Szybki Mózg wystartował wyjątkowo późno, bo pierwsza runda ruszyła dopiero 23-go stycznia. Całkiem miłe miejsce wybrano na inaugurację - Pole Mokotowskie. Pasowało mi, bo łatwo dojechać i teren nieobcy. Wyjątkowo udało mi się o niczym nie zapomnieć i trafić na miejsce, aczkolwiek dotarłam tam mocno naokoło.
W tym roku Tomek biega w profesjonalistach, ale ja zostałam przy zuchwałych - jak mi się zachce dłuższej trasy, to przecież mogę lecieć na każdy punkt naokoło. Ponieważ start był masowy, a profesjonaliści startowali 10 minut przed nami, jeszcze w bazie Tomek usiłował nauczyć mnie obsługi nowej czołówki, żebym sobie potem sama poradziła. Teoria była prosta - tu włączasz, tu zmieniasz moc świecenia, tak wyłączasz. W praktyce - za nic nie mogłam namacać odpowiednich przycisków i w ogóle nie zauważałam żadnej różnicy czy świeciło mocniej, czy słabiej. W końcu Tomek poleciał, a ja zostałam z tą teorią. Na starcie udało mi się włączyć lampkę, a Krzysztof coś tam pomajstrował żeby mocniej świeciło. Ja żadnej różnicy nie widziałam, ale nie było czasu na reklamacje, bo ruszyliśmy.
Pobiegłam za tłumem w międzyczasie rozkminiając mapę. Daleko nie pobiegłam. Już po kilkudziesięciu metrach odtańczyłam na zamarzniętym podłożu jezioro łabędzie, a solówkę zakończyłam na niewymawialnej części ciała.
- Trzeba patrzyć pod nogi - pomyślałam i usiłowałam to zrobić. Niestety - moja czołówka ledwo bździła i do tego punktowo. Macałam się więc po głowie usiłując natrafić na te wszystkie przyciski, ale bez skutku. Zdjęłam ustrojstwo i metodycznie wciskałam co tylko się dawało. Jak trzymałam w ręku, to nawet wyglądało, że jakoś to świeci, jak wsadzałam na łeb, dalej g...o widziałam.
- Jak nie zabiję się na lodzie, to na dziurach albo gałęziach - skonkludowałam i powoli, macając przed sobą teren ruszyłam dalej. Tak byłam już zirytowana, że w ogóle nie mogłam myśleć logicznie, więc nijak nie potrafiłam przełożyć mapy na rzeczywistość i nie potrafiłam określić gdzie jestem, bo walcząc z czołówką cały czas się przemieszczałam. Co sobie myślałam, to raczej nie chcecie wiedzieć. Nie używam zanadto wulgaryzmów, bo to rani moje poczucie estetyki, ale to nie oznacza, że ich nie znam - oczytana jestem, więc w myślach użyłam prawie wszystkich na jakie się kiedykolwiek natknęłam.
Po piętnastu minutach od startu udało mi się w końcu dotrzeć na pierwszy punkt. Spieszyć się już nie miałam po co, więc biegłam tylko tyle, żeby nie zmarznąć. Zresztą spróbujcie sobie biegać po ciemku. Tak więc klnąc na czym świat stoi, powoli przemieszczając się w ciemnościach jakoś udało mi się zaliczyć wszystkie punkty i dotrzeć do mety. To byle jak świecące cholerstwo z głowy miałam ochotę wychromolić do pierwszego napotkanego kosza na śmieci, tylko szkoda mi było, bo trochę kosztowało i może Tomkowi się przydać. Ja w każdym razie nawet kijem tego nie zamierzam dotykać. Zupełnie nie rozumiem czemu tak wszyscy zachwalają te kretyńskie petzle, jak to się do niczego nie nadaje. Czołówka to ma się łatwo włączać, świecić mocno i mieć regulowany jednym ruchem strumień światła - bardziej lub mniej rozproszony. Bo co mi po słabym punktowym oświetleniu w ciemnym lesie lub parku???
A wiecie co jest najśmieszniejsze? Na metę wcale nie dotarłam ostania!
wtorek, 29 stycznia 2019
niedziela, 27 stycznia 2019
Chomiczówka
I nieubłaganie nadszedł dwudziesty stycznia, a wraz z nim Bieg Chomiczówki. Wcale, ale to wcale jeszcze nie byłam na to gotowa - ani fizycznie, ani mentalnie. Uspakajałam samą siebie, że przecież na trasie nie będzie poganiaczy z pejczami, a jak poczuję, że mam dość, to wcale nie muszę biec dalej. No, niby tak...
Wstaliśmy bladym świtkiem koło ósmej (albo i wcześniej), bo Tomek biegł jeszcze na piątkę (Bieg o Puchar Bielan), więc na miejscu musieliśmy być przed dziesiątą. Pakiety startowe odebraliśmy już w piątek, czyli praktycznie od razu z parkingu mogliśmy iść do szatni (raptem 950 m). Trzeba przyznać, że szatnia była przygotowana perfekcyjnie - dużo boksów, w każdym dyżurujący uczniowie odbierający i wydający worki z rzeczami, a każdy boks opisany, które numery startowe się tam oddają. A worki dla porządku oklejone nalepką z numerem startowym, które to nalepki mieliśmy w pakiecie. Nie wiem czy to norma, bo ja trzeci raz w życiu na biegu i każda pierdołka mnie fascynuje:-)
Na start piątki nie poszłam z Tomkiem, bo start był oddalony o pół kilometra, a potem musiałabym wrócić do szatni i lecieć tam znowu jeszcze raz, czyli się zmęczyć, albo marznąć czekając na start piętnastki. Wyszłam dopiero jak już musiałam. Tomek po swoim biegu nie wracał już do szatni i spotkaliśmy się tuż przed startem. Kolejna rzecz, która mi się spodobała to koce ratunkowe, które każdy biegacz dostawał na mecie żeby nie tracić ciepła i nie narażać się na przeziębienie. Zastałam więc Tomka pokrytego złotem, ale nie z powodu wygranej, tylko z powodu koca:-)
Po części oficjalnej i rozgrzewce wreszcie padła komenda: START! W tym tłumie byliśmy ustawieni dość abstrakcyjnie, bo tuż za zającem z czasem 1:25, podczas gdy ja martwiłam się, czy w ogóle wyrobię się w limicie 2,5 godziny. Na linię startu podeszliśmy statecznym krokiem, bo przecież w tym tłumie nie dało się inaczej, a i za linią przez dłuższą chwilę nie dało się biec. Mi to akurat pasowało. Cóż, dobre nie trwa wiecznie i w końcu trzeba było przyspieszyć. Ruszyłam truchcikiem i kto chciał, mógł mnie spokojnie wyprzedzić. Nawet nie wyobrażacie sobie ile osób chciało! Nie przejmowałam się i nie przyspieszałam - w końcu musiało mi wystarczyć sił na piętnaście kilometrów, więc co się zarzynać na początku. Po jakichś czterech kilometrach mój organizm dostosował się do wysiłku i zachęcał mnie do zwiększenia tempa. No to zwiększyłam i nawet kilka osób udało mi się wyprzedzić. W połowie trasy nawet nie byłam za bardzo zmęczona, więc jeszcze ciut przyspieszyłam, znowu wyprzedzając kilka osób.. A za połową to już mogłam się pocieszać, że do mety bliżej niż dalej i trzeba przyznać, że to doskonale działało. Na trasie biegu dwa razy spotkałam Tomka, bo w jednym miejscu była długa nawracajka i jak ja w nią wbiegałam, to on już wybiegał. Ale mogliśmy sobie pomachać i to było fajne. Miła niespodzianką był doping Pawła, który namówił nas na ten bieg, też miał biec, ale jakoś mu przeszło i po zaliczeniu Biegu o Puchar Bielan stał już tylko przy trasie i podtrzymywał nas na duchu.
Na samej końcówce tak mnie poniosło, że jeszcze przyspieszyłam i na linię mety wpadłam biegiem, a nie truchtem. To znaczy dla kogoś, kto biega trzy razy szybciej niż ja, to pewnie tak nie wyglądało, ale wiem co mówię. Ale najbardziej zdziwił mnie osiągnięty czas - zamiast dwóch i pół godziny jedynie godzina i trzydzieści sześć minut. No i czy ja nie jestem wielka??? :-) Tomek był jakieś dziesięć minut przede mną, dzięki czemu mógł uwiecznić mój wiekopomny finisz.
Po biegu zjedliśmy przydziałową zupkę, podzielili się wrażeniami z Andrzejem i Jackiem, którzy też biegli oraz dopingującym Pawłem, a ponieważ oficjalne zakończenie miało się odbyć za pół godziny, to zostaliśmy żeby zobaczyć jak to wygląda (a nuż, widelec kiedyś coś wygramy:-)) Na koniec odbyło się losowanie nagród i nawet cieszyłam się, że nie mieliśmy szczęścia, bo co ja bym zrobiła na przykład z pakietem na maraton, a wygranej w postaci wizyty u dentysty to już w życiu bym nie chciała. Brrrr....
Wbrew obawom osoby uzależnionej od nawigowania, nawet się za bardzo nie nudziłam przez te piętnaście kilometrów. Tak mi się zawsze wydawało, że bez mapy i punktów kontrolnych to nie ma co robić, bo nogami przebierać można całkowicie bezmyślnie, ale jak to powiadają - inteligentny człowiek nie nudzi się we własnym towarzystwie.
A tak bieg widział przez wizjer kamerki Tomek:
Wstaliśmy bladym świtkiem koło ósmej (albo i wcześniej), bo Tomek biegł jeszcze na piątkę (Bieg o Puchar Bielan), więc na miejscu musieliśmy być przed dziesiątą. Pakiety startowe odebraliśmy już w piątek, czyli praktycznie od razu z parkingu mogliśmy iść do szatni (raptem 950 m). Trzeba przyznać, że szatnia była przygotowana perfekcyjnie - dużo boksów, w każdym dyżurujący uczniowie odbierający i wydający worki z rzeczami, a każdy boks opisany, które numery startowe się tam oddają. A worki dla porządku oklejone nalepką z numerem startowym, które to nalepki mieliśmy w pakiecie. Nie wiem czy to norma, bo ja trzeci raz w życiu na biegu i każda pierdołka mnie fascynuje:-)
Parking-szatnia-start i rozgrzewka zaliczona:-)
Na start piątki nie poszłam z Tomkiem, bo start był oddalony o pół kilometra, a potem musiałabym wrócić do szatni i lecieć tam znowu jeszcze raz, czyli się zmęczyć, albo marznąć czekając na start piętnastki. Wyszłam dopiero jak już musiałam. Tomek po swoim biegu nie wracał już do szatni i spotkaliśmy się tuż przed startem. Kolejna rzecz, która mi się spodobała to koce ratunkowe, które każdy biegacz dostawał na mecie żeby nie tracić ciepła i nie narażać się na przeziębienie. Zastałam więc Tomka pokrytego złotem, ale nie z powodu wygranej, tylko z powodu koca:-)
Po części oficjalnej i rozgrzewce wreszcie padła komenda: START! W tym tłumie byliśmy ustawieni dość abstrakcyjnie, bo tuż za zającem z czasem 1:25, podczas gdy ja martwiłam się, czy w ogóle wyrobię się w limicie 2,5 godziny. Na linię startu podeszliśmy statecznym krokiem, bo przecież w tym tłumie nie dało się inaczej, a i za linią przez dłuższą chwilę nie dało się biec. Mi to akurat pasowało. Cóż, dobre nie trwa wiecznie i w końcu trzeba było przyspieszyć. Ruszyłam truchcikiem i kto chciał, mógł mnie spokojnie wyprzedzić. Nawet nie wyobrażacie sobie ile osób chciało! Nie przejmowałam się i nie przyspieszałam - w końcu musiało mi wystarczyć sił na piętnaście kilometrów, więc co się zarzynać na początku. Po jakichś czterech kilometrach mój organizm dostosował się do wysiłku i zachęcał mnie do zwiększenia tempa. No to zwiększyłam i nawet kilka osób udało mi się wyprzedzić. W połowie trasy nawet nie byłam za bardzo zmęczona, więc jeszcze ciut przyspieszyłam, znowu wyprzedzając kilka osób.. A za połową to już mogłam się pocieszać, że do mety bliżej niż dalej i trzeba przyznać, że to doskonale działało. Na trasie biegu dwa razy spotkałam Tomka, bo w jednym miejscu była długa nawracajka i jak ja w nią wbiegałam, to on już wybiegał. Ale mogliśmy sobie pomachać i to było fajne. Miła niespodzianką był doping Pawła, który namówił nas na ten bieg, też miał biec, ale jakoś mu przeszło i po zaliczeniu Biegu o Puchar Bielan stał już tylko przy trasie i podtrzymywał nas na duchu.
Trasa biegu - dwie takie pętelki.
Na samej końcówce tak mnie poniosło, że jeszcze przyspieszyłam i na linię mety wpadłam biegiem, a nie truchtem. To znaczy dla kogoś, kto biega trzy razy szybciej niż ja, to pewnie tak nie wyglądało, ale wiem co mówię. Ale najbardziej zdziwił mnie osiągnięty czas - zamiast dwóch i pół godziny jedynie godzina i trzydzieści sześć minut. No i czy ja nie jestem wielka??? :-) Tomek był jakieś dziesięć minut przede mną, dzięki czemu mógł uwiecznić mój wiekopomny finisz.
