niedziela, 22 stycznia 2023

Dystans Stołeczny w Nieporęckich dołkach

Dzięki świętu 3-króli mamy mały orientacyjny maraton: ZZK w Jabłonnej w piątek, FallInO w sobotę i Dystans Stołeczny w Niedzielę.
Dystans Stołeczny w Nieporęcie na „nowej mapie”, użytej do tej pory raz przez Team 360 na jesieni. Jest to rarytas w naszych okolicach, gdzie zwykle biegamy na dobrze znanych mapach. Oczywiście start w kategorii Chojrak. Mapa dla niedowidzących, czyli skala 1:7500 i na niej… setki dołków. 

Biuro i ja (fot A. Krochmal)

A tak to wyglądało z "mojej strony"

Do biura od miejsca gdzie można zaparkować dojście z 700 m. Samotny stolik w lesie, a przy nim Karol. Kolejne 300 m do puszki „Start”. 

Clear, a zaraz dalej start

Ruszam. Idzie dobrze – od razu trafiam na dołek z PK 1. Dalej także trafiam. Po drodze jakieś młodniki, ale takie „przebieżne”. Krzaki zaczynają się od PK 6. Tam trzeba się przedzierać prawie na czworaka. Niestety, jest to punkt podwójny i będzie trzeba na niego później jeszcze raz wrócić (PK 26). 

Lampion "Klubowy" z kodem 44 (PK 4)

Zaliczam wpadkę przy PK 8 - źle interpretuję mapę i szukam go za daleko. I zgadnijcie kto mnie wyprzedza na tym punkcie! Oczywiście Marcin. No dobra, Marcin może;-) 

Co tu dużo pisać: dołek koło dołka i w każdym lampion. Najważniejsze to sprawdzanie kodów, bo tak naprawdę nie wiadomo na który dołek się trafia i czy tuż obok nie ma jakiegoś mylnego lampionu. 

Mała wpadka przy PK 15, ale poza tym idzie dobrze. Niestety, nie mam śladu by zanalizować przebiegi - gdzieś koło PK 2 złapała mnie za nogę jakaś gałąź i zaliczyłem glebę na tyle nieszczęśliwie, że musiał się wcisnąć przycisk pauzy;-( A szkoda, bo BnO to walka na błędy, a bez analizy śladu niełatwo je wychwycić. Z tego co pamiętam to jeszcze „nie wyszedł mi” przebieg PK 25-26. Wypadłem z gęstwiny na drogę, tradycyjnie nie zerknąłem na kompas i pobiegłem… nie tą drogą co trzeba. Jak się zorientowałem, bez sensu było zawracać. Choć potem przez krzaki znalazłem jakąś ścieżkę niewrysowaną na mapę, więc może to nie był najgorszy wariant? 

Na terenie zawodów jest takie szczególne miejsce - w jego okolicy stał PK 28. W terenie to takie dwa geometryczne wgłębienia – można powiedzieć dwa takie spore rowy. Niby na mapie są jakieś proste linie poziomnic, ale jakoś to nie przemawia do mojej wyobraźni. Pamiętam, że podobnie było na poprzednich zawodach w tym terenie – w każdym razie chwilę szukałem lampionu nie w tym rowie co trzeba. 

Akurat tu mapa ni oddaje dobrze terenu

Pomiędzy PK 29 i PK 30 widziałem dołek z „obcym lampionem” – tak sprytnie umieszczonym, że łatwo było na niego wbiec zamiast na PK 29. Jak się okazało po biegu, sporo osób „nabrało się” na ten lampion, podobnie jak i na PK 1 (tu nie widziałem innego lampionu, ale tam idealnie wszedłem na punkt i nie przeczesywałem okolicy). 

Całe zawody należy pochwalić za mapę – czytelną nawet dla takich ślepot jak ja- sami zresztą zobaczcie!

