sobota, 14 stycznia 2023

Trochę wiosny w środku zimy;-)

Podobno 1 stycznia to środek zimy. Powinien być śnieg, lód, a nie bieganie w krótkim rękawku. Ale skoro „taki mamy klimat”… 

Po nocy sylwestrowej, przed Noworoczno-Bąbelkowym InO postanowiłem pobiegać na Dystansie Stołecznym. Jezioro Zapadliska, bunkry, pięknie przebieżne sosnowe lasy - ciężko było się temu oprzeć. 

Czekając na organizatora

Na starcie gęsto od oczekujących na organizatora, który „zaginął w lesie”. Wreszcie wyłonił się z lasu i zakomenderował ustawienie biura zawodów w miejscu, w którym nikt się nie spodziewał. 

Karol rozstawia biuro na górce

A uczestnicy czekają aż biuro się rozłoży

Dostałem mapę i w las. 

Lampion startowy

Jedynka, dwójka… długi przebieg do trójki i pierwszy „błąd”. No, może nie błąd tylko asekuracja i zamiast na kreskę przez jakiś młodnik ciut nadrobione drogą. Na szczęście dalej idzie lepiej. Wybiegłem chyba jako pierwszy na trasę, więc jest tak jak lubię – nikt mnie nie goni (w zasięgu wzroku), nie rozprasza. 

PK 8 - zaczynają się „wojskowe nasypy”. Do dziewiątki droga niby prosta – szukam „dziury w całym” przy jakiejś gęstwince. Nagle pojawia się droga. Jestem za daleko! Musiałem przebiec o „metr” od lampionu schowanego w owej dziurze;-( 

Od PK 17 zaczynają się bunkry. Zwykle tu najłatwiej o pomyłkę, bo wszędzie wokoło jakieś betonowe konstrukcje, a lampion raz „na dachu”, a raz na dole schowany w wejściu do podziemi. Ale udaje się, żadnej skuchy.

Na trasie

Pora na PK 22 - przy jeziorze Zapadliska. Długi przebieg drogą (tu wyprzedza mnie Marcin, ale to było do przewidzenia). Wbiegam na górkę nad brzegiem i rozglądam się za dołkiem. Nie widzę. Zniosło mnie? Szukam po prawej, ale tam nic nie ma. Słyszę kolejnego konkurenta. Zawracam i znajduję dołek z lampionem. Wybiegłem dokładnie na niego, ale widać „schował mi się za drzewem” - ech znowu strata;-( 

Okrążam jezioro goniąc Sławka, ale on biega szybciej. Tyle że PK 24 jest w takim specyficznym miejscu mapy, gdzie nic się nie zgadza. Pamiętam ten fakt z jakiś innych zawodów i wierzę tylko kompasowi, a nie ukształtowaniu terenu. Dzięki temu prawie doganiam konkurenta;-) 

Ostatnie PK to typowe punkty na szybkie bieganie. Tu już zostaję wyraźnie w tyle. Uff- sylwestrowy szampan wybiegany. Jeszcze sczytać się i „dokręcić” brakujące kilkaset metrów brakujących do pierwszych w tym roku 10 km. I biegusiem do domu, bo za chwilę organizujemy Noworoczno-Bąbelkowe InO 


 

Dystans Stołeczny czy Społeczny?

 

Jak zwał tak zwał, ale geneza imprezy sięga Tras na Czasy Zarazy (TNCZ), a że jedna literka inna… To już trzecia edycja tej imprezy – dokładnie w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Białobrzegi, tuż przy forcie Beniaminów - czyli miejsce obiegane już z każdej strony. Na starcie, pomimo kropiącego deszczu (taki mamy klimat..), całkiem sporo osób, które już nie mają siły siedzieć za stołem i pochłaniać kolejne porcje barszczyku, uszek czy śledzika… 

Do startu... GOTOWY!

Do startu daleko. Na tyle daleko, że można się porządnie zasapać. I nawet pomimo niezachęcającej prognozy pogody jakoś strasznie z chmur nie cieknie. Clear - pik - check - pik - start - pik i długa w krzaki. To już chyba jakaś taka świecka tradycja, że pierwszy PK budowniczowie zawsze robią na azymut przez krzaki. Pewno dlatego, że na starcie wszyscy jeszcze mają chęć biegania po czymkolwiek i przez cokolwiek. Dobrze, że jedynka blisko. Dwójka także. Zawsze w okolicach gdzie stał PK 1 i PK 2 miewam problemy nawigacyjne - czy to mapa nie oddaje dobre terenu, czy ja mam już po prostu jakiś uraz do tego fragmentu terenu. Tym razem tylko lekkie zawahania co do kierunku, choć na tak krótkim odcinku chluby to nie przynosi. Za to na PK 3 po kresce niczym Renata – muszę podtrzymywać jej tradycję biegania idealnie po kreskach;-) 

PK 3 z kodem klubowym - musiałem sobie zrobić fotkę!