Po biegu zjedliśmy przydziałową zupkę, podzielili się wrażeniami z Andrzejem i Jackiem, którzy też biegli oraz dopingującym Pawłem, a ponieważ oficjalne zakończenie miało się odbyć za pół godziny, to zostaliśmy żeby zobaczyć jak to wygląda (a nuż, widelec kiedyś coś wygramy:-)) Na koniec odbyło się losowanie nagród i nawet cieszyłam się, że nie mieliśmy szczęścia, bo co ja bym zrobiła na przykład z pakietem na maraton, a wygranej w postaci wizyty u dentysty to już w życiu bym nie chciała. Brrrr....
Wbrew obawom osoby uzależnionej od nawigowania, nawet się za bardzo nie nudziłam przez te piętnaście kilometrów. Tak mi się zawsze wydawało, że bez mapy i punktów kontrolnych to nie ma co robić, bo nogami przebierać można całkowicie bezmyślnie, ale jak to powiadają - inteligentny człowiek nie nudzi się we własnym towarzystwie.
A tak bieg widział przez wizjer kamerki Tomek:
czwartek, 24 stycznia 2019
WesolInO
Na ostatni trening przed Chomiczówką wybraliśmy się do Wesołej. Fajnie się złożyło, że akurat w sobotę wystartowało WesolInO, bo my wciąż uparcie trzymamy się orientacji. Niby można było też zaliczyć biegi normalne, ale my nieustannie w niedoczasie, więc brakło czasu na dwie atrakcje.
Zapisałam się na trasę B, bo bałam się, że w niedzielę będę zmęczona i padnę. Kiedy zobaczyłam mapę mojej trasy, a na niej dystans poniżej trzech kilometrów, to trochę zwątpiłam. Czy opłaca się w ogóle wybiegać na taką krótką trasę? A potem czekać na Tomka, który biegnie na najdłuższą? Nieśmiało zasugerowałam organizatorowi zmianę trasy i na szczęście było przygotowanych tyle map, że mogłam przepisać się na dłuższą. Jedyny problem był taki, że mapy trasy C były bez drożni. Hmmmm… Rzadko poruszam się z takimi mapami - raczej na marszach, a nie biegach. Głupio mi jednak było po tym całym zamieszaniu ze zmianą trasy wybrzydzać na mapę, wzięłam więc co dawali i ruszyliśmy na start oddalony nieco od bazy. Nowością na WesolInO w tym roku jest elektroniczny pomiar czasu, ale taki z "zegarkiem" na ręku, który trzeba przyłożyć do "pastylki" powieszonej na każdym punkcie. Idzie nowe!
Punkt pierwszy ulokowany był za cmentarzem, za górką, blisko dużej ulicy. Pobiegłam gzygzakiem: zachód, północ, zachód. To znaczy chciałam pobiec, ale okazało się, że droga której kawałek musiałam zaliczyć była równiutko pokryta lodem. Rozłożyłam więc ręce i niczym linoskoczek nad przepaścią powolutku dobrnęłam do końca ogrodzenia cmentarza, gdzie mogłam wejść już w las. Co chwilę oglądałam się za Tomkiem, który wystartował tuż po mnie i miał ten sam punkt jako pierwszy. Tomka nie było. Już myślałam, że rozmyślił się albo co, a ten spryciarz wybrał wariant: północ, zachód i tym sposobem ominął lodowisko i miał krótszy podbieg na wydmę. No, ale ja nie idę na łatwiznę. Do tego pierwszego punktu skradałam się z pewną nieśmiałością, no bo bez dróg to jakoś tak inaczej. Udało się jednak trafić bezproblemowo, choć powoli. Na drugi ruszyłam już nieco odważniej ustawiając sobie azymut na kompasie i prąc do przodu po prostej, bez względu na ukształtowanie i przebieżność terenu. Znowu się udało. Z każdym kolejnym punktem szło coraz lepiej i w pewnym momencie zauważyłam, że brak dróg tylko ułatwia, bo skupiam się na obserwacji terenu, a nie liczeniu ścieżek, z którymi to tak różnie bywa.
Jedyny problem jaki pojawiał się przy każdym punkcie to podbijanie go. Zajmowało to dużo czasu, bo najpierw trzeba było wygarnąć "zegarek" spod kilku warstw rękawów, potem znaleźć zwisającą na sznureczku "pastylkę", unieruchomić ją i przyłożyć "zegarek" lub odwrotnie - nie unieruchamiać, tylko złapać i przyłożyć do "zegarka". Jak by nie kombinować, to traciło się cenne sekundy. Gdyby "pastylka" nie była ruchoma, tylko zamocowana na sztywno, szło by dużo sprawniej.
Głupio pobiegłam z PK10 na PK 11, bo zamiast od razu na most, to odruchowo ruszyłam azymutem. Rzeczka niestety nie była zamarznięta i nie dawało się jej sforsować suchą nogą. A potem zaplatałam się w niewidzialne ogrodzenie przed jedenastką, a jak się potem dowiedziałam, nie byłam jedyną osobą, której się to przytrafiło. No bo jak można robić tak zakamuflowany płot?? Tuż przed siedemnastką dogoniłam Tomka, który miotał się w krzakach i nie mógł znaleźć właściwego punktu. Nie wiem z czym miał problem, bo ja idąc za wskazaniami kompasu wyszłam idealnie na lampion. Powrót na metę w sporej części odbywał się po tej oblodzonej drodze, od której zaczynałam, więc tempo drastycznie mi spadło. Ale wiecie co? I tak zajęłam trzecie miejsce! Pierwszy raz w życiu, bo na ogół byłam gdzieś w ogonie. Może zawsze powinnam biegać na mapach bez drożni?
Zapisałam się na trasę B, bo bałam się, że w niedzielę będę zmęczona i padnę. Kiedy zobaczyłam mapę mojej trasy, a na niej dystans poniżej trzech kilometrów, to trochę zwątpiłam. Czy opłaca się w ogóle wybiegać na taką krótką trasę? A potem czekać na Tomka, który biegnie na najdłuższą? Nieśmiało zasugerowałam organizatorowi zmianę trasy i na szczęście było przygotowanych tyle map, że mogłam przepisać się na dłuższą. Jedyny problem był taki, że mapy trasy C były bez drożni. Hmmmm… Rzadko poruszam się z takimi mapami - raczej na marszach, a nie biegach. Głupio mi jednak było po tym całym zamieszaniu ze zmianą trasy wybrzydzać na mapę, wzięłam więc co dawali i ruszyliśmy na start oddalony nieco od bazy. Nowością na WesolInO w tym roku jest elektroniczny pomiar czasu, ale taki z "zegarkiem" na ręku, który trzeba przyłożyć do "pastylki" powieszonej na każdym punkcie. Idzie nowe!
Nie taka mapa straszna jak ją malują:-)
Punkt pierwszy ulokowany był za cmentarzem, za górką, blisko dużej ulicy. Pobiegłam gzygzakiem: zachód, północ, zachód. To znaczy chciałam pobiec, ale okazało się, że droga której kawałek musiałam zaliczyć była równiutko pokryta lodem. Rozłożyłam więc ręce i niczym linoskoczek nad przepaścią powolutku dobrnęłam do końca ogrodzenia cmentarza, gdzie mogłam wejść już w las. Co chwilę oglądałam się za Tomkiem, który wystartował tuż po mnie i miał ten sam punkt jako pierwszy. Tomka nie było. Już myślałam, że rozmyślił się albo co, a ten spryciarz wybrał wariant: północ, zachód i tym sposobem ominął lodowisko i miał krótszy podbieg na wydmę. No, ale ja nie idę na łatwiznę. Do tego pierwszego punktu skradałam się z pewną nieśmiałością, no bo bez dróg to jakoś tak inaczej. Udało się jednak trafić bezproblemowo, choć powoli. Na drugi ruszyłam już nieco odważniej ustawiając sobie azymut na kompasie i prąc do przodu po prostej, bez względu na ukształtowanie i przebieżność terenu. Znowu się udało. Z każdym kolejnym punktem szło coraz lepiej i w pewnym momencie zauważyłam, że brak dróg tylko ułatwia, bo skupiam się na obserwacji terenu, a nie liczeniu ścieżek, z którymi to tak różnie bywa.
Jedyny problem jaki pojawiał się przy każdym punkcie to podbijanie go. Zajmowało to dużo czasu, bo najpierw trzeba było wygarnąć "zegarek" spod kilku warstw rękawów, potem znaleźć zwisającą na sznureczku "pastylkę", unieruchomić ją i przyłożyć "zegarek" lub odwrotnie - nie unieruchamiać, tylko złapać i przyłożyć do "zegarka". Jak by nie kombinować, to traciło się cenne sekundy. Gdyby "pastylka" nie była ruchoma, tylko zamocowana na sztywno, szło by dużo sprawniej.
Głupio pobiegłam z PK10 na PK 11, bo zamiast od razu na most, to odruchowo ruszyłam azymutem. Rzeczka niestety nie była zamarznięta i nie dawało się jej sforsować suchą nogą. A potem zaplatałam się w niewidzialne ogrodzenie przed jedenastką, a jak się potem dowiedziałam, nie byłam jedyną osobą, której się to przytrafiło. No bo jak można robić tak zakamuflowany płot?? Tuż przed siedemnastką dogoniłam Tomka, który miotał się w krzakach i nie mógł znaleźć właściwego punktu. Nie wiem z czym miał problem, bo ja idąc za wskazaniami kompasu wyszłam idealnie na lampion. Powrót na metę w sporej części odbywał się po tej oblodzonej drodze, od której zaczynałam, więc tempo drastycznie mi spadło. Ale wiecie co? I tak zajęłam trzecie miejsce! Pierwszy raz w życiu, bo na ogół byłam gdzieś w ogonie. Może zawsze powinnam biegać na mapach bez drożni?
środa, 16 stycznia 2019
3 x pobiegane! Plus lokowanie produktu.
Kiedy w zeszłym roku zapisywaliśmy się na tegoroczny styczniowy Bieg Chomiczówki, wydawało mi się to wspaniałym pomysłem. Co prawda przez moment przemknęła mi myśl, że 15 km to trochę dużo, ale zaraz została zagłuszona szumnym staropolskim "co? ja? ja nie dam rady?" Dzisiaj pomysł tak długiego (dla mnie) biegu wydaje mi się absolutnie absurdalny, ale zapłacone - pobiec trzeba. W związku z tym oboje z Tomkiem podnieśliśmy nasze cztery litery z kanapy i ruszyliśmy trenować. Żeby jednak nie tracić kontaktu z orientacją postanowiliśmy pożenić jedno z drugim i tym sposobem zaliczyliśmy ostatnio dwa razy treningi PUKSa oraz FalInO.
Półtora tygodnia temu, w sobotę, wybraliśmy się do Rajszewa. Ja tak dość zachowawczo wybrałam krótszą trasę (4,9 km), Tomek poleciał na dłuższą. Biegaliśmy na długim, wąskim pasie lasu między drogą a Wisłą, co od razu ograniczało możliwości zgubienia się:-) Okazało się jednak, że trasa była łatwiutka, przebiegłam bez żadnych problemów, kompas spisał się znakomicie i bezbłędnie doprowadzał mnie gdzie trzeba i jedynie pogoda była taka sobie. Już po pierwszym punkcie buty miałam dokładnie przemoczone, bo od dołu mieliśmy topniejący śnieg, a od góry mżawkę przechodzącą z czasem w lekki opad. Nie wiem ile zrobiłam w sumie kilometrów, ale zajęło mi to prawie godzinę. I tak na mecie czułam się jakaś taka niedobiegana, a ponieważ Tomek jeszcze był na trasie, pobiegałam sobie jeszcze tak rekreacyjnie. Przy okazji zauważyłam, że jak się biegnie z pustymi rękami, czyli bez mapy, kompasu i czipa, to człowiek się zdecydowanie mniej męczy. A niby to wszystko tak niewiele waży.