 

Niebieske - z zegarka, czerwone - dorysowane z pamięci


FallInO - początek

Każdy ma taką swoją Falenicę. W Krakowie jest Lasek Wolski, w innych ośrodkach także można wskazać okoliczne miejscowości, gdzie regularnie odbywają się treningi lub zawody BnO, miejsca gdzie można wręcz biegać bez kompasu, na pamięć. U nas jest to Falenica. Jak sprawdziłem – to już od 10 lat razem z Falenickimi Biegami Górskimi na przełomie roku mamy FalInO. Zawsze ta sama baza, zawsze ten sam teren. Znamy tu każdy dołek, górkę i dziurkę. Ja jako „Rodowity Faleniczanin” jako dziecko hasałem po lasach, gdzie teraz biegamy;-) I co tu ukrywać - lubię tu biegać. W Falenicy praktycznie nie ma chaszczy, jest kilka wydm, a przy okazji trafiam na punkty w dołku, gdzie z kolegami kopaliśmy ziemiankę;-) 

Miało być zimowo – tak zapowiadały komunikaty techniczne, ale śnieg, który spadł w sobotę wieczorem, praktycznie się rozpuścił. Ostatnio FallInO to Scorelauf – jedna mapa dla wszystkich, tylko w zależności od kategorii, różna ilość PK do podbicia. Zapomniał bym – przy lampionach są perforatory! Normalnie tak jakby cofnąć się z dziesięć lat wstecz;-) 

Koniec dygresji – wracamy do lasu. Lasu, który nie potrafi być depresyjny – zawsze jest wesoły i zielony. A gdy na Biegach Górskich po lesie pląta się tysiąc biegaczy, to nie może być smutny;-) 

Ja i moja podstawówka;-)

Zaczynamy: kościół, potem słup linii energetycznej w lasku przed kościołem. Mylę ścieżkę i tracę kilka sekund – wstyd;-) 

PK 4 i chwila decyzji, czy PK 2 brać teraz, czy na powrocie. Takie myślenie nie sprzyja bieganiu i znowu mylę ścieżki. Także z PK 6 do PK 10 biegnę dziwnie naokoło. Tak to już bywa, gdy biega się na pamięć;-)

Dalej idzie znacznie lepiej, ale to lasek przy którym mieszkałem. Tu naprawdę znałem za młodu wszystkie dziurki (bo wszystkie PK w tych okolicach są w dołkach). 

Wariant, który wybrałem może dodaje kilka metrów, ale za to nie muszę biegać ciągle góra-dół przez wydmę. Po poziomnicach obiegam i biorę PK 16-19-20. Dopiero przelot PK 20-18-15-11 to przekraczenie wydmy. Dzisiaj nogi niosą mnie zupełnie inaczej niż wczoraj w Jabłonnej - czuję przyjemność biegania.

Na koniec zostaje mi najdłuższy przebieg PK 7-PK 5 – prostą drogą, ścigając się z biegaczami górskimi. Wbieg na metę i całkiem dobry czas. Dzisiaj jestem z siebie całkiem zadowolony! 


 

Depresyjny ZZK w Jabłonnej

Całkiem niedawno biegaliśmy ZZK w Jabłonnej. Na tej samej mapie, ale „z jej drugiej strony” i w zupełnie innej aurze. Wtedy było słonko, lekki śnieżek, aż chciało się biegać. Teraz przywitało mnie zachmurzone niebo, kałuże i ogólnie taki późnojesienny depresyjny nastrój. 

Taką mamy aurę...

Clear, check i start..

PK 1: albo po kresce przez chaszcze, albo ciut nadkładając drogami. Wybór jest prosty. Ruszam ścieżką wzdłuż płotu (płot po prawej), a tu nagle płot się kończy, a właściwie zaczyna w lewą stronę nowy i kierunki coś przestają się zgadzać. Staję i chwila zawieszenia. Dopiero po dłuższym czasie odnajduję na mapie płot wzdłuż którego biegłem i ten nowy – też mam biec wedle niego. Czyli już początek taki jak pogoda - przygnębiający;-( 

PK2: albo znowu ścieżkami, albo po kresce. Las na mapie mniej zielony, więc zaczynam po kresce. Zaczynam po kresce, ale wcale tak fajnie jak wskazuje mapa z tą przebieżnością nie jest. Ciekawe, ale na poprzednim ZZK las był jakoś bardziej przyjazny! 

