był z ulicy kawałek dalej. Ponieważ byliśmy przed czasem, chwilę czekaliśmy na godzinę "zero". A potem powstał dylemat - odbijać się w punkcie wydawania map, czy dopiero przy lampionie startowym? Ja na wszelki wypadek postanowiłam  pipnąć w obu miejscach.  Odbiłam się pierwszym pipnięciem i pooooleeeciałam....

Pierwszy krok na trasie.

No dobra - nigdzie nie poleciałam. Między mapą a lampionem startowym trafiła mnie rwa kulszowa, prawa noga mi odpadła i zaczęłam mieć wątpliwości, czy od razu zawrócić, czy próbować walczyć. Ponieważ ja waleczna kobita jestem (czasami), więc zaczęłam udawać, że nic, ale to nic mnie nie boli i powoli zmierzałam do PK 1. 
Z każdym kolejnym punktem było jednak coraz gorzej i tylko patrzyłam jak cała konkurencja startująca po mnie, śmiga zostawiając mnie z tyłu. Powoli wypracowałam sobie mało bolesny sposób poruszania się - krok dostawny. Może głupio to wyglądało, ale spokojnie udało mi się przebyć całą trasę. Dobrze, że nawigacyjnie było łatwo, bez żadnych pułapek, więc przynajmniej umysłowo nie musiałam się wysilać. Tradycyjnie Tomek czekał na mecie i bezskutecznie dopingował mnie do biegu. Ale jak się nie da, to się nie da.

Na mecie już tylko na jednej nodze

Oboje już po biegu.

Tak mi się trochę zmarnował ten Szybki Mózg, a tu na kolejny etap trzeba będzie poczekać aż do września. Teraz to już tylko będzie chyba bieganie po lasach. Tylko jak biegać, kiedy boli?

Taka łatwa traska.

sobota, 22 czerwca 2024

Korona Mazowsza - Dąbkowizna.

Na kolejne bieganie (po przerwie na chodzenie) wróciliśmy do lasu na mapę Dąbkowizna. Jak wysiadłam z samochodu, to moją pierwszą myślą było: tu już się gubiłam! A gubiłam się na WOM-ie, całkiem niedawno.
Ja właśnie w taki sposób rozpoznaję miejsca. Jak się nie gubiłam, to nie mam żadnych skojarzeń.
 
Hurrra! Idziemy biegać!

Szybko załatwiliśmy formalności, mapy w garść i ruszyliśmy w stronę startu.

Czynności okołostartowe.

I start.

Punkt pierwszy i drugi mieliśmy z Tomkiem wspólny i choć ruszyłam pierwsza, szybko mnie dogonił. Po trójce, gdzie nasze lampiony stały blisko siebie, nasze drogi się rozeszły i to nawet nie z powodu  różnicy w punktach, bo ta była niewielka, co różnicy tempa, a ta już była znacząca.
 
 PK 3

Poza tym, że  trochę było w górę, trochę w dół (bo wydma) żadnych innych urozmaiceń trasy nie doznałam. Nie udało mi się zgubić, więc pod względem przygodowym było słabo. Jeszcze słabiej było pod względem tempa, ale to już norma, więc nie ma czego roztrząsać. Nie wiem jakim cudem udało mi się wyprzedzić aż sześć osób, ale miło mi, że pozwoliły mi na to.
Za to przebiegi między punktami mam śliczne - po kresce lub z drobnymi odchyłkami, jak trzeba było coś niesprzyjającego ominąć.
Na metę udało mi się wrócić przed Tomkiem i nażreć się ciastek jak nie widział. Bo on to ostatnio tak jakby ogranicza (albo też żre konspiracyjnie). Ale pobiegane, to i rozgrzeszone:-)

Oboje na mecie.


