A tak wygląda mój ślad:
W kolejnych dniach po zawodach moja noga wciąż miała się nieźle, więc chyba pora wrócić na stałe. Zwłaszcza, że wiosna idzie i aż się chcę do lasu.
A tak wygląda mój ślad:
W kolejnych dniach po zawodach moja noga wciąż miała się nieźle, więc chyba pora wrócić na stałe. Zwłaszcza, że wiosna idzie i aż się chcę do lasu.
Czwarta runda FalInO miała być nietypowa. Nietypowa, bo w „Nowym terenie”. Gdzieś tam w stronę Miedzeszyna. Tyle, że w czasie ferii frekwencja nie dopisywała i w ostatniej chwili organizator zarządził zmianę – znowu będzie bieganie po wydmie. Jak mus to mus, biegamy po wydmie. No może nie za bardzo biegamy – raczej toczymy nierówną walkę z rozcięgnem.
![]() |
| Do biegu gotowi... START |
Tradycyjnie zacząłem od kościoła. Tym razem nietypowo – plebania;-) Podbijałem PK z jakąś dziewczyną, która chyba już wracała z trasy.
PK 10 przy dziurze w płocie boiska, tego koło szkoły. PK 3 w krzakach za domami – tego fragmentu lasu nie lubię – tu raczej nie daje się biegać.
PK 5 na wydmie. Przedzieranie się przez biegaczy górskich i szukanie lampionu za wcześnie, w innym dołku. Teraz wbieg na wydmę i "pod prąd" FBB nad Morskie Oko. Próbuję biec w stronę cmentarza i dopiero po chwili orientuję się, że to nie ten kierunek. Na szczęście zbyt dużo nie nadłożyłem. Wkrótce mam PK 8.
Na PK 11 biegnę ścieżką. Rozpędzam się i… nie znajduję ścieżki w prawo, która ma prowadzić na punkt. Docieram więc naokoło, po raz kolejny ścigając się z jakimiś niedobitkami biegaczy górskich.
PK 6, potem PK 13 za ul. Podkowy (na moje oko nie w tym dołku co trzeba, ale widoczny z daleka więc nie robi to różnicy).
PK 15Znowu przez wydmę do PK 15. Za mojej młodości tuż za PK 15 po horyzont ciągnęły się pola zasiewane zbożami, gdzie chodziło się zbierać chabry. I jedna jedyna stodoła. Teraz jest tu pas gęstej zabudowy. I długi przebieg na PK 19. Tuż przed punktem spotykam jakiś biegaczy biegnących „pod prąd” – nie jestem pewien czy byli to biegacze z mapami czy bez.
Do PK 18 przebijam się oczywiście przez największe krzaki. Coś chyba przestaję myśleć!
Za to do PK 20 biegnę prawie idealnie po kresce. Jest tu sporo miejsc charakterystycznych: dwa rogi młodnika. PK 17, PK 16 to teren który lubię: albo pięknie przebieżny las, albo wyraźne drogi przez dobrze wyrośnięte już młodniki, drogi prawie idealnie na azymucie.
Do PK 12 pieruńsko daleko. To już nie moje tereny. No, może za młodości je znałem, ale teraz zmienił się charakter lasu, układ ścieżek, zabudowa. Na szczęście lampion na słupie widoczny z daleka.
W drodze na PK 14 z naprzeciwka mijam tramwaj konkurencji z mapami. Biegną i nawigują wyraźnie niesportowo – zespołowo;-)
Na mapie zostały mi do mety jeszcze 3 punkty. Patrzę jeszcze na kartę czy wolne kratki odpowiadają numerkom 4, 7 i 1. Widzę, że na karcie niezadziurkowana jest jeszcze kratka z numerem 9. Szukam tego punkcie na mapie. Nie widzę! Sprawdzam jeszcze w opisach…. Jest 8 i potem 10. Ewidentnie budowniczemu zgubił się gdzieś PK 9. Uspokojony ruszam więc na ostatnie 3 punkty. Punkty proste i łatwe. Ostatni wręcz banalny na boisku przyszkolnym. Meta. Uff - po raz kolejny przeżyłem. Co niektórzy ponoć dobrze się zaplątali z tym brakiem PK 9 na mapie – u mnie poszło to prawie z marszu. Zawsze po tych najdalszych PK sprawdzam, czy nie pominąłem czegoś na końcu mapy, bo PK przy startomecie, nawet jeśli zapomnimy z małą stratą można zaliczyć.
