środa, 1 stycznia 2025

X Puchar Bielan... w Dąbkowiźnie (Etap 2 nocny)

Lubię biegać nocą. Ale nie sprinty, tylko takie „normalne” biegi. Pewno dlatego, że mój pierwszy start w orientacji właśnie był nocny. I nie lubię tłoku, startów masowych. Tylko ja , las, moje światło, a inne to najwyżej gdzieś w oddali, na granicy zasięgu wzroku. 

Drugi etap Pucharu Bielan – Dąbkowizna „od drugiej strony” niż etap dzienny. Bez Renaty, bo ona nocy nie lubi. 

Centrum zawodów - tuż przy przejeździe kolejowym
Start – trudny, bo po terenie wycinki – „kłody rzucone pod nogi” przez leśników. I falstart, bo znowu nie odbiłem checka i musiałem wracać po pierwszym PK;-( 

Start - widać po czym trzeba było "biegać"

PK 1 i PK 2 to mozolne przedzieranie się przez zrąbane gałęzie, dopiero gdzieś koło PK 3 zaczęło się polepszać. Pełne skupienie i bieg praktycznie po kresce, zupełnie „jak Renata”! Może nie za szybko, ale skutecznie. 

Dopiero przy PK 5 pierwsze lekkie zboczenie z azymutu, ale miałem jak odbić się ze ścieżki. I niestety kolejny PK 6 - tu już większa skucha – zniosło mnie na sąsiednie wzniesienie, ale po nocy wszystkie wydmy wyglądają tak samo:-) 

Poszukiwania PK6 - lampionu z PK19 wcale nie widziałem!
Skoncentrowałem się i na kolejny PK udało się już trafić bezbłędnie. Uskrzydlony sukcesem na PK 8 postanowiłem pobiec wygodnie drogą. Znalazłem drogę, górka po lewej zanikła, skrzyżowanie ścieżek, odbijam w lewo i brak lampionu. Jakieś dołki, ale za blisko i jakoś ich za mało. Szukam, krążę, wreszcie dochodzę do wniosku, że muszę być za blisko. Widać zabrakło na mapie jednej ścieżki… Teraz wiem co robić dalej i po chwili docieram do PK 8. 

Wkraczam na fragment mapy do tej pory nieużywany w zawodach. Jedna długa wydma i dwie porządne drogi. Ciężko się zgubić i szybko znajduję PK 9, PK 10, PK 11 i PK 12. 

Ostatni na tym fragmencie mapy PK 13 znowu na wydmie , niedaleko PK 9. Wyznaczam azymut, dobiegam do wydmy i tu nie ufając igle kompasu tylko wydmie, którą widzę w świetle czołówki skręcam w lewo. Okazuje się, że to był błąd: docieram prawie do PK 9 gdy orientuję się w swojej pomyłce. Ale wiadomo – trzynastka ma prawo być pechowa. 

Tu doganiają mnie jacyś inni szybkobiegacze i można powiedzieć, że w tłumie lecę dalej. No, może na końcu tłumu, bo jednak szybkobiegacze (jak mówi sama nazwa) biegają szybciej. PK 15, 16, 17 – prawie dobrze, choć nawigacja w tłumie nigdy nie jest tak dokładna jak trzeba. 

Czas na PK 19. Na azymut. Staram się patrzeć na ukształtowanie terenu: biegnę lewym zboczem wydmy, potem jakaś niecka, przebicie się przez grzbiet i powinien być lampion. Ale lampionu nie ma. Także nie do końca zgadza się kształt wydmy. Szukam lampionu koło karpy, kręcę się… nic. Kolejna karpa i dostrzegam lampion – sprawdzam kod. Jestem przy PK 6! Zniosło mnie! Teraz już dokładnie na azymut odnajduję właściwe miejsce. Jeszcze chwilę szukam lampionu, bo jest sprytnie ukryty w jakiś zaroślach. Z tego co później widzę w wynikach, PK 19 był kilerem dla sporej grupy uczestników. Także PK 20 dał się we znaki, bo był to ciężki do namierzenia dołek „pośrodku niczego”.