Tydzień później wybraliśmy się na FalInO. Mieliśmy do wyboru parkrun albo orientację, no i orientacja wygrała. Zresztą FalInO gwarantowało nam bieganie po wydmie, czyli jakby większy wysiłek niż po parkowych alejkach. A tu przecież siłę trzeba budować (czy jak to tam doświadczeni biegacze mówią:-))) Zapisałam się na najdłuższą kobiecą trasę, a i tak miała tylko niecałe 4 km. Przywiązanie do mojej kobiecości jakoś nie dopuściło myśli, że mogłabym pobiec na trasie męskiej, a przecież nikt by mi nie zabronił. W Falenicy biegałam już tyle razy, że nawet zastanawiałam się czy mapa jest mi w ogóle potrzebna, a jednak już na dzień dobry udało się autorowi mapy mnie zaskoczyć. Do tej pory pierwszy punkt był zawsze w lasku za Bartoszycką, więc odruchowo pobiegłam w tę stronę, dopiero jak zerknęłam na mapę, to aż mnie zastopowało. Pierwszy punkt zaznaczony był na boisku! Patrzyłam w tę mapę i nijak nie mogłam uwierzyć. Ale jak to???? W końcu odwróciłam się i jak przestraszony kot na ugiętych nogach nieśmiało zaczęłam przemieszczać się w stronę boiska. No, ale jak to? Jak to? Jak można było mi to zrobić? Duużo czasu straciłam na jedynce, bo choć widziałam lampion już z daleka, to wciąż nie mogłam uwierzyć w taki rozwój wypadków. Dopiero po podbiciu karty pozbierałam się w sobie i pobiegłam dalej. Szło dobrze do piątki a potem zrobiłam tak głupi błąd, że śmiech na sali - odwróciłam sobie mapę do góry nogami i zaczęłam się namierzać. Może nieco usprawiedliwia mnie fakt, że namierzałam się na szóstkę, która po odwróceniu mapy co prawda stała się dziewiątką, ale wciąż wyglądała jak normalna cyfra, więc nic nie wzbudzało moich podejrzeń. Pobliska ósemka także odwrotnie wciąż była ósemką. Jedyne co mi nie pasowało do koncepcji to teren dookoła - ścieżki w jakichś dziwnych kierunkach, szczyt wydmy po niewłaściwej stronie... W końcu zorientowałam się co robię, zaczęłam przekładać mapę i … znów miałam ją do góry nogami. Totalne zaćmienie. W międzyczasie dogoniła mnie Beatka, którą wyprzedziłam ze dwa punkty wcześniej, więc uznałam, że najlepiej będzie popatrzyć gdzie ona idzie, skoro i tak nie umiem ustawić mapy jak trzeba:-) Po podbiciu szóstki pobiegłam już samodzielnie i do końca trasy nie było żadnych niespodzianek. Tylko na mecie znowu niedobiegana byłam, bo dystans za krótki. Ponieważ mieliśmy z Tomkiem jeszcze dużo spraw do pozałatwiania tego dnia, cierpliwie czekałam na niego i nie szłam już do lasu na dodatkowa przebieżkę, bo moglibyśmy się rozminąć.
W Falenicy miałam też swoje pięć minut, bo Andrzej oficjalnie przekazał mi moją nagrodę za trzecie miejsce w PMnO (nie mogłam odebrać osobiście), więc teraz z dumą ją Wam tu prezentuję:
Następnego dnia czekała nas kolejna orientacja, znowu z PUKSami, tym razem w Skierdach. O ile w Falenicy mieliśmy fajną pogodę, to niestety w niedzielę już się zepsuła i na start jechaliśmy w deszczu. Pogoda, dystans 5,5 km oraz mocno pofałdowany teren zapowiadał niezłą zabawę.
Zaczęłam dobrze i punkty wpadały bezproblemowo. To znaczy bezproblemowo pod względem nawigacyjnym, bo kondycyjnie było już gorzej. Im mniej płasko, tym gorzej. Gdzieś obok mnie co chwilę pojawiał się Kamil, który może nie jest jeszcze orłem nawigacji (tak dla porządku - ja też nie jestem), ale za to szybko biega. No to próbowałam z nim trochę powalczyć sposobem - jak on biegł drogami, to ja w las i na azymut i tym sposobem aż do PK 8 co chwilę spotykaliśmy się w okolicach kolejnych lampionów. A na PK 8 dopadło mnie zaćmienie. Umysłowe zaćmienie. Zaczęłam lecieć na dziewiątkę i nagle ... zapomniałam z jakiego punktu ruszyłam i do jakiego chcę dotrzeć. W sekundę w głowie zrobiła mi się taka pustka, że tylko wiatr hulał tam i z powrotem. Jak się ma kartę do dziurkowania, to można sprawdzić co już podbite, ale my biegaliśmy z czipami:-( Niby mogłam pobiec za znikającym w oddali Kamilem, ale nie byłam pewna czy jesteśmy na tej samej trasie, a poza tym w końcu wymyśliłam, że jestem między siódemką a ósemką i dam sobie radę sama. Ponieważ wcale nie byłam tam, gdzie myślałam, że jestem, sprawy się nieco pokomplikowały. Błąkałam się więc tak po wydmie to idąc w prawo, to w lewo, ale tak ogólnie to bez celu i sensu. W końcu dotarłam do drogi w jarze i krzyża na górce. To akurat było na mapie i to dość blisko dziewiątki. Uznałam więc, że skoro jestem tak blisko, to może i faktycznie do dziewiątki miałam dotrzeć. Dalej poleciało już bez problemów, choć czułam trochę zniechęcenie tą dziwną przygodą. Na metę dotarłam po niemal osiemdziesięciu minutach i tym razem miałam dość. Jeszcze chwilę musiałam poczekać na Tomka, który też swoją trasę zaliczył z przygodami, ale czas oczekiwania spędziłam w zaciszu samochodu okutana we wszystko ciepłe, jakie wzięliśmy z domu.
A teraz uwaga! - lokowanie produktu!
Sobie popatrzcie na fotkę powyżej i na mój nowy zielony dupochron. To jest spódnica na miarę naszych czasów - chroni istotne części składowe kobiety, zapewnia komfort cieplny, świetnie wygląda, daje poczucie elegancji nawet w lesie, nie ogranicza ruchów, wyróżnia w tłumie, leczy kaca, nagniotki i zgagę, sprząta, gotuje, robi zakupy. No dobra, może się trochę zagalopowałam, ale przynajmniej połowę opisanych zalet posiada. Jak która chce takie cudo to lećcie do Kasi Karpy - http://snag.pl/
Koniec lokowania produktu.
I koniec relacji.
Półtora tygodnia temu, w sobotę, wybraliśmy się do Rajszewa. Ja tak dość zachowawczo wybrałam krótszą trasę (4,9 km), Tomek poleciał na dłuższą. Biegaliśmy na długim, wąskim pasie lasu między drogą a Wisłą, co od razu ograniczało możliwości zgubienia się:-) Okazało się jednak, że trasa była łatwiutka, przebiegłam bez żadnych problemów, kompas spisał się znakomicie i bezbłędnie doprowadzał mnie gdzie trzeba i jedynie pogoda była taka sobie. Już po pierwszym punkcie buty miałam dokładnie przemoczone, bo od dołu mieliśmy topniejący śnieg, a od góry mżawkę przechodzącą z czasem w lekki opad. Nie wiem ile zrobiłam w sumie kilometrów, ale zajęło mi to prawie godzinę. I tak na mecie czułam się jakaś taka niedobiegana, a ponieważ Tomek jeszcze był na trasie, pobiegałam sobie jeszcze tak rekreacyjnie. Przy okazji zauważyłam, że jak się biegnie z pustymi rękami, czyli bez mapy, kompasu i czipa, to człowiek się zdecydowanie mniej męczy. A niby to wszystko tak niewiele waży.
Na takiej mapie biegałam.
Tydzień później wybraliśmy się na FalInO. Mieliśmy do wyboru parkrun albo orientację, no i orientacja wygrała. Zresztą FalInO gwarantowało nam bieganie po wydmie, czyli jakby większy wysiłek niż po parkowych alejkach. A tu przecież siłę trzeba budować (czy jak to tam doświadczeni biegacze mówią:-))) Zapisałam się na najdłuższą kobiecą trasę, a i tak miała tylko niecałe 4 km. Przywiązanie do mojej kobiecości jakoś nie dopuściło myśli, że mogłabym pobiec na trasie męskiej, a przecież nikt by mi nie zabronił. W Falenicy biegałam już tyle razy, że nawet zastanawiałam się czy mapa jest mi w ogóle potrzebna, a jednak już na dzień dobry udało się autorowi mapy mnie zaskoczyć. Do tej pory pierwszy punkt był zawsze w lasku za Bartoszycką, więc odruchowo pobiegłam w tę stronę, dopiero jak zerknęłam na mapę, to aż mnie zastopowało. Pierwszy punkt zaznaczony był na boisku! Patrzyłam w tę mapę i nijak nie mogłam uwierzyć. Ale jak to???? W końcu odwróciłam się i jak przestraszony kot na ugiętych nogach nieśmiało zaczęłam przemieszczać się w stronę boiska. No, ale jak to? Jak to? Jak można było mi to zrobić? Duużo czasu straciłam na jedynce, bo choć widziałam lampion już z daleka, to wciąż nie mogłam uwierzyć w taki rozwój wypadków. Dopiero po podbiciu karty pozbierałam się w sobie i pobiegłam dalej. Szło dobrze do piątki a potem zrobiłam tak głupi błąd, że śmiech na sali - odwróciłam sobie mapę do góry nogami i zaczęłam się namierzać. Może nieco usprawiedliwia mnie fakt, że namierzałam się na szóstkę, która po odwróceniu mapy co prawda stała się dziewiątką, ale wciąż wyglądała jak normalna cyfra, więc nic nie wzbudzało moich podejrzeń. Pobliska ósemka także odwrotnie wciąż była ósemką. Jedyne co mi nie pasowało do koncepcji to teren dookoła - ścieżki w jakichś dziwnych kierunkach, szczyt wydmy po niewłaściwej stronie... W końcu zorientowałam się co robię, zaczęłam przekładać mapę i … znów miałam ją do góry nogami. Totalne zaćmienie. W międzyczasie dogoniła mnie Beatka, którą wyprzedziłam ze dwa punkty wcześniej, więc uznałam, że najlepiej będzie popatrzyć gdzie ona idzie, skoro i tak nie umiem ustawić mapy jak trzeba:-) Po podbiciu szóstki pobiegłam już samodzielnie i do końca trasy nie było żadnych niespodzianek. Tylko na mecie znowu niedobiegana byłam, bo dystans za krótki. Ponieważ mieliśmy z Tomkiem jeszcze dużo spraw do pozałatwiania tego dnia, cierpliwie czekałam na niego i nie szłam już do lasu na dodatkowa przebieżkę, bo moglibyśmy się rozminąć.
W Falenicy miałam też swoje pięć minut, bo Andrzej oficjalnie przekazał mi moją nagrodę za trzecie miejsce w PMnO (nie mogłam odebrać osobiście), więc teraz z dumą ją Wam tu prezentuję:
Dumna i blada:-)
Następnego dnia czekała nas kolejna orientacja, znowu z PUKSami, tym razem w Skierdach. O ile w Falenicy mieliśmy fajną pogodę, to niestety w niedzielę już się zepsuła i na start jechaliśmy w deszczu. Pogoda, dystans 5,5 km oraz mocno pofałdowany teren zapowiadał niezłą zabawę.
Zaraz, zaraz... to gdzie jest ten start?
Zaczęłam dobrze i punkty wpadały bezproblemowo. To znaczy bezproblemowo pod względem nawigacyjnym, bo kondycyjnie było już gorzej. Im mniej płasko, tym gorzej. Gdzieś obok mnie co chwilę pojawiał się Kamil, który może nie jest jeszcze orłem nawigacji (tak dla porządku - ja też nie jestem), ale za to szybko biega. No to próbowałam z nim trochę powalczyć sposobem - jak on biegł drogami, to ja w las i na azymut i tym sposobem aż do PK 8 co chwilę spotykaliśmy się w okolicach kolejnych lampionów. A na PK 8 dopadło mnie zaćmienie. Umysłowe zaćmienie. Zaczęłam lecieć na dziewiątkę i nagle ... zapomniałam z jakiego punktu ruszyłam i do jakiego chcę dotrzeć. W sekundę w głowie zrobiła mi się taka pustka, że tylko wiatr hulał tam i z powrotem. Jak się ma kartę do dziurkowania, to można sprawdzić co już podbite, ale my biegaliśmy z czipami:-( Niby mogłam pobiec za znikającym w oddali Kamilem, ale nie byłam pewna czy jesteśmy na tej samej trasie, a poza tym w końcu wymyśliłam, że jestem między siódemką a ósemką i dam sobie radę sama. Ponieważ wcale nie byłam tam, gdzie myślałam, że jestem, sprawy się nieco pokomplikowały. Błąkałam się więc tak po wydmie to idąc w prawo, to w lewo, ale tak ogólnie to bez celu i sensu. W końcu dotarłam do drogi w jarze i krzyża na górce. To akurat było na mapie i to dość blisko dziewiątki. Uznałam więc, że skoro jestem tak blisko, to może i faktycznie do dziewiątki miałam dotrzeć. Dalej poleciało już bez problemów, choć czułam trochę zniechęcenie tą dziwną przygodą. Na metę dotarłam po niemal osiemdziesięciu minutach i tym razem miałam dość. Jeszcze chwilę musiałam poczekać na Tomka, który też swoją trasę zaliczył z przygodami, ale czas oczekiwania spędziłam w zaciszu samochodu okutana we wszystko ciepłe, jakie wzięliśmy z domu.
A teraz uwaga! - lokowanie produktu!
Sobie popatrzcie na fotkę powyżej i na mój nowy zielony dupochron. To jest spódnica na miarę naszych czasów - chroni istotne części składowe kobiety, zapewnia komfort cieplny, świetnie wygląda, daje poczucie elegancji nawet w lesie, nie ogranicza ruchów, wyróżnia w tłumie, leczy kaca, nagniotki i zgagę, sprząta, gotuje, robi zakupy. No dobra, może się trochę zagalopowałam, ale przynajmniej połowę opisanych zalet posiada. Jak która chce takie cudo to lećcie do Kasi Karpy - http://snag.pl/
Koniec lokowania produktu.
