poniedziałek, 10 lutego 2020

BPK, czyli gdzie się podział PK 14!?

Spontaniczne imprezy to specjalność Stowarzyszy, więc wcale nie zdziwiliśmy się, kiedy w czwartek okazało się ogłoszenie o piątkowym BPK-u. Ponieważ i tak planowaliśmy pobiegać wieczorem, to równie dobrze mogło się to odbyć w formule BnO w Skaryszaku. To znaczy teoretycznie równie dobrze, bo o wiele łatwiej biegać po znanej trasie, po ulicy i bez szukania punktów, niż po ciemaku, po obcych krzakach dotrzeć w konkretne miejsce. Co prawda biegamy tam parkrun, ale w dzień.
Punkt pierwszy od razu zidentyfikowałam jako miejsce startu parkrunu, więc mogłam pobiec bez kombinowania jak i gdzie. Dwójka była już poza trasą biegową, więc ruszyłam na azymut, oczywiście włażąc od razu w jakieś krzaczory. Zniosło mnie na wschód, ale na szczęście do bardzo charakterystycznego miejsca, z którego już bez problemu trafiłam dalej. Z dwójki odbiegłam na północ żeby wbić się na ścieżkę, ale po ciemku jakoś na nią nie natrafiłam, więc odbiłam do głównej alejki i dalej też już alejkami pod sam punkt.
Jak na razie szło bez większych problemów, jedynie z lekkim nadkładaniem drogi, ale to u mnie normalne. Przed piątką przypomniałam sobie, że nie włączyłam zegarka, więc żeby tradycji stało się zadość, przystanęłam i dokonałam rytualnego czynu. Przy piątce spotkałam Tomka, który wybiegł trochę po mnie.
Długi przelot: ósemka, dziewiątka, dziesiątka, jedenastka udało się pokonać ścieżkami, więc  bez żadnych atrakcji i już zaczęłam się cieszyć, że mi tak dobrze idzie. Wiadomo, jak się człowiek ucieszy, to się od razu musi spierniczyć i tak też się stało. Na dwunastkę ruszyłam tak idiotycznie, że aż mi się wierzyć nie chce kiedy oglądam swój ślad. Zamiast wrócić na główną alejkę i pobiec nią do następnego skrzyżowania, umyśliłam sobie, że polecę na azymut. Tyle tylko, że azymut prowadził przez nieckę jeziora, co prawda pustą, ale za to leżącą w dole. Postanowiłam obejść. Dla odmiany wpakowałam się w jakieś kamole, większe i mniejsze - coś jak chaotyczny, wielki skalniak. Mało się z niego nie zrąbałam do tego pustego, wybetonowanego jeziorka, ale w końcu, jakimś cudem, w jednym kawałku dotarłam do dwunastki. Co prawda mój gps twierdzi, że nie dotarłam, ale system zaliczył mi punkt, a po ciemku to nie wiem jak rzeczywiście było. Trzynastkę zaliczyłam w miarę poprawnie, a potem się zaczęło... Z bliżej nie znanych mi powodów w ogóle nie zwróciłam uwagi na fakt, że czternastka leży przy zupełnie innym jeziorku, za główną alejką i oczywiście zaczęłam jej szukać tuż koło trzynastki. Przeczesałam brzeg małego jeziorka i w końcu wyszłam na główną alejkę. Bynajmniej - nic mnie nie tknęło, że na punkt to trzeba jeszcze trochę na zachód. Co prawda dziwiłam się jakim cudem jestem tu gdzie jestem, ale wniosków nie wyciągałam żadnych. Zaczęłam się chaotycznie miotać dookoła jeziorka aż w końcu natrafiłam na mostek. Czternastka miała być blisko mostku, więc byłam pewna, że już za momencik mój telefon triumfalnie odpipczy zdobycie kolejnego punktu. A tymczasem.... Marcinowi, który akurat nadbiegł odpipczalo, a mi nie. Już wyciągnęłam telefon, już chciałam wymusić zaliczenie punktu, ale jeszcze się zawahałam. Jeszcze raz obiegłam jeziorko, wyszłam na alejkę i w końcu wymyśliłam, żeby namierzyć się od dużego mostu. I to to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że trzeba biec całkiem gdzie indziej, ale dla ułatwienia, po alejkach.
 
 Mój ślad to ten czerwony, niebieski Tomka, dla porównania:-)

A tak przy okazji to odkryłam, że północ na mapie jest przekoszona i ustawianie kompasu do krawędzi kartki niekoniecznie daje dobre rezultaty. Lepiej dowiedzieć się o tym późno, niż wcale.  No ale ludzie!!! W BnO nie robi się takich zasadzek!
Gdzieś koło piętnastki czekał na mnie mocno już zaniepokojony Tomek, bo czemu mnie nie ma i nie ma. Resztę punktów zaliczyłam już w jego asyście, nawet nie biegając za bardzo, bo po tym błądzeniu straciłam zupełnie zacięcie do tej zabawy i totalnie wkurzona na cały świat chciałam tylko dotrzeć na metę.

Gdzieś pod koniec trasy.

Wreszcie udało się zakończyć tę moją drogę przez mękę i nawet wykrzesałam sztuczny uśmiech do pamiątkowej fotki:


W nocy to ten park jednak wygląda całkowicie inaczej niż za dnia. Niby taki cywilizowany, a proszę, jak można się zgubić. Tak na wszelki wypadek to muszę obejrzeć za dnia też inne alejki poza tą, którą biegamy na parkrunie, a nuż widelec się kiedyś przyda. Aaaa, i baterie w lampce chyba trzeba wymienić na nowe, bo fajnie widzieć trochę więcej niż na dwa kroki.

niedziela, 9 lutego 2020

O! StreeT!

