piątek, 9 listopada 2018

Nieźle nam Hała w kość dała

Niewiele brakowało a Jesienna Hała przeszłaby nam koło nosa. Organizator w pierwszej wersji wybrał dość abstrakcyjny termin, kiedy wszyscy wybierali się na GeZnO, a przecież nie rozdwoimy się żeby być i tu i tu. Od razu więc oprotestowałam ten termin, a ponieważ protestujących było dużo więcej, więc ostatecznie Hała przesunęła się na 3 listopada.
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna.  Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.

 Ruszamy!

Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.

 W drodze na peron, jeszcze uśmiechnięci:-)

Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!

Pozował jak rasowy model.

Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.

Chyba najładniej położony punkt

Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.

Przekraczamy strumyk starym jazem, żeby dojść do grobli.

Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.

Fotka z zabytkiem obowiązkowa!

Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy  L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.

L 68 - urokliwa rzeczka, w której Tomek testował wodoszczelność kamery (patrz film).

L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28.  W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.

 Hurrra! Baza!

Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!


poniedziałek, 5 listopada 2018

Podkurek z luźną metą

Podkurek w tym roku już nie był w randze Pucharu Polski, a jedynie jako 12 runda Konkursu o Tytuł Mistrza Warszawy i Mazowsza, ale za to odbywał się wspólnie z podsumowaniem sezonu 2018 w BnO na Mazowszu i XIV finałową rundą Pucharu Warszawy i Mazowsza w RJnO - jednym słowem uczestniczyliśmy w sporej multiimprezie i na starcie pojawił się tłum uczestników. Co ciekawe - impreza odbyła się  w Centrum Edukacji Leśnej Nadleśnictwa Celestynów, co w kontekście napięć na linii organizator-nadleśnictwo w ubiegłych latach wywołało u nas klasyczny opad szczeny:-)
Etap pierwszy zadziwił nas nie mniej niż miejsce bazy. Dostaliśmy po pierwsze pełną mapę, po drugie kółeczka oznaczające miejsca PK były w ogóle niepodpisane. Autor twardo twierdził, że tak ma być, więc nie dyskutowaliśmy, tylko mapę w zęby i w las. Opis wyjaśnił nam, że nazwą punktu są numery ze słupków ZPK, które to słupki znajdują się w miejscach oznaczonych na mapie kółkami, a kodem są oznaczenia zdjęć, które mieliśmy dopasować w danym miejscu. No dobra, to dawało się jakoś wyjaśnić, ale znaczenia pełnej mapy na TZ za nic nie mogliśmy pojąć. Nie żebym narzekała, bo przynajmniej wiedziałam gdzie iść i nie wymagało to na dodatek ode mnie żadnego wysiłku intelektualnego, ale bardzo ciekawiło mnie, co w takim razie dostało TP????? Tacy byliśmy hop do przodu z tą pełną mapą, że zupełnie straciliśmy czujność i polegliśmy na... zadaniu. Mieliśmy policzyć ilość oznaczeń zielonego szlaku na zaznaczonym odcinku i żadnemu z nas nie wpadło do głowy, że znaki mogą być po dwóch stronach drzewa, słupka, tablicy, czy gdzie tam jeszcze były namalowane. Liczyliśmy tylko to, co mieliśmy przed oczami, czyli wyszło nam o połowę mniej:-( No to już chyba wiem do czego była ta pełna mapa - do odwrócenia uwagi!

 Tu nie było problemu z dopasowaniem zdjęcia.

Dobiegając do mety już z daleka zobaczylismy spory tłumek, za to już na miejscu nie udało się nam wypatrzyć żadnego organizatora, żadnej ciepłej herbatki w termosie i żadnych słodyczy. Mnie bolało szczególnie to ostatnie. Jednym słowem - mety nie było. Każdy spisał sobie czas z zegarka i nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. W końcu Tomek zadzwonił do kierownika imprezy i co się okazało? Meta była, tylko w zupełnie innym miejscu niż zaznaczono na mapie. "Metowy" w końcu przyszedł po nas i zaprowadził do swojej wersji mety, a kolejnym przybywającym zostawił kartkę z informacją gdzie mają się kierować. I w sumie meta była najatrakcyjniejszym elementem pierwszego etapu, bo przynajmniej coś się działo:-)