I koniec relacji.
wtorek, 8 stycznia 2019
Noworoczno-Bąbelkowo
My to naprawdę jesteśmy szybcy - jako pierwsi w tym roku zorganizowaliśmy imprezę na orientację. Mało tego - mapy to mieliśmy już gotowe w zeszłym roku. Ja to nawet zrobiłam trasę TZ, tylko nikt nie chciał się na nią zapisywać. Cóż - zwycięzca bierze na siebie obowiązek przygotowania imprezy w przyszłym roku. Kiedy już zaczęłam tracić nadzieję, że moje mapy przydadzą się do czegoś więcej niż podpałka do grilla i po wystosowaniu dramatycznego apelu do ludzkości, w końcu zjawili się pierwsi chętni, a po nich następni i w końcu mieliśmy kilka ekip tezetowskich . Ufff.
W sylwestra zamiast na bal ruszyliśmy w las z naręczem lampionów, bo postanowiliśmy jeszcze w poniedziałek rozwiesić trasy marszowe i muszę przyznać, że był to bardzo przyjemny spacer. Wcale nie żałuję żadnych balów, które nam w tym czasie przepadały, bo i tak się nie wybieraliśmy:-) W rodzinnym gronie posiedzieliśmy do północy, wypili po kieliszku szampana i czym prędzej czmychnęliśmy do łóżka - rano czekało nas jeszcze rozwieszanie lampionów biegowych. Wyrobiliśmy się tak na styk, bo Tomek zapomniał kilku punktów nanieść na wzorcówkę i trzeba było dwa razy lecieć w ten sam rejon. Oczywiście ten najbardziej oddalony od miejsca, w którym zorientowaliśmy się, że coś nam nie gra.
Pogoda zapowiadała się taka sobie, więc przezornie pożyczyliśmy duuży namiot, który musieliśmy jeszcze rozłożyć przed jedenastą rano, a doświadczenie z tym dokładnie namiotem mówiło nam, że nie jest to banalna sprawa. Kiedy w końcu dojechaliśmy na planowany start, kłębił się już tam tłum zawodników, więc pomagierów do rozstawania konstrukcji mieliśmy dużo.
Zgodnie z zapowiedziami o jedenastej wznieśliśmy noworoczny toast i odśpiewaliśmy solenizantowi - Panu Mieczysławowi tradycyjne "Sto Lat". A potem... ogary poszły w las.
Ledwo udało się wypuścić ostatnich marszerów, a tu już na mecie zaczęli pojawiać się pierwsi biegacze. Nawet nie było czasu żeby się ponudzić:-) Niektórzy to już na maksa chcieli wykorzystać udział w imprezie i najpierw zaliczyli trasy marszowe, a potem jeszcze biegowe. Tym sposobem mieliśmy cały czas ruch w interesie, bo jedni wychodzili, inni przychodzili, wybiegali, przybiegali. Nawet pogoda, z każdą minutą coraz gorsza, nie była w stanie odwieść nikogo od zaplanowanych startów. Zresztą dla orientantów nie ma złej pogody.
Trasę TZ bezbłędnie pokonali dwaj panowie - Piotrek i Leszek, przy czym zrobili to niezależnie od siebie, a nie w zespole. Teraz muszą się dogadać w kwestii organizacji przyszłorocznego NBInO. Puchar przejął Piotrek, bo cierpliwie dotrwał do podliczenia wyników, na Leszka zaś czeka butelka szampana. Halo! Czy Leszek mnie słyszy?! Butelka szampana!
Trochę przed szesnastą udało się odhaczyć ostatnich powracających z lasu zawodników (nikt nie zaginął), a w oczekiwaniu na ostatni zespół, Tomek poszedł zbierać im sprzed nosa część lampionów, a ja z "ochotnikami" złożyłam namiot. A późnym wieczorem w taki sposób ozdobiliśmy sobie mieszkanie:
W sylwestra zamiast na bal ruszyliśmy w las z naręczem lampionów, bo postanowiliśmy jeszcze w poniedziałek rozwiesić trasy marszowe i muszę przyznać, że był to bardzo przyjemny spacer. Wcale nie żałuję żadnych balów, które nam w tym czasie przepadały, bo i tak się nie wybieraliśmy:-) W rodzinnym gronie posiedzieliśmy do północy, wypili po kieliszku szampana i czym prędzej czmychnęliśmy do łóżka - rano czekało nas jeszcze rozwieszanie lampionów biegowych. Wyrobiliśmy się tak na styk, bo Tomek zapomniał kilku punktów nanieść na wzorcówkę i trzeba było dwa razy lecieć w ten sam rejon. Oczywiście ten najbardziej oddalony od miejsca, w którym zorientowaliśmy się, że coś nam nie gra.
Pogoda zapowiadała się taka sobie, więc przezornie pożyczyliśmy duuży namiot, który musieliśmy jeszcze rozłożyć przed jedenastą rano, a doświadczenie z tym dokładnie namiotem mówiło nam, że nie jest to banalna sprawa. Kiedy w końcu dojechaliśmy na planowany start, kłębił się już tam tłum zawodników, więc pomagierów do rozstawania konstrukcji mieliśmy dużo.
Zgodnie z zapowiedziami o jedenastej wznieśliśmy noworoczny toast i odśpiewaliśmy solenizantowi - Panu Mieczysławowi tradycyjne "Sto Lat". A potem... ogary poszły w las.
Ledwo udało się wypuścić ostatnich marszerów, a tu już na mecie zaczęli pojawiać się pierwsi biegacze. Nawet nie było czasu żeby się ponudzić:-) Niektórzy to już na maksa chcieli wykorzystać udział w imprezie i najpierw zaliczyli trasy marszowe, a potem jeszcze biegowe. Tym sposobem mieliśmy cały czas ruch w interesie, bo jedni wychodzili, inni przychodzili, wybiegali, przybiegali. Nawet pogoda, z każdą minutą coraz gorsza, nie była w stanie odwieść nikogo od zaplanowanych startów. Zresztą dla orientantów nie ma złej pogody.
Trasę TZ bezbłędnie pokonali dwaj panowie - Piotrek i Leszek, przy czym zrobili to niezależnie od siebie, a nie w zespole. Teraz muszą się dogadać w kwestii organizacji przyszłorocznego NBInO. Puchar przejął Piotrek, bo cierpliwie dotrwał do podliczenia wyników, na Leszka zaś czeka butelka szampana. Halo! Czy Leszek mnie słyszy?! Butelka szampana!
Jeden ze zwycięzców - z pucharem i szampanem.
Trochę przed szesnastą udało się odhaczyć ostatnich powracających z lasu zawodników (nikt nie zaginął), a w oczekiwaniu na ostatni zespół, Tomek poszedł zbierać im sprzed nosa część lampionów, a ja z "ochotnikami" złożyłam namiot. A późnym wieczorem w taki sposób ozdobiliśmy sobie mieszkanie:
Suszenie lampionów.
czwartek, 3 stycznia 2019
Chłodne UrodzInO
I znowu zaległości:-(
O UrodzInO miał opowiedzieć Tomek, bo to jego impreza i jego wrażenia, ale zajęty był ratowaniem świata i szykowaniem Noworoczno-Bąbelkowej InO. Drobny problemik z relacją tkwi w tym, że właściwie poza ciastem to on sam wszystko przygotował i nie bardzo mam co opowiedzieć - ja szłam wieczorem spać, a on po nocach dłubał w mapach. Nastąpił drobny cud - na dzień imprezy wziął sobie urlop (od tego ratowania świata) i udało mu się prawie za dnia porozwieszać lampiony. Kiedy ja wróciłam z pracy, jedyne co mi zostało to jechać na start i zająć się obsługą sekretariatu.
Zimno było jak... to w zimie i okazało się, że zawodnicy mają lepiej, bo rozgrzewają się w marszu, a organizatorzy przymarzają do startu/mety. W tym przymarznięciu trochę dłużyło nam się czekanie na powrót wszystkich z lasu, ale w końcu wrócili i nikt nie zaginął. Przemek litościwie zdeklarował się pozbierać lampiony i wielkie mu za to dzięki, bo jakoś nie uśmiechało mi się jeszcze o dziesiątej wieczorem latać po lesie z perspektywą porannego wstawania o szóstej. Jakoś mam coraz mniejszy sentyment do imprez odbywających się w dni robocze, zwłaszcza o tej porze roku.
Byle do wiosny!

O UrodzInO miał opowiedzieć Tomek, bo to jego impreza i jego wrażenia, ale zajęty był ratowaniem świata i szykowaniem Noworoczno-Bąbelkowej InO. Drobny problemik z relacją tkwi w tym, że właściwie poza ciastem to on sam wszystko przygotował i nie bardzo mam co opowiedzieć - ja szłam wieczorem spać, a on po nocach dłubał w mapach. Nastąpił drobny cud - na dzień imprezy wziął sobie urlop (od tego ratowania świata) i udało mu się prawie za dnia porozwieszać lampiony. Kiedy ja wróciłam z pracy, jedyne co mi zostało to jechać na start i zająć się obsługą sekretariatu.
Zimno było jak... to w zimie i okazało się, że zawodnicy mają lepiej, bo rozgrzewają się w marszu, a organizatorzy przymarzają do startu/mety. W tym przymarznięciu trochę dłużyło nam się czekanie na powrót wszystkich z lasu, ale w końcu wrócili i nikt nie zaginął. Przemek litościwie zdeklarował się pozbierać lampiony i wielkie mu za to dzięki, bo jakoś nie uśmiechało mi się jeszcze o dziesiątej wieczorem latać po lesie z perspektywą porannego wstawania o szóstej. Jakoś mam coraz mniejszy sentyment do imprez odbywających się w dni robocze, zwłaszcza o tej porze roku.
Byle do wiosny!
Pseudo-tort (ten na pierwszym planie), który (nieskromnie dodam) wyszedł bardzo dobry.
Wracają!

Smacznego!
Dyskusje nad mapą.
A ten wycinek...
piątek, 21 grudnia 2018
Radosne ChoInO
Po ChoInO już kurz opadł, a ja wciąż w czarnej dziurze czasowej. No, to ChoInO się odbyło jakby kto pytał. W Radości się odbyło, bo w końcu to radosna impreza, więc i oprawa musiała być jak należy. Tradycyjnie zaczęliśmy od życzeń i łamania się opłatkiem, a potem ruszyliśmy na trasę. Bardzo cieszyłam się, że naszą trasę robiła Ania, bo u niej trasa jest dla ludzi, a nie ludzie dla trasy:-) Szybko i bezbłędnie dopasowaliśmy wycinki we właściwe miejsca, a i z trafieniem na miejsce nie było problemów. To znaczy szło dobrze do ósmego wycinka. Niby wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, co tam należy wpasować, ale ponieważ w tym miejscu wycinki były nie dość, że pozamieniane, to jeszcze zlustrowane, wiec w końcu wszystko nam się popitoliło. Ja to w ogóle straciłam głowę, bo ja to nie mam głowy do luster, to znaczy czasem oglądam głowę w lustrze (jak się czeszę na przykład), ale tak ogólnie - to nie. Tomek zachował zimną krew i po chwili wpatrywania się w mapę, w otoczenie, znowu w mapę i znowu w otoczenie w końcu zawyrokował: TAM! Kierunek okazał się słuszny i po zebraniu ostatnich punktów bezpiecznie wróciliśmy na metę.
Polegliśmy tylko na zadaniu. Trzeba było podać odległość z PK 1 do PK 10 i wyszło na jaw, że Tomek jest krokowo rozregulowany, a ja leniwa. On źle wymierzył, a mi w ogóle nie chciało się liczyć kroków. I za karę mamy ostatnie miejsce:-)
Po dotarciu na metę ja byłam od razu gotowa wracać, bo porządki czekały i wołały wielkim głosem, że czas już na nie, ale musieliśmy czekać na termosy i inne duperele potrzebne na tomkowe UrodzInO. Tomek namawiał mnie więc na Street-O, ja odmawiałam, bo nie byłam ubrana na bieganie i w końcu stanęło na tym, że się przespacerujemy przez godzinkę i co zbierzemy, to zbierzemy. Co zrobiliśmy po wyjściu za próg? Oczywiście - pobiegliśmy! No, może pobiegliśmy to lekkie nadużycie, ale przetruchtaliśmy koło ośmiu kilometrów i dopiero w samej końcówce rozdzieliliśmy się, bo ja pognałam na metę, a Tomek jeszcze po jakiś punkt. I nawet całkiem przyzwoite miejsca zajęliśmy tym truchtaniem.
A na deser parę fotek z trasy marszowej:
Polegliśmy tylko na zadaniu. Trzeba było podać odległość z PK 1 do PK 10 i wyszło na jaw, że Tomek jest krokowo rozregulowany, a ja leniwa. On źle wymierzył, a mi w ogóle nie chciało się liczyć kroków. I za karę mamy ostatnie miejsce:-)
Po dotarciu na metę ja byłam od razu gotowa wracać, bo porządki czekały i wołały wielkim głosem, że czas już na nie, ale musieliśmy czekać na termosy i inne duperele potrzebne na tomkowe UrodzInO. Tomek namawiał mnie więc na Street-O, ja odmawiałam, bo nie byłam ubrana na bieganie i w końcu stanęło na tym, że się przespacerujemy przez godzinkę i co zbierzemy, to zbierzemy. Co zrobiliśmy po wyjściu za próg? Oczywiście - pobiegliśmy! No, może pobiegliśmy to lekkie nadużycie, ale przetruchtaliśmy koło ośmiu kilometrów i dopiero w samej końcówce rozdzieliliśmy się, bo ja pognałam na metę, a Tomek jeszcze po jakiś punkt. I nawet całkiem przyzwoite miejsca zajęliśmy tym truchtaniem.