Nie dane nam było być do tej pory na wszystkich edycjach Street-O, ale na jubileuszowej 20-stej zabraknąć nas nie mogło. Tym bardziej, że to w miarę bliskie okolice Zielonki (no bo ta sama strona Wisły!).
Jak to w tego typu imprezach - pierwszy problem – zaparkować. Zrobiliśmy chyba dwie rundki, aż udało wjechać się boczną ślepą ulicę i znaleźć jakieś wolne miejsce. Ślepe ulice mają do siebie to, że są mało uczęszczane – wyszliśmy z auta i to mało uczęszczanie od razu objawiało się lodem na chodnikach. Mało nie wywinęliśmy orła. Słowem zapowiadało się ciekawie;-)

Udało się dotrzeć na start, mapy w dłoń i poszliśmy. Znaczy pobiegliśmy. Gdzieś tak w górę mapy do PK 3A. Wiadomo – pierwszy punkt zawsze jest najtrudniejszy. Zobaczyliśmy jakieś tablice informacyjne, ładne duże i kolorowe, coś o wojnie i szukaliśmy odpowiedzi na pytanie „Który pułk Ułanów Nadwiślańskich?”. Sęk w tym, że na tablicy było sporo tekstu o barykadach, walkach, ale o ułanach ani słowa. Nawet o tych zawiślańskich. Dopiero po dłuższej chwili dojrzeliśmy inną niepozorną tablice pamiątkową. Tu już ułani się znaleźli;-)

Dalej poszło już lepiej. Liczyliśmy kartki (początkowo szukaliśmy kratek) na stoliku, świeciliśmy w okna ambasady, aż dotarliśmy do punku 5E. Tu pokonało nas pytanie o rok Meandrów. Bo o co chodziło autorowi? Wijące się koryto rzeki? Rodzaj jaskini? A może polskie czasopismo filologiczne (nie, nie jesteśmy tacy mądrzy, by znać wszystkie znaczenia słowa meander – to zna Wikipedia, my po prostu szukaliśmy tego słowa w terenie). W zaznaczonym miejscu była tablica, był nawet na niej rok, ale napis, wprawdzie na literę M mówił o Manewrach… Wpisaliśmy podwójnie BPK i rok z tablicy (a co);-)
Potem pobiegliśmy w kierunku Ronda Waszyngtona. Znane nam z Parkrunów (choć z drugiej strony). Tu chwilę zatrzymał nas PK 4D – krążyliśmy chwilę szukają tablicy z „Liderem” a wystarczyło podnieść wzrok, by dostrzec napis na wysokości 1 piętra…

Kolejna zagwozdka to liczenie guzików na mundurze Jerzego Waszyngtona. Żaden nie dał się odpiąć, więc czy to był guzik?

Czasu coraz mniej – decydujemy się na skupisko punktów przy ul. Międzynarodowej. PK 1I. I tu wtopa, bo to PK 1I czy 1l ? Najpierw szukamy odpowiedzi na pytanie iluletnia tradycja. Ale czego? Garaże, trawka, kilka drzewek, plac zabaw…. Po chwili dociera do nas, że może chodzi o pytanie „Co zachowaj”? Pewnie chodzi o ciszę lub porządek, ale odpowiedzi nie znajdujemy. Za jeden punkt szkoda szukać tego za długo. Na szczęście reszta punktów wchodzi, choć ich położenie w terenie jakoś tak mało zgadza się z położeniem na mapie. Jakby na mapie zabrakło sporo ciągów pieszo-samochodowych…

Na mecie!
Zostaje nam z 10 minut i kawałek do mety. Zbieramy co się daje, ale przed metą zatrzymują nas światła. Jako praworządni obywatele spóźniamy się na metę o jakieś dwie minuty (zresztą na starcie do pierwszego PK także spędziliśmy na światłach kilka minut). Jeszcze szybka fotka na mecie i pędzimy do Rembertowa odebrać dziecko wracające z zajęć.

Szkoda, że nie było dłuższego limitu, z chęcią byśmy zaliczyli jeszcze kilka punktów na Street-O – 60 minut to stanowczo za mało!
Tyle zdążyliśmy zebrać

środa, 5 lutego 2020

Mój plan treningowy

Kiedy po FalInO szliśmy już do samochodu Tomek zamyślił się, zrobił poważną minę i spytał:
- A ty masz jakieś plan treningowy?
- Bo dzisiaj co chwilę słyszałem, jak wszyscy o planach treningowych rozmawiali - dorzucił tytułem wyjaśnienia.
- Tak. Mam. Mam plan wyjść na trening w tym tygodniu.

wtorek, 4 lutego 2020

Znowu w życiu mi nie wyszło...

Jest sobota - jest parkrun i orientacja. Na parkrunie oprócz tego, że chciałam dobiec do mety, miałam też ambitny plan poprawienia wyniku sprzed tygodnia i złamania 30 minut. Do mojej życiówki nawet się nie przymierzam i pewnie nieprędko się nawet do niej zbliżę. Może nawet już nigdy...
Pogoda była mało wyjściowa, bo padało i przyjemniej byłoby poranek spędzić w łóżku, ale jak pomyślałam o późniejszych wyrzutach sumienia, to już wolałam pobiec.
Ruszyłam i po chwili sprawdziłam jakie mam tempo, no bo ten zaplanowany wynik. Zegarek pokazał jakieś 6.30 więc przyspieszyłam. Ufff, jak ciężko się biegło. Po chwili zerknęłam jeszcze raz, a gdy przetarłam szkiełko z wody okazało się, że nie 6 z hakiem, tylko 5.23 i dlatego ciężko. Zdecydowanie nie powinnam zaczynać powyżej swoich możliwości, ale starałam się zbyt dużo nie zwolnić. Przede mną biegł zając z czasem 28 min. i usiłowałam się go trzymać, choć zdawałam sobie sprawę, że to tymczasowe.

Tuż po starcie.