PK 4, 5, 6 po kreskach i to całkiem nieźle – znowu szkoła Renaty wychodzi;-) Po PK 5 wyprzedza mnie Marcin. Staram się dotrzymać mu kroku, ale jak zwykle jest dla mnie za szybki. Ale Marcin biegnie jakoś dziwnie w prawo. Trzymam się swojego azymutu i chyba jestem na punkcie przed nim! Ot, taki mały smak zwycięstwa;-) Co z tego, że kilka punktów dalej znowu mnie wyprzedza;-) 

Ogólnie idzie mi dobrze, jakby kreski na mapie łączące punkty były narysowane w terenie. Może nie za szybko, ale to jeszcze da się poprawić. 

Chwila dekoncentracji i po PK 13 gubię kierunek. Na drodze. Zawsze drogi poprzeczne mnie rozpraszają – szczególnie takie ze skrzyżowaniami. Nie patrzę na kompas, biegnę drogą w lewo…. Tyle, że jestem nie na tej drodze co trzeba. Otrzeźwienie przynosi dopiero widok zabudowań. No cóż, frycowe za nieuwagę;-( 

Po takiej porażce drogę do kilku następnych PK pokonuję prawie idealnie po kresce. Zaczyna się psuć koło PK 18, a PK 20 normalnie przebiegam. 

Nie wiem co się dzieje, ale znowu po skusze mam kilka „idealnych” przebiegów. Może po prostu tak już mam? 

Wreszcie na mecie (w głębi chaszcze)

Wreszcie meta. Jestem jakiś przygnębiony tym treningiem. W domu las określam jako „depresyjny” i strasznie zachaszczony. Nogi nieść nie chciały, koncentracja co chwila ulatywała… Mam nadzieję, że lepiej będzie następnego dnia w Falenicy.


 

sobota, 14 stycznia 2023

Bąbelki

Bąbelkowo-Noworoczne InOwanie to impreza szczególna. Nie dość, że organizator i uczestnicy muszą zachować szampański humor po sylwestrowej nocy, to jeszcze ten pierwszy musi przygotować imprezę (rozwiesić lampiony i te sprawy), a Ci drudzy muszą starać się bardzo, by nie wygrać. Bo ten kto wygra (oczywiście TZ), za rok zamienia się rolą uczestnika z zaszczytną rolą organizatora. My rok temu także staraliśmy się nie wygrać - jakieś zmiany, stowarzysze, tak by nie wyjść na zupełne niezdary, ale niestety było to trochę za mało i zostaliśmy organizatorami. 

Myśleliśmy by zawody zrobić zupełnie pod domem, ale z powodu upadku moralnego naszego OM-u, który użycza Stowarzyszom osobowości prawnej, nie było możliwości legalnego pozyskania lasu, który ma dosyć skomplikowaną sytuację prawną, w którą zaangażowane są wysokie czynniki wojskowe. W efekcie postawiliśmy także na tereny wojskowe - byłego fortu Kawęczyn w Rembertowie i takiego malutkiego przylasku pomiędzy stadionem a drogą.
Jako że 1 stycznia bywa dniem dosyć szalonym, oprócz Noworoczno-Bąbelkowych MnO bywają także różne biegowe eventy, w których chciałem wziąć udział, organizacja XXI NBInO była skomplikowana. Trasę udało się ogarnąć wcześniej, pomimo licznych treningów BnO. Zostało wydrukowanie map (załatwione w piątek 30 grudnia) i rozwieszenia niedużej ilości lampionów. To udało się załatwić wczesnym sylwestrowym wieczorem. Czas idealny, bo ludzie nie są zainteresowani szwędaniem się po lesie i niszczeniem kartek wiszących na drzewach, a las jednak jest zurbanizowany – taki spacerniak dla pobliskich mieszkańców. 