Moje śliczne przebiegi.
 

piątek, 21 czerwca 2024

10xSOLO w duecie

10 x SOLO to impreza z długą tradycją. Pamiętam nasze początki w InO – to było wtedy wyzwanie - start (jak mówi sama nazwa) tylko indywidualny (TS) i trasy TS i TU. Teraz, zgodnie z duchem zmian w regulaminach jest TZ i TU, ale start indywidualny w TZ pozostał. 

Gotowi do startu

Tym razem impreza tuż za płotem, czyli w Rembertowie, więc ciężko było się nie zgłosić. Jako, że blisko, dojechaliśmy przed oficjalną godzina startu. Pobraliśmy dwie katy startowe, mapy i ruszyliśmy w trasę. Teren mniej więcej znany, były tu jakieś BnO, Wiosenne 360, a nawet jedne UrodzIno. Na początku oczywiście konsternacja co z czym połączyć i gdzie iść. Renata kombinowała niczym „koń pod górkę” i o dziwo złączyła jakieś wycinki po ich obróceniu, choć na mapie jak wół było napisane „Fragmenty mapy nie są przekształcone”. Ale jak widać, gdy ma się inwencję, to można;-) 

Hmmm jak to połączyć i co najważniejsze: Gdzie iść???

Ja widząc starą WIG-owską podkładówkę i pamiętając zawody UNTS skojarzyłem gdzie będzie wycinek z PK 2 i PK 5/6 (mokradło pośrodku mapy). Do startu dopasowałem cieniowanie lidar z charakterystyczną górką na brzegu boiska. Nierozpoznane zostały wycinki z PK7/8, PK9 i PK A/B/C. 

Po chwili burzliwej dyskusji co z czym połączyć, poszliśmy na te oczywiste wycinki przy starcie. Oczywiście w lesie było więcej ścieżek niż na mapie do BnO mającej już kilka lat, cmentarz rozbudował swoje ogrodzenie (bałem się, że PK 3 będzie za ogrodzeniem, na szczęście płot ominął rozwidlenie rowów. Las jak to las, przy zabudowaniach – pełen śmieci, butelek, puszek po napojach mniej lub bardziej wyskokowych;-( 

Gdzieś w lesie

Chodząc po dwóch pierwszych wycinkach dopatrzyłem się podobieństwa z wycinkiem PK 7/8 - ot taki pionowy rów z przerwą i podobny układ dróg. Idą naokoło drogami upewniliśmy się, że rzeczywiście wycinki się łączą. Znalezienie lampionów to była już czysta formalność, no może poza PK 8, gdzie teren (drogi) uległy zatarciu dzięki trzebieży lasu, ale rowy pozostały, a azymut wyprowadził nas dokładnie na lampion. 

Wycinek PK1/8 ewidentnie łączy się z PK 9, więc tu nie było żadnych trudności, poza przedzieraniem się przez młodnik, w którym ukryty był dół z lampionem. 



Kolejny sukces to odkrycie połączenia z wycinkiem PK1/2 (jego lokalizacja była znana z WIG-owskiej mapy podkładowej), ale miłym zaskoczeniem był PK 1 tuż obok właśnie podbitego PK 9. 

Teraz pozostało nam iść nad mokradło w poszukiwaniu PK 2. Wszystko poszło prawie dobrze. Prawie, bo znaleźliśmy dwa doły na granicy mokradła, ale w tym właściwym nie było lampionu. Podejrzewaliśmy, że może jest jakiś trzeci dół na mapie nie zaznaczony i czesaliśmy teren wokoło. Gdy byłem gotowy wpisywać BPK Renata odkryła lampion… poza dołem i tak ukryty że z dołu (czyli właściwego PK) był zupełni niewidoczny! 