No dobra, na czwórkę także po kresce - omijając jedynie doły i wgłębienia;-) Renata powinna być ze mnie dumna! 

Jestem dumny z tych przebiegów:-)

Dalej do PK 5 już drogami, bo nie ma sensu biegać przez młodniki. Minimalnie za wcześnie zacząłem szukać kopczyka… który okazał się dołkiem z kopczykiem po środku;-) 

Właściwie do PK 16 nuda: albo dobrze na azymut, albo sensownie obiegałem po drogach. Przy PK 16 znalazłem dołek bez lampionu, którego nie ma na mapie. Tak mi wychodziło, że lampion powinien być właśnie w tym wgłębieniu. Wręcz byłem pewien. Ale jako że mylić się rzecz ludzka, zacząłem szukać innego dołka, gdzie może budowniczy umieścił lampion. Znalazłem, podbiłem i poleciałem na PK 17. Gdy już widziałem lampion PK 17 dopadła mnie refleksja: na mapie jest jeszcze jeden dołek bardziej na północ – może podbiłem lampion w tym dołku, lampion z innym kodem niż powinienem? Bo żeby Karol aż o tyle metrów pomylił się z umieszczaniem lampionu? Prędzej podejrzewałem go o jakieś „lampiony stowarzyszone” na tyle blisko, by ludzie się mylili i mieli NKL. A ja podbijając lampion nie sprawdziłem jego kodu, więc mogę mieć NKL… Szybka decyzja – wracam sprawdzić kod. Uff, kod okazuje się właściwy, a ja straciłem dobre 3 minuty na powrót;-( 

To był właściwie jedyny emocjonujący moment tego biegania. Reszta PK wchodziła prawie idealnie – albo bieganie na azymut „na Renatę” albo sensowne obieganie drogami. Niestety ta 16-stka poskutkowała przegraną z moją standardową konkurencją, z którą rywalizuję na każdych zawodach. Na odreagowanie „dokręciłem” jeszcze brakujące kilkaset metrów do dychy, te wigilijne pierogi trzeba jakoś spalać;-) 


 

UrodzInO

Chwilami to już myślałam, że z UrodzInO będą nici. Początkiem grudnia dopadła nas grypa i remont kuchni, a dodatkowo ja mało ruchliwa z powodu nogi niewiele mogłam pomóc. Ale z Tomka to taki pomysłowy Dobromir, co potrafi zrobić w try miga coś z niczego i tuż przed siedemnastym impreza była gotowa. Wziął wykorzystywany już kiedyś teren niedaleko Zielonki, trochę dodał, trochę ujął, trochę zmienił i w efekcie wszystko było gotowe na czas. 
Start był dopiero od 17-tej, pod wiatą, w pełni klimatyzowany. Tej klimatyzacji trochę się obawiałam, bo zima akurat była pełnoobjawowa, ze śniegiem i mrozem. Brrrr...
 
Ciemno, śnieżno i zimno...
 
Sekretariat.
 
Tomek przyjmował życzenia urodzinowe i żelki, ja wydawałam karty startowe i naklejki, a uczestnicy powoli rozchodzili się po lesie z mapami w garści. Mapy to mimo braku czasu Tomek zrobił bajeranckie, bo w formie piłki (takiej do kopania, nie do cięcia), jako że akurat Mundial dobiegał końca i wszyscy czekali na mecz finałowy.
 
Mundialowe mapy.

