niedziela, 11 czerwca 2017

Mazurskie Tro(u)py


Znajomi, którzy nie mogli pojechać na Mazurskie Tropy, w e-mailu życzyli nam powodzenia w „Mazurskich Trupach”.  Myślę, że mają niezłą intuicję albo dostęp do przecieków z „samej góry”;-)
 Mazurskie Tropy znamy tylko z opisów, blogów i relacji. Wcześniejsza analiza pokazywała dość proste mapy i dziwne ślady ludzi, którzy plątali się po lesie nie mogąc znaleźć lampionu. Czasy zwycięzców jakieś takie dłuższe. Ciekawie – znaczy nasze szanse rosną – bo widomo - biegacze  z nas marni. Oczywiście nikt nie ma wątpliwości, kto zostanie Mistrzem Polski w tych zawodach – zwycięstwo Michałowi Jędroszkowiakowi odebrać może chyba tylko jakiś przypadek! 
W relacjach  z poprzednich edycji uwagę przyciągają licytacje, kto złapał więcej kleszczy.  Brzmi to groźnie.
Zaopatrzeni w zestaw wszelakich środków z DEET wyruszyliśmy na spokojnie wczesnym popołudniem w piątek. Aby nie zmarnować tych 200 km, po drodze musiało być zaliczone TRInO – to już taka nowa tradycja przed kolejnymi 50-tkami się robi;-)
Ostatni raz na Mazurach byłem dawno, dawno temu. Utkwiły mi w pamięci gęste lasy, pagórki i co chwila ukryte w lesie jeziorko.  Dojeżdżając do Orzysza musiałem zweryfikować swoje wspomnienia – płasko, przewaga łąk i jeziorek ani śladu.
W bazie jeszcze umiarkowany tłok, choć najlepsze kąty do spania już zajęte. Zaklepaliśmy sobie kawałek podłogi i tradycyjnie poszliśmy szukać pizzerni. Już nam wchodzi w nawyk taka dieta. Zauważyłem, że im lepsza pizza, tym lepszy potem wynik!
Co do samej organizacji bazy i sekretariatu – powiem: profeska. Jak do tej pory chyba najlepiej wszystko zorganizowane. Pakiety startowe - porządnie zapakowane czekały na odbiór, wszędzie kartki, drogowskazy co jak i gdzie.  W pakiecie nawet agrafki do przypięcia numeru, sznurek na kartę i sama karta startowa – nieprzemakalna, nierozrywalna, wypełniona, z opisami PK, linijką i nawet z dziurką do smyczy! Orgowie – wiecie już gdzie możecie się uczyć organizacji!
Jak zwykle kilkoro znajomych, a także konkurencja. W miarę szybko trafiliśmy do śpiworów, choć spanie szło marnie – uczestnicy przybywali do późnej nocy i temperatura nie sprzyjała spokojnemu snu.

Poranek – w nocy sala OSiRu wyraźnie się zapełniła.Kolejka do wrzątku. Kolejka do toalet . Bądź co bądź na liście startowej ze 200 osób. Odprawa na zewnątrz. I profesjonalne nagłośnienie! Ponoć jakieś bagienko wyschło, a cieki są do przeskoczenia. Fajnie – sucho i przyjemnie się zapowiada.

Chwila przed 8:00 rozdanie map. Porządne mapy A3 na jakimś bardziej wytrzymałym papierze. Szybka ocena sytuacji – w prawo lub w lewo – musimy okrążyć w efekcie jezioro Tyrkło. Kolejność jednoznaczna, tylko PK 17 nie wiadomo czy brać na początku, czy końcu - i tak i tak daleko i porównywalnie. Sygnał startu. Ruszamy. Wleczemy się z Barbarą na szarym końcu. Ponoć Barbara źle znosi upały, a zapowiada się duszno i gorąco. Na Roztoczańskiej 13 było ciepło, ale wiaterek bardzo dobrze regulował temperaturę. Tu powietrze stoi tak trochę zapowiadając popołudniową burzę. Lecimy za tłumem w kierunku PK 24 przez malownicze łąki.