PK19 - po raz drugi miotam się pomiędzy PK6 i PK19

 
Na analizie widać ilu osobom PK19 (lub PK20) sprawiły kłopoty

Skupiam się na kompasie i pozostałe PK odnajduję już bezbłędnie. Po kresce praktycznie. Z jednym małym wyjątkiem – lampionem mety, który był schowany sprytnie za drzewem na skraju niewielkiej wydmy – praktycznie wszyscy go przebiegali i dopiero spojrzenie w tył pozwalało dostrzec odblask lampionu. 

Ja i meta w tle;-)
 Pomimo tych kilku błędów wynik nie był najgorszy – sporo dobrych zawodników zaliczyło znacznie większe wpadki w lesie niż ja. Jeszcze trochę popracować nad zaufaniem do kompasu i będzie dobrze. 

Jest jednak jeden feler – postanowiłem wypróbować nowe buty, które znalazłem pod choinką. Pomimo uznanej marki, z którą do tej pory nie miałem kłopotów – zakończyło się to porządnym obtarciem pięty. I to pod koniec etapu. Czy to dodatkowe kilometry: falstart, poszukiwanie PK 19, czy może złe zasznurowanie – w każdym razie będę cierpiał katusze na następnych etapach – szczególnie kiepsko może być na 3-godzinnym rogainingu… 


 

 

Puchar Bielan - E 1, czyli łatwa nawigacja i zbyt wolne nogi.

Żeby stary rok zakończyć mocnym akcentem, zapisaliśmy się na pięciodniowy Puchar Bielan. To znaczy - Tomek na pięciodniowy, a ja tylko na etapy dzienne, więc wyszły trzy dni. Ale też nieźle jak na mnie.
Etap pierwszy na mapie Dąbkowizna. Ja dość zachowawczo (ale rozsądnie) wybrałam kategorię Maniak, Tomek - jak zawsze chojrak - wybrał Chojraka.
Chociaż start był niedaleko biura zawodów, to organizatorzy wyznakowali dojście wstążkami, ale myślę, że tylko po to, żeby pochwalić się jakie mają śliczne znaczniki. W sumie się nie dziwię, bo byłam pod wrażeniem.

Dla mnie - bomba!
 
Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza, Tomek chwilę po mnie.

Start.
 
Do PK 1 planowałam biec ścieżkami, ale las wyglądał tak zachęcająco, że jednak skusiłam się  na azymut i poleciałam po kresce. Pierwsze punkty mieliśmy różne, ale ponieważ Tomek przebiegał koło mojej jedynki, to załapałam się na fotkę przy lampionie.

PK 1 
 
Między jedynką a dwójką na mapie było trochę zielonego, więc tu już skorzystałam ze ścieżek i to była dobra opcja. Trójki zaczęłam szukać ciut za wcześnie i w efekcie musiałam zaglądać do wielu dołów, zanim natrafiłam na właściwy, ale tym sposobem wykazałam się pracowitością

PK 3
 
Od trójki szło idealnie, punkty były łatwe i w sumie tylko moje tempo było przeszkodą w wygraniu tych zawodów:-) Przed dziewiątką ciut mnie ściągnęło w lewo, ale nie było to żadną przeszkodą w znalezieniu puntu. Tylko do dziesiątki pobiegłam trochę głupio, bo zamiast brać ogrodzenie od północy, to wzięłam je od południa, przy czym nie dość, że ciut nadłożyłam, to jeszcze musiałam biec po ornym polu, co nie było łatwe, bo ziemia lepiła mi się do butów. Dzielnie biegłam cały czas, bo nagle zrobiło mi się głupio, że taki beznadziejny wariant wybrałam i chciałam jak najszybciej stamtąd zniknąć.

PK 9 i PK 10
 
Dalej znowu szło po kreskach, ale po dwunastce celowo ominęłam szczyt wydmy i zeszłam z kreski, bo już nie czułam się na siłach wspinać tylko po to, żeby za chwile złazić po drugiej stronie. Tak, że odchył  widoczny na śladzie jest celowy i planowany. Żeby nie było.

PK 12-13
 
Po trzynastce już tylko meta przy drodze, więc łatwo. Wynik? Jak zawsze słaby - piąte miejsce na siedem osób w kategorii, ale za to bardzo miło spędzony czas i świetny relaks. I o to chodzi.