Falenica - znowu po śniegu. I to po takiej świeżutkiej, spadłej w nocy dostawie. Może nie było go specjalnie dużo, ale kilka stopni na minusie i słoneczko dały idealnie zimowy klimat.
Na trasę Open-M wyruszyłem chyba jako pierwszy lub jeden z pierwszych. Bo do lampionów nie było żadnych śladów. Pierwszy na boisku szkolnym - wyznaczałem sam szlak najkrótszą drogą do rogu ogrodzenia. Potem przepychanie się z biegaczami górskimi co szwędali się na drodze do swojego startu, przepychanie miedzy autami i wreszcie bieg wzdłuż ogrodzenia samotnego domku w lesie po dziewiczym śniegu. Dzisiaj wszystkie punkty na wydmie w stronę Józefowa. Brak punktów przy kościele czy w lasku przed szkołą. Zerkam na mapę i wybieram wariant, by nie przebiegać w poprzek wydmy.
Na początek PK 2 tuż za startem Biegów Górskich. Wypadam na drogę i natykam się na Marleną z Rembertów Team. Pozdrowienia w locie i przeciskam się przez tłum kibiców na starcie w kierunku mojego lampionu.
Czas przedrzeć się przez wydmę. Na szczęście na wydmie nie ma jeszcze tabunu biegaczy - jakieś pojedyncze sztuki chyba rozgrzewkowo zaliczają zbiegi i podbiegi. Gdy ruszy tłum, nieraz trzeba dość długo czekać, by niezdeptanym przeciąć trasę biegu. Zresztą sama trasa FBG wydeptana, wręcz "czarna" - ja raczej biegam po terenach zaśnieżonych. PK 5-7-4 ciągle wydeptuję pierwszy ślad między lampionami. Na PK 10 wracam na wydmę - znowu udało się bez kolizji z biegaczami.
![]() |
| PK 4 |
![]() |
| Ja, las i śnieg |
![]() |
| Przebieg do PK 17 |
Teraz zaczynają się dłuższe przebiegi. PK 9 , a potem daaaaleko do PK 17. Przed właściwym miejscem coś mnie rozprasza, dostrzegam w lesie ścieżkę tam, gdzie jej nie ma i zwiedzony jakimiś śladami wyglądającymi na buty trailowe skręcam za wcześnie w ścieżkę. Po chwili koryguję się, znajduję granicę kultur, duże doły i … dołek bez lampionu. Na mapie jest tylko jeden dołek - ten z lampionem! Chwilę tracę zanim trafiam na lampion. Analizując dane lidarowe teraz widzę, że na mapie nie ma tego dołka, co znalazłem wcześniej. Cóż - tak bywa.
PK 18 i PK 20 po dziewiczym śniegu. Żadnych śladów. Chyba lampiony wiszą od wczoraj, są lekko przysypane śniegiem.
Gdzieś na azymucie do PK 22 znajduję ślady idące z naprzeciwka. Dzięki temu nie muszę patrzeć na kompas, tylko biec po śladach do lampionu. Dopiero koło PK 19 widzę kogoś biegnącego z naprzeciwka. Chwilkę dalej z naprzeciwka biegnie Karolina. Z PK 16 się mijam, bo w terenie jest więcej granic kultur niż na mapie. Od tej pory zaczynam biec inostradą. Zahaczam o strzelnicę, przy PK 15 tłum dzieci na sankach.
