W tym etapie ja startowałam pierwsza, Tomek jakieś pół godziny po mnie, czyli miałam szansę wrócić zanim on ruszy.
piątek, 8 maja 2026
Grand Prix Mazowsza - etap 1, czyli jak odróżnić jedynkę od dwójki.
W tym etapie ja startowałam pierwsza, Tomek jakieś pół godziny po mnie, czyli miałam szansę wrócić zanim on ruszy.
środa, 6 maja 2026
Czas zacząć majówkę czyli trening w Wesołej
W piątek 1 maja rusza Grand Prix Mazowsza. Ale rusza dopiero biegiem popołudniowym, więc z rana, aby wyrobić kilometraż, należy pobiegać;-) Trening w Wesołej na znanej, choć ostatnio mniej bieganej mapie Groszówka.
![]() |
| Takie logo zachęcało uczestników do biegu |
Przyjeżdżam sobie wcześniej na miejsce startu- miały być to znane wiaty przy UM Wesoła, ale coś tych wiat nie widać. Z auta dostrzegam samotną znajomą postać rozglądającą się po zagajniku, gdzie wiaty kiedyś stały. Na parkingu dzwoni telefon – Ania (którą widziałem przed chwilą) dzwoni lekko zrozpaczona, czy już wyjechałem z domu i czy nie mogę zabrać stolika. No cóż, skoro już dojechałem, to ciężko zabrać stolik. Ale ratuję organizatorkę składanym krzesełkiem, które wożę w bagażniku;-)
Wkrótce wraca z lasu Barbara, która stawiała ostatnie lampiony dla trasy długiej i można ruszać. W lesie sucho. Bardzo sucho. Pod butami trzask łamanych suchych patyków. Przy PK 1 doganiam ekipę z trasy rodzinnej, co pierwszy raz są na BnO. Krótki instruktaż jak się podbija kartę startową przy pomocy perforatora, jak używać kompasu i ruszam dalej.
Nie przemęczając się (mam na uwadze popołudniowy sprint) drogami lecę na PK 2, 3, 4. Teren znany, więc błędów praktycznie nie ma. Przy PK 5 znowu spotykam ekipę z trasy rodzinnej. Już z daleka machają i krzyczą, że wszystko już wiedzą i przećwiczyli przy znajdywaniu kolejnych lampionów.
PK 6 na zboczu górki. Górki bardzo mało przebieżnej – taki wyrosły już młodnik, gdzie część zbyt gęsto posadzonych sosen wyschła lub została ścięta i leży sobie pomiędzy tymi, co dalej rosną. Chwilę szukam lampionu – jest gdzie indziej, niż się spodziewałem.
Kolejne PK w znanych miejscach. Choć PK 8 jest sprytnie schowany w rowku pomiędzy dwoma kopczykami i chwilę go szukam.
Dalej góra-dół-krzak-góra czyli typowa wydma w Wesołej. Za PK 11 spotykam biegnący z naprzeciwka tramwaj zawodników z trasy średniej. Przy PK 16 dogania mnie i przegania Marcin. Jako że biegłem pierwszy – dla potomności uwalniałem perforatory z uchwytu mocującego je do przewozu. Teoretycznie można dziurkować bez tej operacji, ale jest to niewygodne i można przedziurkować uchwyt.
Ostatnie punkty to typowa „łydka”. Można biegać „na pamięć”.
Wreszcie meta. Nie dawałem z siebie wszystkiego – więc wynik taki sobie, ale przynajmniej poranny rozruch zaliczony. Teraz pozostała chwila na regenerację i popołudniowy start w sprincie na Muranowie.
sobota, 25 kwietnia 2026
Jak nie zostałem Mistrzem Polski;-)
Zawsze wolałem dłuższe dystanse. W tym roku na Warsaw City Race najlepiej poszedł mi bieg najdłuższy. W zeszłym roku na MP Ultralongu także nie byłem ostatni. Dlatego z dużymi nadziejami zapisałem się na tegoroczne Mistrzostwa Polski w długodystansowym BnO.
Zawody dość daleko -z moje perspektywy to „pod Gdańskiem”, a tak dokładniej tuż obok Gniewu. Ale to taka odległość, że daje się wyjechać rano, pobiec i wrócić.
Organizator – bliżej mi nieznany – ale fajnie jest odkrywać nowe tereny i budowniczych.