Piesi startujący na trasę TP

W niedzielę 1 stycznia rano udało się pobiegać na etapie drugim Dystansu Stołecznego i spokojnie zdążyć na 15:20 do Rembertowa, gdzie przewidziany był start. W ostatniej chwili jeszcze zgłoszenia od spóźnialskich – na szczęście w sobotę dodrukowałem w domu jeszcze kilka map. Na miejscu już pierwsi niecierpliwi wyglądający startu (lub może bardziej tradycyjnych bąbelków?). Pogoda iście wiosenna, gdzieś tak 17-18 stopni – zupełnie jak nie w zimie. Ostatnie trzy lampiony, te przy samym starcie, powieszone i można ruszać w trasę. Ale wszyscy czekają cierpliwie na zachód słońca, by wszystko było fair-play;-) 

Jak zobowiązuje nazwa - bąbelki były

Start dopiero po zmoriku

Kolejny zespół startuje

To jeszcze zaległe wpisowe na UrodzInO;-)

Kolejny uczestnik na trasie

Niby mapa prosta ale czasami wymaga chwilki zastanowienia

Po typowym startowym zamieszaniu wszyscy wyszli na trasę. Na liście startowej zostały jeszcze trzy nieodhaczone nazwiska. Czekamy i czekamy. Ci co wyszli pierwsi nie zjawiają się na mecie. Niespodziewanie pojawia się osoba z latarką, której wcześniej nie widzieliśmy. Jeden z zapowiedzianych uczestników pomylił godziny i zjawił się prawie godzinę po zamknięciu startu! No cóż, niech idzie - poczekamy ciut dłużej, choć zapowiedzieliśmy, że o 20:00 znikamy bo czekają nas kolejne, tym razem rodzinne imprezy ;-). 

Co tu dużo pisać – sami wiecie jak było: bąbelki wypite, słodycze zjedzone, PK znalezione, wszyscy szczęśliwie wrócili. Niektórzy wrócili z nadkompletem punktów i kilometrów (rekordziści zrobili ponad 9 km na 4 kilometrowej trasie biorąc dwa extra punkty). Inni starali się bezpiecznie wrócić bez wszystkich PK i z dodatkowymi dziwnymi Stowarzyszami (musieli się troszkę postarać by je znaleźć). Ale byli tacy, co podeszli do sprawy poważnie i przyszli na zero. Taką postawę pochwalamy! 

Na koniec powiem, że duch pomocy w narodzie nie zaginął: Tomek Gronau zadeklarował się, że wpadnie i pozbiera lampiony, co uczynił. Naprawdę go do tego nie zmuszaliśmy! Dzięki temu mogliśmy spokojnie oddalić się na kolejną rodzinną tym razem imprezę, spokojni, że nie zostawiamy w lesie oznak naszego świętowania.

Trochę wiosny w środku zimy;-)

Podobno 1 stycznia to środek zimy. Powinien być śnieg, lód, a nie bieganie w krótkim rękawku. Ale skoro „taki mamy klimat”… 

Po nocy sylwestrowej, przed Noworoczno-Bąbelkowym InO postanowiłem pobiegać na Dystansie Stołecznym. Jezioro Zapadliska, bunkry, pięknie przebieżne sosnowe lasy - ciężko było się temu oprzeć. 

Czekając na organizatora

Na starcie gęsto od oczekujących na organizatora, który „zaginął w lesie”. Wreszcie wyłonił się z lasu i zakomenderował ustawienie biura zawodów w miejscu, w którym nikt się nie spodziewał. 

Karol rozstawia biuro na górce

A uczestnicy czekają aż biuro się rozłoży

Dostałem mapę i w las. 

Lampion startowy

Jedynka, dwójka… długi przebieg do trójki i pierwszy „błąd”. No, może nie błąd tylko asekuracja i zamiast na kreskę przez jakiś młodnik ciut nadrobione drogą. Na szczęście dalej idzie lepiej. Wybiegłem chyba jako pierwszy na trasę, więc jest tak jak lubię – nikt mnie nie goni (w zasięgu wzroku), nie rozprasza. 

PK 8 - zaczynają się „wojskowe nasypy”. Do dziewiątki droga niby prosta – szukam „dziury w całym” przy jakiejś gęstwince. Nagle pojawia się droga. Jestem za daleko! Musiałem przebiec o „metr” od lampionu schowanego w owej dziurze;-( 

Od PK 17 zaczynają się bunkry. Zwykle tu najłatwiej o pomyłkę, bo wszędzie wokoło jakieś betonowe konstrukcje, a lampion raz „na dachu”, a raz na dole schowany w wejściu do podziemi. Ale udaje się, żadnej skuchy.