Po trzecim kilometrze 28 minut powoli zaczęło mi znikać na horyzoncie, a ja walczyłam o to, żeby uciec przed nawet nie 29, ale 30 minutami. I wiecie co? Udało się! Za tydzień wypadało by zejść poniżej tych 29, ale nie obiecuję.
Prosto z parkrunu pojechaliśmy do Falenicy na FalInO. Ponieważ już dałam z siebie wszystko, na orientacji planowałam się wyłącznie orientować, a nie ścigać.
Nominalnie trasa miała mieć 5 km, a wiadomo, że wyjdzie więcej. Jedynka była jeszcze na terenie szkolnym, tak samo jak na pierwszej rundzie, więc można było biec z zamkniętymi oczami, dwójka też łatwa, a trójkę według mojego gps-a pominęłam. Głupi jakiś, bo przecież pamiętam, że byłam, zresztą nie mam NKL-ki. Czwórka była za wydmą i bohatersko zaczęłam na nią wbiegać, ale nie dałam rady. Straszny cienias się ze mnie zrobił. To znaczy grubas i dlatego cienias. Dodatkowo w połowie drogi zaczęło mnie ściągać na wschód i dopiero zbyt mała odległość od zabudowań dała mi do myślenia. Do piątki pobiegłam drogami, bo pomyślałam, że nawet jeśli ciut dalej, to może szybciej, bo asfalt jednak wygodniejszy niż krzaki. Mój GPS znowu upiera się, że do szóstki leciałam obok ścieżki i wcale nie dotarłam do celu, ale przecież taka głupia nie jestem i nie ma mu co wierzyć. A może to mapa jest trochę przekłamana?
Do dziesiątki szło dobrze - ani ja, ani mój GPS nie mieliśmy żadnych problemów. Przy dziewiątce spotkałam Tomka, a potem ruszyłam za nim na dziesiątkę. Z dziesiątki wydawało mi się, że biegnę prosto po azymucie, a tymczasem zniosło mnie na sąsiednią drogę, która miała bardzo podobny przebieg i w ogóle nie zorientowałam się, że nie jestem tam gdzie myślę. Po dłuższej chwili coś zaczęło mnie niepokoić. Jakieś przeczucie. Punkt miał być na płaskim, a ja ewidentnie latałam po wydmie. Trafiłam na jakiś wielki rów, którego w ogóle nie było na mapie. To znaczy nie było w okolicy PK 11, bo jakieś trzysta metrów na południowy zachód to i owszem, tyle, że nie rów, a strzelnica.Jakoś nie skojarzyłam, choć niby teoretycznie znam teren. Jak widać - rzeczywiście teoretycznie. W akcie desperacji postanowiłam iść na północ, dojść do zabudowań, zlokalizować się, namierzyć i trafić na jedenastkę. Jeszcze po drodze coś tam kombinowałam, bo mi się przypomniało, że powinnam zejść z wydmy, aż w końcu udało mi się rozpoznać jedno ze skrzyżowań. Tak na 80% byłam pewna, gdzie jestem. Od skrzyżowania, już bez kombinowania, drogą, powoli, rozglądając się poszłam tam, gdzie spodziewałam się lampionu. Znalazłam pasujący dół, zajrzałam do niego, a tam... nic. W sąsiednim dole też wielkie nic. No co jest grane? Okazało się, że w pierwszym dole jest zbudowana ziemianka i w niej ukryty był lampion i nie z każdej strony dawało się go zauważyć. Cała ta operacja szukania jedenastki zajęła mi co najmniej 15 minut. Kiedy już w bazie opowiedziałam Tomkowi o moim błądzeniu, przypomniał mi, że w tamtym miejscu są jakieś anomalie i przecież już kilkakrotnie mieliśmy tam różne nawigacyjne przygody. Lepiej się w tam trzymać dróg niż azymutu.
Na dwunastkę weszłam od d..y strony, bo widać anomalie jeszcze tam sięgały, ale w porównaniu z jedenastką, to żadne błądzenie. Trzynastka i czternastka bez problemu, bo azymut już działał prawidłowo, a piętnastka to już wiedziałam gdzie jest, więc postanowiłam lecieć na pamięć. Zapomniałam tylko, że moja pamięć jest dziurawa jak sito i oczywiście pomyliłam ulice i lampionu zaczęłam szukać dużo za wcześnie. Jak należy przypuszczać, nic nie znalazłam, postanowiłam więc wyjść na asfalt i rozejrzeć się w sytuacji. I gdzie wyszłam? Na ulicę Tyszowiecką, przy której kiedyś mieszkałam. Przynajmniej teraz już na 100% wiedziałam gdzie jestem i jak trafić na punkt. Zachowawczo pobiegłam asfaltem - naokoło, ale pewnie. Przy piętnastce czekał na mnie Tomek z aparatem w garści, żeby uwiecznić moje zmagania, a poza tym już z lekka zaniepokojony moja przedłużającą się nieobecnością.

Ostatni punkt.

Na trasie byłam 75 i prawie pół minuty, co przy czasie Karoliny, która wygrała z czasem 36 min. z maleńkim hakiem jest i śmieszne i żałosne - dwa razy dłużej... Oczywiście, że wcale mnie to nie zraża, bo wynik wynikiem, a zabawa jak zawsze była przednia. Zresztą gdybym nie błądziła, to o czym byłby ten post???
A taki pogląd na tę rundę miał mój GPS:

Jedenastka - majstersztyk!

piątek, 31 stycznia 2020

Smok w sypialni Muranowa

Na Muranowie było już kilka imprez. Na jednej z nich, doszło prawie do demolacji samochodu organizatora, któremu wyładowała się bateria od pilota, a kluczykiem auto było nieotwieralne. Jako, że w bagażniku były mapy i wszelakie inne dobra, tłum uczestników próbował samochód podnieść, potrząsnąć, przewrócić, a potem zaczął wyskubywać uszczelkę od szyby, by dostać się do środka. W ostatniej chwili zdążył wrócić właściciel auta z zapasowym kluczykiem, ale uszczelka i tak już była mocno nadwyrężona.
Chyba w tym samym miejscu co opisywane powyżej zdarzenia zalągł się start drugiego pierwszego etapu Oswoju Smoka 2020. Tyle, że tym razem jak to w zimę – start był po ciemku i w deszczu. Samochodu do włamywania się nie było. Było za to do zdobycia 60 PP z 4 wycinków.