Znowu mitrężę czas przy PK 14 - coś mi się wydawało, że jestem dalej i zaczynam się cofać.
Teraz "powrót do domu" - przebiegam przed furtką, gdzie kiedyś mieszkałem. Wbiegam w lasek zabaw mojego dzieciństwa. Jakoś strasznie się ten lasek skurczył – kiedyś to były wielkie połacie lasu a teraz kilka kroków i jestem już za nim!
Sprawdzam kartę, czy czegoś nie przeoczyłem. Wszystko jest w porządku. Jeszcze dwa lampiony i meta. Wpadam na metę. Uff, znowu się udało dobiec;-)
Kolejny etap Dystansu Stołecznego. Osiedle Ruda. Pamiętam, że tam był dawno temu jeden z etapów Pucharu Bielan (bo tak to się nazywało wtedy), na którym skręciłem sobie kostkę;-) Wtedy było lato - tym razem mamy środek zimy, niby bez śniegu, ale z bardzo nieprzyjemnym zimnym wiatrem. Start wyznaczony tuż przy rondzie Ruda. Pinezka na mapie pokazywała niewielki trawnik gdzieś pomiędzy rondem a parkingiem. Przyjechałem kilka minut wcześniej i szczęśliwie udało mi się zaparkować niedaleko koło tego miejsca. Ruszyłem szukać organizatora… ale trawnik wskazany przez współrzędne GPS pusty. No, może niezupełnie, bo wokoło krąży kilka zdezorientowanych osób (wyraźnie świeży narybek) z przygotowanymi czołówkami i nerwowo poszukuje organizatora lub innych zorientowanych w temacie osób. Ale na miejscu czuwa Konrad, który widział Karola rozwieszającego lampionu z samochodu i potwierdził, że to tu będzie biuro. Więc spokojnie sobie czekamy, co chwila pojawia się kolejna znajoma osoba.
![]() |
| Tu ma być start |
Na 3 minuty przed wyznaczoną godziną rozpoczęcia pojawia się organizator. Jak zwykle „na ostatnią chwilę”. Jakoś tak z organizatorem dociera Andrzej i rzuca nietypowe hasło: "Nie ma czasem ktoś pożyczyć spodni?" Różnych rzeczy ludzie zapominają zabrać: kompau (w mieście daje się bez kompasu), latarki, ale to zwykle bez problemu daje się pożyczyć od kogoś. Karol oferuje buty. Potem maskę. Niestety spodni zapasowych nikt nie ma. Pada propozycja biegania na drugą zmianę w spodniach po kimś z pierwszej, lub wręcz biegania bez spodni, ale za to w masce. Andrzej jednak nie decyduje się na takie nowatorskie rozwiązanie i będzie startował w jeansach.
![]() |
| Ekspresowe rozstawianie biura zawodów |
Gdy rozłożył się sekretariat uwagę wszystkich przyciągnął spory banner tuż za organizatorem. Zaraz wszyscy zaczęli Karolowi wtykać swoje telefony z pytaniem na kiedy je naprawi. Mnie zaintrygowała bardziej naprawa Działa, ale nie miałem takiego, by próbować je naprawić;-)
![]() |
| Ten banner wzbudził spore emocje. Mnie nieustannie intryguje "Naprawa Działa"! |
![]() |
| Pobieranie map (fot. Andrzej Krochmal) |
PK 3 Karol zafundował nam na górce. Jak widać, nawet w mieście można zrobić biegi górskie!