Cała trasa.

wtorek, 24 grudnia 2024

Zwałka czyli trening u Alexa i Piotra

Kolejny trening u Alexa i tym razem jeszcze Piotra. Miejsce mało typowe – Marki. Niestety, zawody mistrzowskie w 2025 wyłączyły zbyt wiele terenów z biegania. Nie wiem czym się kierował team 360 wyłączając okolice, które i tak wszyscy dobrze znają i to po terminie, gdy inne zawody były tu zaplanowane. Jeszcze jakby to były jakieś „tajne” tereny, ale powiedzenie „Falenica orientacji” o czymś świadczy – tu biega się na pamięć! 

Wracając do Marek – tern stanowczo nieciekawy. Dawna góra wysypiska, troszkę lasu i terenów otwartych, ale nierównych i porośniętym jakimiś wysokimi habaziami. Zapisanych cała masa osób – jak to przed świętami. 

Start dość "mokry"
Start w kałuży. No, prawie. W każdym razie błotnisty. Pierwszy PK niedaleko, oczywiście w krzakach, w dole pełnym śmieci. 

Drugi PK przy jakimś płocie – jedyny sensowny dobieg – asfalt, bo cały teren po linii prostej pełny zielonych kresek i brązowych kropek. Do PK2 praktycznie biegnę przez PK3 więc muszę się cofnąć - znowu asfalt. 

PK 4 za górą śmieci. Można tam po raz trzeci asfaltem lub przez górę. Ile można biegać tym asfaltem w tę i we w tę – dla odmiany wybieram drogę pod górę. Stromo i … wysokie porosty. Może nie jakieś straszne, ale biegać mało się daje. Góra daje mi w kość. 

Do PK 5 staram się drogami, ale do PK 5 trzeba już lecieć przez ten otwarty, nierówny i porośnięty wysokimi trawami teren. Nie jest łatwo. Wreszcie wykończony dopadam lasu i drogi biegnącej skrajem. Z mapy wychodzi mi, że mam biec w prawo, do skrzyżowania. Biegnę. Przegania mnie jakiś szybkonogi biegacz. Dobiegam do skrzyżowania i mi nie pasuje. Ale nic skręcam w lewo. Po chwili coraz bardziej mi nie pasuje. Asfalt? Płyty betonowe? Gdzie ja jestem? Po chwili odkrywam, że wybiegłem z tych traw za bardzo na północ i powinienem biec w lewo zamiast w prawo. Ale już wiem gdzie jestem i znajduję PK 6.

Jakoś tak moje ostatnie starty mają sporo wspólnego z epickimi tragediami. Tu tragedia zaczyna się na PK 7. Niby nic trudnego: przy płocie, dziura w ziemi z wodą (lub szuwarami) i na jej początku lampion. Tyle że dziur jest wiele. A lampionu nie dostrzegam z mojej strony. Biegnę dalej, ale dziur już nie ma więcej. Wracam się więc i wreszcie znajduję lampion. Wrrr 

PK 8 w zabudowie – jakieś ogródki, taka slumsowa zabudowa. Psy szczekają, tubylcy wyciągają grabie i motyki by pogonić obcych. Szybko się wycofuję i dobiegam do PK z drugiej strony. 

Kolejne kilka punktów – na spokojnie. Tyle, że powoli, bo teren zakrzaczony. Znowu jakiś szybkobiegacz mnie bierze wrrr. 

Do PK 15 znowu przebijam się przez tę „łąkę” na środku mapy. Po raz drugi. Tym razem zgodnie z kierunkiem bruzd, więc idzie ciut sprawniej.
Do PK 16 znosi mnie w prawo. Gdy znajduję lampion, ustawiam kompas na PK 17 i… ruszam w przeciwną stronę. Oj, takie pomylenie południa z północą;-) Zawracam i staram się ominąć moją ukochaną łąkę. Niestety, do PK 18 ominąć się jej nie da…. 

Typowy PK (17) w dołku pełnym śmieci. Skoro zwałka to śmieci być muszą!
Na drodze z PK 18 do PK 19 widzę na mapie płot nie do przebycia. Postanawiam obiec naokoło jeziorka drogami. Tu wyprzedza mnie spacerowicz w seledynowym, co przedarł się przez płot… 

Ruszam z kopyta na PK 20. I co z tego, że z kopyta skoro przestaje mi się coś zgadzać teren? Dłuższą chwilę miotam się bezradny zanim docieram we właściwe miejsce. 