A na deser parę fotek z trasy marszowej:
wtorek, 11 grudnia 2018
Wilga Orient 2018
Wilga Orient to ostatnia z zaplanowanych na ten rok pięćdziesiątek i o tyle nietypowa, że odbywająca się w niedzielę, a nie w sobotę. Ma to swoje zady i walety, bo z jednej strony można sobie na spokojnie przyjechać wyspawszy się uprzednio, a z drugiej strony wracać trzeba w nocy z niedzieli na poniedziałek, a zaraz potem wstać do roboty. Chcąc uniknąć tego ostatniego zapobiegawczo wzięłam sobie urlop.
Do bazy dotarliśmy jako pierwsza ekipa, więc mogliśmy wybrać najlepszą miejscówkę. Była najlepsza do momentu, kiedy obok nas nie rozlokowała się Chrumkająca Ciemność, która nocą zamienia się w Bardzo Chrapiącą Ciemność:-) Ale jakoś daliśmy radę i tylko raz wstawałam na interwencję:-) Za to rano Michał był niekwestionowanym bohaterem nocy, bo nie było osoby, która by nie skomentowała wydawanych przez niego odgłosów.
Kilkanaście minut przed ósmą dostaliśmy mapy - trzy arkusze, z czego jeden duży, a dwa normalne. Część punktów mieliśmy na mapie głównej w skali 1:50000, a na dwóch pozostałych były mapy do BnO w skali 1:10000 i 1:15000, czyli całkiem przyjemne.
W pierwszym odruchu chciałam lecieć na to BnO, bo to tak miło jak punkty szybko i łatwo wpadają i takie motywujące to jest i w ogóle. Tomek miał od razu antykoncepcję, że niby lepiej najpierw wziąć większość z pięćdziesiątki, bo jak nas noc zastanie, to łatwiej będzie robić BnO niż resztę. No, to był argument nie do zbicia.
Kiedy już wszyscy ruszyliśmy i tak połowa poleciała w prawo, a połowa w lewo, więc obie wersje miały swoich zwolenników. Postanowiliśmy zacząć od PK 34, potem wziąć 32, 40, 39, a potem to się zobaczy. Do drugiego naszego punktu trzymaliśmy się blisko silnych zawodników, m.in. Staszka i Ani, czyli mocno zasuwaliśmy. Potem odległość między nimi a nami zaczęła się powiększać, no bo ile można tak pędzić? Przy PK 39 sytuacja się wyzerowała, bo kiedy dotarliśmy w jego okolice zastaliśmy wszystkich, którzy nas do tej pory wyprzedzili na czesaniu terenu. Czesaliśmy i my - najpierw indywidualnie, potem zbiorowo, a w końcu polecieliśmy za okrzykami, że jest, lampion jest! Coś chyba musiało być nie tak z rozstawieniem punktu, albo z mapą, skoro wszyscy mieli problem z namierzeniem się. Najbardziej skorzystali ci, którzy jako ostatni dołączyli do czesania, najwięcej stracili ci, którzy jako pierwsi zaczęli szukać.
Dalszą trasę zaplanowaliśmy tak: 36, 33, 35, 37, 38. Na odprawie i we wcześniejszych informacjach organizator zapowiadał, że trasa będzie szybka, krótka, sucha i mało skomplikowana. Faktycznie (poza PK 39) nie mieliśmy żadnych problemów, a że było po płaskim i dużo drogami więc tempo też mieliśmy wyższe niż standardowo. Co chwilę spotykaliśmy jakieś ekipy, ale to nie dziwne, bo punkty były tu gęsto, a stawka nie zdążyła się jeszcze rozciągnąć. No i faktycznie było sucho. W zeszłym roku opis typu "do przejścia" znaczył, że nie trzeba płynąć, teraz opis "oczko wodne" oznaczał małą kałużę. I niby fajnie, bo w butach sucho, ale mi to jednak tak czegoś brakowało.
Po 38 znowu musieliśmy podjąć decyzję co bierzemy idąc tam, a co idąc z powrotem. I wyszło, że na powrót z "dużej" mapy zostawimy sobie tylko 53 i 55.
Muszę powiedzieć, że w tym roku Wilga Orient była wyjątkowo nudna i nie bardzo jest o czym pisać :-) Punkty stały tam gdzie trzeba, albo widoczne z daleka (lampiony przestrzenne), albo z wiadomej strony drzewa (płaskie), dojścia były łatwe - albo drogi, albo pięknie przebieżny las, żadnych utrudnień, niespodzianek, problemów. Że na mapie mamy rozświetlenia zorientowaliśmy się niemal post factum, bo doskonale radziliśmy sobie bez nich. Dodatkowo w części trasy ułatwieniem były "dary lasu", bo niebieskie worki rzucały się w oczy:-) Wyszła taka wzorcowa impreza dla szybkobiegaczy:-) Z jednej strony to mi się nawet podobało, bo nie było bardzo męczące i nawet miałam czas i ochotę podziwiać piękne okoliczności przyrody, co to mi zwykle gdzieś umykają jak pot zalewa oczy, ale z drugiej strony cały czas się martwiłam o relację. No bo o czym pisać? No i macie teraz taką o niczym:-( Może dla mnie trzeba robić specjalną trasę z jakimiś atrakcjami? No dobra, jedna atrakcja była - w drodze na PK 33, w odległości rzutu beretem od nas, przebiegły trzy dziki. Jeszcze nigdy w życiu w lesie nie widziałam dzika z tak bliska. Na ulicy - owszem, dość często, ale w lesie pierwszy raz.
Dużą mapę skończyliśmy na PK 56 i stamtąd mieliśmy spory kawał pustego przelotu na Wielonek. Trochę się po drodze zdekoncentrowaliśmy i na jednym ze skrzyżowań skręciliśmy w złą drogę, ale na szczęście szybko się zorientowaliśmy. Wielonka zaczęliśmy smacznie, bo od punktu żywieniowego. Czego tam nie było w pudłach? Napoje wszelakiego rodzaju, ciasteczka, batoniki - wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. A ja głupia chwilę wcześniej zeżarłam swoje zapasy i nic mi już się nie chciało zmieścić:-(
Przy kolejnym punkcie - PK 1 wreszcie zaczęło się robić interesująco, bo mokro. Na tyle mokro, że pojawił się dreszczyk emocji co dalej, na tyle sucho, że punkt zdobyliśmy nie mocząc niczego. PK 3 okazał się jeszcze bardziej mokry i jeszcze trudniej dostępny i wreszcie poczułam się w pełni usatysfakcjonowana, bo nawet zamoczyłam czubek buta:-)
Po kolejne punkty polecieliśmy zakosami, tak żeby zakończyć na PK 11 i przejść na Zajączkowo. Atrakcji po drodze więcej nie było, dalszy teren okazał się suchy i w końcu już nawet nie zwracaliśmy uwagi czy na mapie jest niebiesko, czy nie, tylko szliśmy po prostej. Ja tak może monotematycznie o tej wodzie, ale po prostu poprzednia mokra Wilga wywarła na mnie niezatarte wrażenie i choć wtedy klęłam autora mapy, to teraz przynajmniej mam co wspominać:-)
Zajączkowo zaczęliśmy od PK 21, a potem wszędzie było blisko i w półtorej godziny rozprawiliśmy się z trzecią mapą. Pewnie, że można było szybciej, ale po ostrym początku byłam już trochę zmęczona i zaczynałam robić za hamulcowego. Poza tym chwilami liczyliśmy kroki, ustawiali azymuty, czy po prostu podziwiali okoliczności przyrody. A co? Nie wolno?
Na PK 16 zastał nas zmrok i dobrze, że lampiony na BnO były rzucające się w oczy, bo nieduży kamyk z szesnastką łatwo byłoby przeoczyć.
W drodze powrotnej z głównej mapy zostały nam 53 i 55. O ile z pierwszym nie mieliśmy problemów, to na 55 straciliśmy parę minut na dwukrotne namierzenie się. Przy 53 spotkaliśmy Sylwię z Krzysztofem, co było dla mnie zaskoczeniem - spodziewałam się, że o tej porze są już w bazie. Od razu odezwała się we mnie żyłka rywalizacji, wykrzesałam z siebie resztkę sił i zwiększyłam tempo. My gnaliśmy prosto do bazy, oni mieli do zebrania po drodze 35 i 33. Spotkaliśmy się ponownie pod drzwiami stowarzyszonej mety i razem zameldowaliśmy się na mecie właściwej, po drugiej stronie ulicy. Pierwotnie braliśmy pod uwagę wyjazd na basen do Szamotuł, bo w bazie nie było prysznica, ale że przed nami była jeszcze daleka droga, odpuściliśmy te luksusy i po posiłku szybko ewakuowaliśmy się do samochodu.
A tutaj można się naocznie przekonać, czy nie naściemniałam w tekście powyżej, czyli co zarejestrowała nasza kamerka i jak to skomentował Tomek:
Do bazy dotarliśmy jako pierwsza ekipa, więc mogliśmy wybrać najlepszą miejscówkę. Była najlepsza do momentu, kiedy obok nas nie rozlokowała się Chrumkająca Ciemność, która nocą zamienia się w Bardzo Chrapiącą Ciemność:-) Ale jakoś daliśmy radę i tylko raz wstawałam na interwencję:-) Za to rano Michał był niekwestionowanym bohaterem nocy, bo nie było osoby, która by nie skomentowała wydawanych przez niego odgłosów.
Kilkanaście minut przed ósmą dostaliśmy mapy - trzy arkusze, z czego jeden duży, a dwa normalne. Część punktów mieliśmy na mapie głównej w skali 1:50000, a na dwóch pozostałych były mapy do BnO w skali 1:10000 i 1:15000, czyli całkiem przyjemne.
W pierwszym odruchu chciałam lecieć na to BnO, bo to tak miło jak punkty szybko i łatwo wpadają i takie motywujące to jest i w ogóle. Tomek miał od razu antykoncepcję, że niby lepiej najpierw wziąć większość z pięćdziesiątki, bo jak nas noc zastanie, to łatwiej będzie robić BnO niż resztę. No, to był argument nie do zbicia.
No to w drogę!
Kiedy już wszyscy ruszyliśmy i tak połowa poleciała w prawo, a połowa w lewo, więc obie wersje miały swoich zwolenników. Postanowiliśmy zacząć od PK 34, potem wziąć 32, 40, 39, a potem to się zobaczy. Do drugiego naszego punktu trzymaliśmy się blisko silnych zawodników, m.in. Staszka i Ani, czyli mocno zasuwaliśmy. Potem odległość między nimi a nami zaczęła się powiększać, no bo ile można tak pędzić? Przy PK 39 sytuacja się wyzerowała, bo kiedy dotarliśmy w jego okolice zastaliśmy wszystkich, którzy nas do tej pory wyprzedzili na czesaniu terenu. Czesaliśmy i my - najpierw indywidualnie, potem zbiorowo, a w końcu polecieliśmy za okrzykami, że jest, lampion jest! Coś chyba musiało być nie tak z rozstawieniem punktu, albo z mapą, skoro wszyscy mieli problem z namierzeniem się. Najbardziej skorzystali ci, którzy jako ostatni dołączyli do czesania, najwięcej stracili ci, którzy jako pierwsi zaczęli szukać.
Dalszą trasę zaplanowaliśmy tak: 36, 33, 35, 37, 38. Na odprawie i we wcześniejszych informacjach organizator zapowiadał, że trasa będzie szybka, krótka, sucha i mało skomplikowana. Faktycznie (poza PK 39) nie mieliśmy żadnych problemów, a że było po płaskim i dużo drogami więc tempo też mieliśmy wyższe niż standardowo. Co chwilę spotykaliśmy jakieś ekipy, ale to nie dziwne, bo punkty były tu gęsto, a stawka nie zdążyła się jeszcze rozciągnąć. No i faktycznie było sucho. W zeszłym roku opis typu "do przejścia" znaczył, że nie trzeba płynąć, teraz opis "oczko wodne" oznaczał małą kałużę. I niby fajnie, bo w butach sucho, ale mi to jednak tak czegoś brakowało.
Po 38 znowu musieliśmy podjąć decyzję co bierzemy idąc tam, a co idąc z powrotem. I wyszło, że na powrót z "dużej" mapy zostawimy sobie tylko 53 i 55.
W drodze na PK 29
Muszę powiedzieć, że w tym roku Wilga Orient była wyjątkowo nudna i nie bardzo jest o czym pisać :-) Punkty stały tam gdzie trzeba, albo widoczne z daleka (lampiony przestrzenne), albo z wiadomej strony drzewa (płaskie), dojścia były łatwe - albo drogi, albo pięknie przebieżny las, żadnych utrudnień, niespodzianek, problemów. Że na mapie mamy rozświetlenia zorientowaliśmy się niemal post factum, bo doskonale radziliśmy sobie bez nich. Dodatkowo w części trasy ułatwieniem były "dary lasu", bo niebieskie worki rzucały się w oczy:-) Wyszła taka wzorcowa impreza dla szybkobiegaczy:-) Z jednej strony to mi się nawet podobało, bo nie było bardzo męczące i nawet miałam czas i ochotę podziwiać piękne okoliczności przyrody, co to mi zwykle gdzieś umykają jak pot zalewa oczy, ale z drugiej strony cały czas się martwiłam o relację. No bo o czym pisać? No i macie teraz taką o niczym:-( Może dla mnie trzeba robić specjalną trasę z jakimiś atrakcjami? No dobra, jedna atrakcja była - w drodze na PK 33, w odległości rzutu beretem od nas, przebiegły trzy dziki. Jeszcze nigdy w życiu w lesie nie widziałam dzika z tak bliska. Na ulicy - owszem, dość często, ale w lesie pierwszy raz.