Zapisy na starcie - jeszcze jesteśmy susi
Trzy z tych wycinków były łatwe do rozszyfrowania – nazwy ulic nawet niezorientowanym uczestnikom pozwoliły łatwo je połączyć. Niestety, ostatni z wycinków nie przypominał niczego. Sami wiecie jak to jest w deszczu i w świetle latarki wykonywać arcyciężkie zadania logiczne, takie jak rozwiazywanie łamigłówek z wycinkami. Po prostu się nie daje. Po dłuższej chwili bezskutecznego myślenia złożyliśmy parasol (bo na wietrze i tak przeszkadzał) i poszliśmy zebrać choć to, co było oczywiste. Oczywisty był niewielki wycinek z ulicą Dzielną i parkiem w stronę ul. Jana Pawła II. Lekkim zygzakiem, pomijając jeden punkt koło startu (bo tak się rozpędziliśmy, że przeszliśmy ten lampion) doszliśmy na drugą stronę kościoła, gdzie powinna być ulica Nowolipie z kolejnego małego wycinka. Owszem była ulica ale… Nowolipki. Może nieduża różnica literowa, ale zawsze. Przez plątaniny Muranowa przebiliśmy się wreszcie na ulicę właściwą, ale coś nam się nie zgadzało. Konkurencja brała lampion z miejsca, gdzie nic nie miało być! Ale gorzej, bo jakoś mapa przestałą się zgadzać i jakoś nie było dojścia do PK 41! Po chwili zastanowienia, obróciliśmy mapę o 180 stopni i wszystko zaczęło się zgadzać. To co brała konkurencja, to był PK 21! Teraz wszystko jasne, ale musimy się wrócić do PK 11, koło którego przed chwilą przechodziliśmy;-(

PK 31 był na zielonej kropce....

Przedostaliśmy się na drugą stronę Al. JPII. Karta startowa była coraz bardziej mokra, podobnie jak i my. Przy PK 41 nagle dostrzegłem jakieś podobieństwo terenu do wycinka, którego nie mogliśmy wcześniej dopasować. PK 41 okazał się punktem podwójnym! (przy okazji punktem całkiem dobrze rozmoczonym z kredką odczepioną od lampionu, tak że w pierwszej wersji zacząłem wpisywać BK). Obeszliśmy wokoło Muranów i Pałac Mostowskich, aż porządnie przemoczeni wróciliśmy w okolice startu.

PK12 - ostatni na trzecim wycinku
 Zostało nam jeszcze kilka brakujących lampionów z ostatniego wycinka ze startem. Lampionów był spory nadmiar, więc nawet nie musieliśmy się dużo nachodzić. Niestety, wcześniejsze błądzenia spowodowały, że lekko przekroczyliśmy podstawowy limit czasu.

Wyczekiwana meta
 Ale jak nie patrzeć: dłużej na trasie, więcej kroków i więcej spalonych kalorii;-) Przez większość trasy podziwialiśmy Anię, która cały czas siedziała na starcie w deszczu – my przeszliśmy, poszliśmy do domu, a ona została czekając na bardziej marudnych uczestników… (nie mówiąc o przemoczonych smutnych lampionach wiszących gdzieś na Muranowie).

Nasz smok wyszedł dosyć kanciasty, a Wasz?

ZZK - jedna wielka Niewiadoma!

Kolejnego ZZK-a mieliśmy biegać na mapie "Niewiadoma". Jak bardzo niewiadoma przekonaliśmy się już w trakcie dojazdu na start, bo ustawiłam nawigację klikając na link do mapy z posta na FB, a okazało się, że link jest sprzed tygodnia i prowadzi do poprzedniego startu. Oczywiście wszystko wyszło na jaw, gdy ujechaliśmy już kawał drogi i Tomkowi przestała pasować trasa. No to trzeba przyznać, że nawigacyjnie zaczęliśmy z grubej rury. Miałam tylko nadzieję, że limit zagubień już wyczerpaliśmy i na trasie pójdzie lepiej.
Baza zawodów zorganizowana była tuż obok stadniny koni, tylko te konie jakieś takie dziwne były. Nam najbardziej podobał się ten na pierwszym planie po lewej:

Dawał się miziać po ryjku!

Po załatwieniu wszystkich formalności i ogarnięciu się ruszyliśmy na start. Przy lampionie startowym przede mną czekała Małgorzata, a ponieważ miałyśmy taką samą mapę, więc przeczekiwałam, aż trochę odbiegnie, żeby nie sugerować się jej wyborami trasy. Ruszyłam, kiedy jej plecy zniknęły mi na dalekim horyzoncie, a za mną do przeczekiwania ustawiła się Ula.
Ustawiłam azymut i pognałam. Pierwszy punkt miał być w dość charakterystycznym miejscu, więc nie miałam obaw - wystarczyło obserwować teren. Z daleka zobaczyłam Małgosię odbiegającą od punktu - najwyraźniej za krótko odczekałam. Przy punkcie jakiś starszy pan (cha,cha - a ja to młódka:-)) poprosił o pokazanie na mapie gdzie jesteśmy. I tak trzy razy pod rząd. A czas sobie płynął...  Ale co tam, sama czasem proszę innych zawodników o pomoc, więc wiem jak to jest. Kiedy już miałam odbiegać, facet poślizgnął się na mokrym konarze i rymsnął jak długi. Poczekałam więc aż się pozbiera i zaraportuje, że żyje i jest w jednym kawałku.
Do dwójki pobiegłam grzbiecikiem. Dwójka to jednocześnie piątka, bo mieliśmy motylka, usiłowałam więc zapamiętać otoczenie punktu, żeby przy drugim razie mieć łatwiej. Nie żeby mi się udało coś zapamiętać, ale przynajmniej się starałam. Wyglądało na to, że będziemy biegać przede wszystkim na azymut, bo drogi leciały głównie góra - dół, a my biegaliśmy w lewo i prawo. Na szóstkę od biedy dawało się pobiec drogą i napaliłam się na tę możliwość jak szczerbaty na suchary. Niewiele wygodniejsze to było niż przez las, bo zamiast biec, grzęzłam w piachu i w końcu porzuciłam ten absurdalny pomysł. Nie ma to jednak jak lecieć na przełaj. 
Mogłabym napisać, że biegło mi się lekko, łatwo i przyjemnie, gdyby nie to, że teren był  mocno pofałdowany, zresztą co ja mówię - on był wręcz górzysty - Himalaje, Kordyliery, Andy i te sprawy. Ale pod względem nawigacyjnym faktycznie szło jak z płatka. No, przy ósemce leciutko zniosło mnie na zachód, ale okop przy gęstwince dało się znaleźć bez problemu.  
Między dziesiątką a jedenastką trochę mnie zastopowało przy zakreskowanym terenie, bo nie wiedziałam co o nim myśleć - niby nie należy włazić, ale on tak bardzo na azymucie... Widziałam, że wszyscy obiegali z lewej strony, więc też obiegłam i nawet, o dziwo,udało się wrócić na właściwy kurs:-)
Został jeszcze tylko dobieg do mety i pomyślałam, że nie będę ustawiać azymutu, tylko polecę za wszystkimi. Po chwili wszyscy mi gdzieś zniknęli, a ja dobiegłam do drogi i nie wiedziałam, czy to ta pierwsza, czy druga. Przez chwilę byłam ciut zdezorientowana, zwłaszcza, że widziałam już zaparkowane samochody, a jakoś mi się ubzdurało, że meta musi być przy nich. W końcu natchnęło mnie żeby jednak popatrzeć na mapę i nią się kierować. Ufff, udało się.
 Na mecie znowu musiałam walczyć z pokusami, czyli ciastkami i kiełbaską z grilla i tu nastąpiło zwycięstwo ducha nad materią - nic nie wzięłam do pyska!. Tomek, który przybiegł chwilkę po mnie, skusił się na ciastko, ale on to zawsze wybiega sobie więcej kalorii niż ja, więc i tak wyszedł na swoje.
A tak sobie radziłam na trasie:



wtorek, 28 stycznia 2020

Parkrun z rekordem w rodzinie i wyluzowane WesolInO.

Na razie nie jeździmy na pięćdziesiątki, więc weekendy staramy się spędzać aktywnie i w praktyce ostatnio wygląda to tak: sobota - parkrun i FalInO albo WesolInO, niedziela - ZZK. Tak było i w ten weekend. Na parkrun pojechała z nami Agata, bo postanowiła zobaczyć jak to jest w wynikach mieć przy nazwisku BP, czyli rekord. W związku z tym musiała pobiec nieco szybciej niż poprzednio i... udało się! Ja nie chciałam być gorsza, więc też starałam się szybciej przebierać nogami i też poprawiłam swój wynik. Mi do rekordu zabrakło duuużo, ale i tak jest tendencja zwyżkowa. Na następnym parkrunie muszę zejść poniżej 30 minut. Niby żaden wyczyn, a jednak.

Jak z obrazka!

WesolInO tym razem było po południowej stronie ul. B.Czecha, a start spod cmentarza w Starej Miłośnie. Lubię biegać po tej stronie, bo blisko bazy i nie ma kiedy zmarznąć w drodze na start:-)
Mapę tego kawałka mam już tak obcykaną, że nawet w czasie biegu poznaję niektóre miejsca, a u mnie rzadko się to zdarza.  A jednak PK 1 zaskoczył mnie, bo jeszcze w tym miejscu chyba lampionu nie widziałam - tak po prostu na zakręcie ścieżki. Okolice dwójki i trójki kojarzyłam z grubsza, ale oczywiście pilnie wpatrywałam się w kompas, żeby trafić dokładnie w cel. Piątka była tożsama z dwójką, ale kiedy się przybiega z innego kierunku, to zupełnie jak całkiem nowy punkt. Przynajmniej ja tak mam. Reszta punktów była już bardziej na północ, w kawałku, który najbardziej lubię, bo blisko szosy, gdzie nie ma się jak zgubić - nawet ja nie daję rady.
Szóstka i siódemka weszły bez problemów, chociaż  za szóstką musiałam się kilka razy okręcić dookoła, żeby ją wypatrzyć w dołku. Ale trudno to nawet nazwać szukaniem. Do ósemki wreszcie była okazja pobiec drogami, ale że droga przecinała wydmę, to z tym bieganiem pod górkę było trochę ciężko. Ale starałam się. Za to z górki na pazurki!
W pierwszym odruchu z ósemki na dziewiątkę też chciałam pobiec drogami, ale po kilku metrach opamiętałam się i poleciałam na azymut. Po ścieżkach biegają cieniasy. Już prawie u celu, ku swojemu zdumieniu, zobaczyłam Tomka.  Jakoś się go nie spodziewałam. Oczywiście od razu porzuciłam azymut i podbiegłam spytać czy szuka tego samego punktu, co ja. Ano - szukał. Wspólnie poczesaliśmy teren (no bo ten porzucony azymut) i po chwili znaleźliśmy. W międzyczasie Tomek zdążył się pochwalić zgubieniem się na swoim poprzednim punkcie, czyli mojej ósemce. Nie mam pojęcia jak mu się to udało, ale widać zdolny jest. Do wszystkiego.
Na dziesiątkę wyszłam idealnie, ale odbiłam to sobie od razu na jedenastce, bo mnie ciut na północ zniosło. Oczywiście, że sobie raz dwa poradziłam. Przy tym lampionie byłam już wcześniej, bo to i siódemka, ale oczywiście od drugiej strony wszystko wyglądało inaczej. Na dwunastkę z tego wszystkiego pobiegłam drogami i to jeszcze naokoło zamiast skrócić, ale czasem człowiek jakąś  głupotę musi zrobić, żeby nie było nudno.
Dwunastka była za wydmą, więc trzynastkę organizatorzy złośliwie ustawili przed wydmą, czternastkę znowu za, a metę przed. No, to troszkę potrenowałam tych podbiegów i zbiegów i w sumie to tak jakbym przy okazji zaliczyła bieg górski.
Ostatnio wielką frajdę sprawia mi to bieganie na orientację. Jeszcze w zeszłym roku był to dla mnie spory stres, bo ciągle myślałam, że się zgubię, że mi lampiony pozbierają, że będę ostatnia, a teraz mi to wszystko zwisa i mam tylko i wyłącznie przyjemność. Jak to dobrze wyluzować.