Nowa meta była zaopatrzona zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Etap drugi był już poważniejszy. "Wesoły wiatrak" składał się z poskładanych wstążeczek, które trzeba było sobie w wyobraźni rozwinąć oraz z poobracanych skrzydeł. I to wszystko trzeba było jeszcze jakoś ze sobą pożenić. Nie chcąc nadwyrężać wyobraźni, od razu wyciągnęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i zrobiliśmy sobie wygodniejszą wersję mapy. Tę wygodność zakłócały nam tylko zlustrowane fragmenty, przy których trzeba było się bardziej pilnować. Już po kilku pierwszych punktach na trasie spotkaliśmy Anię z Darkiem, którzy szli w TU, ale mapę mieli taką samą, tylko punkty się inaczej nazywały. Kurcze, to czym te mapy się różniły od siebie??? Dalszą część trasy pokonaliśmy już razem gubiąc naszych towarzyszy gdzieś na ostatnich punktach, kiedy nam się zebrało na bieganie, bo zegarek nieubłaganie wskazywał koniec limitu podstawowego.

Kooperacja na trasie.

Jako, że ja szłam z mapą nieposkładaną, to jedynie w obrębie wycinka wiedziałam co się dzieje, a za każdym przejściem na kolejny, musiałam zaglądać Tomkowi przez ramię, dokąd to nas prowadzi. Tym sposobem obraz etapu mam mocno poszatkowany, ale jedno muszę przyznać - etap był na poziomie. Najpierw poziom złapałam ja - gdzieś na rowie, usiłując go przeskoczyć, potem poziom łapała Ania - w plątaninie poszycia, a na koniec spoziomował się Tomek - na prostej drodze, aczkolwiek co nieco błotnistej i wyboistej. I tylko Darek tak trochę odstawał od grupy. Sztywniak.
Mimo pośpiechu na końcówce trasy jednak załapaliśmy się na lekkie minuty, ale przynajmniej wszystkie PK mieliśmy dobre.
Po marszach Tomek postanowił jeszcze pobiegać, ja nad bieganie przedłożyłam ognisko z kiełbaskami i pyszne ciasta. W końcu po to na trasie traciłam kalorie, żeby móc potem najeść się bez wyrzutów sumienia. A żeby jeszcze bardziej uspokoić sumienie postanowiłam zrobić trino, co to je Tomek zaczął czekając na start swojego biegu. Co prawda cała trasa miała tylko 800 metrów, ale lepsze to niż nic.

Sztuczne żeremie jako atrakcja turystyczna.

Muszę powiedzieć, że Podkurek niepucharowy, bez presji wyniku, z łatwymi mapami i nawet z zaginioną metą był bardzo przyjemną, rekreacyjną, luzacką,  niezobowiązującą i w pięknych okolicznościach przyrody imprezką. Coraz bardziej przemawia do mnie postulat niektórych osób, żeby zlikwidować PP :-)