Docieram do PK 7. Widzę tam już dwójkę czy trójkę dzieciaków szukających lampionu. Dołączam i ja. Powinien być na dole schodów. Schody są, jest jakiś tubylec palący papierosa w zaciszu pod schodami, ale lampionu brak. Na wszelki wypadek sprawdzam na górze schodów, w załomie za schodami nigdzie lampionu nie ma. A lampiony są mocowane stalową linką z kłódką, więc raczej „przypadkowo” nie daje się ich urwać. Wreszcie biegnę dalej, ale startując jako pierwszy na trasie Chojrak pewno szukałem lampionu dłużej niż inni, z daleka informowani o jego braku. Lekko zniechęcony biegnę dalej. Zaczynam czuć moją niedawno kontuzjowaną łydkę – nie jest tragicznie, ale wolę nie przesadzać, by jej za bardzo nie dobić przed Biegiem Chomiczówki.
Kolejne punkty stoją jak powinny. No, może raczej wiszą, niektóre nawet dość wysoko. Szczególnie jeden taki wisi dość wysoko na brzozie. Jak się dowiedziałem po biegu ponoć pod oknem pewnej znanej osoby co dość kontrowersyjnie bada katastrofę związaną z pewną brzozą w Smoleńsku…
Pod koniec dogania mnie (i przegania) Przemek. Ale to miejscowy, więc ma prawo. Jak zeznawał po biegu jeden z lampionów był także pod jego oknem.
![]() |
| Meta |
W tym roku Orient miałem "tuż pod nosem", w Markach. Teren znany z Warszawskiej Mili i nie tylko. Piękna plątanina dołów, rowów i różnej maści wyrobisk. A wszystko na tyle blisko, że nawet moje dziecko postanowiło wybrać się na trasę turystyczną.
![]() |
| Orient wita! |
![]() |
| Biuro tras turystycznych |
Agata poszła pierwsza w las. W drugą stronę niż ja miałem biegać. Pobrałem mapę, odpikałem start i „popłynąłem” na start właściwy. Popłynąłem prosto z górki, wraz z ciurkającym w dół tymczasowym ciekiem wodnym, niezaznaczonym na mapie;-)
![]() |
| A tak wyglądało w drugą stronę |
Do PK 2 już nie było wyboru, czy ścieżką czy nie. Ale do PK 3 znowu nie pomyślałem i przedzierałem się przez krzaki na krechę;-( No dobra - przyjmijmy, że trenowałem bieganie na azymut (jakoś powinienem to uzasadnić).
I dalej na azymut przez "zielone" na mapie. Przy PK 5 trochę mnie zniosło, ale lampion znalazłem „w dalszej dziurze”. Za to na PK 7 biegłem "po kresce" narysowanej na mapie;-)
Na PK 8 wreszcie dłuższy przebieg - tu zdecydowałem się na ścieżki. Ale kolejne przebiegi już tradycyjnie na azymut.
![]() |
| PK 12 z klubowym kodem 44 |
Można powiedzieć, że praktycznie do końca było tak samo: podbicie PK - azymut- krzaki - doły/góry, kolejny PK. Jakoś specjalnie nie błądziłem. Mało przebiegów drogami. Znosiło mnie jak zwykle lekko w lewo (chyba muszę jakoś kompas przekalibrować), ale charakterystyczna mikrorzeźba pozwalała zawsze dość łatwo znaleźć lampion. Jedyna rzecz warta uwagi to lokalizacja PK 17. Wybiegłem na element ternu zgadzający się z opisem PK czyli wzniesienie w wyrobisku. Lampionu tam nie było. Był znacząco dalej i na formie terenowej mało przypominającej tę z mapy. W międzyczasie z lasu wybiegł kolejny zawodnik i także szukał lampionu tam gdzie ja pierwotnie. Niby nieduże przesuniecie (tak ze 20 m) ale zawsze gdy jest miejsce na tyle charakterystyczne, że jesteś pewien, że to to właściwie, to człowiek na chwilę się "zawiesza" zastanawiając się o co chodzi.