Tak wyglądały połączone wycinki i nasz marszruta

Teraz stanęliśmy prze dylematem – co dalej – iść na drugi koniec mokradła (PK 5/6) czy szukać i dopasowywać ostatni wycinek PK A/B/C ? Nagle olśnienie i dopasowałem ostatni wyciek. Okazało się, że na PK A już byliśmy, bo to to samo co PK 9. Z rozpędu cofnęliśmy się po PK C tuż obok dwójki, ale i tak aby mieć komplet punktów musieliśmy iść na ten wycinek „za mokradłem”, który chyba nie miał połączenia z żadnym innym , oprócz mapy WIG-owskiej. Poszliśmy więc z powrotem koło PK 2 poszukać PK5. PK 6 opuściliśmy, bo szukanie lampionu wśród dziesiątek dołków ze starej mapy może być trudne. Wróciliśmy przez PK B na PK A. Niestety 10xSOLO potraktowaliśmy trochę luzacko – chodziliśmy raczej wolno, mało optymalnie, nie zhańbiliśmy się podbieganiem (termin Marsze na Orientację zobowiązuje). W efekcie zaliczyliśmy naście minut spóźnienia. 

Tradycyjnie - ja fotografuję, Renata zdąża z kartą na metę;-)

W gruncie rzeczy lubię 10xSolo – trasy TZ są „do ogarnięcia”, zawsze gdzieś niedaleko i kameralnie;-)

A tak wyglądała mapa którą dostaliśmy

 

piątek, 14 czerwca 2024

Szybki Mózg na Nowym Świecie, czyli co się odwlecze to nie uciecze.

Pierwszy etap Szybkiego Mózgu miał się odbyć jeszcze w kwietniu, ale coś nie pykło i dopiero tydzień temu, we środę, ruszyliśmy w trasę na Nowym Świecie. Lubię po mieście, bo nie trzeba uważać tak bardzo na to co pod nogami, a jak się człowiek zgubi, to w sumie każdego przechodnia można zapytać o jakieś wskazówki. Nie żebym się tak znowu gubiła, ale teoretycznie.
Udało nam się zaparkować blisko bazy zawodów, co w mieście nie zawsze jest takie oczywiste. 
W oczekiwaniu na start cyknęliśmy sobie "rodzinną" fotkę klubową, a potem długo szukałam sygnału gps-a.

 Wreszcie na zawodach wyglądamy poważnie.


GPS-ie! Przybądź!

Sprawnie udało mi się wyminąć długa kolejkę do startu i na hasło: kto jest z zuchwałych? szybko stanęłam w blokach startowych. A potem pomknęłam.

O, tu zaczynam mknąć.

Trasa  nawigacyjnie łatwa, ale gdzieniegdzie pojawiały się schody. Jak były w dół, to spoko, ale pod górę - istna mordęga. Bieganie typowo miejskie, w sumie nic się nie działo, nie ma o czym opowiadać. Veni vidi non vici (jak zawsze). Ale przyjemność wcale nie mniejsza niż bieganie po lesie, gubienie się i odnajdywanie i takie tam. Tylko w inny sposób. 
Nie szło mi za szybko (choć się naprawdę starałam), więc Tomek ze swoją dłuższą trasą uwinął się szybciej i czekał na mnie na mecie.

Na mecie już nie byłam tak szybka jak na starcie:-)

Potem jeszcze długo czekaliśmy na Gosię i Grześka, którzy mieli jakieś moje zaległe nagrody z innych zawodów i chcieli je przekazać. Opłacało się czekać! Dostałam męską koszulkę w rozmiarze XL.  Teraz jeszcze muszę tylko ciut przytyć i mogę się wystroić.
A tak wygląda mój przebieg. Chwilami jest trochę przekłamany, bo gps nie radzi sobie w mieście za dobrze.



 

czwartek, 13 czerwca 2024

Techniczny Chotomów

Przez tydzień po Jadze-Korze czułem uda i lekki wstręt do używania dolnych odnóży w celach wyczynowych. Ale siódmego dnia należało się ruszyć. Trening techniczny KOS Azymut – nazwa zaciekawiała. Udałem się na start bez Renaty, która swój trening „odpracowywała” w kuchni. 

Miejsce znane - ulica Konwaliowa w Chotomowie. Na starcie zjawiłem się jako jeden z pierwszych. Wokół kręcili się jacyś harcerze – jak się później okazało, robili jakieś podchody w lesie. 