Czekanie na uczestników powoli stawało się nudne. Nikt nowy już nie przybywał, wokół ciemno i co gorsza mróz zaczynał podszczypywać. Gdybym mogła biegać, to jakoś bym się w ruchu rozgrzała, ale ja ledwo łaziłam, bo noga wciąż napierniczała. Myśleliśmy, że chociaż Marcin, który ruszył pierwszy, wróci sporo przed końcem limitu, ale wykorzystał go do samego końca. Wreszcie jednak ludzie zaczęli wyłazić z krzaków, a kiedy cieszyłam się, że już wkrótce koniec - zjawił się Tomek G. Wyglądało na to, że noc spędzimy w lesie czekając na jego powrót, ale litościwie stwierdził, że nie potrzebuje na mecie komitetu powitalnego i spokojnie możemy się zbierać. Jeszcze tylko za jakiś czas telefonicznie potwierdziliśmy, że wrócił cały i zdrowy i UrodzInO można było uznać za zakończone.

niedziela, 8 stycznia 2023

Dziki Zakątek

Renata wypadła z wszelakich ruchowych aktywności i niestety muszę nadrabiać aktywności za dwoje. Tym razem padło na ZZK i trening na Choszczówce w „Dzikim Zakątku”. Dziki Zakątek kojarzy mi się z jakimś takim lokalem z dużym ogródkiem, parasolami gdzie kilka razy była już baza jakiś zawodów. Tym razem nietypowo… baza na „końcu ulicy, tuż przy stacji PKP”. Stolik, samochód i więcej nie trzeba, by zorganizować zawody. 

Baza jest "na końcu ulicy"

 Temperatura gdzieś koło zera, resztka śniegu, aura prawie zimowa;-) 

Aura prawie zimowa w drodze na start

Do startu - daleko. I wcale nie tak łatwo trafić – liczne dróżki zasypane śniegiem, niewydeptane i ciężkie do zidentyfikowania na mapie. 


Na starcie tłoczno - cykam sobie fotkę i lecę. Przez krzaki, na azymut do pierwszego PK. Dobiegając do lampionu widzę, że co niektórzy obiegli drogami. Cieniasy;-) Choć nie wiadomo, czy drogami nie byłoby szybciej… 

Kolejka do startu

Na PK 2 dłuuugaśny przebieg. Prawie tak długi jak na PK 5, tyle że w miarę po „czystym” lesie. Za to PK 3 bliziutko, prawie w zasięgu wzroku. 

PK 4 lekko mnie zakręcił – chwilkę szukałem dołka, nie tam gdzie trzeba. 

Teraz największe wyzwanie: na azymut, przez największe chaszcze na mapie do PK 5. Znowu zapomniałem, że czasami lepiej jest obiec drogami. Ale i tak problemem jest zlokalizowanie samotnego lampionu w mocno zielonej części mapy. Wprawdzie nie trafiam idealnie, ale szybko udaje się dojrzeć pomrańcz przebłyskujący wśród suchych badyli. 

Uff do PK 6 i PK 7 nie ma już zielonego. Zaczynają się za to górki. Możliwość sprawdzenia, czy czwartkowe bieganie Wesołych Górek daje efekty. Udaje się na wszystkie górki wbiec, a nie wejść! Zmęczony wybiegam z PK 7, trafiam na drogę i nią biegnę…. Tyle, że to nie ta droga którą biec powinienem. To efekt podbiegania – przy zbyt dużym wysiłku wyłącza się myślenie;-( Nie ma sensu wracać, biegnę dalej ciut naokoło, ale za to drogą. Docieram do lampionu z PK 8 na najwyższej górze w okolicy. To jakiś punkt zborny wszystkich orientalistów;-). Zwrot w tył i po własnych śladach wracam na PK 9. 

Na PK 10 jest prosto - drogą na górkę, a potem w prawo grzbietem i zaraz powinien być dołek z lampionem. Jest górka, skręcam w prawo, rozglądam się, dołka nie widać. Przebiegłem? Zawracam, dołki są, ale bez lampionów. Więc może jednak jestem za blisko? Miotam się niczym mucha w słoiku. Widzę lampion… sprawdzam kod - to PK 6! Przynajmniej wiem gdzie jestem. Wracam po śladach i znajduję lampion. Przebiegałem przez ten dołek na początku poszukiwań, ale lampionu nie widziałem! Tak już bywa gdy człowiek ślepy;-( 

Po takiej wtopie wiadomo, że dalej nie idzie. Na PK 11 znosi mnie i docieram na punkt przez PK 14. Dalej zaczyna dobrze żreć: PK 12, 13… Na PK 14 byłem wcześniej, więc teraz także dobrze trafiam. 

Do PK 15 daleko, ale bezpiecznie docieram do lampionu drogami, podobnie do PK 16. 

PK 17 jest znany - ten sam lampion co PK 5 (w tych największych chaszczach na Choszczówce!). Teraz trafiam niczym po sznurku - jakbym widział wyrysowaną na gruncie linię łączącą punkty. 

