piątek, 17 marca 2023

FalInO z nowym terenem.

Ponieważ po Zimie na Pradze noga nie odpadła, postanowiłam poddać ją cięższej próbie i zapisałam się na FalinO. Udało się też namówić Agatę i znowu ruszyliśmy wesołą trójką na podbój nowych terenów, jak obiecywał organizator.

 Przybywamy!
 
Tak na wszelki wypadek wzięłam sobie krótką trasę, czyli z Agatą biegłyśmy to samo. Tomek oczywiście najdłuższą.
Wystartowałyśmy w tej samej minucie i wyglądało, że polecimy razem, bo nie zakładałam żadnych wyczynów, tylko stateczny trucht (w porywach).

 Ostatnie sekundy przed startem.
 
Najbardziej bałam się, czy będę jeszcze umiała posłużyć się kompasem, ale to jest chyba tak, jak z jazdą na rowerze - nie zapomina się, bo kiedy przyłożyłam kompas do mapy, od razu wiedziałam co robić.
Pierwszy dylemat - zacząć od jedynki, czy trójki? Padło na jedynkę. Jeszcze przed dwójką dogonił na Tomek i dzięki temu mamy fotkę przy najładniejszym i nieco zagadkowym punkcie - Villi Feiner.

Prawda, że bardzo malownicze miejsce?

Po dwójce my pobiegłyśmy na jedenastkę, a Tomek na dwunastkę. Ponieważ Agata już się wybiegała i zwolniła, porzuciłam ją (wyrodna matka) i pomknęłam dalej (miało być statecznie, ale bez przesady). Przy siódemce dogonił mnie Tomek, ale zaraz pobiegł dalej, dużo szybciej niż ja.

PK 7
 
Między ósemką a dziewiątką trochę się pogubiłam. Może na śladzie to się tak nie rzuca w oczy, ale plan był całkiem inny niż realizacja. Z ósemki planowałam biec na północ, ale zamiast kierować się kompasem, zaczęłam patrzeć na ścieżki i oczywiście wszystko mi się poptaszkowało. Naturalnie udało się trafić, ale czasu straciłam sporo.
Przy piątce już z daleka widziałam tłum ludzi kręcących się dookoła sporego kopca i od razu wiedziałam, że coś nie gra. Okazało się, że miejsce stuprocentowo jest właściwe, tylko lampionu nie ma. Trudno - nie ma, to nie ma. Uznawszy, że organizator powinien i tak uznać ten punkt, pobiegłam dalej, nie wracając się po żaden inny w zastępstwie.
Przy czwórce kręciłam się wokół budynków i nijak nie mogłam natrafić na lampion. Jakoś w rzeczywistości inaczej widziałam budynki niż na mapie. Po chwili nerwowego biegania to tu, to tam, postanowiłam metodycznie przeszukać każdy zakamarek i... już w pierwszym natknęłam się na punkt. Ufff....
W sumie to z piątki powinnam najpierw pobiec na szóstkę, a potem na czwórkę, bo zaliczając 5 - 4 - 6 znowu musiałam wrócić na czwórkę, bo nie było innego przejścia. Trudno. Jeszcze tylko ostatni PK - 3 i meta. Chwilę po mnie przybiegł Tomek, a potem dłuuugo czekaliśmy na Agatę. Okazało się, że po piątce wróciła poszukać zastępczego punktu i poszła aż na dwunastkę. Taki to zdyscyplinowany uczestnik - ma być 11 punktów, to będzie!

W oczekiwaniu na Agatę przepycham barierkę.


Jest nasza zguba!


 A tak wygląda mój ślad:

W kolejnych dniach po zawodach moja noga wciąż miała się nieźle, więc chyba pora wrócić na stałe. Zwłaszcza, że wiosna idzie i aż się chcę do lasu.

środa, 8 marca 2023

Zima na Pradze

Ta noga co to mi chciała odpaść i uwięziła mnie w domu, to jednak zdecydowała, że nie odpadnie, więc ja też powzięłam decyzję: wychodzę z ukrycia. Żeby jednak nie przegiąć, na początek wybrałam marsze, a nie biegi, bo to nigdy nic nie wiadomo. Padło na Zimę na Pradze, bo tam dają czekoladę. Do mojego zespołu dołączyła Agata, a Tomek zapisał się na bieg.
Trasa okazała się taka bardziej popularyzatorska i mało wymagająca, ale w sumie na tej imprezie tak powinno być. Bez problemów nawigacyjnych przeszłyśmy całą, choć co prawda zajęło nam to tak dużo czasu, że już Tomek zaczął nas szukać. Szkoda tylko, że mało punktów było w parku, a dużo w mieście. Najtrudniejszym zadaniem okazała się decyzja, czy uschniętą sosnę też wykazać w odpowiedzi na pytanie o ich ilość oraz różne sposoby liczenia lat zamieszkania. Ale w sumie to takie czysto akademickie dywagacje, bo przecież i tak najważniejsza była dobra zabawa. No i ten kupon na czekoladę. Nie zapominajmy o czekoladzie...
 