Zostaje już ostatni PK i meta. Drogami na szczęście. Co tu dużo mówić kolejna „porażka”, coś nie mam szczęścia do Alexa. 

W tle zwałka
No dobra, tu można zwalić wszystko na śmieci. Bo teren nieprzyjemny do biegania. Nierówny, pełen odpadów, kup gruzu, zdziczałych zarośli i normalnych śmieci upychanych po lesie. I tak dobrze, że mamy zimę, bo w lecie to byłaby już masakra przebijać się przez te krzaki… 


 

 

niedziela, 22 grudnia 2024

Noc trwająca dłużej niż powinna czyli 360 Wariantów #5

360 Wariantów to cykl biegów nocnych. Do tej pory trafiałem na edycje miejskie lub prawie miejskie. Tym razem nadszedł czas na zawody w pełni leśne. Las niby znany – Las Sobieskiego. Tyle że to ten kawałek, w którym nic nie ma poza krzakami. Nawet za dnia ciężko trafić na dołek ukryty w gęstwinie dla dzików….. Ale trasa niedługa (6,43km) więc powinno dać się przeżyć – tak myślałem jadąc na start. 

Jak się cieszą organizatorzy z ustawienia PK w lesie...
Na starcie cisza i spokój – jeszcze niewiele osób przybyło do Wesołej. Dopełniłem formalności i ruszyłem na start oddalony o ponad 100 metrów. Znalazłem clear i pobiegłem po mapę. Po chwili ruszyłem. Pognałem ścieżką w kierunku PK 1, potem skręciłem w lewo i po chwili wbiłem się w krzaki szukając dołka z lampionem. No cóż, była granica kultur, nawet był jakiś dołek bez lampionu. Rozpocząłem krążenie w poszukiwaniu celu. Wokoło przybywało światełek krążących podobnie jak ja bez celu, a niby w jego poszukiwaniu;-) W moich poszukiwaniach cofnąłem się prawie do drogi i dzięki charakterystycznej górce i dołkom namierzyłem się na PK 1. Tyle, że chip coś nie chciał zapikać jak powinien. Uświadomiłem sobie, że nie odbiłem checka, a może nawet i startu. Nie zostało mi nic innego jak zrobić zwrot w tył i wrócić na start. Tak nadrobiłem 1400 m – dobra, powiedzmy, że to rozgrzewka. 

Tym razem dokładnie robiąc clear/check/start ruszyłem znowu w trasę. „Wściekłość zaślepiła mnie” jak to się mówi i ruszyłem nie tą ścieżką co trzeba. Oczywiście nie zadawałem sobie z tego sprawy, tylko dziwiłem się lekko, czemu ta ścieżka jest taka „niewyraźna” w terenie i ginie gdzieś w krzakach prowadząc w niezbyt właściwym kierunku. Nie było już sensu po raz trzeci wracać się na start, więc obrałem azymut i ruszyłem przez krzaki. Azymut jak to azymut – w efekcie w krzaki z dołkiem PK 1 wbiłem się za wcześnie, choć wydawało mi się że jestem w dobrym miejscu. Chwila szukania (znowu w doborowym towarzystwie), ale wreszcie dostrzegłem znajome wgłębienie z lampionem. 

No zapowiada się nieźle – jeśli każdego lampionu będę tyle szukał… 

PK 2 przebiegłem, bo mnie coś zniosło na prawo, dlatego dalej ruszyłem ścieżką. Wkroczyłem na obszar scorelaufu. Nie wiem czy wybrałem wariant optymalny, ale wolałem taki, gdzie łatwo się namierzyć z charakterystycznego miejsca na lampion. Najpierw wbiegam na górę po PK 71, potem już bezpiecznie ścieżką na PK 42, a potem 73. Dalej trzymając się ścieżek do PK 74. PK 75 na azymut. Trafiłem idealnie, choć sam lampion stał „na niczym” – jakaś górka, która w terenie po nocy jest niezauważalna. Także na PK 76 trafiłem bez problemu. Poczułem się uskrzydlony. PK 42 i PK 44 umocniły mnie w moim samozadowoleniu. Jedyny zgrzyt to kolejność zaliczania PK – na początku spojrzałem, że „wylot” ze scorelaufu jest na dole mapy, ale jak spojrzałem dokładniej był to DRUGI wylot ze scorelaufua. Tak drugi, bo wredny budowniczy wymyślił, że scorelauf przebiegniemy dwa razy: raz pomiędzy PK 2 a PK 12, a drugi pomiędzy PK 17 a PK 27. To co na mapie wziąłem za „wylot” ze scorealfa to był PK 17… Słowem trochę nadrobiłem kilometrażu, ale za to porządną drogą. 