Wyjechałem skoro świt. Forma taka sobie, bo dopadł mnie katar, ból głowy i inne takie. Z perspektywy czasu podejrzewam jakąś formę morderczego covidu…
O godzinie 8:00 miało ruszyć biuro. O tej godzinie było nas dwoje uczestników przytupujących, by odebrać numery startowe, ale musieliśmy poczekać z pół godziny zanim centrum zawodów się ogarnęło. Ale czekających niewielu, więc nie ma sprawy – udało się.
![]() |
| W centrum zawodów |
Wracając do zawodów – moja kategoria miała mieć start masowy z jakimiś tam motylkami. Znajomych sporo. Na podium raczej mam szanse iluzoryczne – jest co najmniej trójka (a pewno i więcej) ludzi biegających ode mnie o niebo szybciej i do tego bardzo dobrze nawigujących. Takich co kompas wyssali z mlekiem matki, a nie jak ja - uczący się nawigacji u schyłku żywota;-) Ale BnO to taka dyscyplina, gdzie zawsze można strzelić babola. A na długim dystansie jeszcze ważna jest kondycja na końcu – więc zawsze może zdarzyć się niespodzianka.
Teren – niby blisko morza, a góry całkiem porządne. Komunikat techniczny mówił dla mojej kategorii o 10 km i 250 m w górę.
![]() |
| Clear, check i na linie startu |
Dostaliśmy mapy pod nogę, odliczanie i start. Mapa – płachta jak na byka – format A3. Ale dzięki temu dość wyraźna jak na nasze starcze oczy.
Do pierwszego punktu tramwaj. Od razu pod górę, ale sporo drogą. Dopiero końcówka po nieużytku przypominającym łąkę. Od samego początku na plecach czułem oddech Józefa. Uparł się, że mnie będzie gonił… Strasznie stresująca sytuacja…
Po PK 1 ciut się przeluźniło (czytaj zostałem z tyłu, bo nie lubię szybko biegać po krzakach). Na PK 2 chyba najdłuższy z przebiegów na mapie. Przedzieram się przez krzaki, zbiegam w dół i mam dylemat – biec po kresce przez dwie góry, czy drogą? Jednak szybciej będzie drogą. Skręcam w lewo i po kilkudziesięciu metrach wiem, że to pierwszy błąd. Drogą w lewo musiałem pokonać wzniesienie i zbiec, a w prawo, przy tej samej odległości byłoby tylko w dół lub po różnym. Ale nie ma sensu już wracać – biegnę i uciekam ile się dam Józefowi.
PK 3 i PK 4 wchodzą dość dobrze – bez większego kluczenia. PK 4 to punkt węzłowy – pierwszy motylek. Ja biegnę w prawo, Józef w prawo. Wreszcie mogę spokojnie nawigować.
Przed PK 9 znowu pojawia się Józek. Przecinamy drogę, teren odkryty, dół, lampion…. Tylko kod się nie zgadza! Konsternacja! Chwila zastanowienia i lecimy dalej - to był jakiś wcześniejszy „dół”.
Lecimy do punktu węzłowego PK 4/10. Punkt ten to był wielki dół, z butelkami wody (taki punkt wodopojowy). Z daleka widzimy ludzi wbiegających w dół. Biegniemy i my: jest dół, butelki z wodą lampion. Podbijam i… konsternacja coś mi się kod nie zgadza. Chcę już pobiec dalej, gdy do lampionu dobiega Agnieszka. Agnieszka głośno zadaje pytanie jakiego kodu szukam. Sprawdzam na mapie - ma być 40, a na lampionie 74. Tyle że wszystko wygląda tak samo: dół, butelki z wodą… Burza mózgów, konsultacja z innymi i wiemy, gdzie jesteśmy. Ruszamy do właściwego dołka. Rzeczywiście wygląda tak samo. Mam wtedy wątpliwości czy za pierwszym przebiegiem przez ten lampion trafiłem na właściwy. Niby sprawdzam kody, ale kto by posądzał budowniczego o taką perfidię - tak upodobnić te dwa miejsca do siebie!
![]() |
| Zwiedli mnie ludzie wbiegający do dołka, bo azymut miałem dobry |
Biegnę dalej do kolejnego PK węzłowego. PK 12 za „trzema” górami. Znajduję przełączkę by się nie wspinać dodatkowo. Na lampion nie wchodzę czysto, szukam go najpierw na równoległej ścieżce 20 metrów poniżej punktu. Takie drobiazgi, brak dobrej techniki biegania po ternie nieprzebieżnym powoduje, że na takich przebiegach tracę do wyjadaczy. Na równej drodze i długim przebiegu jestem w stanie zyskać. Rok temu nadmorskie wydmy były idealnie przebieżne, stąd mój fajny wynik. Tu idzie troszkę gorzej.