Gdzieś na trasie.
 
 
Meta!

Cała wesoła ekipa.
 
Moja noga (przezornie uzbrojona w stabilizator) dała radę, więc chyba zapowiada się powrót do InO, może nawet i biegowego.
Konkurencjo - drżyj!

poniedziałek, 6 marca 2023

Czwarte FalInO z niespodzianką

Czwarta runda FalInO miała być nietypowa. Nietypowa, bo w „Nowym terenie”. Gdzieś tam w stronę Miedzeszyna. Tyle, że w czasie ferii frekwencja nie dopisywała i w ostatniej chwili organizator zarządził zmianę – znowu będzie bieganie po wydmie. Jak mus to mus, biegamy po wydmie. No może nie za bardzo biegamy – raczej toczymy nierówną walkę z rozcięgnem. 

Do biegu gotowi... START

Dostaliśmy mapę dla ślepych czyli w skali 1:7500. Niby ten teren można by biegać bez mapy – ciekawe czy kiedyś będzie runda FalInO w postaci pamięciówki – na PK mapka z kolejnym PK – patrzysz zapamiętujesz i biegniesz;-) 

Tradycyjnie zacząłem od kościoła. Tym razem nietypowo – plebania;-) Podbijałem PK z jakąś dziewczyną, która chyba już wracała z trasy. 

PK 10 przy dziurze w płocie boiska, tego koło szkoły. PK 3 w krzakach za domami – tego fragmentu lasu nie lubię – tu raczej nie daje się biegać. 

PK 5 na wydmie. Przedzieranie się przez biegaczy górskich i szukanie lampionu za wcześnie, w innym dołku. Teraz wbieg na wydmę i "pod prąd" FBB nad Morskie Oko. Próbuję biec w stronę cmentarza i dopiero po chwili orientuję się, że to nie ten kierunek. Na szczęście zbyt dużo nie nadłożyłem. Wkrótce mam PK 8. 

Na PK 11 biegnę ścieżką. Rozpędzam się i… nie znajduję ścieżki w prawo, która ma prowadzić na punkt. Docieram więc naokoło, po raz kolejny ścigając się z jakimiś niedobitkami biegaczy górskich. 

PK 6, potem PK 13 za ul. Podkowy (na moje oko nie w tym dołku co trzeba, ale widoczny z daleka więc nie robi to różnicy). 

 PK 15

Znowu przez wydmę do PK 15. Za mojej młodości tuż za PK 15 po horyzont ciągnęły się pola zasiewane zbożami, gdzie chodziło się zbierać chabry. I jedna jedyna stodoła. Teraz jest tu pas gęstej zabudowy. I długi przebieg na PK 19. Tuż przed punktem spotykam jakiś biegaczy biegnących „pod prąd” – nie jestem pewien czy byli to biegacze z mapami czy bez. 

Do PK 18 przebijam się oczywiście przez największe krzaki. Coś chyba przestaję myśleć! 

Za to do PK 20 biegnę prawie idealnie po kresce. Jest tu sporo miejsc charakterystycznych: dwa rogi młodnika. PK 17, PK 16 to teren który lubię: albo pięknie przebieżny las, albo wyraźne drogi przez dobrze wyrośnięte już młodniki, drogi prawie idealnie na azymucie. 

Do PK 12 pieruńsko daleko. To już nie moje tereny. No, może za młodości je znałem, ale teraz zmienił się charakter lasu, układ ścieżek, zabudowa. Na szczęście lampion na słupie widoczny z daleka. 

W drodze na PK 14 z naprzeciwka mijam tramwaj konkurencji z mapami. Biegną i nawigują wyraźnie niesportowo – zespołowo;-) 

Na mapie zostały mi do mety jeszcze 3 punkty. Patrzę jeszcze na kartę czy wolne kratki odpowiadają numerkom 4, 7 i 1. Widzę, że na karcie niezadziurkowana jest jeszcze kratka z numerem 9. Szukam tego punkcie na mapie. Nie widzę! Sprawdzam jeszcze w opisach…. Jest 8 i potem 10. Ewidentnie budowniczemu zgubił się gdzieś PK 9. Uspokojony ruszam więc na ostatnie 3 punkty. Punkty proste i łatwe. Ostatni wręcz banalny na boisku przyszkolnym. Meta. Uff - po raz kolejny przeżyłem. Co niektórzy ponoć dobrze się zaplątali z tym brakiem PK 9 na mapie – u mnie poszło to prawie z marszu. Zawsze po tych najdalszych PK sprawdzam, czy nie pominąłem czegoś na końcu mapy, bo PK przy startomecie, nawet jeśli zapomnimy z małą stratą można zaliczyć. 