Do PK 12 starałem się biec jak najdalej drogą, a potem przebieżnym (w/g mapy) lasem. Wiadomo – w świetle latarek prawie każdy las jest nieprzebieżny, a na tej mapie „białe” nie oznacza braku zarośli – są po prostu ciut mniejsze;-) W każdym razie na PK 12 trafiłem bezbłędnie, co mnie aż zdziwiło. Skoro tak, to PK 13 powinno być łatwizną. Pamiętam te dołki z jakiegoś Teamowgo biegania- za dnia szukało się dość długo. Ale co tam, jestem mistrzem kompasu! Idę, lezę, przedzieram się przez krzaki zapatrzony w kompas. Odległość jest, ale nie ma nic, co by zwiastowało obecność punktu, albo choć mniej zielonego koloru na mapie. Nic z tego. Zrezygnowany obieram azymut na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja!) zresztą tam są jakieś światełka. W najgorszym razie dotrę na PK 1 i z niego się namierzę. Wcześniej spotykam grupę poszukujących mojej trzynastki – oni wskazują zupełnie inny kierunek gdzie ich zdaniem może ukrywać się lampion. Oczywiście błędny;-). Wpadam na dołek, jeden, drugi, trzeci, sprawdzam na mapie jest takie miejsce, całkiem niedaleko od PK 13! Jestem w domu! Za chwile mam poszukiwany lampion! 

PK 14 jest niedaleko, ale znowu w środku zielonego. Znowu się przedzieram, lezę, chaszczuję. Napotykam jakiś dołek bez lampionu. Nie ma na mapie żadnych innych dołków w okolicy gdzie powinienem być. Jestem trochę zdezorientowany. Idę przed siebie – najwyżej odmierzę się od ścieżki. Trafiam na kolejne dołki – o takie coś jest na mapie! Znajduję wreszcie PK 14. 

Teraz musi być lepiej. Biegnę na kolejny PK 15. I na koniec znowu go nie znajduję. Jakiś tramwaj z psami czesze teren wokoło. Wiadomo, tramwaj szybciej przeczesz teren i oni znajdują. Stanowczo koniec biegania na azymut! Na szczęście PK 16 i PK 17 są przy drogach. Po raz dugi wbiegam na scorelauf. Powinno być łatwiej, bo raz już to przebiegałem. Zaliczam po kolei PK 43, 44, 73, 74, 77 praktycznie drogami. Na PK 75 niewielki odcinek na azymut – jakieś 150 m. I tu zaczyna się tragedia godna pióra Szekspira. 

Oczywiście nie znajduję lampionu. Ze śladu wynika, że przebiegłem 10 m od niego. Pewno z tej strony akurat odblask był niewidoczny. W każdym razie przebiegłem i po chwili poszukiwań ruszyłem na PK 76, by z niego precyzyjnie odmierzyć się na poszukiwany lampion. Odmierzałem się precyzyjnie, ale cóż z tego – nie trafiłem. Im bardziej szukałem lampionu, tym bardziej nie mogłem go znaleźć. Chwilami miałem wizję, że zostanę w tym lesie, aż organizatorzy przyjdą zbierać lampiony i wtedy mnie uratują…. Potem jeszcze raz wróciłem na PK 76 i po raz kolejny próbowałem się bezskutecznie namierzyć. Wreszcie zbiegł ktoś z góry (z PK 71) i jakoś wspólnie znaleźliśmy lampion. 

Poszukiwanie PK 75 (ten drugi scorelauf)
Zniechęcony pobiegłem dalej. Asekuracyjnie. 