piątek, 2 listopada 2018

Noc nie jest dla ślepych

Miało być łatwo i szybko. No bo teren znajomy i zwykła ortofotomapa. Co tu można nietypowego wymyśleć? Co najwyżej więcej czesania będzie. Po zimnym Oswajaniu Smoka Renata stwierdziła, że nigdzie nie pójdzie. Bo zimno, ciemno i ona woli odkurzacz czy jakoś tak (przedkładanie odkurzacza nad InO to dość wysoki stopień determinacji!). Oczywiście jadąc na start przejechałem dobre miejsce parkingowe i chwilę krążyłem po uliczkach, zanim zaparkowałem tam gdzie chciałem. Na starcie jakoś tak jeszcze mało osób odbiegających w siną dal. Opłaciłem wpisowe, udałem się po mapę i wystartowałem. Mapa była pod psem. Dosłownie – taki tytuł. Na kartce papieru kilka szczeniaków, które powędrowały po mapie a w dodatku pozamieniały im się łapki i co niektóre polustrowały się. Klasyka. Tzn. była by klasyka, gdyby te elementy ortofotomapy były cokolwiek większe i cokolwiek jaśniejsze.
Porównanie map z Oswoju Smoka i OrtInO
Bo oczywiście znaczną cześć treści zakryły uszy (nie wiem co to za rasa piesków, ale takie wielkouche). W porównaniu z wczorajszym Oswojem Smoka po prostu nic na mapie nie było widać. Chodziłem szukać jakąś odpowiednio jasną latarnię, zdejmowałem okulary i dopiero wtedy, dzięki krótkowzroczności, udawało mi się coś na tej mapie zobaczyć. W miarę sprawnie dopasowałem pieski (bez łapek) do siebie w 2 grupach. Tyle, że pomiędzy grupami części wspólnej już nie znalazłem. Na szczęście co nieco znając Pragę Południe wywnioskowałem, że zwaliste gmachy przy PK F to okolice ul. Kickiego, wysokie nowoczesne punktowce przy PK N i PK D to okolice Ronda Wiatraczna. Ale połączenia miedzy wycinkami nie znalazłem. Jeszcze rozpoznałem ulicę Wiatraczną i objazd do skrętu w Al. Waszyngtona. Łapek żadnych nie przypasowałem, bo i tak nie było na nich nic widać. Poszedłem po prostu w kierunku budynków Urzędu Skarbowego, gdzie był PK F. Po drodze dostrzegłem, że przechodzę przez łapkę. Oczywiście nie widziałem jaką, ale dawało się dosyć precyzyjnie określić, że są to okolice skrzyżowania Szaserów z Wiatraczną. Czesząc teren znalazłem jeden lampion i z trudem dopasowałem jedyny w miarę podobny wycinek z łapką. Zaczynało się nieźle – tzn. tragicznie. Po drugim PK poddałem się, wyciągnąłem nożyczki i zacząłem ciąć. Jednolita skala mapy pozwoliła dość precyzyjne wyznaczyć teren gdzie szukać kolejne PK. Mapa przenikała się na tyle nieoczywiście, że bez cięcia byłoby trudno. Przy PK G (widomo, takiego punktu nie ma) i tak dałem ciała, bo nie dostrzegłem lampionu tam, gdzie powinien być i wbiłem stowarzysza. Idąc na drugi zestaw piesków spotkałem Pawła. Nie miał tęgiej miny i zapytany o postępy tylko machnął ręką. Powoli czas zaczął się kończyć. Dał popalić PK przy Pl. Szembeka. Gdzieś ominąłem łapkę i będąc w ciężkich minutach wbijam cokolwiek na drzewie, by ilość PK się zgadzała. Wreszcie parki i dobieg do mety. Wyjątkowo krótki, bo po jakiś 10 metrach namacalnie kolanem sprawdziłem twardość brukowanej alejki. Grunt, że spodnie nie dziurawe. Kulejąc doczłapałem na metę. Organizator mówi, że jestem przed Marcinem, który to ruszył przede mną. No tak – mapa dała popalić – nikt nie przeszedł „na czysto” - albo czas, albo BePeKi. Myślałem, że będę na szarym końcu, a tu 3 miejsce! Zresztą przy takiej mapie, gdzie nic nie widać wyniki są dosyć loteryjne.

wtorek, 30 października 2018

Smok na Bródnie

No i znowu nie wyrabiam się na zakrętach, a tu Smoka oswajaliśmy i trzeba by naród o tym poinformować, bo przecież z bestią żartów nie ma. Tym razem gadzina zalęgła się na Bródnie - "Nad rzeczką, opodal krzaczka", czyli stosunkowo blisko nas. W tej sytuacji nie mogliśmy pozostać obojętni.
Uzbrojeni w dwustronną mapę z milionem wycinków ruszyliśmy na poszukiwania. A nie, najpierw Tomek przestudiował zasady punktacji i przekalkulował ile punktów z których wycinków warto wziąć.  Przeliczanie punktów to jest to, co mnie najbardziej na tej imprezie irytuje. Z orientacją nie ma to nic wspólnego, a traci się tylko czas na liczenie.  Dlatego też w ramach protestu nigdy nawet nie czytam opisu punktacji. Precz z PP!
Oprócz wycinków z ortofotomapy, które niestety nie pokrywały się nawet na milimetr, a jedynie stykały i do tego były poobracane i zlustrowane (niektóre), dostaliśmy też trzy kółka , które autor opisał: " zobrazowanie NMT". Nie wiem co to znaczy, ale założyłam, że nie jest to nic obraźliwego. Na wszelki wypadek jednak postanowiliśmy zignorować te wycinki i brać punkty tylko z mapy głównej.