Przed PK 13 w zasięgu wzroku mam Tomka Pryjmę. Jak dobrze pójdzie, to go wyprzedzę przed metą.
PK 15 – kolejny motylek i strome górki/dolinki o przewyższeniach rzędu 20 m. PK 16 wchodzi dobrze, biegnę na PK 17 – niewielki dołek w zielonym. Po chwili szukania znajduję lampion, ale znowu o innym kodzie. Niby też w jakimś dołku, ale takim bardziej „rozległym” . Konsternacja. Brnę dalej rozglądając się czujnie. Docieram do zbocza - w dole widzę lampion – to musi być PK 18. Sprawdzam kompas – azymut miałem dobry. Robię zwrot w tył i wpatrując się uważnie w igłę kompasu ruszam na poszukiwania właściwego dołka. Przechodzę obok lampionu, który znalazłem wcześniej. O! jest dołek z lampionem! To ten mój!. Widzę z niego ten lampion „stowarzyszony”. Tak na oko jest ze 30 m dalej… nie za blisko? Mój był całkowicie schowany w dołku, a tamten świeci niczym latania…
![]() |
| Szukając PK 17 trafiłem na lampion stowarzyszony... |
Jeszcze raz zaliczam sławny dołek (PK 17/20) i zostają mi dwa ostatnie punkty. Znowu dłuższy przebieg, spora góra do pokonania i dobrze wydeptany zbieg w kierunku mety. Na dobiegu do ostatniego PK na uczestników poluje fotograf – staram się biec lekko i rączo, by dobrze wyjść na zdjęciu.
![]() |
| Złapany przed metą |
Na mecie wydruk i zupka. I oczywiście picie. Niby na trasie leżała woda przy punkcie węzłowym (PK 4/10), ale to był początek trasy i kto by tam pił. Szczególnie, że wydobycie butelki ze sterty/folii, odkręcenie itp. To czas… którego zawsze brakuje. Po PK 10 (czyli połowie trasy) nie było punktu wodopojowego „na przebiegu”. Były gdzieś z boku, umiejscowione dla nas bezsensownie. A w drugiej połowie trasy pragnienie więcej dokucza. Niby regulamin mówi o punktach nawadniania co 25 minut, ale kto by tam patrzył na takie rzeczy (ot choćby kontroler ze strony PZOS). Znając życie, to za rok w regulaminie te punkty nawadniania zanikną w ogóle;-)
Na wydruku jestem czwarty….. hmm coś za dobrze! Potem dowiaduję się, że jestem czwarty - ale na moim wariancie trasy. Ogólnie jest o wiele gorzej. Gorzej niż zakładałem. Gdyby nie te dwie wpadki przy PK 10 i PK 17 miałbym analogiczny wynik jak rok temu…
Wsiadam w auto i wracam do domu. Czekam na dokładne wyniki, by przeanalizować co i jak. Docieram do domu – wyników brak. Pojawiają się jakieś dyskusje o problemach w jakiejś kategorii. Ale na bieżąco na stronie z wynikami informacji brak. Tak naprawdę to do tej pory (czyli prawie dwa tygodnie po zawodach) nie ma wyników oficjalnych. Wyniki zbiorcze pojawiły się dwa dni po imprezie z adnotacją o unieważnieniu wyników kategorii K20. Oglądając film z relacji na żywo wywnioskowałem, że w tej kategorii części uczestniczek dano źle wydrukowane mapy – miały być dwustronne, ale na drugiej stronie było to samo co na pierwszej… Oczywiście żadnego oficjalnego komunikatu. Brak linków do fotorelacji (więc po co zatrudniali fotografów?) – wszystkiego trzeba szukać własnym sumptem. Rozumiem, że najważniejsze jest przygotowanie do imprezy i jej przeprowadzenie, ale impreza nie kończy się na mecie. Analizy, międzyczasy, zdjęcia czy choćby słowo wyjaśnienia, jak coś wyniknie nietypowego, by się przydały. Nie chodzi tylko o tę kategorię K20. W wynikach jest bardzo dużo MP. Pewno to takie punkty „stowarzyszone”. Sprawdziłem na mapie - o ile przy PK 10 ten stowarzysz był dość daleko, to w przypadku PK 17 w/g mapy stał na granicy 60 m. W regulaminie jest „powyżej 60 m”, ale tak wizualnie wydawało mi się, że lampion był bliżej… gdyby był ukryty…
Po tych mistrzostwach pozostał mi niesmak odnośnie tego startu masowego, nawadniania i braku podsumowania zawodów w internecie. Brak tego, co obiecano w zakładce live np. GPS tracking. Pochwalę zupkę na mecie, bezpłatny parking, dobrą pracę biura i brak opóźnień na starcie. Teraz pozostaje mi czekać rok na kolejną szansę udowodnienia sobie, że jestem dobrym ultraorientalistą;-)
czwartek, 9 kwietnia 2026
Do dwóch razy sztuka czyli trening u Aleksa
Dopadł mnie katar. Katar i przyległości z tym stanem związane. A wiecie, katar bywa co najmniej denerwujący. Najpierw dokuczył mi na tyle, że „na pamięć” pojechałem do Marek na trening we środę. Trochę się zdziwiłem, że polana postojowa jakaś taka pusta. Odgrzebałem komórkę, patrzę, a tu jak wół, że trening ma być nietypowo… w czwartek…
W czwartek katar nie odpuszczał. Powiem wręcz, że wzbierał, pęczniał i coraz bardziej dokuczał. Tym razem na polanie w Markach samochodów było w bród. Pobrałem mapę i podreptałem do lasu. W lesie sucho jak pieprz. Jeszcze brak zieleni, więc bieganie po wyschniętym poszyciu jest takie sobie. Brak takiej typowej leśnej świeżości, która zwykle towarzyszy wyprawie do lasu.