Przy PK 28 spotkałem Malwinę. Ona jakoś tak wystartowała chwilę po mnie (tzn. po moim drugim starcie). Była zdziwiona trudnością trasy (podobnie jak i ja, choć może to nie trudność trasy, tylko marny zawodnik ze mnie:-). Oj, marny będzie mój wynik. Razem dobiegliśmy do mety, którą także chwilkę trzeba było szukać. 

Z falstartem, z nominalnych 6,3 km wyszło mi… ponad 12. Aż strach pomyśleć co wyszło by mi z trasy dłuższej np. 9-cio kilometrowej;-) 


 

 

Ostatnia 5-tka - czyli UrodzInO

UrodzInO to już taka Nowa Świecka Tradycja – zawsze 17 grudnia i już od wielu lat. Zawsze gdzieś koło Zielonki. Jak do tej pory, to „koło Zielonki” wiązało się z możliwością dojechania komunikacją miejską ZTM, co de facto Zielonkę wykluczało;-) 

Nawiązując do pierwszej edycji UrodzInO, gdzie mapy były serwowane w postaci kawałków tortu  znów chciałem zrobić mapy 3D. Niestety, przygotowanie takich map zajmuje strasznie dużo czasu, a tego jak zwykle w grudniu jest zawsze deficyt. Miały być i inne efekty specjalne – w pełni zautomatyzowany system potwierdzania i liczenia wyników, ale tu, pomimo prób, zabrakło czasu zupełnie. 

Odnowiłem starą mapę okolic Zielonki, właściwie na nowo ją narysowałem, uaktualniłem – zostało przygotować punkty i te sprawy. I oczywiście opanować technologię tworzenia map 3D. Drukarką 3D nie dysponuję, więc zostały sposoby raczej chałupnicze. Teraz wiem, że szeroko reklamowane w internecie klejownice na gorąco nie są wcale takie genialne – klej taki trzyma przez jakiś czas (godzinę?, dzień?), a potem wszystko się rozpada. W każdym razie przygotowałem mapy trójwymiarowe, a w ostatniej chwili zdobyłem jeszcze prawdziwy lampion, świecący - do powieszenia w lesie (zainspirowała mnie sowa z Warszawskiej Mili). 

tak wyglądała mapa
Nadszedł 17 grudnia. Zgłoszone 20 osób, czyli ciut mniej niż ostatnio - w tym roku wypadł środek tygodnia. Cały dzień padało i wiało, by wypogodzić się na wieczór. Lampiony powieszone, jeszcze ostatnie szlify – lampion na dojściówkę i ten świecący na stowarzyszu najbliższego PK. Gdy dotarłem na start już czekał tłumek spragnionych, by ruszyć w las. Szybki wypad w las by powiesić to coś świecące i dokładnie o 17:59 poprosiłem pierwsze zespoły do siebie.

Taki lampion wisiał przy najbliższym PK

Przy wydawaniu map okazało się, że ten klej o którym pisałem, nie trzyma jak powinien. Dwie mapy same „rozłożyły” mi się w pudełku. Odlatywały ogonki ze startem. W szczególności ktoś zgubił ogonek ze startem przed wyruszeniem i poszedł w las bez niego;-) 

Uczestnicy poszli w las....

 Efekt końcowy: 

  • Wszyscy wrócili z lasu. 
  • Ktoś w lesie spotkał sarnę. 
  • W czasie wieszania lampionów widziałem dwie pary fosforyzujących oczu… 
  • Ponad połowie zespołów udało się zdobyć wymagane 59 PP nie uwzględniając karnych odliczeń.
  • Jak zwykle masa życzeń i słodkości od których mi teraz rośnie waga. 
  • Protestów nie odnotowałem. 
  • Lampiony zbierałem do piątku – w jednym zginęła kredka ze sznurkiem, a jeden został zerwany i leżał na ziemi. 
Za rok trzeba będzie wymyślić jakieś specjalne UrodzInO z pierwszą 6-stką na przedzie…. Zastanawiam się czy będzie to 60 PK, 60 etapów czy może 60 km? Mam jeszcze ponad 60 dni na decyzję;-)