![]() |
| Dyskusyjny PK 17 |
Kolejna odsłona FalInO. To co zaczynało sypać na Młocinach, teraz leżało w pełnej krasie. Czyli śnieg po kostki. Doskonała okazja by sprawdzić jak stuptuty Inov-8 współgrają z butami tejże marki. Normalnie na śniegu gumki od stuptutów sztywnieją i zwykle gubi się je po 20-30 minutach, a tu w butach są specjalnie dedykowane zaczepy do ich mocowania. Pierwsze mocowanie łatwo nie poszło - bez noża ani rusz - trzeba było podważyć brzegi otworów, by wsunąć haczyki w but. Ale wsunięte trzymały jak złoto. 
Na liście startowej tłumy. W biurze także tłumy. Mapa – tym razem w koszulkach, bo na zewnątrz śnieg, który grozi jej rozpuszczeniem. Start.
PK 1 przy kościele - tak zupełnie "w drugą stronę" niż reszta lampionów. Zaczynam od niego. Potem decyzja: „od prawej”, czy „od lewej”? Sęk w tym, że kilka PK jest „tak po środku” i nie wiadomo z której strony je brać. A może… brać je na początku? Tak pomyślałem i tak zrobiłem. PK 2-6-3. Nie szło mi jakoś rewelacyjnie: PK 2 szukałem trochę za wcześnie, na PK 6 pobiegłem w złą stronę, a lampion PK 3 przebiegłem - złośliwie schował się za słupem, a słup za drzewem, czy jakoś tak.
Do PK 9 prawie ścigałem się z biegaczami WGB. Prawie, bo biegłem jakoś tak "pod prąd";-)
Na PK 14 dłuższą chwilę szukałem dołka. Pomyliły mi się ścieżki. To pewno znowu przez to ściąganie się z WGB:-)
Czas na punkty po drugiej strony ulicy Podkowy. Mój lasek, tam gdzie mieszkałem, dołek gdzie przesiadywaliśmy z kumplami. Trochę dłuższe przebiegi i wybrany wariant taki, by nie wbiegać na wydmę, aż do najdalszego PK 19.
PK 20 miał być w jaskimi (pamiętam, kiedyś go dość długo szukałem), ale okazało się, że jaskinia jest zasypana, więc lampion dyndał na drzewku przy mikro kopczyku.
Kolejny dylemat: lepiej brać PK 7-11-12 czy PK 11-12-7? Zwyciężyła ta druga wersja - czyli najpierw Morskie Oko, a potem powrót na wydmę.
Po PK 8 popełniłem błąd. "Zniosło" mnie w prawo i praktycznie przebiegłem obok PK 13 w drodze na PK 5. Oczywiście PK 5 przebiegłem, bo nie zauważyłem go za jakimś drzewkiem. I niestety czekał mnie powrót na PK 13. Niby to nie są astronomiczne odległości, ale zawsze kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt sekund straty;-( Ale wiadomo - trzynastka ma prawo być pechowa.
Wynik ogólny - mógłby być lepszy - tych większych błędów nawigacyjnych na pewno uzbierałoby się na co najmniej 3 minuty. Teraz na chłodno analizując przebieg, dostrzegam możliwość tuningowania i kolejności, ale wiadomo po starcie nie zawsze udaje się na mapie od razu wybrać ten minimalnie lepszy wariant. Za dwa tygodnie spróbuję się poprawić;-)
Młocińska wydma zawsze kojarzy mi się z nocą. I z biegami na 50 PK. Tym razem nie było to 50 PK, ledwie co 30. Oczywiście w środową noc. Pogoda – taka sobie – no dobra, akurat trafiła się chwilowa przerwa w opadach gdy zaparkowałem na ulicy o wdzięcznej nazwie Dziwożony. Kilka osób już nerwowo przytupywało oczekując na organizatora, który po chwili wyłonił się z odmętów Młocińskiego lasu. Rozstawił stolik i zaczęło się normalne zamieszanie z wydawaniem map, wpychaniem ich do folii itp.