Na trasie

Pora na PK 22 - przy jeziorze Zapadliska. Długi przebieg drogą (tu wyprzedza mnie Marcin, ale to było do przewidzenia). Wbiegam na górkę nad brzegiem i rozglądam się za dołkiem. Nie widzę. Zniosło mnie? Szukam po prawej, ale tam nic nie ma. Słyszę kolejnego konkurenta. Zawracam i znajduję dołek z lampionem. Wybiegłem dokładnie na niego, ale widać „schował mi się za drzewem” - ech znowu strata;-( 

Okrążam jezioro goniąc Sławka, ale on biega szybciej. Tyle że PK 24 jest w takim specyficznym miejscu mapy, gdzie nic się nie zgadza. Pamiętam ten fakt z jakiś innych zawodów i wierzę tylko kompasowi, a nie ukształtowaniu terenu. Dzięki temu prawie doganiam konkurenta;-) 

Ostatnie PK to typowe punkty na szybkie bieganie. Tu już zostaję wyraźnie w tyle. Uff- sylwestrowy szampan wybiegany. Jeszcze sczytać się i „dokręcić” brakujące kilkaset metrów brakujących do pierwszych w tym roku 10 km. I biegusiem do domu, bo za chwilę organizujemy Noworoczno-Bąbelkowe InO 


 

Dystans Stołeczny czy Społeczny?

 

Jak zwał tak zwał, ale geneza imprezy sięga Tras na Czasy Zarazy (TNCZ), a że jedna literka inna… To już trzecia edycja tej imprezy – dokładnie w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Białobrzegi, tuż przy forcie Beniaminów - czyli miejsce obiegane już z każdej strony. Na starcie, pomimo kropiącego deszczu (taki mamy klimat..), całkiem sporo osób, które już nie mają siły siedzieć za stołem i pochłaniać kolejne porcje barszczyku, uszek czy śledzika… 

Do startu... GOTOWY!

Do startu daleko. Na tyle daleko, że można się porządnie zasapać. I nawet pomimo niezachęcającej prognozy pogody jakoś strasznie z chmur nie cieknie. Clear - pik - check - pik - start - pik i długa w krzaki. To już chyba jakaś taka świecka tradycja, że pierwszy PK budowniczowie zawsze robią na azymut przez krzaki. Pewno dlatego, że na starcie wszyscy jeszcze mają chęć biegania po czymkolwiek i przez cokolwiek. Dobrze, że jedynka blisko. Dwójka także. Zawsze w okolicach gdzie stał PK 1 i PK 2 miewam problemy nawigacyjne - czy to mapa nie oddaje dobre terenu, czy ja mam już po prostu jakiś uraz do tego fragmentu terenu. Tym razem tylko lekkie zawahania co do kierunku, choć na tak krótkim odcinku chluby to nie przynosi. Za to na PK 3 po kresce niczym Renata – muszę podtrzymywać jej tradycję biegania idealnie po kreskach;-) 

PK 3 z kodem klubowym - musiałem sobie zrobić fotkę!

No dobra, na czwórkę także po kresce - omijając jedynie doły i wgłębienia;-) Renata powinna być ze mnie dumna! 

Jestem dumny z tych przebiegów:-)

Dalej do PK 5 już drogami, bo nie ma sensu biegać przez młodniki. Minimalnie za wcześnie zacząłem szukać kopczyka… który okazał się dołkiem z kopczykiem po środku;-) 

Właściwie do PK 16 nuda: albo dobrze na azymut, albo sensownie obiegałem po drogach. Przy PK 16 znalazłem dołek bez lampionu, którego nie ma na mapie. Tak mi wychodziło, że lampion powinien być właśnie w tym wgłębieniu. Wręcz byłem pewien. Ale jako że mylić się rzecz ludzka, zacząłem szukać innego dołka, gdzie może budowniczy umieścił lampion. Znalazłem, podbiłem i poleciałem na PK 17. Gdy już widziałem lampion PK 17 dopadła mnie refleksja: na mapie jest jeszcze jeden dołek bardziej na północ – może podbiłem lampion w tym dołku, lampion z innym kodem niż powinienem? Bo żeby Karol aż o tyle metrów pomylił się z umieszczaniem lampionu? Prędzej podejrzewałem go o jakieś „lampiony stowarzyszone” na tyle blisko, by ludzie się mylili i mieli NKL. A ja podbijając lampion nie sprawdziłem jego kodu, więc mogę mieć NKL… Szybka decyzja – wracam sprawdzić kod. Uff, kod okazuje się właściwy, a ja straciłem dobre 3 minuty na powrót;-( 