Część odłącza się na PK 17, część na PK 18. Stawka się rozbija. Gdzieś na szarym końcu podbijamy PK 24. Na kolejny PK 18 prawie że „autostrada”. Przynajmniej do asfaltu. I muchy. Właściwie nie muchy, tylko MUCHY. Krążą, bzyczą, siadają gdzie się da. Trzeba oddychać przez zęby by ich za dużo nie połykać. Na szczęście w piątek kupiliśmy muggę w sprayu. Popsikanie na chwilę pomaga. Dalej wzdłuż cieku do rozwidlenia. Ciek wygląda na dość suchy. Trzeba się przeprawić. Schodzimy w rów i tu jakoś miękko. Noga od razu zapada się w miękkie błocko. Szkoda moczyć się na początku. Kilka gałęzi i udaje się przeskoczyć „w miarę suchą nogą”. PK 18 ma być za krzakami, całkiem niedaleko. Nie patrząc na mapę bierzemy azymut i przedzieramy się. Pokrzywy po pachy, kolce… od razu przypomina mi się Lampionada – myślałem, że tam jest teren nieprzebierny, ale co bym dał za taki „nieprzebieżny teren”. Najgorzej jest wydostać się z krzaków. Powrzucane gałęzie z kolcami na wysokość człowieka. Masakra! A gdybyśmy popatrzyli na mapę, to kilkadziesiąt metrów w prawo lub w lewo skróciło by krzalomęczarnie o ponad połowę. Myśleć, a nie tylko do przodu! Ale za to na lampion wychodzimy idealnie.
Dalej na zachód do PK 3. Przewrażliwieni oglądamy, że znowu jakieś zielone na drodze i ciek wodny. Jakaś droga od zachodu powinna wyprowadzić nas na punkt – a może uda się skrócić na azymut do przecinki widocznej na mapie.
Wchodząc w las słyszymy jakieś dziwne buczenie czy brzęczenie. Quady? Piły łańcuchowe? Jakiś  taki bardziej jednostajny odgłos. Ciekawe co to jest? Niestety, po chwili już wiemy. To stada komarów ukrywające się w zaroślach. Nie jakieś tam stada komarów tylko MEGA STADA.  Oczywiście muchy także nam ciągle towarzyszą. Co chwila psikamy się muggą, ale to pomaga na kilka minut. Brniemy w las, próbujemy skrócić na azymut, ale przebieżność lasu jest marna. Nauczeni doświadczeniem staramy się omijać największe krzaki i w efekcie wracamy na drogę niewiele skracając.  Na drodze daje się ciut podbiec i owady mniej przeszkadzają. Teren zgadza się z mapą, choć okazuje się, że przecinki na Mazurach stanowczo różnią się od tych, które znamy: jest to może ciut mniej nieprzebieżny fragment lasu, ale trudno nazwać to drogą. Docieramy do kanału gdzie ma być lampion. Musi być gdzieś po lewej tuż za jakąś odnogą kanału. Przeskakuję tą odnogę i prawa noga zapada mi się po łydkę. Szybko się wybijam i trafiam na stabilniejszy grunt, ale niestety mój nowy but zostaje w miękkim błocku. Właściwie to nie widać ani śladu po bucie!. Zostaje mi zdjąć ocalały but i zagłębić się w bagno w poszukiwaniu zguby.  Barbara z radością wyjmuje telefon i zamiast pomóc robi mi sesję fotograficzną dokumentującą moje poszukiwania. 