Do PK 18 przeprawa przez chaszcze. Na początku jest wydeptana w śniegu inostrada. Przy największej gęstwinie się rozmywa (jedni pobiegli z prawej, inni z lewej, a ci najbardziej zdesperowani przez środek krzaków). Ja omijam gęstwinę z prawej. Znajduję dołek, ale bez lampionu! Dobra – z mapy wynika, że lampion powinien być w kolejnym dołku, tyle że go tam także nie ma! Zajumali? Chwila konsternacji. Dostrzegam jakiś spacerowiczów idących ścieżką. Już wiem, zniosło mnie w prawo! Uff podbijam PK 18.

Na PK 19 już byłem (to samo co PK 4). Zostają dwa punkty do mety. Na PK 19 ruszam ścieżkami – niby las na mapie jest biały, ale jest poorany bruzdami i bieganie w ich poprzek jest mordęgą. Mam skręcić w którąś tam ścieżkę w prawo. Widzą jak konkurencja skręca, to ja także. Po chwili orientuję się, że to nie ta ścieżka, oni lecieli na moje PK 3! Tak to jest sugerować się innymi!
Nie mam ochoty skakać po tych bruzdach, więc wracam do głównej ścieżki i spokojnie dobiegam do PK 20. Dalej jak to w zimowych zawodach - wyraźna inostrada na azymut. Biegnę na PK 21 i spotykam tam tych, co mnie zwiedli przed PK 20. 

Do mety wszyscy ruszamy ścieżkami. Niby biegam szybciej, ale mam awersję do zielonego (meta jest znowu w zielonym), więc obiegam ile się da ścieżkami i na metę wpadam razem z konkurencją. 

Zostaje jeszcze zbieg do cywilizacji i sczytanie chipa. Wszystko jest OK. Uff kolejny trening zaliczony;-)


 

Pouczające Nocne Manewry SKPB.

Na Nocne Manewry można (w moim przypadku) nie iść tylko wtedy, kiedy się nie żyje. To, że od kilku miesięcy boli kolano i plecy, a kilkanaście dni przed imprezą dołącza ból kostki nie jest więc żadnym usprawiedliwieniem i iść trzeba. Tak więc nałykawszy się ketonalu i nasmarowawszy większą część człowieka voltarenem wyruszyłam na najdłuższą i najtrudniejszą trasę.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy - jak określił sam autor: pierwsza od startu do ogniska, druga od ogniska do mety. 
 
Pierwszy kontakt z mapą.
 
Bardzo mi się ta idea spodobała, szybko schowałam drugą mapę na potem i zajęliśmy się rozpracowywaniem pierwszej. Już na pierwszym punkcie wzięliśmy stowarzysza, ale nie miało to znaczenia, bo Tomek tym razem planował lajtowe przejście (do dziś nie wiem co mu się stało) i stwierdził, że bierzemy wszystko co się napatoczy, jeśli tylko choć trochę przypomina punkt kontrolny. Tak to ja lubię, a nie sprawdzanie dwie godziny czy lampion wiszący 50 metrów dalej nie jest czasem lepszy. 
Szło nam ze zmiennym szczęściem - raz stowarzysz, raz punkt właściwy, a czasem nic do niczego nie pasowało i wtedy to już naprawdę braliśmy, co było. 
 
PK 2.

W lesie było bardzo przyjemnie, cieszyłam się, że tam jestem, delektowałam się tym i było mi całkiem dobrze, zwłaszcza że mokre i zimne buty działały na kostkę niczym krioterapia, wyższe części załatwiała tabletka. 
 
Urokliwe okoliczności przyrody.
 
Do ogniska dotarłam nawet niezbyt zmęczona, ale z lekka zdegustowana problemami z dopasowaniem niektórych wycinków. Za to pełna nadziei, że druga mapa będzie łatwiejsza, bo wyglądała jak zwykła biegówka, czyli to, co znamy najlepiej.
Przy ognisku tradycyjnie kiełbaska, herbata, ciastko i ... znowu w drogę.
 
Ciepło i smacznie.
 