![]() |
| Ulica Dziwożony - start |
![]() |
| Typowe zamieszanie w biurze zawodów |
Przy PK 4 o klubowym kodzie próbowałem sobie zrobić selfie, ale ciężko to idzie mokrymi rękami. Ze zdjęcia właściwie nic nie wyszło, tyle że dogonił i przegonił mnie Marcin. Jak zwykle;-( I to na pewno on mnie zestresował, że nie trafiłem idealnie na PK 5 (jak to fajnie jest na kogoś zwalić winę;-)
![]() |
| Miało być selfie przy lampionie z kodem 44 |
No dobra, nie będę kłamał, zaraz kolejny zawodnik mnie przegonił i służył za namiar przy PK 6, 7 i 8. Powinienem się za siebie wziąć i potrenować szybkie bieganie w terenie, bo ostatnio poruszam się bardzo zachowawczo, by sobie czegoś nie uszkodzić.
Kolejne punkty wchodziły dość dobrze, choć biegałem na azymut zamiast drogami. Niby las nie jest zielony, ale zarówno podłoże jak i niskie krzaczki spowolniały - możliwe, że bardziej „drogowe” warianty byłyby szybsze w moim wydaniu. Dopiero po PK 14 las stał się typowo przebieżny. Po PK 16 przebieżność się skończyła, ale na szczęście tuż obok wygodna droga prowadząca na PK 17. Wystarczyło wybiec kilka milimetrów za mapę… Wybiegłem za mapę i na "wielkim skrzyżowaniu" oczywiście w pierwszym odruchu skręciłem nie w tę ścieżkę. Znowu kolejne sekundy w plecy;-(
Po takiej wpadce, jak zwykle nie myślę. Zamiast naokoło, ale za to szybko drogą, ja na krechę przez jakieś poobcinane gałęzie, zbaczając na koniec z azymutu - tylko zmarnowałem czas;-(
Od PK 18 wracamy na wydmę, gdzie były pierwsze PK. Część z nich odwiedzamy powtórnie, ale w innej kolejności. Jednym z „najwredniejszych” okazuje się PK 25. Trafiam na niego przez… PK 21. Jak słyszałem: nie tylko ja miałem podobne problemy z właściwym trafieniem na ten lampion;-)
Ostatnie PK to wyzwanie spostrzegawczości – oddalone od siebie o rzut beretem wymagały szybkiej orientacji, wyboru kierunku i uważnego sprawdzenia kodu, bo łatwo było trafić na coś innego.
Uff, wreszcie meta. Na mecie także Marcin – właśnie się sczytał. I okazuje się że załapał NKL-kę! Jak na niego to niebywała rzadkość! Ale dzięki temu mogę powiedzieć, że wreszcie z nim wygrałem;-) Co z tego, że mój wynik znajduje się raczej w końcówce tabeli, ale w bezpośrednim starciu byłem lepszy;-) Chyba oprawię sobie ten wynik w ramkę i powieszę w gablotce z innymi medalami i pucharami;-)
Po pewnych przygodach z nawigacją, która nie załapała, że otworzono już węzeł Zakręt, dotarłem na start do Radości. Już sporo osób latało z mapami wokół startu. Budowniczy wrócił z lasu i jakoś dziwnie od razu zmieniał spodnie. Pobrałem mapę i ruszyłem na start.
![]() |
| Na starcie już całkiem dużo aut i ludzi z mapami |
![]() |
| No to startujemy! |
Za to PK 2 po kresce. I dalej niczym ten gacek, co latał i omijał przeszkody, wesoło biegnę sobie po lesie i widzę dołek (z lampionem). Na mapie, na przebiegu są dwa dołki i lampion w drugim, więc nawet nie sprawdzam kodu i biegnę dalej. Biegnę, biegnę i nic. Nie ma dołka, zaczyna się wzniesienie. Zawracam sprawdzam kod na lampionie - to mój dołek! Tak to jest, gdy za dobrze idzie;-(
Ostrożniej ruszam dalej. Idzie dobrze. Teren wbrew pozorom (dużo białego na mapie) jest ciężki do biegania: mchy, borówki i trochę gałęzi dobrze dają w kość - trzeba wysoko podnosić nogi, uważać, a to strasznie meczy. Na szczęście kilka przebiegów można bez zbytniego nadkładania przyspieszyć drogami. Takie mapy lubię - gdy jest wybór.