Uff udało się. Cóż, będę "dżentelmenem" – zbieram jakiś grubsze gałęzie i robię partnerce wygodne przejście przez grzęzawisko. Wydłubuję błoto z butów i zakładam mokre skarpetki, a Barbara litościwie podbija karty. Nie ma co się rozklejać, lecimy dalej. W okolicy słychać trzask łamanych gałęzi i pojawia się coraz liczniejsza  konkurencja, która wyprzedziła nas zaraz na początku. W szczególności zwracający uwagę uczestnik ubrany  od stóp do głów w praktyczny „biały kolor”. Już na starcie wyglądał fajnie, a przedzierając się przez krzaki wyglądał niczym zjawa.
Mkniemy na PK 13 – zagłębienie przy drodze. Prosto łatwo i przyjemnie – aby tak dalej. Ciągle mało podbiegamy – wyraźnie dzisiaj Barbarze nie idzie – ale cóż, tak bywa.
Przy PK 15 spotykamy tłumy. Dziwimy się, że widzimy Mateusza – on powinien być gdzieś w czubie! Znowu pojawia się zawodnik – Zjawa , rowerzyści i biegacz, którego będziemy często na trasie spotykali. Oczywiście wszyscy nam uciekają.
PK 11 – kanał. Najpierw drogę blokują nam zwalone drzewa. Trzeba obchodzić. Potem słyszymy odgłosy w dole – schodzimy do kanału. Coraz bardziej mokro. Widać lampion. Za lampionem kanał – całkiem szeroki. Nad nim drzewo w poprzek. Lekko spróchniałe. Ktoś przeprawia się po nim na drugi brzeg. To spora oszczędność czasu. Tylko ja ze swoim kiepskim poczuciem równowagi jakoś nie mogę się zdecydować. Barbara przechodzi na czworaka, ale moja wycięta kaletka przedrzepkowa przed takim manewrem protestuje. Skoro Barbara przeszła, także muszę. Zdejmuję buty (jeden jest w miarę suchy) mokrawe skarpetki i forsuję kanał w bród. Woda prawie do pasa, ale dno nawet stabilne. Uff, udało się. 

Prosto drogą do PK 6. Z naprzeciwka nadbiega „Zjawa” – chyba okrążał jezioro. Pomimo rozjaśnienia buraczymy i wchodzimy na sąsiednia górkę zamiast tej właściwiej. Ale na 10-tce szybko znajdujemy lampion. Na azymut do drogi. Troszkę w lewo i znajdujemy skrót by ściąć trochę drogi. Tyle, że ten skrót zaczyna wykręcać za bardzo na zachód. Zostają krzaki i wkrótce wychodzimy na drogę. Skracając zakręty staramy się podbiegać, ale idzie opornie. Gdzieś w zasięgu wzroku majaczy konkurent, który zgubił kartę startową i pracowicie zbiera konfetti z punktów. Trafiamy na jakąś drogę ciut nie zgadzającą się z mapą. Idziemy, bo kierunek ujdzie. Wypadamy na kolejną drogę szutrową w innym miejscu niż planowaliśmy, ale na tyle charakterystycznym, że od razu wiemy gdzie jesteśmy. Powinna tu być przecinka prowadząca w pobliże PK. Nie znajdujemy jej i przedzieramy się na azymut. Na pocieszenie znowu trafiamy idealnie na PK 22.
Dalej drogą, która nie zgadza się zbytnio z mapą. W efekcie za szybko schodzimy na dawny nasyp kolejowy, może wolniej, ale za to dokładnie docieramy do malowniczego PK 14.