I tu proszę państwa sprawa się rypła. Pierwszego poogniskowego punktu szukaliśmy ponad godzinę i w końcu coś tam wzięliśmy, choć to coś do niczego nie było podobne. Nasz entuzjazm ulotnił się bezpowrotnie, mnie bolała już większa część człowieka, a dodatkowo rankiem czekała mnie trzystukilometrowa podróż. Decyzja mogła być tylko jedna - idziemy najkrótszą drogą do mety. Ponieważ po drodze mieliśmy dwa z kolejnych ośmiu punktów, więc zebraliśmy... jeden. Ale nic więcej. Nastrój zapanował ponury, bo też i tak źle nie było na żadnej edycji imprezy. I wiecie co się okazało? Te mapy to wcale nie były tak, jak mówił autor - do ogniska i od ogniska, tylko niektóre wycinki z jednej mapy trzeba było przypasować do drugiej i odwrotnie. Tak zostaliśmy zrobieni w konia. Nic dziwnego, że nic nam do niczego nie pasowało...
A i tak najgorsze nadeszło następnego dnia, te trzysta kilometrów od domu - kostka spuchła jak balonik i nie pozwalała się używać. I wciąż nie pozwala - już drugi miesiąc. 
 
Pamiętajcie więc dwie rzeczy:
1. nie należy wierzyć autorowi trasy,
2. nie należy nadużywać (a nawet w ogóle używać) bolących części ciała.
 
Summa summarum - Nocne Manewry to bardzo pouczająca impreza!

piątek, 25 listopada 2022

Zaczynamy ZZK!

Nie ma zmiłuj - nadchodzi zima, a najlepiej świadczy o tym rozpoczęcie Zimowych Zawodów Kontrolnych. Pierwszy etap odbył się w niedzielę w Jabłonnej. Dla nas był to też pierwszy dzień biegania w lekko zimowej scenerii, bo choć w sobotę również był śnieg, to nas nie było na bieganiu.

Rozgrzewka, czyli chwilę posiedzimy w ciepłym autku:-)

 
 A po rozgrzewce start.
 
Teren zawodów mieliśmy już obiegany wiele razy, więc stwierdziwszy, że jakoś to będzie ruszyłam na trasę bez ociągania się. Początek był miły, bo drogą, a potem tam, gdzie wszyscy. Hi, hi - z tych "wszystkich" których widziałam przed sobą z połowa wzięła mój punkt zamiast swojego, który stał kawałek dalej i był moją dwójką. Sprytnie to autor mapy rozegrał, sprytnie. Przy jedynce i dwójce nasypało mi się śniegu do butów i potem zaczęło się robić zimno w końcówki. Brrr... Więc jednak zima...
Trójka była o tyle łatwa, że po drodze mieliśmy płoty, więc można się było nimi kierować. Ja co prawda i tak przebiegłam swój punkt, ale na szczęście nie za dużo, bo wyhamował mnie widok drogi. Do czwórki trafiłam jak za startych dobrych czasów - na azymut, bez błądzenia. Aż się nawet z lekka zdziwiłam, bo ostatnio to tak różnie bywa. Z czwórki szybki myk na drogę i drogą już niemal na samiutką piątkę.
Kolejne punkty (aż do PK 10) - azymutowe - wchodziły bez problemu. Istna sielanka. Żeby tylko w nogi nie było tak zimno...
Z dziesiątki na jedenastkę można było już pobiec drogami, ale wyszło mi, że jednak azymut będzie lepszy, zwłaszcza, że po drodze nie było żadnych gęstwin, a wręcz przebieżny las i  otwarta przestrzeń. Za to do dwunastki prościutko dużą drogą z odbiciem na końcówce. Potem nawigację znowu ułatwiały liczne płoty i lekki problem miałam dopiero przy czternastce. Niby wiedziałam, że lampion ma być na zielonym, ale uparcie szłam brzegiem tego zielonego, licząc, że może wypatrzę coś pomarańczowego między drzewami. No, nie wypatrzyłam, za to doszłam do ścieżki, co było znakiem, że trzeba się wrócić. I tak to niby człowiek wie gdzie szukać, a i tak robi głupoty.
Na mecie byłam przed Tomkiem, ale on miał dłuższą trasę, więc wszystko prawidłowo. Potem jeszcze obowiązkowe rozciąganie i do domku grzać stare kości.

Rozciąganie - ważna sprawa!


 Mój przebieg.

czwartek, 17 listopada 2022

Varsoviada na otarcie łez.