Pobrałem mapę, cyknąłem zdjęcie dla potomności i ruszyłem. Na azymut, prosto w krzaki. Teren znany jest z zieloności na mapie, ale co tam, dam radę. Nie ma to jak szlifować technikę biegania na azymut po zielonym;-) 

Jeszcze pusto na starcie

Na PK 2 było tak jakoś bardziej zielono, więc ruszyłem lekko naokoło, ale za to drogami. Do PK 3 także dawało się dobiec drogami – co to za „techniczny” trening? Biegnę sobie tymi drogami i wypluwam płuca, widzę skrzyżowanie. Po prawo powinien być dół, ale jakoś nie widzę, więc biegnę dalej. Biegnę i biegnę…. Coś za daleko mi to bieganie wychodzi. Jest skrzyżowanie, dół… ale bez lampionu. Patrzę zdezorientowany na mapę…. Przebiegłem jedno skrzyżowanie!!! Tu na mych ustach pojawiają się słowa, których nie należy cytować. Wracam więc do właściwego PK 3. 

Do PK 4 drogami dobiegam bez skuchy, do PK 5 zaś bez błędu przedzieram się przez zielone. Trzeba jakoś odreagować tę „porażkę” na PK3. 

Przed PK 6 zaczynają się góry. No może górki, nie góry, ale zawsze to trochę męczy. Wybieram wariant jak najbardziej drogowy i dopiero z charakterystycznego miejsca na wydmie kieruję się na azymut. Znajduję granice zarośli, ale dołu z lampionem ani śladu. Jest nawet jakiś dołek, ale to nie ten. Chwila analizy otoczenia i dochodzę do wniosku, że trzeba kierować się w prawo. I znajduję lampion. 

PK 7 kojarzę – tam kiedyś się gubiłem w chaszczach. Teraz bezpiecznie kieruję się elementami terenowymi i znajduję szybko lampion, choć rów, na którego miał być końcu, jest bardzo „umowny”. Późniejsza post analiza śladu GPS pokazuje, że lampion nie stał na rowie, tylko na jakimś małym zaoraniu ze 25 metrów wcześniej. 

Kolejne PK 8, 9, 10 to „łatwizna” – w większości wygodny dobieg drogami. Przebieg PK 5-10-11 jest tożsamy z przebiegiem PK 5-6 i tu już nie popełniam błędu z szukaniem dołka. 

PK 12, 13, 14 to trochę azymutu, ale przy bardzo wyraźnych obiektach w terenie pozwalających łatwo się zorientować. PK 15 to długi przebieg drogą – tu zaczyna się pojawiać jakaś konkurencja. Przebieg na PK 16 to azymut po zielonym – ale biegnąc uważnie, trafiam „jak po kresce”. 

Za to PK 17 dał popalić. 1400m w linii prostej. Normalnie sadyzm w czystej postaci;-).

Została końcówka – prosta, choć z jednym moim małym błędem nieoptymalnej trasy na PK 19. 

Malowniczy przebieg z PK20 na PK21

Prawdę mówiąc nie wiem co oznaczało sformułowanie „Trening techniczny”. Ciekawe było dwa razy pokonywanie tego samego przebiegu – można było naprawić swoje błędy lub szukać bardziej optymalnej trasy (ale nie wiem, czy taka była). Przebieg na PK 17 to było trenowanie techniki biegu. Brakowało takich zaskakujących PK np. bardzo blisko obok siebie, czy wyboru wariantowości. 

Nie ma co narzekać - swoje pobiegałem i czekam na następny trening techniczny – może uda go się przebiec już bez błędów! 