![]() |
| W tle górka ze startem |
PK 3 na górce. Niby liczyłem ścieżki poprzeczne i nie wiem jak przebiegłem tuż obok lampionu do następnej ścieżki. Chyba kurza ślepota… Albo ten katar rzucił mi się na spostrzegawczość.
Do PK 4 i PK 5 idealnie po kresce, pomimo, że Alex coś tam z mapy powycinał. Tu muszę dodać, że w zasięgu wzroku pojawił się jakiś konkurent w widocznym z daleka seledynowym wdzianku. Nie lubię oddechu konkurencji na plecach, więc ustawiłem azymut i szybko ruszyłem na PK 6. Mapa była wycięta na tym przebiegu, ale PK miał być gdzieś obok drogi, więc pobiegłem drogą gubiąc konkurencję z zasięgu wzroku. Pojawiły się jakieś górki, powinna być żółciutka polanka i dołek. Szukam – nie ma. Dopiero po dłuższym błąkaniu się zauważyłem, że źle ustawiłem azymut… taka pomyłka o kąt prosty… Trzeba kawał wracać…
![]() |
| Wstyd mi gdy patrzę na ten przebieg... |
Zamiast na PK 8 trafiłem najpierw na PK 10 – pamiętam, że kiedyś przy jakimś bieganiu na tej mapie miałem podobnie. Jakiś taki fragment mapy, którego nie lubię;-)
Przy właściwym już dobiegu do PK 10 znowu pojawił się seledynowy konkurent. Widać także musiał się pogubić – i to całkiem nieźle, bo mi zeszło dobre 5 dodatkowych minut na szukaniu PK 6.
Oczywiście w lesie coraz ciemniej, ale nie warto było wyjmować już czołówki z kieszeni. Kolejne PK, już bez takich atrakcji, to ściganie się z seledynowym. Wyprzedziłem go na dobiegu do przedostatniego PK 15 – wariant drogowy okazał się szybszy niż buszowanie na azymut.
Na dobiegu do mety dołączył pędzący niczym rakieta Mateusz – solidarnie goniliśmy go niczym charty – nie uciekł daleko, że tak powiem i metę podbiliśmy wszyscy prawie razem.
Uff trening zaliczony, choć tempo i samopoczucie niezbyt dobrze rokuje na MP w ultralongu, które czekają mnie już w niedzielę…
wtorek, 31 marca 2026
poniedziałek, 30 marca 2026
Extra Dystans Stołeczny
Nadszedł koniec tegorocznego Dystansu Stołecznego. Etap 11 – extra. Znowu Karol chciał nas zadziwić „udziwnionym etapem”. Takie połączenie miejskiego sprintu z bieganiem po zakręconych górkach i wykrotach Lasku Młocińskiego. Takie zestawienie u Karola kojarzy mi się zawsze z pewną imprezą (chyba to był Puchar Bielan), gdzie startowaliśmy w Lasku Młocińskim i po pokręceniu się dłuższą chwilę po płaskiej części lasku dostaliśmy prawie 2 km przebiegu wzdłuż DK7 do Lasku Bielańskiego, zdobywanie duuu…j skarpy, a na koniec kawałek biegu miejskiego. Ten przebieg pomiędzy laskami był zupełnie powalający….