W długi weekend wszystkie one sobie pojechały na GEZnO i wydawało się, że zostaniemy w filozoficznym nastroju (czyli z Nietzschem) i będziemy siedzieć na tyłku i zazdrościć tym, co pojechali. Na szczęście są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie i oni zrobili nam zawody ostatniej szansy, czyli BnO na Varsoviadzie. Tłumów nie było (bo tłumy wyjechały), studentów jak na lekarstwo, choć to ich impreza, więc było kameralnie i na luzie. W sumie to było tak kameralnie, że organizatorom nie opłacało się stawiać stacji bazowych i impreza odbyła się na perforatorach. Trochę się bałam, czy nie popełnię błędu i zamiast przedziurkować kartę, to machnę nią tylko przy lampionie, więc starałam się zachować czujność.
 
Hej, hej! To my:-)

Pierwsze spojrzenie na mapę.
 
Pierwszy punkt od razu był w lasku, kawałek za naszym zaparkowanym samochodem, ale oczywiście biegnąc, wcale samochodu nawet nie zauważyłam, tak byłam zaabsorbowana mapą. Dwójka przez lasek, na azymut, prawie po prostej, za to do trójki już postarałam się biec ścieżkami, bo jakoś mnie znudziły zarośla. Poza tym kolano dało mi lekkie ostrzeżenie, więc chciałam mu dostarczyć odrobiny luksusu. 
Czwórka blisko trójki, przy ogrodzeniu, za to do piątki daleko. Za czwórką przegonił mnie jakiś zawodnik i odruchowo przyspieszyłam, bo co mnie jakieś będą przeganiać. Po chwili dogonił (i przegonił) mnie Tomek, więc znowu przyspieszyłam. Prułam niczym rakieta i tuż przed piątką zdechłam. Do szóstki to już leciałam na rezerwie, a jak się skończyła droga, to wręcz szłam. Chyba przegapiłam ścieżkę, w którą planowałam wejść, bo ślad pokazuje, że jakoś trochę naokoło dobierałam się do tej szóstki. Grunt, że skutecznie. 
Siódemka weszła metodą: do drogi i od drogi, żeby nie azymucić długiego kawałka. Ósemkę obchodziłam dookoła, bo myślałam, że chaszcze za którymi miała stać, ciągną się jakoś obficiej, a potem okazało się, że to tylko złudzenie. Najważniejsze, że znalazłam. Dziewiątka i dziesiątka były już całkowicie ucywilizowane, pomiędzy budynkami, więc sprawa jasna i klarowna. Na ostatnim punkcie czekał Tomek i uwieczniał:

Ostatni punkt.
 
Jak uwiecznił to mobilizował do szybkiego biegu na metę, to znaczy biegł przede mną, a ja automatycznie usiłowałam go dogonić. Tym sposobem na metę dobiegłam wykończona, bo to w ogóle nie był mój dzień na bieganie (a który jest w ostatnim czasie...?) Ale i tak byłam zadowolona, bo zawsze to lepiej nawet byle jak pobiegać niż najefektowniej posiedzieć w domu. Nieprawdaż?

Meta.

Nasze czipy już sczytane:-)

 

 Mój przebieg.

środa, 9 listopada 2022

Podkurek, czyli nikt mi nie będzie mówił, kiedy mam wracać!

Na Podkurek zapisałam się na trasę 45-minutową. Tomek do ostatniej chwili namawiał mnie, żebym zmieniła na 60-minutową, ale nie dałam się przekonać. Najpierw w ogóle nie chciało mi się biegać, a potem pomyślałam, że przecież i tak spędzę w lesie tyle czasu, ile sama zechcę (i ani minuty mniej, ani więcej) i w sumie nieważne jak mnie sklasyfikują. Nie lubię scorelaufu czasowego, bo nigdy nie potrafię sobie dobrać trasy do czasu i albo wracam za szybko, albo się spóźniam. No to olałam klasyfikację.
Już na dzień dobry minutową stratę otrzymałam w bonusie wraz z mapą, bo stacja bazowa startu leżała przy wydawaniu map i bez mojej wiedzy rozpoczęła mi naliczanie czasu. A tu jeszcze trzeba było mapę spakować do koszulki, rozebrać się z wierzchnich warstw, ogarnąć emocjonalnie i dopiero ruszać. Mi to akurat niespecjalnie robiło, ale słyszałam, że inni nie byli zachwyceni kiedy im czas niespodziewanie ruszył. 
 
Kurna, co teraz???
 
Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam, że nie muszę zaliczać punktów w określonej kolejności i odruchowo ruszyłam na jedynkę. Potrzebna mi ta jedynka była jak dziura w moście, szczególnie, że nie mogłam jej namierzyć. Może i dlatego, że mapa była w innej skali niż się spodziewałam. Szukałam jej do spółki z Jackiem, który wystartował chwilę przede mną, ale w końcu się poddałam i postanowiłam wziąć czwórkę, bo była w miarę blisko i wyglądała na łatwą do namierzenia. W międzyczasie zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka i chwilę znowu mi zeszło na walce z nim, szczególnie, że skubaniec nie mógł namierzyć satelity. Czwórkę zgarnęłam łatwo i z przykrością skonstatowałam, że warta jest tylko jeden punkcik. Trzeba było ruszyć gdzieś dalej. Wybrałam ósemkę, bo można było do niej dobiec drogą i wyglądała na prostą, no i była warta już 2 punkty. Trzymając się dalej drogi zaliczyłam dwunastkę za 3 punkty, a potem piętnastkę za 4. Nie bardzo wiedziałam co robić dalej. W pierwszej chwili chciałam pobiec na wschód, ale zniechęciły mnie duże niebieskie obszary, bo a nóż widelec rzeczywiście będzie tam mokro... Nie, wschód nie był dobry. Postanowiłam więc zaszaleć i wziąć osiemnastkę za 5 punktów.  Tak mi się trochę zaczęło wydawać, że w limicie to raczej się nie zmieszczę biegnąc tak daleko, ale co tam limity - nikt mnie nie będzie żadnymi limitami ograniczał. A poza tym nie popatrzyłam na zegarek ruszając, więc i tak nie wiedziałam dokładnie ile czasu już zużyłam.
Po osiemnastce planowałam wziąć czternastkę, ale nie azymutem, tylko wygodnie ścieżkami i drogą. Rezygnacja z azymutu była moją najmądrzejszą decyzją tego dnia, bo ktoś przestawił punkt i stał tuż przy drodze, którą biegłam. Co prawda byłam z lekka zszokowana widząc czternastkę w tym miejscu, bo chyba nawet najgłupsza jełopa nie ustawiłaby punktu tak idiotycznie w stosunku do tego, co miałam na mapie, no ale skoro był, kod się zgadzał, to podbiłam i poleciałam dalej. W zasadzie to powinnam już biec jak najszybciej na metę, ale po drodze zaliczyłam jeszcze jedenastkę, a przed siódemką ledwo się powstrzymałam. Kawałeczek przed metą jeszcze mignął mi w lesie jakiś lampion, a ponieważ mogła to być tylko jedynka, więc postanowiłam jej nie odpuścić, szczególnie, że miałam z nią porachunki z początku trasy. Spod jedynki było już widać bazę, więc do mety było blisko. 
Po sczytaniu czipa okazało się, że przekroczyłam i limit 45-minutowy i 60-minutowy, ale kij mu w oko, hak mu w smak - fajnie było, to zostałam ciut dłużej. Gdybym wiedziała, że Tomek nie wystartował zaraz po mnie i muszę na niego czekać, to pewnie jeszcze dłużej zabawiłabym w lesie.

Po biegu.
 
Po części biegowej przewidziane były jeszcze inne atrakcje - ognisko, rzut jajem, podsumowanie sezonu w BnO, ciasto, kiełbasa i te sprawy. Niestety, musielibyśmy na to wszystko czekać ponad godzinę, a nie bardzo mieliśmy czas, więc wszystko nas ominęło. Może następnym razem...


Początek trasy dorysowany tak mniej więcej - pewno bardziej błądziłam szukając jedynki.

niedziela, 6 listopada 2022

Wesoły Helloween

Kiedyś już pisałem, że z orientacji najbardziej lubię rogaining. Nie dość, że można się umęczyć, to ciągle trzeba myśleć i układać strategię. Układać i na bieżąco modyfikować, a bo to teren nie zgadza się z przewidywaniami, albo nasze siły są inne niż się myślało. 

Biuro zawodów - wiaty w Wesołej

W poniedziałek halloweenowy nadszedł czas na dwugodzinny nocny rogainig – oczywiście o nazwie (jak można się domyślić) Halloween-O. Wesoła, wiaty przy urzędzie dzielnicy. Miejsce znane zarówno z WesolInO, ZPKów i innych imprez. Raczej kameralnie – choć tras do wyboru 4 (2 sportowe i dwie turystyczne). Start po zmroku, czyli gdzieś od 17:30. Ja postanowiłem ruszyć dość wcześnie, bo w planach miałem jeszcze poniedziałkowe bieganie z Rembertów Team. 