 

wtorek, 11 czerwca 2024

Jaga-Kora po raz siódmy

Już od 7-ciu lat maj wiąże się u nas z Beskidem Niskim. Beskidem Niskim, Chałupą Elektryków i oczywiście Ultramaratonem Jaga-Kora. Ostatnio biega już tylko połowa naszej rodziny, a druga tylko hałasuje;-). No dobra, ostatnio to bieganie także mi nie wychodziło – kontuzje nie pozwalały ukończyć setki. Ale co tam na 60-te urodziny może wreszcie setkę przebiegnę;-) 

Na razie, doleczając skręcenie stawu skokowego i awarię rozcięgna, zdecydowałem się tylko na marne 42 km. Niby nie dużo, ale miesiące bez biegania dały zerową kondycję plus walka z czasem, by zaleczyć ten staw skokowy i dodatkowo obawa, by nie zejść w połowie z trasy z powodu bólu ostrogi piętowej… 

Do Rymanowa tradycyjnie przyjechaliśmy wcześniej. Zaaklimatyzować się i pomagać. Tradycyjnie już znakowaliśmy trasę, którą miałem potem biec. Potem następnego dnia w piątek jeszcze awaryjnie kolejny kawałek, którego nie miał kto oznakować. 

Znakujemy trasę zaczynając od Puław

Na skręcie w Darowie ludzie lubią biec w lewo zamiast w prawo więc trzeba dobrze oznaczyć skręt!

Atrakcja główna czyli Wisłok pokonywany w bród

W piątek to Renata już poszła do regularnej pracy w sekretariacie, a ja szwendałem się po okolicy i dałem się podpuścić reklamie. 

Numer startowy odebrany - bez tego nie da się wypożyczyć butów

A ścianka to typowe miejsce gdzie firmowa Pani Fotograf  Magdalena się uwija z aparatem;-)

Także się nadstawiłem do zdjęcia:-)

Od kilku lat już, na Jaga-Korze przed startem można wypożyczyć buty. Ot, taka akcja promocyjna firmy ASICS. I sporo ludzi kręciło się, przymierzało i wypożyczało buty na bieg. Za friko, czy właściwie za wypełnienie ankiety – czyli dalej za friko. Wreszcie podszedłem i ja. Niby 40 km da się i w trampkach przebiec (pierwsze buty biegowe kupiłem po… pół litra czyli 10-ciu pięćdziesiątkach, a tak trampki z Lidla dawały radę). Dali mi do ręki jakiś taki fikuśny model z 12-tką w nazwie ( o prawie dokładnie taki ). Przymierzyłem. Nie najlżejsze, ale od spodu „słonina” – może będzie lepiej na moją bolącą piętę? Zawsze mogłem w nich nie pobiec. 

W sobotni poranek pierwsza wstała Renata i poszła odpracowywać swoje w sekretariacie. Ja mogłem się powylegiwać chwilkę dłużej, aż wreszcie wstałem, zjadłem, włożyłem zdobyczne ASICSy na nogi i podreptałem na start. 

Na starcie większość osób nieznanych – 40stkę biegłem tylko raz 6 lat temu, a tak obstawiałem dłuższe dystanse. Gdzieś mi mignęła w tłumie znajoma twarz Gosi, którą widziałem na liście startowej. 

Start z mojej perspektywy

 

A tak to wyglądało od strony Renaty;-)

Chwila oczekiwania, odliczanie i ruszyliśmy. Ja spokojnie na szarym końcu, jakoś tak bez kondycji. Gdzieś mignęła mi Renata fotografująca mój start i pobiegliśmy. Jak zwykle na początku wszyscy wyrwali do przodu. Po kilometrze pierwsze osoby zaczęły przechodzić do marszu (początek jest bitą drogą leciutko pod górkę). Przed pierwszym podbiegiem pomachałem Gosi, którą wreszcie znalazłem w tłumie. Potem zaczęły się góry. Już na pierwszym podejściu poczułem ręce. W piątek pomagałem w sekretariacie i przeniosłem z tonę piwa bezalkoholowego dla wpadających na metę i niestety już tu zaczęły mnie boleć łokcie. Oj będzie ciężko! Zbiegi szły trochę lepiej, choć przez piętę i ten staw skokowy ciągle biegam asekuracyjnie- wiadomo, że w górach kluczem do sukcesu są zbiegi – myk polega na tym, by nie hamować zbiegu, bo wtedy poczujesz to w udach. Ja minimalnie hamowałem niestety. 