Dużą mapę skończyliśmy na PK 56 i stamtąd mieliśmy spory kawał pustego przelotu na Wielonek. Trochę się po drodze zdekoncentrowaliśmy i na jednym ze skrzyżowań skręciliśmy w złą drogę, ale na szczęście szybko się zorientowaliśmy. Wielonka zaczęliśmy smacznie, bo od punktu żywieniowego. Czego tam nie było w pudłach? Napoje wszelakiego rodzaju, ciasteczka, batoniki - wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. A ja głupia chwilę wcześniej zeżarłam swoje zapasy i nic mi już się nie chciało zmieścić:-(
Porządny punkt żywieniowy!
Przy kolejnym punkcie - PK 1 wreszcie zaczęło się robić interesująco, bo mokro. Na tyle mokro, że pojawił się dreszczyk emocji co dalej, na tyle sucho, że punkt zdobyliśmy nie mocząc niczego. PK 3 okazał się jeszcze bardziej mokry i jeszcze trudniej dostępny i wreszcie poczułam się w pełni usatysfakcjonowana, bo nawet zamoczyłam czubek buta:-)
Po kolejne punkty polecieliśmy zakosami, tak żeby zakończyć na PK 11 i przejść na Zajączkowo. Atrakcji po drodze więcej nie było, dalszy teren okazał się suchy i w końcu już nawet nie zwracaliśmy uwagi czy na mapie jest niebiesko, czy nie, tylko szliśmy po prostej. Ja tak może monotematycznie o tej wodzie, ale po prostu poprzednia mokra Wilga wywarła na mnie niezatarte wrażenie i choć wtedy klęłam autora mapy, to teraz przynajmniej mam co wspominać:-)
PK 5 - początek wąwozu.
Zajączkowo zaczęliśmy od PK 21, a potem wszędzie było blisko i w półtorej godziny rozprawiliśmy się z trzecią mapą. Pewnie, że można było szybciej, ale po ostrym początku byłam już trochę zmęczona i zaczynałam robić za hamulcowego. Poza tym chwilami liczyliśmy kroki, ustawiali azymuty, czy po prostu podziwiali okoliczności przyrody. A co? Nie wolno?
Na PK 16 zastał nas zmrok i dobrze, że lampiony na BnO były rzucające się w oczy, bo nieduży kamyk z szesnastką łatwo byłoby przeoczyć.
W drodze powrotnej z głównej mapy zostały nam 53 i 55. O ile z pierwszym nie mieliśmy problemów, to na 55 straciliśmy parę minut na dwukrotne namierzenie się. Przy 53 spotkaliśmy Sylwię z Krzysztofem, co było dla mnie zaskoczeniem - spodziewałam się, że o tej porze są już w bazie. Od razu odezwała się we mnie żyłka rywalizacji, wykrzesałam z siebie resztkę sił i zwiększyłam tempo. My gnaliśmy prosto do bazy, oni mieli do zebrania po drodze 35 i 33. Spotkaliśmy się ponownie pod drzwiami stowarzyszonej mety i razem zameldowaliśmy się na mecie właściwej, po drugiej stronie ulicy. Pierwotnie braliśmy pod uwagę wyjazd na basen do Szamotuł, bo w bazie nie było prysznica, ale że przed nami była jeszcze daleka droga, odpuściliśmy te luksusy i po posiłku szybko ewakuowaliśmy się do samochodu.
A tutaj można się naocznie przekonać, czy nie naściemniałam w tekście powyżej, czyli co zarejestrowała nasza kamerka i jak to skomentował Tomek:
wtorek, 27 listopada 2018
VIII Nocne Manewry SKPB - zawody na dezorientację
Manewry!!! Hurra!! Manewry!!!
Wreszcie doczekaliśmy się jednaj z moich najbardziej ulubionych imprez. Tej, od której wszystko się zaczęło, ale o tym już było w poprzednich latach.
W sobotę rano dowiedzieliśmy się, że baza imprezy będzie w Lucieniu i nawet się ucieszyliśmy, bo w lipcu byliśmy tam przecież na Grillowaniu Kosmatych Inoków. Bardziej od nas musieli ucieszyć się Basia z Darkiem, którzy byli organizatorami Grillowania, więc teren mieli świetnie obcykany. Farciarze:-)
Tradycyjnie jechaliśmy w dwie ekipy - ja i Tomek oraz Agata ze swoją grupą. Drobnym problemem był egzamin, który jeszcze w sobotę przed zawodami musieli zdać studenci, ale poprosiliśmy wszyscy o późniejsze minuty startowe i udało się zdać i dotrzeć na czas. Co prawda wszystko odbyło się w takim tempie, że w bazie zdążyliśmy tylko założyć legowisko w sali gimnastycznej (a łatwo nie było, bo dziki ścisk) i już musieliśmy pędzić do autobusu jadącego na start. Agata, Natka i Kamil mieli swój autobus godzinę później, więc mogli się zebrać na spokojnie.
Na starcie dostaliśmy trzy arkusze map, oczywiście wszystkie czarno-białe, czyli szare, a ich aktualność datowała się na lata siedemdziesiąte ery kenozoicznej.
Pierwszy punkt wyglądał na łatwy - ścieżką prawie na samo miejsce, a końcówka na azymut ze skrzyżowania. Na mapie było widać... A nie! Ani na mapie, ani w terenie nic nie było widać, bo mgła otulała nas ze wszystkich stron i w świetle czołówek błyskały tylko drobinki wody zawieszone w powietrzu. Z tego nicniewidzenia wywnioskowaliśmy, że punkt jest na jakimś odkształceniu terenu, ale nie wiadomo czy w dołku, czy na górce. Idąc za wskazaniem kompasu natrafiliśmy jednak na lampion i chociaż wydawał się ciut za wcześnie, wbiliśmy go. Jak się potem okazało, zaczęliśmy zabawę od wzięcia stowarzysza.
Drugi punkt był jeszcze bardziej enigmatyczny, bo miał być nad rzeczką, w sumie na niczym charakterystycznym. Rzeczka może i jest charakterystyczna, ale dość długa jednakowoż. Od jedynki w pobliże dwójki prowadziła porządna droga, która nawet była na mapie, więc skorzystaliśmy. Zabawa zaczęła się na ostatnim odcinku. Namierzyliśmy się kompasem ze skrzyżowania i ruszyliśmy w stronę rzeczki. Grunt robił się coraz bardziej mokry, a przez mgłę nawet nie dawało się zaplanować gdzie postawić bezpiecznie stopę. Przeszukaliśmy teren przy granicy kultur, ale nic nie znaleźliśmy. Gdyby podłoże było suche rozszerzylibyśmy zasięg poszukiwań, ale moczyć się już na początki trasy bardzo nie chcieliśmy. Wycofaliśmy się na drogę i zaczęli kombinować. Może drogi się pozmieniały? Może wyszliśmy w innym miejscu niż przypuszczaliśmy? Postanowiliśmy jeszcze raz dokładnie sprawdzić przebieg dróg, szczególnie w odniesieniu do górki, którą Tomek też zresztą dla pewności spenetrował, czy to na pewno ta (na moim śladzie tego nie widać). Odbyliśmy kilka marszrut między skrzyżowaniem, a przewidywanym miejscem ukrycia lampionu i wreszcie po godzinie i dziesięciu minutach znaleźliśmy PK 2. Okazało się, że już przy pierwszym poszukiwaniu byliśmy bardzo blisko niego. Pierwsza wypatrzyłam lampion i z tej radości od razu rzuciłam się w jego kierunku wpadając jedną nogą po kostkę w bagienko. Brrr. Zimna kąpiel w listopadzie to nie jest to, co lubię najbardziej.
Punkt trzeci był za rzeczką. Rzeczka, jak empirycznie doświadczyliśmy, rozlana była szeroko i nie nadawała się do sforsowania bez zmoczenia nóg. A Tomek wciąż miał suche. Wypatrzyliśmy na mapie ścieżkę (drogę) przechodzącą przez rzeczkę, przyjęliśmy więc za pewnik, że musi tam być jakiś mostek. Niestety, droga zanikła nam tuż przed rzeczką i znowu stanęliśmy bezradnie nad rozlewiskiem. Na skraju mapy zauważyliśmy zaznaczony mostek i chociaż niekoniecznie było nam po drodze, postanowiliśmy pójść do niego. Ruszyliśmy więc na północ, a potem na zachód żeby iść równolegle do rzeczki, zakładając, że gdzieś tam, już poza mapą, dojdziemy do drogi, która doprowadzi nas do mostku. Mimo, że oddalaliśmy się od rzeczki, nagle zauważyliśmy ją i to po naszej prawej stronie. ??!! Wyglądało to jakbyśmy już byli po jej drugiej stronie, a przecież nie przechodziliśmy na drugi brzeg! No dobra, skoro jest rzeczka, to może idąc wzdłuż niej znajdziemy ten cholerny mostek i wszystko się wyjaśni. Szliśmy więc i szliśmy wzdłuż brzegu i kiedy trzeci raz znaleźliśmy się w tym samym miejscu, coś nas tknęło. Czy my nie kręcimy się jak pies za własnym ogonem?? Postanowiliśmy wyjąc kompasy i uparcie iść w stronę, gdzie być może jest duża droga. Tak też zrobiliśmy i wkrótce dotarliśmy i do drogi i do mostku. Kiedy już po powrocie do domu obejrzeliśmy nasz ślad, mało nie umarłam ze śmiechu - zamiast iść wzdłuż rzeczki dwa i pół razy okrążyliśmy jeziorko. W końcu woda, to woda. We mgle trudno rozróżnić, czy to rozlany strumyk, czy bajoro. Cała ta zabawa zajęła nam półtorej godzimy!
Od mostku już bez problemu dotarliśmy do trójki. Byliśmy na trasie już cztery godziny, a mieliśmy zaliczone tylko trzy punkty. Z prostych obliczeń wynikało, że jeśli dalej pójdzie nam tak samo dobrze, to na metę dotrzemy po trzydziestu pięciu godzinach!
Kolejne punkty na szczęście wpadały nam już łatwiej i szybciej. Czwórka była na górce, a piątka w obniżeniu, które patrząc na mapę początkowo też wzięliśmy za górkę. Niestety, osoby wzrokowo upośledzone na szarej mapie, we mgle g...o widzą:-( Szóstka była śmieszna, bo na styku granicy kultur i granicy gminy. Jak powszechnie wiadomo granice gminy są wymalowane na podłożu, mają zasieki z drutu kolczastego i zaorany pas ziemi i łatwo je w terenie zidentyfikować. Nam się udało bez większych problemów:-)
Kolejne atrakcje zaczęły się dopiero przy dziewiątce. Z mapy wynikało nam, że punkt powinien być na przełączce między dwoma górkami. Zeszliśmy z jednej górki, ale druga coś jakby się przesunęła, bo kompas mówił, że powinna być w innym miejscu. Ale nic to - zaczęliśmy czesanie. Na zaoranym pagórku widzieliśmy masę światełek i chociaż miejsce wydawało się absolutnie niewłaściwe, w końcu skusiliśmy się i tam zajrzeć. No bo skoro tyle luda się tam kręci... Gdzieś tam w końcu znaleźliśmy lampion, ale tak usytuowany, że nawet mocno naciągając fakty, nijak nie pasował do naszej mapy. Najwyraźniej i lampion i kłębiący się jeszcze przed chwilą tłum były z innej trasy. Zaczęliśmy namierzać się od nowa, biorąc pod uwagę drogę, którą odkrył Tomek i która zawijała podobnie jak zaznaczona na mapie. Przy okazji przyglądając się bliżej mapie odkryliśmy, że to co braliśmy za sporą górkę, w rzeczywistości jest dupną dziurą, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Po czterdziestu minutach od rozpoczęcia poszukiwań wreszcie znaleźliśmy dziewiątkę, oczywiście tuż obok miejsca, gdzie byliśmy na samym początku.
Dziesiątkę wzięliśmy stowarzyszoną, bo kółeczko z wijącą się poziomnicą w środku nie informowało o żadnym charakterystycznym miejscu, a że się trochę rozkalibrowaliśmy, zaczęliśmy szukać za wcześnie i pierwszy napotkany lampion wzięliśmy za właściwy. Uwielbiam takie punkty na poziomnicy. Wrrr.