A tak wyglądała mapa CK i mój przebieg:

Pobiegane.

niedziela, 26 stycznia 2020

Ochota na Szybki Mózg, czyli Szybki Mózg na Ochocie.

We środę zaczął się Szybki Mózg i wreszcie miałam okazję rozpakować i użyć mojego nowego, przecudnej urody, buffa. Czekał na to od jesieni, bo przecież nie mogłam go sprofanować jakąś inną, konkurencyjną imprezą. Parę osób z zazdrością pytało skąd mam takie cudo, a ja mam, bo sobie zasłużyłam:-))) O buffach to ja muszę w ogóle napisać osobna notkę, tymczasem proszę podziwiać:

Udał im się ten buff, nieprawdaż?

Wracając do zawodów - tym razem mieliśmy biegać na Ochocie. Obejrzałam sobie przed zawodami Ochotę na googlowych mapach - bloki, bloki i bloki. Jak się człowiek zgubi, to jednego od drugiego nie odróżnisz. Dodatkowo pogoda taka raczej mało wyjściowa - niby padało, niby nie i nie wiadomo było jak się ubrać. A najgorsze, że w ogóle nie było gdzie zaparkować. Zanim znaleźliśmy skraweczek chodnika musieliśmy zrobić trzy rundy honorowe po okolicy. W końcu jednak dotarliśmy do biura zawodów i nawet mieliśmy zapas czasu. Wyjątkowo też mieliśmy bliskie minuty startowe, bo najgorzej jak jedno ma na początku, a drugie na końcu.
Wystartowałam. Jedynka prosta, dwójka też, trójka bliziutko. Nooo, zaczęło się dobrze. Czwórka, piątka i szóstka wpadły bez problemu. Z szóstki na siódemkę trochę dalej, więc musiałam się jeszcze mocniej skoncentrować, żeby nie schrzanić. Udało się! Na kolejne punkty też leciałam jak  po sznurku, a jak mi się przypomniało, to nawet przyspieszałam i z truchtu przechodziłam do biegu. Skoncentrowana byłam maksymalna, bo jak tak dobrze szło, to zaczęłam liczyć na przyzwoity wynik, wyższy niż ostatnie kilka pozycji. Kiedy podbijałam PK 21 poczułam jakiś lekki dysonans. Odbiegłam już kawałeczek, ale jeszcze wróciłam sprawdzić kod. 123, czyli na pewno PK 21, czyli trzeba lecieć na 22. Jeszcze tylko PK 23 i meta. Szczęśliwa, że tak fajnie mi poszło, stanęłam w kolejce do sczytywania wyników, wzięłam swój wydruk, a tam... NKL. Brak PK 20! No to nie dziwne, że przy PK 21 coś mi nie pasowało:-(
Ja mam taki postulat do producentów czipów - czy nie dałoby się w nich zrobić malutkiego wyświetlacza, który pokazywałby kod ostatnio podbitego punktu? Przy perforatorach zawsze można sobie sprawdzić na karcie startowej gdzie się ostatnio było, a przy tej całej elektronice, to jak się człowiek na moment zdekoncentruje, to przepadło, można tylko zgadywać co się przed chwilą wzięło.
A może ta cała orientacja nie jest po prostu sportem dla sklerotyków....


środa, 22 stycznia 2020

Bieg Chomiczówki, czyli walka o przetrwanie

Po ubiegłorocznym Biegu Chomiczówki byliśmy pewni, że musimy to powtórzyć. Zapisaliśmy się już dawno i zostało tylko odliczanie dni do startu. W miarę tego odliczania mina coraz bardziej mi rzedła, wprost proporcjonalnie do spadku kondycji. Ostatnio na wszelakich biegach przeganiał mnie praktycznie każdy chętny i mimo najszczerszych chęci przyspieszenia, nie dawałam rady. Obrosłam tłuszczykiem, a i pesel znów się postarzał:-( Kilka dni przed zawodami byłam na sto procent przekonana, że nie dam rady przebiec takiego dystansu i nie ma po co jechać, bo na pewno będę musiała zejść z trasy, jeśli planuję przeżyć. Ponieważ jednak jestem chytrą babą, to jak zapłacone, to nie może się zmarnować, więc postanowiłam przynajmniej spróbować.
W tym roku zaparkowaliśmy dużo bliżej, bo znaliśmy już teren i jego możliwości, więc do szkoły gdzie były szatnie i depozyt mieliśmy stosunkowo blisko. Na parkingu Lidla dostaliśmy baloniki i książki, bo firma była jednym ze sponsorów.

Baloniki dla dzieci i lektura do poduszki.

Na Chomiczówkę przyjechaliśmy już koło ósmej, bo Tomek startował jeszcze w Biegu o Puchar Bielan, który zaczynał się godzinę przed biegiem głównym, a wiadomo, że trzeba się przygotować i fizycznie i psychicznie:-) Ja to przygotowywałam się głównie stojąc w kolejce do kibla, bo co wyszłam, to wracałam na koniec kolejki. Wiadomo - ze stresu, choć rozum mi cały czas mówił, że od mojego biegu nic, ale to zupełnie nic nie zależy i nie ma się czym przejmować.

Gotowa do startu.