 

sobota, 4 lutego 2023

Bajkowa zima w Falenicy

Falenica - znowu po śniegu. I to po takiej świeżutkiej, spadłej w nocy dostawie. Może nie było go specjalnie dużo, ale kilka stopni na minusie i słoneczko dały idealnie zimowy klimat. 

Na trasę Open-M wyruszyłem chyba jako pierwszy lub jeden z pierwszych. Bo do lampionów nie było żadnych śladów. Pierwszy na boisku szkolnym - wyznaczałem sam szlak najkrótszą drogą do rogu ogrodzenia. Potem przepychanie się z biegaczami górskimi co szwędali się na drodze do swojego startu, przepychanie miedzy autami i wreszcie bieg wzdłuż ogrodzenia samotnego domku w lesie po dziewiczym śniegu. Dzisiaj wszystkie punkty na wydmie w stronę Józefowa. Brak punktów przy kościele czy w lasku przed szkołą. Zerkam na mapę i wybieram wariant, by nie przebiegać w poprzek wydmy. 

Na początek PK 2 tuż za startem Biegów Górskich. Wypadam na drogę i natykam się na Marleną z Rembertów Team. Pozdrowienia w locie i przeciskam się przez tłum kibiców na starcie w kierunku mojego lampionu. 

Czas przedrzeć się przez wydmę. Na szczęście na wydmie nie ma jeszcze tabunu biegaczy - jakieś pojedyncze sztuki chyba rozgrzewkowo zaliczają zbiegi i podbiegi. Gdy ruszy tłum, nieraz trzeba dość długo czekać, by niezdeptanym przeciąć trasę biegu. Zresztą sama trasa FBG wydeptana, wręcz "czarna" - ja raczej biegam po terenach zaśnieżonych. PK 5-7-4 ciągle wydeptuję pierwszy ślad między lampionami. Na PK 10 wracam na wydmę - znowu udało się bez kolizji z biegaczami. 

PK 4

Ja, las i śnieg

Przekraczam "Czerwonkę" (zanim ulicę Podkowy wyasfaltowano, były na niej ślady utwardzania czerwoną cegłą z czasów II Wojny Światowej – stąd ta kolorowa nazwa) i lecę do PK 12 - dołka "gitarowego" (miejsce gdzie za młodu z kolegami piłowaliśmy na gitarach). 

Przebieg do PK 17
 

 Szukam PK 17 o dróżkę za wcześnie

Teraz zaczynają się dłuższe przebiegi. PK 9 , a potem daaaaleko do PK 17. Przed właściwym miejscem coś mnie rozprasza, dostrzegam w lesie ścieżkę tam, gdzie jej nie ma i zwiedzony jakimiś śladami wyglądającymi na buty trailowe skręcam za wcześnie w ścieżkę. Po chwili koryguję się, znajduję granicę kultur, duże doły i … dołek bez lampionu. Na mapie jest tylko jeden dołek - ten z lampionem! Chwilę tracę zanim trafiam na lampion. Analizując dane lidarowe teraz widzę, że na mapie nie ma tego dołka, co znalazłem wcześniej. Cóż - tak bywa. 

PK 18 i PK 20 po dziewiczym śniegu. Żadnych śladów. Chyba lampiony wiszą od wczoraj, są lekko przysypane śniegiem. 

 PK 20

Gdzieś na azymucie do PK 22 znajduję ślady idące z naprzeciwka. Dzięki temu nie muszę patrzeć na kompas, tylko biec po śladach do lampionu. Dopiero koło PK 19 widzę kogoś biegnącego z naprzeciwka. Chwilkę dalej z naprzeciwka biegnie Karolina. Z PK 16 się mijam, bo w terenie jest więcej granic kultur niż na mapie. Od tej pory zaczynam biec inostradą. Zahaczam o strzelnicę, przy PK 15 tłum dzieci na sankach. 

Znowu mitrężę czas przy PK 14 - coś mi się wydawało, że jestem dalej i zaczynam się cofać. 