Gdzieś tak koło PK 6 zaczynam się ścigać z jakąś konkurencją. Konkurencja po tych mchach biega chyba ciut szybciej. W każdym razie nie mogę go przegonić (tego konkurenta), choć na drogach wyraźnie się do niego zbliżam (co chwila rozwiązuje mi się but, więc niestety przegonić nie daję rady). Dopiero długi przebieg z PK 10 do PK 11. Patrząc na mapę, na azymucie widzę górkę, trochę zielonego koloru. Niby drogami jest ciut dalej ale…. Ryzyk-fizyk - wybieram drogi. Inne niż konkurent (pewno chce na koniec lecieć na azymut). I rzeczywiście wyprzedzam go znacznie! Co z tego, skoro PK 11 szukam nie tam, gdzie trzeba (ale za to w doborowym towarzystwie).
PK 15 znowu górka. Dobiją mnie dzisiaj te górki!
To już końcówka. Jeszcze obiec bajorko i do mety. Rozpędzam się i „przebiegam” miejsce gdzie można by ciąć na azymut do ostatniego PK. Obiegam drogami, ale chyba dużej straty czasowej nie ma. Podbijam ostatni PK i na metę ścieżką, która zanika. Zanika w małym bagienku! No dobra, przedeptanym bagienku przez poprzedników i wcale nie takim głębokim! Ale zawsze to nieprzyjemnie gdy mlaska pod nogami i za chwilę potem mlaska w butach;-)
![]() |
| Już widać metę... |
![]() |
| Tylko jeszcze przebiec to bagienko;-) |
![]() |
| Uff dotarłem na metę! |
Uff, dałem radę, ale czuję kilometry w nogach. Dobrze, że choć pogoda się udała, bo w niedzielę ma lać…
I nastał szalony weekend 14 stycznia. Szalony, bo właściwie o tej samej godzinie zarówno WesolInO jak i Leśny Mózg. Zwykle organizatorzy się dogadywali i jedna impreza była rano, druga po południu. Tym razem WesolInO od 9:30 do 12:00, a Leśny Mózg od 11:00 do 13:30. Na szczęście oba starty niedaleko siebie, więc dało się to jakoś ogarnąć.
![]() |
| Czekamy na powrót stawiaczy lampionów |
Wreszcie z lasu wychodzi Ania i mówi, że można startować, bo stawiane są jeszcze tylko te najdalsze lampiony.
![]() |
| Wreszcie znalazłem startowy winder! |
Pik i pobiegłem. Przez góry, lasy, doły, trochę chaszczy, w poszukiwaniu mniejszych lub większych różnej maści dołków i innych odkształceń terenu. Słonko świeciło, wiosna w powietrzu, więc biegło się całkiem fajnie. No, może troszkę krzaki przeszkadzały. I całkiem mało błędów nawigacyjnych.
Dopiero przy PK 11, umieszczonym w najbardziej zielonym zakątku mapy, trochę zamarudziłem próbując obejść te mało przyjazne do biegania tereny.
I na PK 12 przebiegłem punkt nie dostrzegając lampionu o dwa metry od siebie.
Pierwszych konkurentów spotkałem dopiero koło PK 15, już pod koniec trasy. Jeszcze (kolejny) wbieg na najwyższą w okolicy wydmę, zbieg, kolejny wbieg i do mety. Ta wydma to zupełnie jak na Wesołych Biegach Górskich- co chwilę w górę i w dół.
![]() |
| Meta;-) |