W końcu nadszedł czas pierwszego biegu i ruszyliśmy na start - Tomek biec, ja wspierać moralnie i cykać fotki. Nacykałam, poczekałam aż ruszą i wróciłam do bazy, do kolejki oczywiście:-)
Wreszcie i na mój bieg przyszła pora. Na miejsce startu dotarłam akurat na rozgrzewkę, więc skrupulatnie wykonywałam wszystkie polecenia i po rozgrzewce już na nic nie miałam siły. Całe szczęście, że nie ruszaliśmy od razu, bo zanim ruszyli ci przed nami, zdążyłam złapać oddech.
Zaczęłam powoli. Potem zwolniłam. Kiedy poczułam, że nogi mam z ołowiu, zwolniłam jeszcze troszkę, ale nie przeszłam do marszu. Praktycznie od pierwszych metrów wyprzedzali mnie wszyscy. Jedyna moja nadzieja była w pani Janinie, która biegła w kategorii K-80 i w zasadzie tylko z nią miałam szansę wygrać. Na pierwszym długim nawrocie miałam okazję zobaczyć ile osób jest przede mną, a ile za mną. Nooo, nie było tak źle - między mną a karetką było jeszcze kilkanaście osób:-) Męczyłam się w tej ariergardzie gdzieś do czwartego kilometra, kiedy to nastąpił istny cud. Nagle przestały mnie boleć nogi, oddech się wyrównał i poczułam się lekka i zwinna. No to przyspieszyłam, ale nie celowo, tylko samo jakoś tak poszło. Jak na początku wszyscy mnie wyprzedzali, tak teraz ja zaczęłam wyprzedzać wszystkich. Po chwili dogoniłam zająca z czasem 1.40, którego planowałam się początkowo trzymać, ale który szybko mi umknął w siną dal. Dobra nasza. Mijałam kolejne osoby i kiedy nagle przed oczami, na plecach poprzedzającego mnie zawodnika przeczytałam 1.35 byłam zszokowana. Dogoniłam kolejnego zająca!
- Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze wygram ten bieg - pomyślałam, ale dublujący mnie biegacze szybko pozbawili mnie złudzeń. Śmigali koło mnie, że aż przeciąg się robił. Ale niech im będzie.
Mój zegarek co kilometr piskał informując mnie ile już mam za sobą, a ja przeliczałam czy daleko jeszcze. Kiedy obliczyłam, że jeszcze 500 metrów, zaczęłam z lekka (bardzo z lekka) przyspieszać, zresztą i mój zając przyspieszył. Kiedy mój zegarek radośnie odtrąbił 15 kilometrów, ja jeszcze nie miałam mety nawet w zasięgu wzroku. Moje morale gwałtownie runęło na bruk, oddech zaczął się rwać, tętno przyspieszyło, a wszystko od pasa w dół zaczęło boleć. Nie było wyjścia - musiałam zwolnić. 1.35 zaczęło się oddalać, a ja walczyłam już tylko o przetrwanie. Jeszcze na ostatnich kilkudziesięciu metrach dopingowana przez Tomka zdobyłam się na ostatni zryw i wyprzedziłam jedną zawodniczkę i wreszcie wpadłam na upragnioną metę. Ufffff.

Metaaaa!!!!!

Z medalem na szyi oczywiście od razu ustawiłam się do fotki, bo pamiątka musi być. Zwłaszcza po tak heroicznym wyczynie:-)


Kiedy już w domu porównaliśmy nasze obecne wyniki z tymi sprzed roku, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że nie tylko nie pobiegłam gorzej, ale poprawiłam swój wynik o kilkanaście sekund. A byłam pewna, że tym razem w ogóle nie dotrwam do mety.

sobota, 18 stycznia 2020

Czym skutkuje brak obaw przed zgubieniem się, czyli FalInO runda 2.

Jadąc na FalInO tłumaczyłam Tomkowi dlaczego nie boję się zgubić w Falenicy i Wesołej, czyli na FalInO i WesolInO:
- Bo tam jak się zgubię, to w końcu wyjdę na jakąś ulicę, którą znam i w razie czego wiem jak stamtąd wrócić do Zielonki. A jak się zgubię w obcym lesie, to nawet jak dojdę do cywilizacji, to i tak nie wiem, gdzie jestem i jak stamtąd wrócić do domu - perorowałam. I tym sposobem wywołałam wilka z lasu.
Wystartowałam i od razu zaczęłam źle. Zamiast do pierwszego punktu pobiec skrótem, o którym już poprzednio mówił mi Tomek, ja oczywiście pobiegłam naokoło. Nie była to jakaś duża strata, ale już na wstępie musiałam siebie zwyzywać od sklerotyczek i ślepot, bo na mapie widać było wejście na teren boiska, czy co tam było zarosłe trawą. Na szczęście do drugiego punktu pobiegłam już logicznie, korzystając nawet z dróg. Jakoś zaraz za dwójką spotkałam Tomka, który najwyraźniej leciał na moją trójkę, podpięłam się więc pod niego, bo nie bardzo rozumiałam jak lampion może wisieć na czyjejś posesji i jak się tam dostać, żeby nie być poszczutym psem. Dom okazał się opuszczony, a ogrodzenie niekompletne, ale gdybym była sama i tak miałabym opory przed wejściem tam. No, taka praworządna jestem - nie moje - nie wchodzę.
Po trójce plecy Tomka oglądałam z coraz większej odległości, ale w sumie i tak nie wiedziałam jaki punkt ma następny, więc specjalnie nie sugerowałam się jego poczynaniami. Moja czwórka była za wydmą, wykoncypowałam sobie, że najpierw dotrę do "piaskownicy" na szczycie, potem kawałek wydmą na południe, potem ścieżką na zachód i zaraz powinien być punkt. Niestety ścieżka na zachód gdzieś mi się rozmyła, a mi tak fajnie biegło się w dół, że doleciałam prawie do domów. To mnie dopiero otrzeźwiło, bo oznaczało, że jestem daleko za daleko. Za to trafiłam na charakterystyczne rozwidlenie ścieżki, z którego porządnie się namierzyłam i już bezproblemowo weszłam na punkt.
Do piątki azymut zniósł mnie kilka stopni w prawo i z uporem godnym lepszej sprawy szukałam lampionu między kopczykami, przy rowie, który widziałam i dziwiłam się, skąd też on się tu wziął. Jakoś nie dało mi to do myślenia i dość długą chwilę kręciłam się po tym samym terenie. Dopiero kiedy wyszłam na ścieżkę, której się nie spodziewałam, popatrzyłam dokładniej na mapę, zlokalizowałam się i poszłam gdzie trzeba.
Szóstka na szczęście była łatwa, po drogach i fakt, że lampionu szukałam najpierw za asfaltem, w sumie nie ma znaczenia. Grunt, że na dobrym przepuście:-) Siódemka wprawiła mnie w konsternację. Dobiegłam w miejsce, gdzie miał zacząć się asfalt (czy jakaś lepsza droga), a tam z daleka zobaczyłam wielką, zamkniętą bramę. Najwyraźniej znowu coś skopałam - pomyślałam i postanowiłam pokręcić się w okolicy żeby upewnić się, gdzie jestem. Wszystko wskazywało jednak, że punkt rzeczywiście musi być za bramą, tylko jak się tam dostać? Udało się przez dziurę w ogrodzeniu budowanego dopiero domu, co dawało nadzieję, że nikogo tam nie ma i nikt mnie nie przegoni. Wyszłam na upragnioną drogę, rozejrzałam się i po obu jej końcach zobaczyłam bramy. Jak nic jakieś zamknięte osiedle - pomyślałam i wycofałam się w las , tak jak weszłam, przez dziurę w ogrodzeniu. Przyjęłam założenie, że w miejscach ogrodzonych nie wiesza się lampionów. Wobec tego gdzie ja jestem i gdzie jest punkt????? Postanowiłam dojść do skrzyżowania ścieżki z prądem, ale zanim tam dotarłam zauważyłam jakiegoś orientalistę z pieskami, który najwyraźniej zmierzał w miejsce, z którego przed chwilą wróciłam. Ciekawa jak mu pójdzie, ruszyłam za nim. Okazało się, że przy bramie jest niezagrodzone wejście, a lampion wisi ze dwa metry od miejsca, do którego poprzednio dotarłam.