Wracając do dzisiejszego biegu – miało nie być aż takiego przebiegu – atrakcją było zaś dwukrotne przekraczanie DK7… przejściem ze światłami. Mieliśmy grzecznie oczekiwać na zielone światło, a lampiony po obu stronach przejścia zapewniały „wycięcie” czasu przekraczania ruchliwej drogi z wyników.
![]() |
| Gotowy do startu |
Pierwsze siedem PK w kampusie UKSW. Lampiony widoczne z daleka, zwykle na wysokości 160-180cm. Niskie osoby musiały podskakiwać by potwierdzić PK;-)
Ostatnio bieganie miejskie nawet mi wychodzi – bez żadnych wpadek dotarliśmy do DK7.
Po odczekaniu swojego, przeszliśmy do Lasku Młocińskiego. PK 9 i PK 10 - optymalny wariant drogami, takimi głównymi alejkami w tym lesie. Od PK 11 zaczęły się górki. Jako że biegliśmy rekreacyjnie, wybraliśmy wariant ścieżkowy. Ten kawałek lasu jest pokręcony i zawsze nocą człowiek zbacza tu z kierunku, nie trafia na ścieżkę i inne takie. Nas także lekko zawiodła nawigacja – o jedną dróżkę w lewo i musieliśmy na azymut wracać na właściwe ścieżki.
Staraliśmy się unikać przebiegów na azymut, ile się dało. Do PK 18 były tylko trzy przebiegi, które zrealizowaliśmy poza ścieżkami.
Po PK 18 skończyły się górki. Długi przebieg wzdłuż zakrzaczonego rowu, szukanie PK 20 w rejonach zaznaczonych na mocno zielono…
PK 21 chwilkę szukaliśmy. Ślad pokazuje, że coś azymut nam się nie zgadzał – może przez wszechobecne zieloności na mapie – widomo,w nocy na płaskim zielonym szukanie polanki 3m x 3m….
Przy PK 24 zobaczyłem, że mamy jeszcze jedną pętelkę – będziemy wracać się przez PK 26/29 i 23/27 do PK 24/30. Obserwacja ta z lekka mnie załamała. Byliśmy już na tych punktach, więc po co biec tam jeszcze raz? Trasa długa – łącznie 7,7km, w lesie strasznie sucho – biegając czuje się „kurz” we wdychanym powietrzu. Ta ostatnia pętelka to sadyzm budowniczego i tyle.
![]() |
| PK 24/30 |
Po lesie zostało kilka PK w mieście. Biegliśmy razem do szkoły. PK 35. Spojrzałem mapę i ruszyłem na PK 36. Oglądam się, a Barbara gdzieś zniknęła. Dobiegam do rogu gdzie powinien być lampion – nie ma nic. Patrzę uważniej na mapę…. przekręciłem ją o 180 stopni! Wstyd. Odwracam się i biegnę na ostatnie dwa PK. Na mecie Barbara pyta się, gdzie zginąłem – bo nagle zobaczyła, że mnie nie ma. Jak tu z honorem wytłumaczyć, że mi się północ z południem pomyliła?;-)
![]() |
Jak patrzę teraz na wyniki sporo osób ma MP. Ponoć brali „stowarzysze” – przytrafiło się to także Ani na krótszej trasie – no cóż, u Karola trzeba być czujnym „do końca”;-)
Wyspa O-Cup, etap 3 - na luzie, bo i tak nic do stracenia.
piątek, 27 marca 2026
Wyspa O-Cup, etap 2, czyli zdążyć na obiad.
czwartek, 26 marca 2026
Wyspa O-Cup, etap 1, czyli marny początek.
Na sobotę planowane były dwa biegi, na szczęście o rozsądnej długości. Ale za to już dojścia na start trochę mnie oszołomiły - na każdy etap w granicach 1-2 km. Ja wiem, że to konieczne i nie kwestionuję zasadności, ale pobiadolić sobie przecież mogę. Na poranny etap Tomek nawet planował mnie podwieźć, ale rano okazało się, że mamy flaka w oponie i zamiast na start ze mną, pojechał szukać wulkanizatora. Ku mojemu zdziwieniu załatwił sprawę tak szybko, że jeszcze zdążył uwiecznić mój start.
środa, 25 marca 2026
Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10
Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-)
Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą…
Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-)
![]() |
| Start, który zaliczyłem dwa razy... |
Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa.
Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-)
Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-)
Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-)
Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło…
Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę.
Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie.
Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża.
Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m.
Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-)
![]() |
| Wreszcie meta! |
W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut!