Od początku mijałem się z kilkoma osobami. Raz ja byłem szybszy, raz oni. Ale wiadomo – pogaduszki zaczynają się gdy jest ciężko, tak na 50-tym kilometrze, a nie na początku, gdy każdy biegnie ile fabryka daje.

 Zbieg do Puław

 Co do pogody, to raczej lipcowa niż majowa. Upał. Słońce. Typowi ultramaratończycy piszą po (lub przed) biegu na którym kilometrze wciągają jaki żel, czym popijają i inne takie sprawy. Ja bez wody daję radę biec do dwóch godzin. Akurat do Puław i pierwszego punktu żywieniowego. Tym razem było podobnie – do Puław wystarczyła mała butelka mocowana do szelek – to tak dla tych, co pasjonują się takimi rzeczami:-) 

Podeście za Puławami - dwa dni temu je znakowałem;-)

Od Puław zaczynał się odcinek, który znakowaliśmy w czwartek. Jak na razie wszystko dobrze. No, może poza rękami, które nie dają rady normalnie pracować z kijkami przy podejściach. A było nie nosić tego piwa! Wymyślam jakąś technikę popychania się kijkami bez zginania łokci. Nie daje to takiego wsparcia jak powinno przy podejściach, ale do mety niedaleko, bo zbliżam się do połowy trasy. 


 Zbieg do Darowa

Około 24-go kilometra zaczęła dokuczać mi pięta. Asfalt w Darowie. Pomimo, że droga w dół, to tempo takie, jakby biegła pod górę. Może to zmęczenie, a może to buty. Nie wiem. Biegnąc w tych ASICSach miałem wrażenie, że nie jestem w stanie się rozpędzić. Co do reszty, buty sprawują się dobrze. Słonina chyba swoje zrobiła, bo liczyłem, że piętę poczuję już po 10-ciu kilometrach. Jakiś obtarć na razie nie czuć. 

Na drodze wzdłuż potoku Surowicznego (przez 7 rzek) nawet nie próbuję podbiegać. Po prostu jakoś się nie daje, a ja czekam aż ibuprom zacznie działać i zapomnę troszkę o pięcie. 

 Tuż tuż przed Chałupą Elektryków

 
Ostatni zakręt uchwycony przez firmowego fotografa

Renata robi hałas

A ja wbiegam do Chałupy;-)


Chałupa – tu Renata robi hałas;-) Dobrze, że nie robi takiego hałasu w domu, ale dla biegnących to fajny doping – czujesz się doceniony wbiegając na punkt żywieniowy, gdy ktoś ciebie dopinguje.. Długo w Chałupie się nie zatrzymuję – „kociołek” by mi chlupał w brzuchu, nalewki nie pijam, arbuz jest trujący, żelek nie znalazłem (a podobno były i Renia nie podsunęła mi ich pod nos;-( ). 

Dobrze że "pracy" Żona nie przynosi do domu;-)

Tu Renata zapomina wskazać mi żelek;-)
 
Przede mną Polańska. Staram się szybko wdrapać na szczyt, ale ktoś mnie dogania. No niestety, to chyba PESEL daje znać o sobie. Owszem, przed chałupą wyprzedziłem kogoś z wyglądu wskazującego na moja kategorię wiekową, ale z młodością ciężko konkurować;-) 

Ostatni raz gry tędy biegłem (2 lata temu 70-tka) z Polańskiej tylko schodziłem – tu podbiegałem, choć zaczynam już czuć uda. Brak treningu i ta asekuracja przy zbiegach na początku dają o sobie znać. Ale wszystkie zbiegi zbiegam. Nawet nad Wisłoczkiem utrzymuję sensowne tempo (no tak, zwykle tu byłem już na 60-tym, a nie trzydziestym którymś kilometrze). 