Ten punkt był nie fair, szczególnie, że wejście na ulicę zasłaniała różowa linia łącząca punkty.

Z zaciekawieniem patrzyłam jak też człowiek z psami wydobędzie się z osiedla, a on odważnie ruszył w stronę drugiej bramy. Ja za nim. Okazało się, że brama, której tak się bałam, była za skrzyżowaniem i wcale nie odgradzała mnie od wolności.
Ósemka znowu była na terenie opuszczonej posiadłości, ale weszłam tam odważnie, bo już się zorientowałam w zamyśle budowniczego mapy - po prostu chciał nam pokazać wszystkie pustostany w okolicy:-) Dziewiątkę zgarnęłam bez problemu, a potem ustawiłam azymut na dziesiątkę i ruszyłam, nawet biegiem. Dziesiątka powinna być za ulicą Podkowy, a ja biegłam i biegłam, a ulicy ani śladu. Zatrzymałam się skonsternowana, a jakieś dzieciaki kręcące się w okolicy zaczęły do mnie wołać:
- A jakiego punktu pani szuka?!
I w tym momencie mnie olśniło - azymut to nawet ustawiłam dobry, ale dlaczego zamiast czerwony koniec strzałki w kompasie skierować na północ, ja ustawiałam tam biały??? Czyli leciałam dokładnie w przeciwnym kierunku niż zamierzałam. Fuck... Cóż, zrobiłam w tył zwrot i pobiegłam tam, gdzie trzeba.

Nawigacyjna hańba

Przy dziesiątce spotkałam Janusza i na jedenastkę lecieliśmy w zasięgu swojego wzroku. Co ciekawe - i jego i mnie zniosło za bardzo na południe i musieliśmy korygować, kiedy otoczenie przestało się zgadzać.
Jedenastka, dwunastka i trzynastka, o dziwo, weszły bez problemów. Cuda zaczęły się dziać przy czternastce.  Wydawać by się mogło, że trudno o łatwiejszy punkt, tymczasem poległam na nim. Najpierw z rogu ogrodzenia ruszyłam w kierunku, który wydawał mi się właściwy. Nie uznałam za stosowne przy tak łatwym punkcie skonsultować się z kompasem. Próbowałam zorientować się  po kierunku ścieżek, ale przy takiej ich plątaninie szybko się pogubiłam. Dodatkowo musiałam uważać na biegaczy górskich żeby mnie nie stratowali i po chwili byłam już tak skołowana, że nie wiedziałam gdzie tego cholernego dołka szukać. Jak niepyszna wróciłam na róg ogrodzenia, ustawiłam azymut, ze zdziwieniem skonstatowałam, że to w tę stronę??????, rozejrzałam się, pacnęłam w czoło, że przecież oczywiście w tę i po kilkunastu metrach znalazłam lampion.


Jakim cudem udało mi się tu zgubić???

Piętnastka i szesnastka na szczęście były już tylko formalnością, a przed siedemnastką czekał już na mnie Tomek, mocno zaniepokojony moją długą nieobecnością. Praktycznie doprowadził mnie do siedemnastki, bo biegł przodem, żeby zrobić mi zdjęcie jak podbijam punkt.

PK 17

Do mety, po tych wszystkich przeżyciach, już nie miałam siły biec i ledwo się doczłapałam poganiana przez Tomka.

Meta.

Zaraz po FalInO ruszyliśmy do Galerii Bemowo odebrać pakiety startowe na niedzielny Bieg Chomiczówki. Gdzieś w połowie drogi Tomek zadał mi podchwytliwe pytanie:
- A dowód osobisty masz?
Pakiety wydawane są za okazaniem dowodu, a mój spokojnie leżakował sobie w domu. Wracać się nie miało sensu, postanowiłam więc robić z siebie idiotkę w razie czego i dziwić się, że przecież jak to dowód???? Może tomkowy wystarczy? Na wszelki wypadek od razu (zamiast dowodu) podsunęłam osobie wydającej pakiety mój telefon z sms-em od organizatorów informujący o moim numerze startowym. Wydawało się, że to wystarczy, bo pani bez słowa sprzeciwu zaczęła kompletować mój pakiet, ale jednak w koncu padło sakramentalne:
- Dowód osobisty poproszę.
Tomek zaczął od razu zaręczać, że na pewno jestem Renatą, jego osobistą żoną, ja zaczęłam zaręczać, że telefon nie jest kradziony, a w nim przecież ten sms, ale najsilniejszym argumentem okazał się mój identyfikator parkrunowy, bo faktycznie żona raz jest ta, raz inna, telefon z sms-em można skombinować, ale parkrun to rzecz święta. Teraz spróbuję tym parkrunem wziąć jakiś kredyt albo wylegitymować się policji, w końcu dowód to przy takim identyfikatorze kompletny przeżytek.



 Cała trasa