To był właściwie jedyny emocjonujący moment tego biegania. Reszta PK wchodziła prawie idealnie – albo bieganie na azymut „na Renatę” albo sensowne obieganie drogami. Niestety ta 16-stka poskutkowała przegraną z moją standardową konkurencją, z którą rywalizuję na każdych zawodach. Na odreagowanie „dokręciłem” jeszcze brakujące kilkaset metrów do dychy, te wigilijne pierogi trzeba jakoś spalać;-) 


 

UrodzInO

Chwilami to już myślałam, że z UrodzInO będą nici. Początkiem grudnia dopadła nas grypa i remont kuchni, a dodatkowo ja mało ruchliwa z powodu nogi niewiele mogłam pomóc. Ale z Tomka to taki pomysłowy Dobromir, co potrafi zrobić w try miga coś z niczego i tuż przed siedemnastym impreza była gotowa. Wziął wykorzystywany już kiedyś teren niedaleko Zielonki, trochę dodał, trochę ujął, trochę zmienił i w efekcie wszystko było gotowe na czas. 
Start był dopiero od 17-tej, pod wiatą, w pełni klimatyzowany. Tej klimatyzacji trochę się obawiałam, bo zima akurat była pełnoobjawowa, ze śniegiem i mrozem. Brrrr...
 
Ciemno, śnieżno i zimno...
 
Sekretariat.
 
Tomek przyjmował życzenia urodzinowe i żelki, ja wydawałam karty startowe i naklejki, a uczestnicy powoli rozchodzili się po lesie z mapami w garści. Mapy to mimo braku czasu Tomek zrobił bajeranckie, bo w formie piłki (takiej do kopania, nie do cięcia), jako że akurat Mundial dobiegał końca i wszyscy czekali na mecz finałowy.
 
Mundialowe mapy.

Czekanie na uczestników powoli stawało się nudne. Nikt nowy już nie przybywał, wokół ciemno i co gorsza mróz zaczynał podszczypywać. Gdybym mogła biegać, to jakoś bym się w ruchu rozgrzała, ale ja ledwo łaziłam, bo noga wciąż napierniczała. Myśleliśmy, że chociaż Marcin, który ruszył pierwszy, wróci sporo przed końcem limitu, ale wykorzystał go do samego końca. Wreszcie jednak ludzie zaczęli wyłazić z krzaków, a kiedy cieszyłam się, że już wkrótce koniec - zjawił się Tomek G. Wyglądało na to, że noc spędzimy w lesie czekając na jego powrót, ale litościwie stwierdził, że nie potrzebuje na mecie komitetu powitalnego i spokojnie możemy się zbierać. Jeszcze tylko za jakiś czas telefonicznie potwierdziliśmy, że wrócił cały i zdrowy i UrodzInO można było uznać za zakończone.

niedziela, 8 stycznia 2023

Dziki Zakątek

Renata wypadła z wszelakich ruchowych aktywności i niestety muszę nadrabiać aktywności za dwoje. Tym razem padło na ZZK i trening na Choszczówce w „Dzikim Zakątku”. Dziki Zakątek kojarzy mi się z jakimś takim lokalem z dużym ogródkiem, parasolami gdzie kilka razy była już baza jakiś zawodów. Tym razem nietypowo… baza na „końcu ulicy, tuż przy stacji PKP”. Stolik, samochód i więcej nie trzeba, by zorganizować zawody. 

Baza jest "na końcu ulicy"

 Temperatura gdzieś koło zera, resztka śniegu, aura prawie zimowa;-) 

Aura prawie zimowa w drodze na start

Do startu - daleko. I wcale nie tak łatwo trafić – liczne dróżki zasypane śniegiem, niewydeptane i ciężkie do zidentyfikowania na mapie. 