Przed PK 9 spotykamy ekipę idącą dziwnym wariantem PK 6-PK9-PK 22. Wydeptują nam ścieżkę do lampionu.
Znowu krzaki i tymi sławnym ledwo widocznymi przecinkami idziemy dalej na PK 4. Komary i muchy tną, atakują niezmordowane. Co chwila używamy muggi, boimy się, że opakowanie może nie wystarczyć do mety!
Przed PK 4 spotykamy prognozowanego zwycięzcę, który wesoło biegnie z naprzeciwka. Jak zwykle nie wygląda na zmęczonego i podpowiada nam byśmy oszczędzali siły, bo trasa będzie miała dobrze ponad 60 km. Sami to już wiemy, bo na liczniku mamy więcej niż powinniśmy mieć, a dużo drogi nie nadkładaliśmy.
W drodze na PK 12 wybija nas w prawo droga na skróty. Zaznaczona na mapie w terenie wyglądała na tyle marnie, że nie byliśmy pewni czy to ta właściwa. W efekcie nie będąc pewni czy jesteśmy tu gdzie trzeba, przeczesujemy obniżenie bardziej na zachód niż powinniśmy, ale nie my jedyni, bo do dziury prowadzi wydeptana ścieżka.
Po chwili dołącza do nas „Zjawa” i znajomy szybkobiegacz. Szybkobiegacz narzeka, że to nie zawody biegowe, a i płyny mu się skończyły. Dobrze, że punkt żywieniowy już niedaleko. Jest skrzyżowanie – tu powinien być gdzieś lampion w znacznym obniżeniu. Jedno obniżenie rzuca się w oczy, ale zbyt blisko, choć wielkościowo by się nadało. Ustawiamy azymut i idziemy w las. Jedna dziura – za blisko, druga już prawie we właściwej odległości i właściwym kształcie, za nią wyraźna góra. Ale lampionu nie ma! Krążymy. Pomaga nam Zjawa mówiąc, że za górą jest kolejna dziura z lampionem. No tak ciut dalej niż wynikało z pomiaru linijką na mapie, a góra nas zmyliła.
Kierunek PK 1 – górka. Przecinka z mapy w terenie bardzo umowna. Jakaś wyjeżdżona droga ze zrywki drewna idąca zygzakiem. Krzale. Jest góra z jakimiś okopami i bunkrami. Jeden szczyt, drugi, trzeci. Lampion na ostatni choć nie najwyższym, ale zapatrzonym w punkt triangulacyjny. Gdyby były stowarzysze, bralibyśmy ten z najwyższego wierzchołka!
Do punktu żywieniowego. Jakimś reliktem drogi. Przy jeziorze obsługa zakapturzona i opatulona pomimo upału. Komary musiały dać im się we znaki. Spotykamy konkurencję w postaci Arka i Doroty. Idą wariantem przeciwnym. Mocno zmęczeni i mówią, że mają już ze 40 km na liczniku. A to połowa drogi!
Dalej oczywiste „drogowe” punkty –zapomniane cmentarze PK 23 i PK 7. Dalej nie ryzykujemy i nudny przelot asfaltem – na szczęście w dół i sporo cienia - Barbarze zaczyna wracać zdolność podbiegania.  Przed nami PK 16 „Przy ścieżce”.
Widzimy wychodzącego z tej ścieżki „Zjawę”. Jakoś tak poszarzał, zwłaszcza od dołu. Skręcamy. Zaczyna robić się błotniście. Próbujemy skakać z kępki na kępkę, ale to nie daje efektu. Wkrótce lądujemy po kostki w błotnistej mazi, która nazywa się „ścieżką”. Z naprzeciwka ktoś nadchodzi wyraźnie zmoczony „po uda”. My także wkrótce zanurzamy się coraz głębiej, niczym łódź podwodna.  I buty, które fajnie wysuszył asfalt wracają do stanu mocno wilgotnego.

Wracamy z powrotem na drogę szutrową. Za chwilę mijamy tablice „Natura 2000 – mazurskie Bagna” Wszystko jasne – organizator wpuścił nas w bagno. Do PK 10 nie ryzykujemy chodzenia na azymut. I słusznie – ciek wodny do sforsowania jest szeroki, głęboki i mocno błotnisty. Przed PK 10 z butów wysypujemy błoto i inne śmieci załapane przy PK 16, z nadzieją, że to koniec brodzenia po wodzie. Niestety, PK 10 radośnie świeci pod drugiej stronie bagienka. Coś na kształt grobli przez środek, tyle że kończy się kilka metrów przed brzegiem. Próbuję przejść bezpośrednio do lampionu, ale robi się głęboko, a dno wciąga. Udaje się lekko obejść i bezpiecznie dojść do punktu. Nie może zabraknąć jakiegoś selfie z lampionem! 