 Tak wygląda NMT

Ortofoto nocą zawsze mi się źle kojarzy za sprawą OrtInO, gdzie na ogół nic nie widać, a wszystko maleńkie i nieczytelne, ale na Smoku było inaczej - wycinki duże, jasne, w przyjaznej skali i jeszcze porządnie wydrukowane. Tak to ja lubię. Udało się więc bez większych problemów z grubsza poskładać mapę do kupy i nawet nie musieliśmy używać do tego nożyczek, a jedynie głów. Tacy zdolni jesteśmy! :-) No dobra, niektóre wycinki dopasowywaliśmy już w terenie, na podstawie oglądu zastanej rzeczywistości i jakoś udało się. Zebraliśmy wszystko co trzeba, bez żadnego stowarzysza, tylko w czasie się nie wyrobiliśmy:-(
A mogło być tak pięknie...

piątek, 26 października 2018

Parkrun - podejście pierwsze.

Po Biegu z Radością tak się rozochociłam w biciu własnych rekordów, że od razu zaczęłam rozglądać się za jakąś kolejną piątką. Ponieważ wyjątkowo mieliśmy wolną sobotę postanowiłam przetestować parkrun. Parkrun ciągle gdzieś mi się obijał o uszy i ciągle nie było okazji zobaczyć czym to się je. Tomek oczywiście też się od razu zapalił do tego pomysłu, więc zarejestrowaliśmy się i w sobotę rano ruszyliśmy bić rekordy:-)
No dobra, przyznam się - przez moment, kiedy trzeba było rano wyleźć spod ciepłej kołdry, pomyślałam sobie, że po co mi to było, ale kiedy już wstałam entuzjazm powrócił.
Biegać mieliśmy w Parku Skaryszewskim, a wszyscy uczestnicy mieli się zebrać pod Pomnikiem Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej. Jak się okazało była to ostatnia okazja zobaczenia pomnika, bo właśnie był demontowany.
Zebrała się całkiem spora grupa - nie przypuszczałam, że parkrun jest aż tak popularny. Zidentyfikowaliśmy organizatorów, zasięgnęliśmy języka co i jak i czekaliśmy na start od czasu do czasu machając to ręką, to nogą w ramach rozgrzewki. Myślałam, że rozgrzewka też będzie zorganizowana i ktoś nią pokieruje, ale okazało się, że każdy robi we własnym zakresie. W końcu ruszyliśmy na linię startu gdzie jeszcze przez kilka minut organizator wygłaszał orędzie do ludu. W końcu padło hasło do biegu i poooszli.
Usiłowałam na początku za bardzo nie zostawać w tyle, więc biegłam ciut powyżej swojego normalnego tempa. Oczywiście wiedziałam, że nie dam rady tak lecieć do końca, szczególnie, że jestem przyzwyczajona do opcji - najpierw wolno, potem przyspieszyć. To tak zgodnie z radami kolegi, który mi zawsze mówił, że jak się zmęczyłam, to trzeba przyspieszyć. W sumie ma to sens, bo im szybciej się biegnie, tym szybciej koniec męki:-) Ponieważ parkrun to nie żadne zawody, postanowiłam więc poeksperymentować i pobiec na odwrót. Do przebiegnięcia mieliśmy dwa i pół okrążenia parku. Już pierwsze okrążenie ciągnęło się w nieskończoność, a przede mną widniało coraz mniej biegaczy. Jeszcze nigdy w życiu widok jakiegokolwiek pomnika nie wywołał we mnie takiej radości, jak widok tych żołnierzy radzieckich, bo to oznaczało, że pierwsze okrążenie mam za sobą.
- Dobra, dałam radę jedno, to i dam radę drugie - pomyślałam.
Drugie okazało się jednak jakby dłuższe i trudniejsze. Zaczęłam dyszeć jak stara lokomotywa, ale starałam się jeszcze utrzymać tempo. No ale gdzie tam, nie dałam rady i musiałam zwolnić.
- Kurde, wyprzedzają mnie starcy, kobiety i dzieci.
- Czy ktoś w ogóle jeszcze za mną biegnie?
- No przecież się nie odwrócę, bo stracę cenną sekundę!
- Dobrze, że chociaż zamykający trasę nie może mnie wyprzedzić.
Takie myśli przebiegały mi przez głowę i to jest chyba główna różnica między zwykłym biegiem, a BnO. W BnO nie ma czasu na myślenie o pierdołach, czy użalanie się nad sobą, bo jak się człowiek nie skoncentruje na mapie, to poleci na manowce i po ptokach.
Wciąż biegnąc udało mi się pokonać drugie okrążenie i zostało już tylko pół. Niektórzy wyprzedzający mnie biegacze pocieszali, że już niedaleko i stąd wnioskuję, że musiałam przedstawiać sobą obraz nędzy i rozpaczy. Przeważnie na ostatniej prostej do mety znacząco przyspieszam, ale tym razem byłam wykończona za szybkim początkiem i nie byłam w stanie. Ale przynajmniej nie zwolniłam! Jakie było moje zdziwienie kiedy po sczytaniu wyników okazało się, że poprawiłam swój rekord o jakieś pół minuty. Zakładając oczywiście, że trasa miała faktycznie 5 km, a pomiar czasu był dokładny.
Kiedy już złapałam oddech po biegu i byłam w stanie ustać na nogach szybciutko wróciliśmy do domu, bo akurat miał przyjść fachowiec od remontu. Tym sposobem nie zobaczyłam co dzieje się na parkrunie po biegu, bo może akurat są jakieś atrakcje. Ale spoko - nadrobię to. Spodobało mi się i planuję pojawiać się w te soboty, kiedy akurat nie będziemy mieć zawodów.  Czyli najwcześniej w połowie listopada:-(
W tygodniu zdecydowanie powinny być dwie soboty - inaczej w żadnym razie nie wyrobię się ze swoimi planami!