Jedenastka i dwunastka były już bardziej konkretne, a na trzynastce znowu nie dopatrzyliśmy się czego mamy szukać, szczególnie, że akurat przez punkt na mapie był poprowadzony południk i zakłócał nam odbiór. Tak to posłać ślepych nocą do lasu. Dlaczego czternastkę wzięliśmy nie tę co trzeba, to zupełnie nie wiem, bo tu akurat miejsce było konkretne i w zasadzie nie było żadnych racjonalnych przesłanek do tego. Chyba za bardzo już się spieszyliśmy na ognisko:-)
Ognisko było na piętnastce, więc już z daleka widać było łunę i nie sposób było by nie trafić. Głodna byłam już strasznie bo, jak nigdy dotąd, już w pierwszej połowie trasy pochłonęłam niemal wszystkie wzięte zapasy, a w żołądku wciąż był nadmiar pustej przestrzeni. Kiełbaski musieliśmy piec przy ognisku obsługi punktu, bo przy ognisku głównym to raczej można było upiec siebie w całości - tak dołożyli do ognia. Chwila odpoczynku, pogaduszki ze spotkanymi znajomymi i po pół godzinie relaksu byliśmy gotowi ruszyć w dalszą drogę.
Do ogniska dotarliśmy koło drugiej, czyli po ośmiu godzinach od startu, mając na stanie15 punktów z dwudziestu sześciu. Nasze tempo wyraźnie wzrosło i teraz groziło nam już tylko czternaście godzin, a nie, jak początkowo, trzydzieści pięć:-) Oczywiście mogliśmy odpuścić część trasy i nawet zmieścić się w limicie podstawowym, ale przecież nie po to przyjechaliśmy żeby coś odpuszczać. Postanowiliśmy iść "na Leszka" i nie przejmować się czasem, byle tylko zdążyć przed zamknięciem mety, żeby być w ogóle klasyfikowanym. W InO ostatecznie (oprócz wyniku, na który już nie liczyliśmy) liczy się przelicznik cena/czas. No to przecież nie mogliśmy dać się oszukać:-)
Czekał nas teraz rodzaj odcinka specjalnego, czyli dziewięć punktów na warstwicówce w skali 1:10000. Założyliśmy, że chodzimy na azymut, bo na rzeźbę nie widząc za dokładnie mapy i prawie wcale terenu, nie miało sensu. Trochę mieliśmy problemów z pierwszym punktem A, bo trzeba było w trakcie marszu zmienić skalę i przestawić się ze ścieżek na łażenie po bezdrożach, ale w końcu wstrzeliliśmy się gdzie trzeba. Z kolejnymi punktami już nie mieliśmy większych problemów, bo co to jest szukanie lampionu przez dziesięć minut naprzeciwko wieczności?
Niefart przyszedł przy PK H - zamiast iść cały czas na azymut, chcieliśmy sobie ułatwić i skorzystaliśmy z przecinki. Wygodnictwo zostało ukarane wzięciem stowarzysza, co miało niebagatelne skutki w najbliższej przyszłości. Idąc do kolejnego punktu ze stowarzysza na azymut wstrzeliliśmy się o jedną górkę za blisko i PK G szukaliśmy w miejscu, gdzie budowniczemu nawet nie przyszło do głowy postawić jakieś lampiony. Górka na którą trafiliśmy ciągnęła się niemal równolegle do właściwej, w związku z czym nic nie budziło naszych podejrzeń. Po trzydziestu minutach bezowocnych poszukiwań, przejściu górki od początku do końca i z powrotem nasz hart ducha mocno podupadł. Dochodziła godzina piąta, do bazy było koło pięciu kilometrów, cztery punkty do znalezienia, a my nie pamiętaliśmy nawet o której jest zamknięcie mety. Minut lekkich i ciężkich nawet nie liczyliśmy w myśl zasady, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Chociaż z tym szczęściem to też bym nie przesadzała, bo byłam zmęczona, śpiąca, głodna i sfrustrowana niemożnością znalezienia tego G. Ale czego się w sumie spodziewać po punkcie G? Zawsze tak jest - wszyscy o nim mówią, a nikt nie może znaleźć. W końcu poddaliśmy się całkowicie i postanowili wracać do bazy, biorąc po drodze jeszcze PK 16 i 17. Koło punktu F przeszliśmy o kilka metrów, ale nie byliśmy tego świadomi i dopiero track obejrzany w domu nam to pokazał. Szkoda, wielka szkoda.
PK 16 i 17 były łatwe, w dużej odległości od siebie i zbiorowiska poprzednich punktów, tak jakby autorowi trasy wena nagle się urwała i postanowił zakończyć trasę zejściówką. Do bazy dotarliśmy o wpół do siódmej i była to głupia godzina, bo to ani kłaść się, a siedzieć ciężko, bo spać się chce. Zjedliśmy ciepły żurek (o niebo lepszy niż na GEZnO!) i tym sposobem mieliśmy śniadanie z głowy. Ja w końcu nie wytrzymałam i padłam tak jak stałam, brudna, w brudnym ubraniu, ale było mi wszystko jedno. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, ledwo zamknęłam oczy, a już jakaś organizacyjna zołza (sorry, ale wtedy tak pomyślałam) przyszła robić pobudkę, bo rozdanie nagród sobie wymyśliła. No ludzie - w środku nocy??? Ograniczyłam się tylko do przyjęcia pozycji siedzącej i trwałam tak jak zombi, a Tomek pakował nasze rzeczy. Ekipa Agaty wróciła koło trzeciej, więc mieli więcej czasu na regenerację i wyglądali ciut lepiej niż ja. Zakończenie nawet przebiegło sprawnie (a może je po prostu przespałam) i po chwili ruszaliśmy do domu, gdzie kusiła wizja ciepłej kąpieli i miękkiego łóżka.
Wreszcie doczekaliśmy się jednaj z moich najbardziej ulubionych imprez. Tej, od której wszystko się zaczęło, ale o tym już było w poprzednich latach.
W sobotę rano dowiedzieliśmy się, że baza imprezy będzie w Lucieniu i nawet się ucieszyliśmy, bo w lipcu byliśmy tam przecież na Grillowaniu Kosmatych Inoków. Bardziej od nas musieli ucieszyć się Basia z Darkiem, którzy byli organizatorami Grillowania, więc teren mieli świetnie obcykany. Farciarze:-)
Tradycyjnie jechaliśmy w dwie ekipy - ja i Tomek oraz Agata ze swoją grupą. Drobnym problemem był egzamin, który jeszcze w sobotę przed zawodami musieli zdać studenci, ale poprosiliśmy wszyscy o późniejsze minuty startowe i udało się zdać i dotrzeć na czas. Co prawda wszystko odbyło się w takim tempie, że w bazie zdążyliśmy tylko założyć legowisko w sali gimnastycznej (a łatwo nie było, bo dziki ścisk) i już musieliśmy pędzić do autobusu jadącego na start. Agata, Natka i Kamil mieli swój autobus godzinę później, więc mogli się zebrać na spokojnie.
Na starcie dostaliśmy trzy arkusze map, oczywiście wszystkie czarno-białe, czyli szare, a ich aktualność datowała się na lata siedemdziesiąte ery kenozoicznej.
Pierwszy punkt wyglądał na łatwy - ścieżką prawie na samo miejsce, a końcówka na azymut ze skrzyżowania. Na mapie było widać... A nie! Ani na mapie, ani w terenie nic nie było widać, bo mgła otulała nas ze wszystkich stron i w świetle czołówek błyskały tylko drobinki wody zawieszone w powietrzu. Z tego nicniewidzenia wywnioskowaliśmy, że punkt jest na jakimś odkształceniu terenu, ale nie wiadomo czy w dołku, czy na górce. Idąc za wskazaniem kompasu natrafiliśmy jednak na lampion i chociaż wydawał się ciut za wcześnie, wbiliśmy go. Jak się potem okazało, zaczęliśmy zabawę od wzięcia stowarzysza.
Drugi punkt był jeszcze bardziej enigmatyczny, bo miał być nad rzeczką, w sumie na niczym charakterystycznym. Rzeczka może i jest charakterystyczna, ale dość długa jednakowoż. Od jedynki w pobliże dwójki prowadziła porządna droga, która nawet była na mapie, więc skorzystaliśmy. Zabawa zaczęła się na ostatnim odcinku. Namierzyliśmy się kompasem ze skrzyżowania i ruszyliśmy w stronę rzeczki. Grunt robił się coraz bardziej mokry, a przez mgłę nawet nie dawało się zaplanować gdzie postawić bezpiecznie stopę. Przeszukaliśmy teren przy granicy kultur, ale nic nie znaleźliśmy. Gdyby podłoże było suche rozszerzylibyśmy zasięg poszukiwań, ale moczyć się już na początki trasy bardzo nie chcieliśmy. Wycofaliśmy się na drogę i zaczęli kombinować. Może drogi się pozmieniały? Może wyszliśmy w innym miejscu niż przypuszczaliśmy? Postanowiliśmy jeszcze raz dokładnie sprawdzić przebieg dróg, szczególnie w odniesieniu do górki, którą Tomek też zresztą dla pewności spenetrował, czy to na pewno ta (na moim śladzie tego nie widać). Odbyliśmy kilka marszrut między skrzyżowaniem, a przewidywanym miejscem ukrycia lampionu i wreszcie po godzinie i dziesięciu minutach znaleźliśmy PK 2. Okazało się, że już przy pierwszym poszukiwaniu byliśmy bardzo blisko niego. Pierwsza wypatrzyłam lampion i z tej radości od razu rzuciłam się w jego kierunku wpadając jedną nogą po kostkę w bagienko. Brrr. Zimna kąpiel w listopadzie to nie jest to, co lubię najbardziej.
Punkt trzeci był za rzeczką. Rzeczka, jak empirycznie doświadczyliśmy, rozlana była szeroko i nie nadawała się do sforsowania bez zmoczenia nóg. A Tomek wciąż miał suche. Wypatrzyliśmy na mapie ścieżkę (drogę) przechodzącą przez rzeczkę, przyjęliśmy więc za pewnik, że musi tam być jakiś mostek. Niestety, droga zanikła nam tuż przed rzeczką i znowu stanęliśmy bezradnie nad rozlewiskiem. Na skraju mapy zauważyliśmy zaznaczony mostek i chociaż niekoniecznie było nam po drodze, postanowiliśmy pójść do niego. Ruszyliśmy więc na północ, a potem na zachód żeby iść równolegle do rzeczki, zakładając, że gdzieś tam, już poza mapą, dojdziemy do drogi, która doprowadzi nas do mostku. Mimo, że oddalaliśmy się od rzeczki, nagle zauważyliśmy ją i to po naszej prawej stronie. ??!! Wyglądało to jakbyśmy już byli po jej drugiej stronie, a przecież nie przechodziliśmy na drugi brzeg! No dobra, skoro jest rzeczka, to może idąc wzdłuż niej znajdziemy ten cholerny mostek i wszystko się wyjaśni. Szliśmy więc i szliśmy wzdłuż brzegu i kiedy trzeci raz znaleźliśmy się w tym samym miejscu, coś nas tknęło. Czy my nie kręcimy się jak pies za własnym ogonem?? Postanowiliśmy wyjąc kompasy i uparcie iść w stronę, gdzie być może jest duża droga. Tak też zrobiliśmy i wkrótce dotarliśmy i do drogi i do mostku. Kiedy już po powrocie do domu obejrzeliśmy nasz ślad, mało nie umarłam ze śmiechu - zamiast iść wzdłuż rzeczki dwa i pół razy okrążyliśmy jeziorko. W końcu woda, to woda. We mgle trudno rozróżnić, czy to rozlany strumyk, czy bajoro. Cała ta zabawa zajęła nam półtorej godzimy!
Tak wyglądały nasze poszukiwania dwójki i trójki:-)
Od mostku już bez problemu dotarliśmy do trójki. Byliśmy na trasie już cztery godziny, a mieliśmy zaliczone tylko trzy punkty. Z prostych obliczeń wynikało, że jeśli dalej pójdzie nam tak samo dobrze, to na metę dotrzemy po trzydziestu pięciu godzinach!
Sukces - mamy PK 3!
Kolejne punkty na szczęście wpadały nam już łatwiej i szybciej. Czwórka była na górce, a piątka w obniżeniu, które patrząc na mapę początkowo też wzięliśmy za górkę. Niestety, osoby wzrokowo upośledzone na szarej mapie, we mgle g...o widzą:-( Szóstka była śmieszna, bo na styku granicy kultur i granicy gminy. Jak powszechnie wiadomo granice gminy są wymalowane na podłożu, mają zasieki z drutu kolczastego i zaorany pas ziemi i łatwo je w terenie zidentyfikować. Nam się udało bez większych problemów:-)
Kolejne atrakcje zaczęły się dopiero przy dziewiątce. Z mapy wynikało nam, że punkt powinien być na przełączce między dwoma górkami. Zeszliśmy z jednej górki, ale druga coś jakby się przesunęła, bo kompas mówił, że powinna być w innym miejscu. Ale nic to - zaczęliśmy czesanie. Na zaoranym pagórku widzieliśmy masę światełek i chociaż miejsce wydawało się absolutnie niewłaściwe, w końcu skusiliśmy się i tam zajrzeć. No bo skoro tyle luda się tam kręci... Gdzieś tam w końcu znaleźliśmy lampion, ale tak usytuowany, że nawet mocno naciągając fakty, nijak nie pasował do naszej mapy. Najwyraźniej i lampion i kłębiący się jeszcze przed chwilą tłum były z innej trasy. Zaczęliśmy namierzać się od nowa, biorąc pod uwagę drogę, którą odkrył Tomek i która zawijała podobnie jak zaznaczona na mapie. Przy okazji przyglądając się bliżej mapie odkryliśmy, że to co braliśmy za sporą górkę, w rzeczywistości jest dupną dziurą, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Po czterdziestu minutach od rozpoczęcia poszukiwań wreszcie znaleźliśmy dziewiątkę, oczywiście tuż obok miejsca, gdzie byliśmy na samym początku.