 
















sobota, 21 grudnia 2024

Grudzień to czas imprez z Mikołajem. Najpierw były mikołajkowe ZZK, przyszedł czas na romantycznie zorientowanego Mikołaja. Romantycznie, bo na plaży Romantycznej. Miejsce „sponsorowane” przez dzielnicę Warszawa Wawer. Sęk w tym, że mało nadające się do BnO. Zresztą mało nadające się do czegokolwiek w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Bywały tu już zawody w tym okresie (Jesień Idzie, Bąbelkowe) i w obu tych przypadkach wychodziło, że teren jest mało ciekawy. Zarośla, kilka ścieżek, błoto jak pada, wygwizdów gdy wieje i wszechobecne krzaki. Do tego teren zabawy stanowi wąski pas pomiędzy wałem i Wisłą – właściwie jak pójdziemy w lewo, czy w prawo – musimy wrócić po własnych śladach. Jedyna zaletą miejsca jest spory parking i ładne widoki na Wisłę z wysokiego brzegu. 

 

 Plaża Romantyczna pełna Mikołąjów

Koniec narzekania – czas na zawody. Parking (utwardzony) w dużej mierze zapełniony – zostały miejsca w błocie, pomimo że przyjeżdżam przed czasem. Droga do centrum błotnisto-śliska. W centrum – próbują urwać głowę nadwiślańskie podmuchy wiatru. Aż strach wybiec na trasę. 

Zdjęcie z Mikołajem musi być!

Pobieram kartę (retro, do dziurkowania - jak to u Janka), mapę i ruszam z kopyta. Najpierw w prawo do PK 1 i PK 15. Ciężko się rozpędzić, bo ślisko, a droga pofałdowana jest lepiej niż sławna „droga czołgowa” w rembertowskim lesie. Na szczęście wiatr jakoś mniej hula w krzakach. Po chwili odwrót i przez start lecę na lewa połowę mapy. Nie ma wyboru PK 2, 4, 3 biorę teraz, ale i tak będę koło nich wracał. Tu wychodzą pierwsze mankamenty mapy. Mapa jest rowerowa i wyraźnie rysowana na kolanie. Może dla rowerzystów 50 m w tę czy w tamtą nie gra roli, ale biegacz to wychwyci. Droga z PK 4 jest wyraźnie dalej niż na mapie. Przy PK 6 – ani resztek ogrodzenia, a i drzewo dalej jest od drogi niż na mapie. Skręcam w prawo i PK 5 także jest umowny – powinno być drzewo są krzaki. 

Pierwsze niezgodności z mapą. Widać także przebieg powrotny
Postanawiam zrobić pętelkę „od góry”. Drogami. Może ciut dłużej, ale pamiętam Bąbelkowe, gdy przedzieraliśmy się na azymut przez zarośla lub łąki, które porośnięte były jakimiś badylami wysokimi na półtora metra. Stanowczo szybciej musi być drogą.

Lampion stał "trochę" dalej, ale na żółtym;-)
PK 14 – lampion w innym miejscu niż na mapie. PK 13 także. Owszem, widać je z daleka, ale to zawsze chwila niepewności, gdy biegniesz na punkt, a lampion widzisz gdzie indziej. Dobiegam do końca mapy i zawracam. PK 12 widać z daleka, ale znowu nie na drzewie. 

Drogi się zgadzają, ale reszta już nie
Gdy trawy są wykoszone nawet dawało się biegać, ale nie zawsze tak było - okolice PK12
 
Próbuję skrócić trochę przebieg i wpadam na niezaznaczone na mapie jakieś obozowisko bezdomnych? Poletko uprawne? W efekcie ląduję w dole z krzakami – na mapie miała być jakaś ścieżek, ale oczywiście jej nie znalazłem, pewno w rzeczywistości była gdzie indziej. 

Ścieżki nie znalazłem i wpakowałem się zarośla...
Nie ma co rozpaczać – zostały ostatnie 4 punkty. Źle zinterpretowałem teren (zielony pasek na mapie) i zamiast na 10 trafiłem najpierw na PK 8 (bo tam coś było zielonego w odróżnieniu od PK 10). Ale odległości niewielkie, więc nie było to problemem. 