Teraz "powrót do domu" - przebiegam przed furtką, gdzie kiedyś mieszkałem. Wbiegam w lasek zabaw mojego dzieciństwa. Jakoś strasznie się ten lasek skurczył – kiedyś to były wielkie połacie lasu a teraz kilka kroków i jestem już za nim! 

Sprawdzam kartę, czy czegoś nie przeoczyłem. Wszystko jest w porządku. Jeszcze dwa lampiony i meta. Wpadam na metę. Uff, znowu się udało dobiec;-) 


 

piątek, 3 lutego 2023

Naprawa telefonów i działa na Rudzie!

Kolejny etap Dystansu Stołecznego. Osiedle Ruda. Pamiętam, że tam był dawno temu jeden z etapów Pucharu Bielan (bo tak to się nazywało wtedy), na którym skręciłem sobie kostkę;-) Wtedy było lato - tym razem mamy środek zimy, niby bez śniegu, ale z bardzo nieprzyjemnym zimnym wiatrem. Start wyznaczony tuż przy rondzie Ruda. Pinezka na mapie pokazywała niewielki trawnik gdzieś pomiędzy rondem a parkingiem. Przyjechałem kilka minut wcześniej i szczęśliwie udało mi się zaparkować niedaleko koło tego miejsca. Ruszyłem szukać organizatora… ale trawnik wskazany przez współrzędne GPS pusty. No, może niezupełnie, bo wokoło krąży kilka zdezorientowanych osób (wyraźnie świeży narybek) z przygotowanymi czołówkami i nerwowo poszukuje organizatora lub innych zorientowanych w temacie osób. Ale na miejscu czuwa Konrad, który widział Karola rozwieszającego lampionu z samochodu i potwierdził, że to tu będzie biuro. Więc spokojnie sobie czekamy, co chwila pojawia się kolejna znajoma osoba.

Tu ma być start

Na 3 minuty przed wyznaczoną godziną rozpoczęcia pojawia się organizator. Jak zwykle „na ostatnią chwilę”. Jakoś tak z organizatorem dociera Andrzej i rzuca nietypowe hasło: "Nie ma czasem ktoś pożyczyć spodni?" Różnych rzeczy ludzie zapominają zabrać: kompau (w mieście daje się bez kompasu), latarki, ale to zwykle bez problemu daje się pożyczyć od kogoś. Karol oferuje buty. Potem maskę. Niestety spodni zapasowych nikt nie ma. Pada propozycja biegania na drugą zmianę w spodniach po kimś z pierwszej, lub wręcz biegania bez spodni, ale za to w masce. Andrzej jednak nie decyduje się na takie nowatorskie rozwiązanie i będzie startował w jeansach. 

Ekspresowe rozstawianie biura zawodów

Gdy rozłożył się sekretariat uwagę wszystkich przyciągnął spory banner tuż za organizatorem. Zaraz wszyscy zaczęli Karolowi wtykać swoje telefony z pytaniem na kiedy je naprawi. Mnie zaintrygowała bardziej naprawa Działa, ale nie miałem takiego, by próbować je naprawić;-) 

Ten banner wzbudził spore emocje. Mnie nieustannie intryguje "Naprawa Działa"!

Pobieranie map (fot. Andrzej Krochmal)

Dostaję mapę i idę na start, bo zimno. Wieje. Ruszam na trasę jako jeden z pierwszych. Latarka coś mi miga i sama zmienia tryb. Dawno nieużywana i styki musiały zaśniedzieć. W efekcie nie biegnę jakoś szybko, bo w takim świetle ani mapy, ani tego co pod nogami dobrze nie widać. 

PK 3 Karol zafundował nam na górce. Jak widać, nawet w mieście można zrobić biegi górskie! 

Docieram do PK 7. Widzę tam już dwójkę czy trójkę dzieciaków szukających lampionu. Dołączam i ja. Powinien być na dole schodów. Schody są, jest jakiś tubylec palący papierosa w zaciszu pod schodami, ale lampionu brak. Na wszelki wypadek sprawdzam na górze schodów, w załomie za schodami nigdzie lampionu nie ma. A lampiony są mocowane stalową linką z kłódką, więc raczej „przypadkowo” nie daje się ich urwać. Wreszcie biegnę dalej, ale startując jako pierwszy na trasie Chojrak pewno szukałem lampionu dłużej niż inni, z daleka informowani o jego braku. Lekko zniechęcony biegnę dalej. Zaczynam czuć moją niedawno kontuzjowaną łydkę – nie jest tragicznie, ale wolę nie przesadzać, by jej za bardzo nie dobić przed Biegiem Chomiczówki. 