Za Wisłoczkiem koncertowo gubimy się. Tam gdzie za pierwszych edycji bywał punkt wodopojowy z ewentualnymi resztkami z pierwszych punktów, tam gdzie trasa schodzi z drogi bitej w las. Zabrakło kilku wstążek i człowiek przede mną pognał ścieżką obok. Szybko odkryłem brak znaczników, ale ze 300 metrów nadrobiłem. Nie tylko ja – przede mną chyba ze dwie osoby co zrobiły więcej i po mnie kolejne. W przyszłym roku chyba zgłoszę się do znakowania tego fragmentu trasy;-)

Meta - wiadomo, że biega się dla medalu;-)

Końcówka. W tym roku zabrakło lustra na trasie, więc nie mam pamiątkowego zdjęcia na 3 km przed metą. Na asfalcie do mety ścigałem się z dwoma chłopkami. Jednego łapały skurcze i wydawało się, że nie dobiegnie do mety. Drugi podbiegał i stawał. Ja truchtałem miarowo. Nie dawałem rady przyspieszyć. Na 70-tce zawsze schodziłem tu dobrze poniżej 6 min/km, praktycznie gdzieś tak do 5-ciu. Teraz nie szło. W efekcie obaj rywale na ostatnim odcinku mnie wyprzedzili :-( Ale oczywiście jest w kolekcji kolejny medal i satysfakcja z potruchtania po górach. 

Czekamy na ostatnich zawodników

Pierwotnie planowałem jeszcze spacerek do Chałupy, ale biegłem dłużej niż planowałem i łokcie wraz udami wybiły mi ten pomysł z głowy. 

Zbieranie oznaczeń z trasy to także fajna fucha - w tym roku była do tego kolejka chętnych;-)

 

W takich butach przybiegłem

Wracając do butów – sprawiły się znośnie. Ten brak prędkości – to wcale może nie być ich wina tylko moja;-) Gruba podeszwa na duży plus - dobrze izoluje od podłoża i jak na swoją grubość bardzo dobrze się zgina (zwykle używam butów z cieńsza podeszwą). Bieżnik – zadowalający – na wilgotnej glinie nie ślizga się, ale gdy mamy błoto, to but już jeździ koncertowo w każdym kierunku (tu nie ma porównania z budżetowym butem z Decathlonu, który na Słynnym Beskidzkim Błocie radzi sobie wyśmienicie). Jakiejś niewygody nie odczuwałem, ale miałem w bucie własne wkładki korekcyjne. Po zmianie buta na mojego inov-8 na powrót na kwaterę (w którym pierwotnie miałem biec) – spora różnica w cholewce (ASICS ma masywną, ciężką, ale nie trzyma on dobrze pięty i minimalne podrażnienie następnego dnia odkryłem na tylnej części pięty) i przestrzeni w bucie – Inov-8 daje więcej luzu środkowej części stopy na boki co jest istotne przy dłuższych biegach. Następnego dnia odkryłem jeszcze bąbel pod małym paznokciem – to może moje zaniedbanie z długością paznokcia albo raczej właściwość buta dająca mało luzu stopie w środku.
Z pozytywnych rzeczy o bucie – prosty patent z gumką i but nie rozwiązuje się w czasie biegu. W ramach podsumowania – jak macie okazję pobiegać gdzieś w ASICSu, to biegajcie. Nie bójcie się „wypożyczenia”. Na pewno wielu się to spodoba (starzy bywalcy brali w „ciemno” konkretny model w tej „wypożyczalni”) i na pewno w takich butach daje się dotrzeć na metę bez większych komplikacji.
Tylko lepiej nie pytajcie o cenę butów w których biegniecie…. 

A co do planów na przyszłość – za rok będę startował w kategorii 60+ - w tym roku nie było nikogo w tej kategorii, więc wreszcie będę miał szansę na pudło!!:-)