Na starcie tłoczno - cykam sobie fotkę i lecę. Przez krzaki, na azymut do pierwszego PK. Dobiegając do lampionu widzę, że co niektórzy obiegli drogami. Cieniasy;-) Choć nie wiadomo, czy drogami nie byłoby szybciej… 

Kolejka do startu

Na PK 2 dłuuugaśny przebieg. Prawie tak długi jak na PK 5, tyle że w miarę po „czystym” lesie. Za to PK 3 bliziutko, prawie w zasięgu wzroku. 

PK 4 lekko mnie zakręcił – chwilkę szukałem dołka, nie tam gdzie trzeba. 

Teraz największe wyzwanie: na azymut, przez największe chaszcze na mapie do PK 5. Znowu zapomniałem, że czasami lepiej jest obiec drogami. Ale i tak problemem jest zlokalizowanie samotnego lampionu w mocno zielonej części mapy. Wprawdzie nie trafiam idealnie, ale szybko udaje się dojrzeć pomrańcz przebłyskujący wśród suchych badyli. 

Uff do PK 6 i PK 7 nie ma już zielonego. Zaczynają się za to górki. Możliwość sprawdzenia, czy czwartkowe bieganie Wesołych Górek daje efekty. Udaje się na wszystkie górki wbiec, a nie wejść! Zmęczony wybiegam z PK 7, trafiam na drogę i nią biegnę…. Tyle, że to nie ta droga którą biec powinienem. To efekt podbiegania – przy zbyt dużym wysiłku wyłącza się myślenie;-( Nie ma sensu wracać, biegnę dalej ciut naokoło, ale za to drogą. Docieram do lampionu z PK 8 na najwyższej górze w okolicy. To jakiś punkt zborny wszystkich orientalistów;-). Zwrot w tył i po własnych śladach wracam na PK 9. 

Na PK 10 jest prosto - drogą na górkę, a potem w prawo grzbietem i zaraz powinien być dołek z lampionem. Jest górka, skręcam w prawo, rozglądam się, dołka nie widać. Przebiegłem? Zawracam, dołki są, ale bez lampionów. Więc może jednak jestem za blisko? Miotam się niczym mucha w słoiku. Widzę lampion… sprawdzam kod - to PK 6! Przynajmniej wiem gdzie jestem. Wracam po śladach i znajduję lampion. Przebiegałem przez ten dołek na początku poszukiwań, ale lampionu nie widziałem! Tak już bywa gdy człowiek ślepy;-( 

Po takiej wtopie wiadomo, że dalej nie idzie. Na PK 11 znosi mnie i docieram na punkt przez PK 14. Dalej zaczyna dobrze żreć: PK 12, 13… Na PK 14 byłem wcześniej, więc teraz także dobrze trafiam. 

Do PK 15 daleko, ale bezpiecznie docieram do lampionu drogami, podobnie do PK 16. 

PK 17 jest znany - ten sam lampion co PK 5 (w tych największych chaszczach na Choszczówce!). Teraz trafiam niczym po sznurku - jakbym widział wyrysowaną na gruncie linię łączącą punkty. 

Do PK 18 przeprawa przez chaszcze. Na początku jest wydeptana w śniegu inostrada. Przy największej gęstwinie się rozmywa (jedni pobiegli z prawej, inni z lewej, a ci najbardziej zdesperowani przez środek krzaków). Ja omijam gęstwinę z prawej. Znajduję dołek, ale bez lampionu! Dobra – z mapy wynika, że lampion powinien być w kolejnym dołku, tyle że go tam także nie ma! Zajumali? Chwila konsternacji. Dostrzegam jakiś spacerowiczów idących ścieżką. Już wiem, zniosło mnie w prawo! Uff podbijam PK 18.

Na PK 19 już byłem (to samo co PK 4). Zostają dwa punkty do mety. Na PK 19 ruszam ścieżkami – niby las na mapie jest biały, ale jest poorany bruzdami i bieganie w ich poprzek jest mordęgą. Mam skręcić w którąś tam ścieżkę w prawo. Widzą jak konkurencja skręca, to ja także. Po chwili orientuję się, że to nie ta ścieżka, oni lecieli na moje PK 3! Tak to jest sugerować się innymi!
Nie mam ochoty skakać po tych bruzdach, więc wracam do głównej ścieżki i spokojnie dobiegam do PK 20. Dalej jak to w zimowych zawodach - wyraźna inostrada na azymut. Biegnę na PK 21 i spotykam tam tych, co mnie zwiedli przed PK 20. 