Powrót przez bagno i kolejna próba wysypania z butów bagiennych pozostałości.
Przy PK 8 znowu spotykamy znajomego szybkobiegacza. Dalej bezpiecznie do mostku pomiędzy PK 19 i PK 20. I dobrze, bo ten ciek to rozlewiska bardzo nieładnie wyglądające.
Na mostku spotykamy snującą się z naprzeciwka „Zjawę”. Nie jest już biała tylko mocno przyszarzała. Myśleliśmy, że w międzyczasie zaliczył 19 lub 20 ale to dementuje. Musiał się gdzieś pogubić.
Lecimy na PK 20. Przecinka – jak na okolice całkiem przebieżna. Przebieżna aż do płotu. Na szczęście płot ten już w pobliżu PK. Schodząc z górki spotykamy kilku konkurentów – w szczególności bezpośrednią konkurencję Barbary – Kasię Karpę. Wygląda całkiem świeżo.
Droga na PK 19 niestety zarośnięta. Idziemy naokoło. Musimy omijać jakiś płot, ale trafiamy dość sprawnie.  Punkt na „wyschniętym bagnie”, ale mieszkańcy bagna – wygłodniałe komary chyba jedne z najgorszych na całej trasie. Za chwilę przegania nas Kasia i porywając  naszego szybkobiegacza leci do przodu. Trochę podbiegamy, ale oni wcześniej już wzięli PK 17 i nie mamy szans ich prześcignąć na mecie.  PK 2 i 21 formalność – ciągle mamy w zasięgu wzroku konkurencję. Jak miło jest umyć wreszcie ręce w czystej wodzie jeziora Śniardwy! Ale za to dreptanie po metalowych podkładach wykańcza. Zostaje nam ostatni PK 17 i z 8-9 km do mety. W limicie się wyrobimy, ale  z czasem rzędu 12 godzin. Do PK 17 można albo gdzieś nad jeziorem się przebijać, albo wygodną drogą naokoło. Z mapy wynika, że to przebijanie się na skróty może być co najmniej ryzykowne – rzeka Orzyszka wygląda na całkiem sporą, wokół bagna, lasy bez dróg i spore pofałdowania. Postanowimy pobiec naokoło. Chyba dobra decyzja, bo widzimy jakiegoś „czerwonego” zawodnika skręcającego  na skróty – jakby nas wyprzedził spotkalibyśmy go na odejściu z PK 17, ale więcej go już nie zobaczyliśmy.

Udało się dużo podbiec i szybko zaliczyliśmy PK 17. Do samego Orzysza bieg asfaltem. Co chwila wyprzedzają  nas rowerzyści pędzący na metę – limit im się kończy wcześniej niż nam. Na ostatnich metrach widzimy jakiegoś piechura – planowaliśmy przejść do marszu, ale odzywa się duch rywalizacji.  Biegnie się nam coraz lepiej, a on wyraźnie idzie już ostatkiem sił. Wyprzedzamy go przed ostatnim zakrętem.
Na dobiegu do OSiRu organizator przez nagłośnienie nas dopinguje.  Całkiem dobrym tempem wpadamy na metę kilka minut po 20-tej.
Zrobiliśmy prawie 63 km, a niby miała być to 50-tka!  Michał jak zwykle wszystkim ”dowalił” i zrobił czas poniżej 7 godzin, ponad godzinę wyprzedzając następnego na mecie.  Spotykając go szacowaliśmy, że zajmie mu to co najmniej 8 godzin!
Barbara tym razem nie załapała się na podium (gdybyśmy na początku dali radę podbiegać!)  ale za to ja załapałem się na podium weteranów! Widać trasa wykończyła skutecznie wszystkich staruszków, że mi się udało :-) 
Errata
To już chyba taka „nowa świecka tradycja” znowu zostałem zdetronizowany i po kolejnym przeliczeniu wyników
 ostatecznie  zostałem vice-vice-vice mistrzem MW-50. Dobrze, że nie zostałem na ceremonii dekoracji, bo musiałbym teraz medal oddawać;-)


4 komentarze:

  1. A na selfiku nawet mugga się załapała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez muggi byśmy nie przetrwali więc najwązniejsza!

      Usuń
    2. Co prawda to prawda :) By z nas zostały tylko takie kości, jakie w kilku miejscach widzieliśmy ;)

      Usuń