wtorek, 23 października 2018

Szybki Mózg

Tak się już wyrobiłam orientacyjnie, że na Szybki Mózg byłam ubrana, zaopatrzona w czołówkę, kompas i czip i jeszcze dotarłam do bazy na czas, a nawet sporo przed czasem. Za to bolał mnie ząb. Normalnie - jak nie urok to sraczka. Czekałam z niecierpliwością na start, bo wiadomo - adrenalina (zwłaszcza przy starcie masowym) i od razu człowiek jest znieczulony.
Starty masowe lubię i boję się ich jednocześnie. Lubię, bo fajnie wygląda jak jednocześnie startuje kilkadziesiąt osób, jak rozbiegają się w różne strony w zależności od obranego wariantu i trasy, no i człowiek nie czuje się samotny i zagubiony. Nie lubię, bo można zostać stratowanym (jak we środę jakiś dzieciak przy starcie), bo można z rozpędu pobiec za kimś z innej trasy, bo przy stacjach bazowych jest kolejka i nerwy.
Znowu nie mogłam znaleźć na mapie znaczka startu, ale ponieważ i tak był tłok przy wybiegu, to zdążyłam się dowiedzieć od Tomka. Przez pierwsze kilka punktów to nawet za bardzo nie trzeba było nawigować - wystarczyło czuwać, żeby pobiec mniej więcej w kierunku punktu, a potem już tłum naprowadzał. Lecąc za tym tłumem narzuciłam sobie takie tempo, że przy ósemce już wymiękłam i musiałam zwolnić. Tłum nieco mnie odsadził i musiałam już konkretniej zająć się nawigacją, ale po mieście to pestka. To znaczy była pestka aż do PK 13. Tak się rozpędziłam z dwunastki, że poooleciaałaam... dwa bloki za daleko. Rozejrzałam się za placem zabaw zaznaczonym na mapie, a nie znalazłszy go zgłupiałam totalnie. Zanim ogarnęłam, że jestem za daleko i zanim wróciłam na właściwe miejsce minęły aż cztery minuty. Potem jeszcze głupio poleciałam z piętnastki na szesnastkę i z szesnastki na siedemnastkę, bo po ciemku nie mogłam się dopatrzyć czy są tam płoty z furtkami, czy bez furtek. Potem poszło już gładko, ale powoli, bo jakoś opadłam z sił i motywacji. Tak więc wynik nie powala na kolana, ale u mnie to w sumie norma, więc żadne zdziwienie.
W zasadzie to zawsze mam marne wyniki i nie wiem jakim cudem w klasyfikacji generalnej załapałam się na trzecie miejsce w swojej kategorii, wiec po biegu zostaliśmy na rozdanie dyplomów. Oprócz dyplomu dostałam też paczkę żywnościową, z której najbardziej wzruszyło mnie pół kilo grochu łuskanego. Ja nie wiem czy środki dopingujące (odrzut) powinni tak oficjalnie wręczać przy okazji zawodów, no nie wiem... W każdym razie już planuję na Warszawę Nocą nagotować grochówki i wygrać!