Do mety wszyscy ruszamy ścieżkami. Niby biegam szybciej, ale mam awersję do zielonego (meta jest znowu w zielonym), więc obiegam ile się da ścieżkami i na metę wpadam razem z konkurencją. 

Zostaje jeszcze zbieg do cywilizacji i sczytanie chipa. Wszystko jest OK. Uff kolejny trening zaliczony;-)


 

Pouczające Nocne Manewry SKPB.

Na Nocne Manewry można (w moim przypadku) nie iść tylko wtedy, kiedy się nie żyje. To, że od kilku miesięcy boli kolano i plecy, a kilkanaście dni przed imprezą dołącza ból kostki nie jest więc żadnym usprawiedliwieniem i iść trzeba. Tak więc nałykawszy się ketonalu i nasmarowawszy większą część człowieka voltarenem wyruszyłam na najdłuższą i najtrudniejszą trasę.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy - jak określił sam autor: pierwsza od startu do ogniska, druga od ogniska do mety. 
 
Pierwszy kontakt z mapą.
 
Bardzo mi się ta idea spodobała, szybko schowałam drugą mapę na potem i zajęliśmy się rozpracowywaniem pierwszej. Już na pierwszym punkcie wzięliśmy stowarzysza, ale nie miało to znaczenia, bo Tomek tym razem planował lajtowe przejście (do dziś nie wiem co mu się stało) i stwierdził, że bierzemy wszystko co się napatoczy, jeśli tylko choć trochę przypomina punkt kontrolny. Tak to ja lubię, a nie sprawdzanie dwie godziny czy lampion wiszący 50 metrów dalej nie jest czasem lepszy. 
Szło nam ze zmiennym szczęściem - raz stowarzysz, raz punkt właściwy, a czasem nic do niczego nie pasowało i wtedy to już naprawdę braliśmy, co było. 
 
PK 2.

W lesie było bardzo przyjemnie, cieszyłam się, że tam jestem, delektowałam się tym i było mi całkiem dobrze, zwłaszcza że mokre i zimne buty działały na kostkę niczym krioterapia, wyższe części załatwiała tabletka. 
 
Urokliwe okoliczności przyrody.
 
Do ogniska dotarłam nawet niezbyt zmęczona, ale z lekka zdegustowana problemami z dopasowaniem niektórych wycinków. Za to pełna nadziei, że druga mapa będzie łatwiejsza, bo wyglądała jak zwykła biegówka, czyli to, co znamy najlepiej.
Przy ognisku tradycyjnie kiełbaska, herbata, ciastko i ... znowu w drogę.
 
Ciepło i smacznie.
 
I tu proszę państwa sprawa się rypła. Pierwszego poogniskowego punktu szukaliśmy ponad godzinę i w końcu coś tam wzięliśmy, choć to coś do niczego nie było podobne. Nasz entuzjazm ulotnił się bezpowrotnie, mnie bolała już większa część człowieka, a dodatkowo rankiem czekała mnie trzystukilometrowa podróż. Decyzja mogła być tylko jedna - idziemy najkrótszą drogą do mety. Ponieważ po drodze mieliśmy dwa z kolejnych ośmiu punktów, więc zebraliśmy... jeden. Ale nic więcej. Nastrój zapanował ponury, bo też i tak źle nie było na żadnej edycji imprezy. I wiecie co się okazało? Te mapy to wcale nie były tak, jak mówił autor - do ogniska i od ogniska, tylko niektóre wycinki z jednej mapy trzeba było przypasować do drugiej i odwrotnie. Tak zostaliśmy zrobieni w konia. Nic dziwnego, że nic nam do niczego nie pasowało...
A i tak najgorsze nadeszło następnego dnia, te trzysta kilometrów od domu - kostka spuchła jak balonik i nie pozwalała się używać. I wciąż nie pozwala - już drugi miesiąc. 
 
Pamiętajcie więc dwie rzeczy:
1. nie należy wierzyć autorowi trasy,
2. nie należy nadużywać (a nawet w ogóle używać) bolących części ciała.
 
Summa summarum - Nocne Manewry to bardzo pouczająca impreza!