Kolejne punkty stoją jak powinny. No, może raczej wiszą, niektóre nawet dość wysoko. Szczególnie jeden taki wisi dość wysoko na brzozie. Jak się dowiedziałem po biegu ponoć pod oknem pewnej znanej osoby co dość kontrowersyjnie bada katastrofę związaną z pewną brzozą w Smoleńsku… 

Pod koniec dogania mnie (i przegania) Przemek. Ale to miejscowy, więc ma prawo. Jak zeznawał po biegu jeden z lampionów był także pod jego oknem. 

Meta

Na mecie dyskusje na temat braku lampionu na PK 7. Zbiera się nawet ekipa, która chce zbrojnie odzyskać lampion od miejscowych podejrzewanych o jego przywłaszczenia. Ja tam zmykam do domu, bo zaczyna padać. A lampion podobno udało się odzyskać, choć nie znam szczegółów 


 

niedziela, 29 stycznia 2023

Marki na ślisko

W tym roku Orient miałem "tuż pod nosem", w Markach. Teren znany z Warszawskiej Mili i nie tylko. Piękna plątanina dołów, rowów i różnej maści wyrobisk. A wszystko na tyle blisko, że nawet moje dziecko postanowiło wybrać się na trasę turystyczną. 

Orient wita!
Pogoda - taka sobie - niezbyt ciepło, resztki topiącego się śniegu, czyli mokro i błotniście. 
Biuro tras turystycznych

Agata poszła pierwsza w las. W drugą stronę niż ja miałem biegać. Pobrałem mapę, odpikałem start i „popłynąłem” na start właściwy. Popłynąłem prosto z górki, wraz z ciurkającym w dół tymczasowym ciekiem wodnym, niezaznaczonym na mapie;-) 


 Droga na start właściwy

A tak wyglądało w drugą stronę

Od startu zamiast ścieżką ruszyłem na azymut do PK 1. Zapomniałem, że w tym terenie szybciej biega się ścieżkami, ale co tam;-) Przynajmniej PK 1 znalazłem bez problemu. 

Do PK 2 już nie było wyboru, czy ścieżką czy nie. Ale do PK 3 znowu nie pomyślałem i przedzierałem się przez krzaki na krechę;-( No dobra - przyjmijmy, że trenowałem bieganie na azymut (jakoś powinienem to uzasadnić). 

I dalej na azymut przez "zielone" na mapie. Przy PK 5 trochę mnie zniosło, ale lampion znalazłem „w dalszej dziurze”. Za to na PK 7 biegłem "po kresce" narysowanej na mapie;-) 

Na PK 8 wreszcie dłuższy przebieg - tu zdecydowałem się na ścieżki. Ale kolejne przebiegi już tradycyjnie na azymut.

PK 12 z klubowym kodem 44

Można powiedzieć, że praktycznie do końca było tak samo: podbicie PK - azymut- krzaki - doły/góry, kolejny PK. Jakoś specjalnie nie błądziłem. Mało przebiegów drogami. Znosiło mnie jak zwykle lekko w lewo (chyba muszę jakoś kompas przekalibrować), ale charakterystyczna mikrorzeźba pozwalała zawsze dość łatwo znaleźć lampion. Jedyna rzecz warta uwagi to lokalizacja PK 17. Wybiegłem na element ternu zgadzający się z opisem PK czyli wzniesienie w wyrobisku. Lampionu tam nie było. Był znacząco dalej i na formie terenowej mało przypominającej tę z mapy. W międzyczasie z lasu wybiegł kolejny zawodnik i także szukał lampionu tam gdzie ja pierwotnie. Niby nieduże przesuniecie (tak ze 20 m) ale zawsze gdy jest miejsce na tyle charakterystyczne, że jesteś pewien, że to to właściwie, to człowiek na chwilę się "zawiesza" zastanawiając się o co chodzi. 

Dyskusyjny PK 17

Ostatnie PK i meta. Oraz czekanie na powrót Agaty z trasy TP. Niestety, konkursu na rozpoznanie miejsca ze zdjęcia (naklejki zawodów) nie wygrałem - znalazłem karpę prawie taka samą jak na zdjęciu w zupełnie innym miejscu;-( 


 

piątek, 27 stycznia 2023

Falenica po raz drugi

Kolejna odsłona FalInO. To co zaczynało sypać na Młocinach, teraz leżało w pełnej krasie. Czyli śnieg po kostki. Doskonała okazja by sprawdzić jak stuptuty Inov-8 współgrają z butami tejże marki. Normalnie na śniegu gumki od stuptutów sztywnieją i zwykle gubi się je po 20-30 minutach, a tu w butach są specjalnie dedykowane zaczepy do ich mocowania. Pierwsze mocowanie łatwo nie poszło - bez noża ani rusz - trzeba było podważyć brzegi otworów, by wsunąć haczyki w but. Ale wsunięte trzymały jak złoto.
Na liście startowej tłumy. W biurze także tłumy. Mapa – tym razem w koszulkach, bo na zewnątrz śnieg, który grozi jej rozpuszczeniem. Start. 