Trochę nieostro wyszło - jak ktoś nie poznaje, to jestem trzecia z lewej.

Bieg z Radością

W niedzielę po Przejściu Smoka trochę zdradziliśmy orientację i pobiegliśmy bez punktów kontrolnych. Spodobał mi się Bieg z Radością, bo wreszcie jakaś impreza gdzie bezproblemowo umiem dojechać, a początkowo nie było pewne, czy Tomek też będzie mógł pobiec. Ale okazało się, że może. Ja wybrałam dystans 5 km, a Tomek ambitnie 10 km.
W sumie to było prawie jak na BnO, bo był start i meta, tylko strasznie dużo bepeków - właściwie same bepeki. Na szczęście od razu było o tym wiadomo, więc nie zawracałam sobie głowy szukaniem czegokolwiek, tylko leciałam przed siebie. Biegłam na życiówkę. Tak w zasadzie to miałam ją niemal gwarantowaną, bo jak się biegnie piątkę drugi raz w życiu, a pierwszy był pod górę i w upale, to raczej trudno dobiec z gorszym wynikiem lecąc po równym i przy normalnej temperaturze. Poprawiłam się mniej więcej o minutę. Tylko o minutę! Myślałam, że będę szybsza tak chociaż z siedem minut, ale podobno to tak nie działa.
Tomek też pobił swój rekord, głównie dlatego, że to był jego pierwszy start na 10 km.
No, ale my wszystkim jeszcze pokażemy! Zaweźmiemy się i pokażemy! :-)

Przejście Smoka

Przejście Smoka miało być małą kameralną (aczkolwiek ogólnopolską) imprezą, a nagle za sprawą młodzieży, rozrosło się do sporej imprezy. Tym razem nie braliśmy udziału w organizacji i mogliśmy pójść jako uczestnicy. To znaczy moglibyśmy, gdyby nie praca Tomka. Ponieważ w sobotę musiał po południu odczyniać jakieś informatyczne czary u klienta, więc ustaliliśmy, że pójdziemy tylko na etapy dzienne i to mocno sprężając się. Ale dobre i to.
Ponieważ etapy nie startowały ze szkoły, więc dojściówkę musieliśmy zaliczyć, ale żeby było szybciej, to częściowo (dokąd się dało) zrobiliśmy ją samochodowo, gubiąc po drodze jeden punkt. Trudno, nie było czasu wracać.
Naszym pierwszym (a nominalnie drugim) etapem była "Pianolka Robotolka" i nazwa od razu sugerowała autora, bo taki tytuł to tylko Darek jest w stanie wymyślić:-) Dość szybko rozgryźliśmy metodę złożenia mapy i ambitnie zaczęliśmy iść z myślą o dopasowywaniu fragmentów w pamięci. Przy drugim punkcie (obydwa na wycinku startowym) stwierdziliśmy, że jednak potniemy mapę, bo mamy za mało czasu na każdorazowe myślenie przy zmianie wycinka. I tak zrobiliśmy. Tym sposobem Tomek miał pełną mapę, a ja miałam... kamerkę i obowiązek dokumentowania trasy. I teraz Tomek wie gdzie byliśmy, a ja wiem jak tam było:-) A było przepięknie. Pogoda trafiła się idealna, złota polska jesień pokazała się w pełnej krasie, aż szkoda było wracać na metę i gdyby nie to, że czekał nas jeszcze drugi etap, to pewnie zostałabym w lesie.
Na śródetapiu jako ciekawostkę napiliśmy się wody z puszki, co to ją sponsor dostarczył i tym sposobem wzięliśmy udział we wdrażaniu "Rekomendacji ekologicznych - Jak zorganizować wydarzenie sportowe zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju". Wyobraźcie sobie - smakowała dokładnie tak samo jak z butelki! Tylko bardziej ekologicznie:-)

 Dobra woda, bo mokra!