Na starcie czekała nas pewna pułapka. Nie wiem kto projektował te wiaty, ale co chwila ktoś przydzwaniał głową w daszek znajdujący się na dość absurdalnej wysokości – właśnie takiej by nabić sobie guza. Ciekawe czy ktoś zliczał osoby poszkodowane? Znam te wiaty i udało mi się uniknąć przyjemności zderzenia z daszkiem. 

Ja i morderczy daszek;-)

Chwila przygotowań i ruszyłem. Najbardziej wartościowe punkty w czterech rogach mapy (dwustronnej). Największe zagęszczenie punktów na wschodzie i południu. Fragment na północnym zachodzie „odseparowany” od reszty lasów. Chwila szybkiego zmóżdżenia i decyduję – zaczynam od północnego zachodu. Czemu tam? Bo tak się nastawiłem przed startem. Pewno gdybym dobrze pogłówkował, mógłbym ominąć PK 11, ale takie punkty są dobre „na wejście w mapę”. 

Przy PK 11 światełka – tych z tras turystyczny i jakaś konkurencja. Przy PK 52 śmiga mi Marcin Krasuski, ale on ma prawo śmigać;-) 

Dobrze, że lampiony mają odblaski i są dobrze widoczne z daleka, bo azymut mnie troszkę znosi raz w prawo, raz w lewo. 

Przy pierwszej siódemce (PK 73) daję ciała. Za wcześnie szukam lampionu. W nocy łatwo przeoczyć właściwy zakręt ścieżki i szukać nie tam, gdzie trzeba. 

Z PK 54 postanawiam biec na PK 32. Nie podoba mi się ścieżka, którą biegnę – pamiętam, że mapa tam nie oddaje dobrze wszystkich ścieżek. Zbiegam ze ścieżki w dół, trochę na azymut, trochę na wyczucie. Powinno być ogrodzenie, wydaje mi się, że już je minąłem. Jest droga, skrzyżowanie w literkę T, szukam dołku z lampionem. Lipa. Nie ma dołka, a tym bardziej nie ma lampionu. Chwila myślenia – wiem gdzie jestem. Znacząco za wcześnie! Nie opłaca mi się lecieć na PK 32 – lecę dalej na PK 63. 

Potem już bez przygód zawracam w stronę startu po PK 22 i PK 51. Pewno mógłbym je brać pod koniec, ale liczę, że uda się wrócić z ostatniego wycinka bardziej na północ. 

PK 23, 53, 62…. Warto jeszcze w drodze na drugą siódemkę, zgarnąć PK 42. Najkrótsza droga – pomiędzy dwoma terenami zabudowanymi i ogrodzonymi. Wbiegam… niestety mapa sobie, a teren sobie. W rzeczywistości obie zabudowane enklawy połączyły się i ogrodziły siatką. Pewno bym forsował siatkę górą, ale groźnie szczekający pies mnie zniechęca. Wracam i naokoło lecę do PK 42. 

Za chwilę mam drugą siódemkę. Niedaleko jest trzecia. Przez PK 24, drogą gdzie biegamy czwartkowe trialowe górki, lecę na PK 65. Trochę nieoptymalnie, bo nie dostrzegłem ścieżki prowadzącą pod wydmą, ale za to lepszą, szerszą drogą. 

Czas zaczyna się kończyć – postanawiam jeszcze lecieć na PK 72. Po drodze mijam jakieś żądne wrażeń dzieciaki włóczące się w halloween po ciemnym lesie. Zostało jeszcze 27 minut do końca i robię kolejnego babola. Szukam PK 72 ścieżkę za wcześnie. Prawie 5 minut w plecy. Gdy wybiegam z PK 72 zostaje mi 20 minut i 2 km w linii prostej do mety. Gdybym chciał lecieć na ostatnią siódemkę, to wyszłoby prawie 4 km. Nie da rady! Wracam więc bezpiecznie do mety przez PK 33, obok podbitych wcześniej PK 23 i 51. Mam zapas ok. 4 minut. 

Karta startowa

Pewno dałbym radę podbić jeszcze PK 12, ale byłoby to na styk z czasem. Gdyby nie te wpadki przy siódemkach i przy PK 32 miałbym dodatkowe 10-15 minut czasu i na pewno wynik byłby lepszy. Ale Orientacja to walka z błędami. Gdyby ich nie było, było by nudno – ot, takie zwykłe bieganie;-)