PK 1 przy kościele - tak zupełnie "w drugą stronę" niż reszta lampionów. Zaczynam od niego. Potem decyzja: „od prawej”, czy „od lewej”? Sęk w tym, że kilka PK jest „tak po środku” i nie wiadomo z której strony je brać. A może… brać je na początku? Tak pomyślałem i tak zrobiłem. PK 2-6-3. Nie szło mi jakoś rewelacyjnie: PK 2 szukałem trochę za wcześnie, na PK 6 pobiegłem w złą stronę, a lampion PK 3 przebiegłem - złośliwie schował się za słupem, a słup za drzewem, czy jakoś tak. 

Do PK 9 prawie ścigałem się z biegaczami WGB. Prawie, bo biegłem jakoś tak "pod prąd";-) 

Na PK 14 dłuższą chwilę szukałem dołka. Pomyliły mi się ścieżki. To pewno znowu przez to ściąganie się z WGB:-)


PK 17 - dołek gdzie siadywałem z kumplami

Czas na punkty po drugiej strony ulicy Podkowy. Mój lasek, tam gdzie mieszkałem, dołek gdzie przesiadywaliśmy z kumplami. Trochę dłuższe przebiegi i wybrany wariant taki, by nie wbiegać na wydmę, aż do najdalszego PK 19. 

PK 20 miał być w jaskimi (pamiętam, kiedyś go dość długo szukałem), ale okazało się, że jaskinia jest zasypana, więc lampion dyndał na drzewku przy mikro kopczyku. 

Kolejny dylemat: lepiej brać PK 7-11-12 czy PK 11-12-7? Zwyciężyła ta druga wersja - czyli najpierw Morskie Oko, a potem powrót na wydmę. 

Po PK 8 popełniłem błąd. "Zniosło" mnie w prawo i praktycznie przebiegłem obok PK 13 w drodze na PK 5. Oczywiście PK 5 przebiegłem, bo nie zauważyłem go za jakimś drzewkiem. I niestety czekał mnie powrót na PK 13. Niby to nie są astronomiczne odległości, ale zawsze kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt sekund straty;-( Ale wiadomo - trzynastka ma prawo być pechowa. 

Wynik ogólny - mógłby być lepszy - tych większych błędów nawigacyjnych na pewno uzbierałoby się na co najmniej 3 minuty. Teraz na chłodno analizując przebieg, dostrzegam możliwość tuningowania i kolejności, ale wiadomo po starcie nie zawsze udaje się na mapie od razu wybrać ten minimalnie lepszy wariant. Za dwa tygodnie spróbuję się poprawić;-) 


 

czwartek, 26 stycznia 2023

Smak zwyciestwa na Młocinach

Młocińska wydma zawsze kojarzy mi się z nocą. I z biegami na 50 PK. Tym razem nie było to 50 PK, ledwie co 30. Oczywiście w środową noc. Pogoda – taka sobie – no dobra, akurat trafiła się chwilowa przerwa w opadach gdy zaparkowałem na ulicy o wdzięcznej nazwie Dziwożony. Kilka osób już nerwowo przytupywało oczekując na organizatora, który po chwili wyłonił się z odmętów Młocińskiego lasu. Rozstawił stolik i zaczęło się normalne zamieszanie z wydawaniem map, wpychaniem ich do folii itp.

Ulica Dziwożony - start

Typowe zamieszanie w biurze zawodów

Wystartowałem chyba jako pierwszy. Tak jak lubię, tylko ja i ciemny las. Lasek Młociński niby jest w środku miasta, ale jest tu pełno zwierzyny. Zaraz po PK 2 spotkałem kilka sarenek, które próbowały spać w krzakach. Ale ciężko idzie spanie, gdy jakiś taki z czołówką tuż obok przez krzaki się przedziera… 

Przy PK 4 o klubowym kodzie próbowałem sobie zrobić selfie, ale ciężko to idzie mokrymi rękami. Ze zdjęcia właściwie nic nie wyszło, tyle że dogonił i przegonił mnie Marcin. Jak zwykle;-( I to na pewno on mnie zestresował, że nie trafiłem idealnie na PK 5 (jak to fajnie jest na kogoś zwalić winę;-)

Miało być selfie przy lampionie z kodem 44

No dobra, nie będę kłamał, zaraz kolejny zawodnik mnie przegonił i służył za namiar przy PK 6, 7 i 8. Powinienem się za siebie wziąć i potrenować szybkie bieganie w terenie, bo ostatnio poruszam się bardzo zachowawczo, by sobie czegoś nie uszkodzić. 