Etap drugi (czyli pierwszy) był jeszcze bardziej inżyniersko-informatyczny, a dodatkowo tylko dla  osób z sokolim wzrokiem, bo wycinki niezbyt duże, a na nich wszystko nadziubdziane maleńkie takie. Od razu pocięliśmy mapę i znowu Tomek wiedział gdzie, a jak delektowałam się widoczkami. W sumie taki układ mi nawet pasuje, bo poza złożeniem mapy nie miałam już większych obowiązków. A jak skończyła się bateria w kamerce to już w ogóle czułam się jak na wycieczce, a nie na zawodach. Na metę wpadliśmy już biegiem, szybko oddaliśmy kartę startową, złapaliśmy po jabłku i biegusiem do autka.
Tak się z tymi PK na trasie spieszyliśmy, że złapaliśmy trzy stowarzysze, tylko ja wciąż nie wiem, na którym etapie bo szliśmy w innej kolejności niż były podpisane, a w wynikach nie ma nazw etapów:-( Czy ewentualnie może mnie ktoś oświecić??

A tak imprezę widziała kamerka:



piątek, 19 października 2018

sobota, 13 października 2018

Z mapą na spacer spacerowym tempem

Październikowe "Z mapą na spacer" miało być rozgrzewką przed Jurajską Jatką, ale organizatorzy zmienili termin i tym sposobem stało się próbą rozruszania obolałego człowieka po Jatce. Ponieważ potłuczone kolano wciąż trochę mi dokucza, od razu założyłam, że to będzie dosłownie spacer, a nie bieg. No, chyba żeby...
Pomna wpadek z poprzednich imprez - a to ubraniowych, a to oświetleniowych - tym razem zbierałam się powoli i rozważnie i wyobraźcie sobie - wszystko wzięłam! Jaka byłam dumna z siebie! :-)
W pociągu do Ursusa spotkałam mistrza Marcina i to mnie uspokoiło w kwestii trafienia na start, bo przecież z mistrzem nie zginę. Przed szkołą czekał już Tomek i przytupywał nerwowo, że mnie nie ma, a start za chwilę. Miałam pierwszą minutę startową, ale przecież do minuty zerowej był jeszcze kwadrans z okładem.

Za plecami dokładnie widać kwadrans z okładem:-)

Spokojnie zdążyłam się przygotować i punktualnie stanąć na linii startu. Najpierw oczywiście chwilę szukałam na mapie trójkącika , a potem jakoś poszło. No dobra, potruchtało. Kiedy gdzieś koło czwórki dogonił mnie Tomek, który startował trzy minuty po mnie, to nawet zerwałam się do biegu, ale kolano szybko przywołało mnie do porządku. Zresztą - spacer, to spacer. Nawet jeśli wybrało się najdłuższą trasę:-)
Po dziesiątce doznałam jakiegoś zaćmienia i ubzdurałam sobie, że jedenastkę już brałam i poleciałam na dwunastkę. Dopiero przy punkcie zorientowałam się, że owszem - w miejscu gdzie stoi jedenastka faktycznie już byłam, bo to punkt podwójny z siódemką. Jak to trzeba być czujnym. Pikanterii pomyłce dodaje fakt, ze jedenastka stała na terenie ogrodzonych, a do furtki było w pieron daleko. Zresztą sporo było ogrodzeń, które trzeba było obiegać i pilnować gdzie da się wbiec, a gdzie nie. Byłam więc maksymalnie czujna i więcej niespodzianek nie było.
Na mecie już od dawna czekał Tomek, a miejsce oczywiście zajęłam ostatnie. Ale kto bogatemu zabroni?