Tak blisko, a tak daleko...
Dziesiątkę wzięliśmy stowarzyszoną, bo kółeczko z wijącą się poziomnicą w środku nie informowało o żadnym charakterystycznym miejscu, a że się trochę rozkalibrowaliśmy, zaczęliśmy szukać za wcześnie i pierwszy napotkany lampion wzięliśmy za właściwy. Uwielbiam takie punkty na poziomnicy. Wrrr.
Jedenastka i dwunastka były już bardziej konkretne, a na trzynastce znowu nie dopatrzyliśmy się czego mamy szukać, szczególnie, że akurat przez punkt na mapie był poprowadzony południk i zakłócał nam odbiór. Tak to posłać ślepych nocą do lasu. Dlaczego czternastkę wzięliśmy nie tę co trzeba, to zupełnie nie wiem, bo tu akurat miejsce było konkretne i w zasadzie nie było żadnych racjonalnych przesłanek do tego. Chyba za bardzo już się spieszyliśmy na ognisko:-)
Ognisko było na piętnastce, więc już z daleka widać było łunę i nie sposób było by nie trafić. Głodna byłam już strasznie bo, jak nigdy dotąd, już w pierwszej połowie trasy pochłonęłam niemal wszystkie wzięte zapasy, a w żołądku wciąż był nadmiar pustej przestrzeni. Kiełbaski musieliśmy piec przy ognisku obsługi punktu, bo przy ognisku głównym to raczej można było upiec siebie w całości - tak dołożyli do ognia. Chwila odpoczynku, pogaduszki ze spotkanymi znajomymi i po pół godzinie relaksu byliśmy gotowi ruszyć w dalszą drogę.
Przypiekamy sobie plecy.
Do ogniska dotarliśmy koło drugiej, czyli po ośmiu godzinach od startu, mając na stanie15 punktów z dwudziestu sześciu. Nasze tempo wyraźnie wzrosło i teraz groziło nam już tylko czternaście godzin, a nie, jak początkowo, trzydzieści pięć:-) Oczywiście mogliśmy odpuścić część trasy i nawet zmieścić się w limicie podstawowym, ale przecież nie po to przyjechaliśmy żeby coś odpuszczać. Postanowiliśmy iść "na Leszka" i nie przejmować się czasem, byle tylko zdążyć przed zamknięciem mety, żeby być w ogóle klasyfikowanym. W InO ostatecznie (oprócz wyniku, na który już nie liczyliśmy) liczy się przelicznik cena/czas. No to przecież nie mogliśmy dać się oszukać:-)
Czekał nas teraz rodzaj odcinka specjalnego, czyli dziewięć punktów na warstwicówce w skali 1:10000. Założyliśmy, że chodzimy na azymut, bo na rzeźbę nie widząc za dokładnie mapy i prawie wcale terenu, nie miało sensu. Trochę mieliśmy problemów z pierwszym punktem A, bo trzeba było w trakcie marszu zmienić skalę i przestawić się ze ścieżek na łażenie po bezdrożach, ale w końcu wstrzeliliśmy się gdzie trzeba. Z kolejnymi punktami już nie mieliśmy większych problemów, bo co to jest szukanie lampionu przez dziesięć minut naprzeciwko wieczności?
PK I - podstępny japoniec.
Niefart przyszedł przy PK H - zamiast iść cały czas na azymut, chcieliśmy sobie ułatwić i skorzystaliśmy z przecinki. Wygodnictwo zostało ukarane wzięciem stowarzysza, co miało niebagatelne skutki w najbliższej przyszłości. Idąc do kolejnego punktu ze stowarzysza na azymut wstrzeliliśmy się o jedną górkę za blisko i PK G szukaliśmy w miejscu, gdzie budowniczemu nawet nie przyszło do głowy postawić jakieś lampiony. Górka na którą trafiliśmy ciągnęła się niemal równolegle do właściwej, w związku z czym nic nie budziło naszych podejrzeń. Po trzydziestu minutach bezowocnych poszukiwań, przejściu górki od początku do końca i z powrotem nasz hart ducha mocno podupadł. Dochodziła godzina piąta, do bazy było koło pięciu kilometrów, cztery punkty do znalezienia, a my nie pamiętaliśmy nawet o której jest zamknięcie mety. Minut lekkich i ciężkich nawet nie liczyliśmy w myśl zasady, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Chociaż z tym szczęściem to też bym nie przesadzała, bo byłam zmęczona, śpiąca, głodna i sfrustrowana niemożnością znalezienia tego G. Ale czego się w sumie spodziewać po punkcie G? Zawsze tak jest - wszyscy o nim mówią, a nikt nie może znaleźć. W końcu poddaliśmy się całkowicie i postanowili wracać do bazy, biorąc po drodze jeszcze PK 16 i 17. Koło punktu F przeszliśmy o kilka metrów, ale nie byliśmy tego świadomi i dopiero track obejrzany w domu nam to pokazał. Szkoda, wielka szkoda.
PK 16 i 17 były łatwe, w dużej odległości od siebie i zbiorowiska poprzednich punktów, tak jakby autorowi trasy wena nagle się urwała i postanowił zakończyć trasę zejściówką. Do bazy dotarliśmy o wpół do siódmej i była to głupia godzina, bo to ani kłaść się, a siedzieć ciężko, bo spać się chce. Zjedliśmy ciepły żurek (o niebo lepszy niż na GEZnO!) i tym sposobem mieliśmy śniadanie z głowy. Ja w końcu nie wytrzymałam i padłam tak jak stałam, brudna, w brudnym ubraniu, ale było mi wszystko jedno. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, ledwo zamknęłam oczy, a już jakaś organizacyjna zołza (sorry, ale wtedy tak pomyślałam) przyszła robić pobudkę, bo rozdanie nagród sobie wymyśliła. No ludzie - w środku nocy??? Ograniczyłam się tylko do przyjęcia pozycji siedzącej i trwałam tak jak zombi, a Tomek pakował nasze rzeczy. Ekipa Agaty wróciła koło trzeciej, więc mieli więcej czasu na regenerację i wyglądali ciut lepiej niż ja. Zakończenie nawet przebiegło sprawnie (a może je po prostu przespałam) i po chwili ruszaliśmy do domu, gdzie kusiła wizja ciepłej kąpieli i miękkiego łóżka.
Nasz manewrowy urobek.
Na trasie byliśmy 754 minuty i zrobiliśmy trochę ponad czterdzieści kilometrów, czyli wyszła prawie taka lajtowa pięćdziesiątka. Ale co się dziwić kiedy autorem trasy był długodystansowiec:-)
Wynik mamy najgorszy ze wszystkich naszych startów na manewrach, ale zmęczyłam się chyba najmniej i po raz pierwszy nie łapały mnie skurcze czy inne nożne dolegliwości. Trochę mi szkoda, że nie było czasu na pobycie w bazie, spotkanie się ze znajomymi i chłonięcie tej niepowtarzalnej atmosfery, ale cóż - tak wyszło.
A teraz znowu trzeba czekać cały rok na kolejną edycję...
czwartek, 22 listopada 2018
Bijemy rekordy
W sobotę po raz drugi udało nam się dotrzeć na parkrun. Po GEZnO już nas przestały boleć nogi, więc uznaliśmy, że pora się poruszać. Ponieważ ogólnie czułam się jeszcze trochę zmarnowana, zakładałam, że tak się tylko przelecę rozrywkowo i nie nastawiałam się na żadne dobre wyniki. Ponieważ poprzednio zarżnęłam się zaczynając za szybko, obiecałam sobie, że najpierw potruchtam i dam się wszystkim przegonić, a potem się zobaczy.
Znowu natrafiliśmy na jubileuszowy parkrun, bo jeden z biegaczy dwusetny raz wyruszał na trasę, a żeby uczcić to wydarzenie, rzucił wyzwanie gołej klaty, co oznaczało bieg bez koszulki. Tylko jedna osoba podjęła rzuconą rękawicę i to osoba płci żeńskiej. Aż mię ciarki przeszły po grzbiecie kiedy w tym zimnie zrzucili z siebie wszystkie warstwy i tak byłam tym poruszona, że zupełnie zapomniałam o truchtaniu i rzuciłam się w pogoń za odbiegającą czołówką. Zresztą było tak zimno, że szybki bieg był jedyną metodą rozgrzania się. Jak zawsze metoda zadziałała i już po pierwszym kilometrze byłam gotowa porzucić w krzakach kamizelkę, ale trochę mi było szkoda, bo prawie nówka sztuka, a przynajmniej mało śmigana. Zaczynałam żałować, że nie podjęłam wyzwania gołej klaty i następnym razem zastanowię się nad tym.
No to tak biegłam i biegłam zamiast truchtać (to znaczy dla postronnego obserwatora to pewnie był trucht, ale dla mnie bieg wyczynowy), sapałam niczym mała lokomotywa, a inni i tak mnie wyprzedzali. Nie chciałam dobiec do mety tak na samym końcu stawki, więc na ostatnim półkokrążeniu (bo biegamy dwie i pół pętle) przyspieszyłam i przed ostatnią prostą udało mi się dogonić i wyprzedzić kilkuosobową grupkę. Nie był to specjalny wyczyn, bo panowie biegli wyraźnie rekreacyjnie konwersując z ożywieniem całą drogę. Na dobiegu do mety chciałam jeszcze przyspieszyć, kiedy nagle zaczęło odcinać mi zasilanie. W momencie poczułam, że zaraz padnę na pysk i żadna siła nie zmusi mnie do podniesienia się. Noo, głupio tak paść plackiem przed metą, więc zwolniłam, zacisnęłam zęby, spięłam pośladki i siłą woli dowlekłam się do punktu pomiaru czasu dając się w ostatniej chwili wyprzedzić bezpośredniej rywalce Ani z mojej kategorii wiekowej.

Znowu natrafiliśmy na jubileuszowy parkrun, bo jeden z biegaczy dwusetny raz wyruszał na trasę, a żeby uczcić to wydarzenie, rzucił wyzwanie gołej klaty, co oznaczało bieg bez koszulki. Tylko jedna osoba podjęła rzuconą rękawicę i to osoba płci żeńskiej. Aż mię ciarki przeszły po grzbiecie kiedy w tym zimnie zrzucili z siebie wszystkie warstwy i tak byłam tym poruszona, że zupełnie zapomniałam o truchtaniu i rzuciłam się w pogoń za odbiegającą czołówką. Zresztą było tak zimno, że szybki bieg był jedyną metodą rozgrzania się. Jak zawsze metoda zadziałała i już po pierwszym kilometrze byłam gotowa porzucić w krzakach kamizelkę, ale trochę mi było szkoda, bo prawie nówka sztuka, a przynajmniej mało śmigana. Zaczynałam żałować, że nie podjęłam wyzwania gołej klaty i następnym razem zastanowię się nad tym.
No to tak biegłam i biegłam zamiast truchtać (to znaczy dla postronnego obserwatora to pewnie był trucht, ale dla mnie bieg wyczynowy), sapałam niczym mała lokomotywa, a inni i tak mnie wyprzedzali. Nie chciałam dobiec do mety tak na samym końcu stawki, więc na ostatnim półkokrążeniu (bo biegamy dwie i pół pętle) przyspieszyłam i przed ostatnią prostą udało mi się dogonić i wyprzedzić kilkuosobową grupkę. Nie był to specjalny wyczyn, bo panowie biegli wyraźnie rekreacyjnie konwersując z ożywieniem całą drogę. Na dobiegu do mety chciałam jeszcze przyspieszyć, kiedy nagle zaczęło odcinać mi zasilanie. W momencie poczułam, że zaraz padnę na pysk i żadna siła nie zmusi mnie do podniesienia się. Noo, głupio tak paść plackiem przed metą, więc zwolniłam, zacisnęłam zęby, spięłam pośladki i siłą woli dowlekłam się do punktu pomiaru czasu dając się w ostatniej chwili wyprzedzić bezpośredniej rywalce Ani z mojej kategorii wiekowej.

Upragniona meta.
A potem opadłam na ławkę i dochodziłam do siebie. Tomek dziwił się, co tak szybko dobiegłam, a ja nawet nie mogłam sprawdzić swojego czasu, bo oczywiście tak kombinowałam przy stoperze, że nie zadziałał. Kiedy kilka godzin później na stronie parkrunu pojawiły się wyniki, ze zdziwieniem i niedowierzaniem gapiłam się w mój nowy rekord - 28:25. Poprawiłam się o ponad minutę! Tomek też poprawił swój czas, ale tylko o 6 sekund. Wyszło mi, że jeśli w takim tempie będę ustanawiać nowe rekordy, to przed emeryturą zdążę osiągnąć w biegu prędkość światła. I kto mnie wtedy wyprzedzi mądrale, no kto???
P.S.
Zdjęcie autorstwa Agnieszki zapożyczone z parkrunowej tablicy na fejsie.
P.S.
Zdjęcie autorstwa Agnieszki zapożyczone z parkrunowej tablicy na fejsie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