Kolejne punkty wchodziły dość dobrze, choć biegałem na azymut zamiast drogami. Niby las nie jest zielony, ale zarówno podłoże jak i niskie krzaczki spowolniały - możliwe, że bardziej „drogowe” warianty byłyby szybsze w moim wydaniu. Dopiero po PK 14 las stał się typowo przebieżny. Po PK 16 przebieżność się skończyła, ale na szczęście tuż obok wygodna droga prowadząca na PK 17. Wystarczyło wybiec kilka milimetrów za mapę… Wybiegłem za mapę i na "wielkim skrzyżowaniu" oczywiście w pierwszym odruchu skręciłem nie w tę ścieżkę. Znowu kolejne sekundy w plecy;-( 

Po takiej wpadce, jak zwykle nie myślę. Zamiast naokoło, ale za to szybko drogą, ja na krechę przez jakieś poobcinane gałęzie, zbaczając na koniec z azymutu - tylko zmarnowałem czas;-( 

Od PK 18 wracamy na wydmę, gdzie były pierwsze PK. Część z nich odwiedzamy powtórnie, ale w innej kolejności. Jednym z „najwredniejszych” okazuje się PK 25. Trafiam na niego przez… PK 21. Jak słyszałem: nie tylko ja miałem podobne problemy z właściwym trafieniem na ten lampion;-) 

Ostatnie PK to wyzwanie spostrzegawczości – oddalone od siebie o rzut beretem wymagały szybkiej orientacji, wyboru kierunku i uważnego sprawdzenia kodu, bo łatwo było trafić na coś innego. 

Uff, wreszcie meta. Na mecie także Marcin – właśnie się sczytał. I okazuje się że załapał NKL-kę! Jak na niego to niebywała rzadkość! Ale dzięki temu mogę powiedzieć, że wreszcie z nim wygrałem;-) Co z tego, że mój wynik znajduje się raczej w końcówce tabeli, ale w bezpośrednim starciu byłem lepszy;-) Chyba oprawię sobie ten wynik w ramkę i powieszę w gablotce z innymi medalami i pucharami;-) 



 

wtorek, 24 stycznia 2023

LeśnoMózgowe dożynki

Po pewnych przygodach z nawigacją, która nie załapała, że otworzono już węzeł Zakręt, dotarłem na start do Radości. Już sporo osób latało z mapami wokół startu. Budowniczy wrócił z lasu i jakoś dziwnie od razu zmieniał spodnie. Pobrałem mapę i ruszyłem na start. 

Na starcie już całkiem dużo aut i ludzi z mapami

No to startujemy!

W kierunku PK 1 prowadziła droga, więc nią pobiegłem. Należało gdzieś tam odbić w prawo, ale na mapie jakieś takie mokre kreseczki, a w lesie typowa roślinność rosnąca w mokrzejszych miejscach lasu (czytaj niefajna do biegania), więc biegnę ile mogę drogą. Słonko świeci i oślepia, a ja szukam dołka nie tam gdzie trzeba. Pierwsza skucha;-( 

Za to PK 2 po kresce. I dalej niczym ten gacek, co latał i omijał przeszkody, wesoło biegnę sobie po lesie i widzę dołek (z lampionem). Na mapie, na przebiegu są dwa dołki i lampion w drugim, więc nawet nie sprawdzam kodu i biegnę dalej. Biegnę, biegnę i nic. Nie ma dołka, zaczyna się wzniesienie. Zawracam sprawdzam kod na lampionie - to mój dołek! Tak to jest, gdy za dobrze idzie;-( 

Ostrożniej ruszam dalej. Idzie dobrze. Teren wbrew pozorom (dużo białego na mapie) jest ciężki do biegania: mchy, borówki i trochę gałęzi dobrze dają w kość - trzeba wysoko podnosić nogi, uważać, a to strasznie meczy. Na szczęście kilka przebiegów można bez zbytniego nadkładania przyspieszyć drogami. Takie mapy lubię - gdy jest wybór. 