I teraz został „bezproduktywny”, ponad kilometrowy przebieg na metę. Bezproduktywny, bo przy punktach, które brałem na początku. Z nudów postanowiłem zoptymalizować trasę i trochę przedobrzyłem – ścieżka nad rzeką była bardziej nierówna, śliska, kręta i dodatkowo wbiegłem w niewłaściwe rozwidlenie. Pewno główną drogą na górze skarpy dobiegłbym szybciej. 

Meta, oddanie kary i szybko do domu. Nie mam czasu czekać na losowanie nagród i inne atrakcje. Zresztą ciepło nie jest, buty po tym błocie mokre, a czekania sporo. Czy było warto być na plaży romantycznej – mam mieszane uczucia. Trasa „szybka” – tu biega się tylko drogami. Trochę niesmaku z powodu mapy, większy niesmak z nieproduktywnych przebiegów. Ale za to ładne słoneczko i stracone kalorie- co ma spore znaczenie przed świętami;-) 


 

 

piątek, 20 grudnia 2024

ZAZU Tour prawie pod domem.

Tak mi się wciąż składa, że nie mam kiedy biegać, ale jeśli zawody już są w Zielonce, no to nie ma wyjścia, nawet przy braku czasu. Skoro już góra przyszła do Mahometa...
Myślałby kto, że mam fory, bo znam teren, ale jedyna korzyść ze znajomości okolicy to brak strachu, że zgubię się na amen.
 
Start.
 
Żeby się nie zgubić nawet troszeczkę, do pierwszego punktu pobiegłam wariantem drogowym, naokoło. No dobra, nie tylko dlatego - teren pomiędzy startem, a punktem był tak wredny, że na azymut na pewno zeszło by wiele dłużej. Do dwójki już nie było ścieżek tylko azymut, ale poszło bezbłędnie.
Zagwozdkę miałam jaki wariant wybrać do trójki, bo była daleko i o ile początek logicznie było pobiec ścieżką, to potem trzeba było zdecydować: na wprost przez bagienko, od wschodu albo od zachodu. Wybrałam wariant od wschodu, głównie dlatego, bo nie lubię w trakcie trasy przebiegać w pobliżu mety. Jakoś mnie to zawsze demotywuje.
Przy czwórce spotkałam Jacentego i razem ruszyliśmy w stronę piątki, ale na końcówce każde wybrało swój autorski wariant podejścia do punktu. Mój okazał się jakby ciut gorszy, bo dotarłam później.
Szóstka poszła dobrze, a do siódemki poleciałam kawałek ścieżką rowerową, bo nie chciało mi się po krzakach. Ósemkę w pierwszej chwili chciałam wziąć ścieżkami i nawet ruszyłam w stronę pierwszej, ale w trakcie mi się odwidziało i postanowiłam pomęczyć się trochę na przełaj. Taka fantazja ułańska mnie dopadła. Azymuty oczywiście już potraciłam przy tych zmianach i szłam tak bardziej na oko. Ponieważ oko kaprawe, to z punktem się ciut rozminęłam. Na szczęście trafiłam na duże doły, które zlokalizowałam na mapie i od nich namierzyłam się na swój dołek.
 
PK 8
 
 Dziewiątka była o tyle łatwa, że biegłam niemal tak samo jak  z dwójki na trójkę (oczywiście tylko na kawałku trasy). Za to dziesiątki nie mogłam znaleźć. Niby widziałam gdzie się kręcą inni zawodnicy, ale kiedy szukałam w tym miejscu, nic nie było. Teraz widzę, że szukałam za wcześnie, ale po co inni tam się pchali, to nie wiem. Oczywiście znalazłam lampion stojący na niczym, bo ten płaski teren trudno nazwać górką, choćby najmniejszą.
 
 
PK 10
 
Po dziesiątce został już tylko dobieg do mety. Przed sobą zobaczyłam Tomka, ale był za daleko, żeby go gonić, czy nawet wołać za nim. A chciałam, żeby mi cyknął fotkę, jak wbiegam na metę.  Trudno. Za to mamy wspólne zdjęcie po biegu..

I po zawodach:-)

Następne zawody też mi proszę robić w Zielonce, bo zarobiona jestem i nie mam czasu jeździć daleko. Czy Organizatorzy wszystkich imprez słyszą????


Mój przebieg.