Gdzieś tak koło PK 6 zaczynam się ścigać z jakąś konkurencją. Konkurencja po tych mchach biega chyba ciut szybciej. W każdym razie nie mogę go przegonić (tego konkurenta), choć na drogach wyraźnie się do niego zbliżam (co chwila rozwiązuje mi się but, więc niestety przegonić nie daję rady). Dopiero długi przebieg z PK 10 do PK 11. Patrząc na mapę, na azymucie widzę górkę, trochę zielonego koloru. Niby drogami jest ciut dalej ale…. Ryzyk-fizyk - wybieram drogi. Inne niż konkurent (pewno chce na koniec lecieć na azymut). I rzeczywiście wyprzedzam go znacznie! Co z tego, skoro PK 11 szukam nie tam, gdzie trzeba (ale za to w doborowym towarzystwie). 

PK 15 znowu górka. Dobiją mnie dzisiaj te górki! 

To już końcówka. Jeszcze obiec bajorko i do mety. Rozpędzam się i „przebiegam” miejsce gdzie można by ciąć na azymut do ostatniego PK. Obiegam drogami, ale chyba dużej straty czasowej nie ma. Podbijam ostatni PK i na metę ścieżką, która zanika. Zanika w małym bagienku! No dobra, przedeptanym bagienku przez poprzedników i wcale nie takim głębokim! Ale zawsze to nieprzyjemnie gdy mlaska pod nogami i za chwilę potem mlaska w butach;-) 

Już widać metę...
 
Tylko jeszcze przebiec to bagienko;-)

Uff dotarłem na metę!

Uff, dałem radę, ale czuję kilometry w nogach. Dobrze, że choć pogoda się udała, bo w niedzielę ma lać… 


 

Wesoły weekendu początek

I nastał szalony weekend 14 stycznia. Szalony, bo właściwie o tej samej godzinie zarówno WesolInO jak i Leśny Mózg. Zwykle organizatorzy się dogadywali i jedna impreza była rano, druga po południu. Tym razem WesolInO od 9:30 do 12:00, a Leśny Mózg od 11:00 do 13:30. Na szczęście oba starty niedaleko siebie, więc dało się to jakoś ogarnąć. 

Czekamy na powrót stawiaczy lampionów

Start WesolInO w miejscu nietypowym – znaczy do tej pory tu startu nie było. Podobnie jak spora grupka harpaganów chętnych wystartować w obu imprezach zjawiłem się na umówionym miejscu chwilę przed 9:30. Wszyscy przytupują niecierpliwie, a budowniczowie tras w lesie. Dosłownie w lesie. Budowniczowie także mniej typowi, choć utytułowani (Ania to ciągle aktualna Mistrzyni Świata!), bo ojciec przedsięwzięcia skacze z naszymi w Zakopanem. 

Wreszcie z lasu wychodzi Ania i mówi, że można startować, bo stawiane są jeszcze tylko te najdalsze lampiony. 

Wreszcie znalazłem startowy winder!

Biorę mapę i pierwszy wyrywam się na trasę. Clear, check i….. nie znajduję startu. No tak, pomyliłem ścieżki, a wada wzroku nie pozwoliła dostrzec windera wesoło powiewającego przy puszce start;-) 

Pik i pobiegłem. Przez góry, lasy, doły, trochę chaszczy, w poszukiwaniu mniejszych lub większych różnej maści dołków i innych odkształceń terenu. Słonko świeciło, wiosna w powietrzu, więc biegło się całkiem fajnie. No, może troszkę krzaki przeszkadzały. I całkiem mało błędów nawigacyjnych. 

Dopiero przy PK 11, umieszczonym w najbardziej zielonym zakątku mapy, trochę zamarudziłem próbując obejść te mało przyjazne do biegania tereny. 

I na PK 12 przebiegłem punkt nie dostrzegając lampionu o dwa metry od siebie. 

Pierwszych konkurentów spotkałem dopiero koło PK 15, już pod koniec trasy. Jeszcze (kolejny) wbieg na najwyższą w okolicy wydmę, zbieg, kolejny wbieg i do mety. Ta wydma to zupełnie jak na Wesołych Biegach Górskich- co chwilę w górę i w dół. 

Meta;-)

Z nominalnych 7,3 km zrobiło mi się trochę ponad 8 i dodatkowo prawie 50 m w pionie - całkiem niezły wynik jak na mazowieckie bieganie. Powiem, że pod koniec już czułem zmęczenie w nogach, a za chwilę kolejny bieg w Radości i dystans wyjdzie zbliżony. Nie czas narzekać - trzeba wsiadać do auta i jechać w kolejne miejsce;-)